0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Patologia nr 1: Populizm penalny

W sprawie Kamila z Częstochowy toczy się prokuratorskie śledztwo. Wszczęte ma zostać także postępowanie wyjaśniające wobec sędziów z sądów w Częstochowie i Olkuszu, którzy nie zdecydowali o umieszczeniu chłopca i jego rodzeństwa w pieczy zastępczej.

Nieprzypadkowo jednak podczas konferencji prasowych ani Zbigniew Ziobro, ani żaden inny polityk obozu władzy nie próbuje stawiać sędziów orzekających w tamtej sprawie pod pręgierzem, choć w przypadku innych, głośnych w mediach zbrodni takie wypowiedzi zawsze się pojawiały. Stanowiło to oczywiście punkt wyjścia do rozmowy o tym, że sądy w Polsce są w ogóle zbyt pobłażliwe wobec przestępców, co ziobryści podkreślają regularnie.

Przeczytaj także:

Nie odbierajcie dzieci, czyli atmosfera nacisku na sądy

W przypadku Kamila z Częstochowy tego rodzaju rozliczenia i generalizacje zmierzałyby w kierunku stwierdzenia, że przyczyną tragedii jest fakt, że polskie sądy niechętnie i zbyt rzadko decydują się odebrać opiekę nad dziećmi biologicznym rodzicom. Dzieje się tak między innymi dlatego, że od lat rząd PiS, a przede wszystkim Suwerenna Polska, promują narrację, że rodzina jest najważniejsza, a wszystko, co dzieje się w obrębie relacji rodzinnych jest święte.

W 2016 roku wprowadzono szumnie zapowiadaną ustawę o zakazie odbierania dzieci z powodu biedy, a w kolejnych latach politycy Suwerennej Polski chwalili się interwencjami w sprawach, w których sądy jednak decydowały o umieszczeniu dzieci w pieczy zastępczej.

Nietrudno zauważyć, że działania władz wykreowały atmosferę nacisku.

Do tego, jak wskazują eksperci, systemowym problemem jest fakt, że pracownicy socjalni mają zbyt małe uprawnienia w takich przypadkach i kuleje ich współpraca z sądami.

Narracja PiS wokół śmierci Kamila robi jednak, co tylko może, żeby odwrócić oczy opinii publicznej od tego oczywistego wniosku.

W materiale wyemitowanym przez "Wiadomości" TVP dowiadujemy się, że "rodzina Kamila miała dozór kuratora sądowego i dwa razy zakładaną Niebieską Kartę". Nie pada jednak pytanie, dlaczego w takim razie sąd nie odebrał im dzieci. Po tej informacji na ekranie od razu pokazuje się ministra Marlena Maląg.

"Praktyka pokazuje, że wyroki dla sprawców przemocy są bardzo niskie. Na to nie ma naszej zgody" - mówi szefowa resortu pracy i polityki społecznej.

Tym samym zmienia temat - nie mówi już, że sąd miał za zadanie zadziałać prewencyjnie i zapobiec tragedii, twierdzi jedynie, że za zbrodnię należy odpowiednio ukarać.

Nagranie pochodzi ze wspólnej konferencji Maląg i premiera Mateusza Morawieckiego, podczas której politycy poinformowali, że zwrócili się do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry „o podjęcie niezwłocznych prac nad zaostrzeniem przepisów Kodeksu karnego w zakresie sankcji za znęcanie się nad małoletnimi”.

Kara śmierci? Występujemy z UE i zmieniamy konstytucję

"Szanowni państwo, co to jest za świat? To powinna być zdecydowanie dużo wyższa kara dla takich potworów" - lamentował Mateusz Morawiecki. I dodawał, że jeśli chodzi o "takich zwyrodnialców, oprawców", to właściwie jest zwolennikiem przywrócenia kary śmierci.

Takie działania i deklaracje będą miały oczywiście zerowy wpływ na poprawę bezpieczeństwa dzieci.

Żaden oprawca nie zrezygnuje nagle z używania przemocy tylko dlatego, że o dwa lata wzrosną górne widełki zagrożenia karą więzienia za znęcanie się. Z kolei, żeby wprowadzić karę śmierci, musielibyśmy wystąpić z Unii Europejskiej, z Rady Europy, a następnie zmienić Konstytucję.

Premier Morawiecki oczywiście zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Populizm penalny jednak nic nie kosztuje, jest za to łatwą odpowiedzią na emocje części społeczeństwa, która wobec takich tragedii myśli tylko o odwecie wobec sprawców.

Patologia nr 2: Fundusz Sprawiedliwości

Podwyższenie kar to jednak niejedyna obietnica PiS złożona w związku z problemem katowania dzieci.

Jacek Sasin, szef resortu Aktywów Państwowych, zapowiedział 9 maja "wsparcie ze środków ze spółek Skarbu Państwa, aby zrobić dużą społeczną kampanię, która zachęcałaby, żeby zawsze reagować, kiedy dostrzegamy, że dzieje się coś złego lub coś niepokojącego w rodzinie czy po sąsiedzku". Dodawał też, że "ważne, aby ta reakcja była, nawet jeśli miałaby być na wyrost", bo "lepiej dmuchać na zimne, niż spotykać się z tego typu tragediami".

Sasin dodawał później, że skonsultował z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim i "spółki Skarbu Państwa wesprą instytucje, które zajmują się pomocą psychologiczną i psychiatryczną dla ofiar przemocy".

Pomoc ofiarom przestępstw czy kolegom Ziobry?

Dla osoby, która nie orientuje się w polskiej polityce, taka zapowiedź być może brzmi rozsądnie. Problem polega na tym, że program, który powinien zajmować się finansowaniem właśnie tego rodzaju działalności, istnieje już od 2012 roku. Fundusz Sprawiedliwości, bo o nim mowa, działa od 2012 roku i dysponuje setkami milionów złotych na pomoc ofiarom przestępstw oraz osobom zwalnianym z zakładów karnych. Pieniądze te pochodzą m.in. z nawiązek nakładanych przez sądy na skazanych.

Fundusz nadzorowany jest przez ministra sprawiedliwości. W 2017 roku Zbigniew Ziobro rozszerzył katalog celów, na jakie mogą być przeznaczane środki. Od tego momentu dotowane może być dosłownie wszystko, od konferencji naukowej po remont szkoły.

I Solidarna (a obecnie Suwerenna) Polska przez lata z tych możliwości korzystała, finansując w swoich okręgach wyborczych sprzęty dla Ochotniczej Straży Pożarnej, szpitali, czy klubów sportowych.

Oprócz tego miliony wędrują także do fundacji i organizacji niemających doświadczenia w pomocy ofiarom przestępstw, za to zakładanych przez ludzi związanych z partią.

OKO.press pisze o tym procederze od lat. Ustalenia naszych dziennikarzy śledczych potwierdzone zostały między innymi przez Najwyższą Izbę Kontroli, która pod koniec 2021 roku opublikowała druzgocący raport. Wynika z niego, że okresie objętym kontrolą tylko 34 proc. (!) środków zostało przeznaczone na cele zgodne z celami Funduszu. Mowa o setkach milionów złotych.

Jacek Sasin proponuje zatem wprowadzenie programu, który już istnieje, ale na którym uwłaszczył się koalicjant PiS.

Patologia nr 3: Przyzwolenie na przemoc

Zapowiedź Jacka Sasina o kampanii społecznej mającej zachęcać ludzi do reagowania na przemoc wobec dzieci rodzi także pytania, dlaczego ta kampania nie jest wycelowana w źródło problemu.

Według badań wciąż prawie 40 proc. Polek i Polaków uważa, że klaps jest uprawnioną metodą wychowawczą, a niewiele mniej wprost przyznaje się do ich stosowania, choć polskie prawo jednoznacznie zabrania kar cielesnych. Przyzwolenie na przemoc wobec dzieci stwarza środowisko i warunki, w którym łatwiej jest przekraczać kolejne granice. "Każdy z oprawców dzieci tłumaczy potem w sądzie, że dał tylko kilka klapsów i nie wie, czemu pękła wątroba" - mówił w 2014 roku ówczesny Rzecznik Praw Dziecka Krzysztof Michalak.

Zdaniem Prawa i Sprawiedliwości to najwyraźniej nie jest problem. Obecny Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak w 2019 zastrzegał, że „trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Osobiście zaś „z estymą wspomina, jak ojciec dał mu w skórę”.

Przemysław Czarnek w jednym ze swoich artykułów naukowych przekonywał, że stosowanie kar cielesnych jest w wychowaniu dzieci konieczne, a "kto kocha naprawdę, ten karci surowo".

Politycy PiS w sprawie Kamila z Częstochowy milczą na temat tego, jak powszechne jest w polskich rodzinach zagrożenie przemocą. Fakt ten jest jeszcze bardziej jaskrawy w obliczu tego, że tragedia kilkulatka zbiegła się z kampanią PiS-u wokół "seksualizacji dzieci". Telewizja publiczna dzień w dzień wykorzystywała cenny czas antenowy do straszenia wyimaginowanymi problemami, zamiast do uświadamiania na temat najbardziej realnych problemów.

;

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze