Ambitne plany jak na razie nieco przerosły możliwości zarówno samego kanclerza, jak i potencjał koalicji. Coś jednak udało się zrealizować. Analizujemy pierwszy rok Friedricha Merza na kanclerstwie.
W maju ubiegłego roku Friedrichowi Merzowi udało się stworzyć koalicyjny rząd chadecji z socjaldemokratami, z ambitnym planem reform. Nie tylko sytuacja międzynarodowa co chwila utrudnia nowemu gabinetowi realizację wyborczych obietnic, ale także sama koalicja targana jest wewnętrznymi sprzecznościami.
Co się udało, co wciąż nie, i kto jak na razie zyskuje na potknięciach kanclerza? Oto podsumowanie pierwszego roku urzędowania Friedricha Merza.
Rok temu, 6 maja 2025 roku, Friedrich Merz został kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec. Okoliczności były dramatyczne. Nowy rząd powstał w konsekwencji nagłego upadku poprzedników, tzw. koalicji świateł drogowych. Gabinet pod wodzą socjaldemokraty Olafa Scholza przepadł po odejściu z koalicji liberałów i przegranym wotum zaufania.
W przyspieszonych wyborach zwycięstwo CDU było wyraźne, ale niewystarczające, aby rządzić samodzielnie. Na drugim miejscu uplasowała się skrajnie prawicowa AfD, z którą współpracę wykluczyły wszystkie partie. Jedynym koalicjantem zapewniającym większość parlamentarną okazała się zatem socjaldemokratyczna SPD.
Był to niejako powrót do przeszłości, bo dokładnie w takim układzie w 2021 roku rządy na stanowisku kanclerskim zakończyła Angela Merkel. Wówczas wyborcy wypowiedzieli się, oddając władzę progresywnej koalicji SPD, Zielonych i Liberałów.
Utworzenie czarno-czerwonego rządu było więc podyktowaną rozsądkiem koniecznością.
Negocjacje koalicyjne trwały długo i zaprezentowanie umowy koalicyjnej przeciągnęło się aż do maja. Już w czasie prac nad nią niektóre z obietnic wyborczych chadeków zostały rozmyte, jeśli nie złamane, przede wszystkim ta dotycząca utrzymania tzw. hamulca zadłużenia (zakazu przekroczenia rocznego deficytu federalnego ponad próg 0,35% PKB i zaciągania przez kraje związkowe nowych długów netto).
Na samym finiszu Friedrich Merz został upokorzony, nie uzyskując wymaganej bezwzględnej większości w pierwszym głosowaniu mimo większości CDU/CSU i SPD w Bundestagu.
Tym większa była to kompromitacja, że zdarzyło się to po raz pierwszy w historii Niemiec.
Z racji tajności głosowania nie sposób stwierdzić, kto się wyłamał, ale zdarzenie to interpretowane było jako pogrożenie palcem ze strony frakcji: wyraz niezadowolenia części posłów koalicji z kształtu umowy koalicyjnej oraz z przedwczesnej pewności siebie Merza, który zaczął się zachowywać po kanclersku, zanim jeszcze został kanclerzem. Zatwierdzenie go na ten urząd udało się dopiero w drugim podejściu.
W kampanii Merz obiecał polityczny zwrot. Miał być kanclerzem zagranicznym (Außenkanzler), dążąc do wzmocnienia obecności Niemiec na arenie międzynarodowej i przywrócenia Berlinowi roli lidera w Unii Europejskiej. Obiecał inwestycje w Bundeswehrę i podniesienie wydatków na obronność. Zadeklarował także ciągłe wsparcie dla Ukrainy oraz próbę ocalenia relacji transatlantyckich. Jako reprezentant opcji tradycyjnie prorynkowej zapowiadał uzdrowienie tkwiącej od 2022 roku w stagnacji niemieckiej gospodarki, między innymi poprzez zwolnienia podatkowe, cięcie wydatków socjalnych, ograniczenie biurokracji oraz obniżenie kosztów energii. Zadeklarował także zaostrzenie kursu polityki migracyjnej poprzez uszczelnienie granic i przyspieszenie deportacji.
Jakie są zatem efekty po roku urzędowania?
Można zaryzykować stwierdzenie, że ambitne plany jak na razie nieco przerosły możliwości zarówno samego kanclerza, jak i potencjał koalicji. Jednocześnie niektóre z obietnic udało się zrealizować. Poniżej pięć najistotniejszych osiągnięć i porażek pierwszego roku Friedricha Merza.
Jak obiecał, kanclerz wielki nacisk położył na globalną obecność Niemiec, osobiście odwiedzając liczne stolice. Pierwsze wizyty zagraniczne odbył w Paryżu i Warszawie (w tym samym dniu) oraz w Brukseli, w pierwszych 100 dniach udając się także do Londynu i Waszyngtonu, a także wspólnie z Emanuelem Macronem, Donaldem Tuskiem i Kairem Starmerem do Kijowa. Po latach zlodowacenia wyraźnie widoczne były próby odbudowywania relacji z Polską, także w formacie Trójkąta Weimarskiego (Niemcy, Francja, Polska) oraz Trójkąta Weimarskiego plus z innymi krajami aktywnie zaangażowanymi w politykę bezpieczeństwa Europy.
W tym kontekście wyraźne jest także bardziej asertywne poparcie dla Ukrainy.
Merz postawił także na budowanie relacji z innymi partnerami, udając się do Chin i Indii. Wobec Izraela, mimo wyrażanej krytyki działania rządu Netanjahu w Strefie Gazu, Merz nie zdobył się na wstrzymanie eksportu broni, jedynie go ograniczając.
Jeśli chodzi o USA, jego strategia obłaskawiania kaprysów Donalda Trumpa (m.in. poprzez podarowanie mu oprawionego aktu urodzenia urodzonego w Kallstadt dziadka z 1869 roku) okazała się nieskuteczna. Po tym, jak na spotkaniu z licealistami Merz niefortunnie chlapnął, że reżim irański upokorzył Amerykanów w jałowych negocjacjach, Trump ponownie zagroził nałożeniem 25% ceł na europejskie samochody, co potencjalne uderzy nie tylko w Niemcy, ale i kraje w łańcuchu produkcji niemieckich aut (w tym Polskę). Wygląda na to, że „zagraniczny kanclerz” nie daje sobie rady z „prezydentem pokoju”.
Pamiętne słowa o Zeitenwende wygłoszone w lutym 2022 roku przez Olafa Scholza były cezurą w niemieckiej polityce. Oznaczały odejście od ostrożnej polityki obronnej i zagranicznej na rzecz inwestycji wojskowych, niezależności energetycznej i proaktywnej roli geopolitycznej. Merz kontynuuje tę wizję, zapowiadając uczynienie z Bundeswehry najsilniejszej konwencjonalnej armii w Europie.
W tym celu przeforsował wraz z urzędującym Olafem Scholzem pakiet wydatków obronnych o wartości biliona euro już po wyborach, ale jeszcze przed zwołaniem nowego parlamentu, manewrując wokół wspomnianego hamulca zadłużenia oraz wykorzystując w ostatnim momencie sprzyjającą temu pomysłowi większość parlamentarną.
W 2026 roku Niemcy zwiększyły swoje wydatki na obronność do najwyższego poziomu od zakończenia Zimnej Wojny, przymierzając się do zaostrzonych wymogów NATO. W tym roku wskaźnik pozostanie jeszcze na poziomie 2,6% PKB, jednak w perspektywie długoterminowej, do 2035 roku łączny wskaźnik wydatków na bezpieczeństwo zewnętrzne wyniesie 5%, z czego 3,5% zostanie przeznaczone bezpośrednio na obronność, a 1,5% na infrastrukturę.
W teorii wydatki na obronność mają także przyczynić się do wyciągnięcia Niemiec z kryzysu, szczególnie rozruszania niemieckiej bazy przemysłowej.
Czynniki strukturalne, systemowe, koniunkturalne i nagłe wstrząsy, jak pandemia i wojny spowodowały, że Niemcy od czterech lat zmagają się ze stagnacją gospodarki. Nadzieje na ożywienie zostały stłumione przez zagrywki celne administracji Donalda Trumpa oraz całkiem niedawno przez amerykańsko-izraelski konflikt z Iranem, który spowodował kolejny wzrost cen energii.
W pierwszym kwartale 2026 niemiecki PKB wzrósł o jedyne 0,3%. Realne inwestycje w Niemczech spadły w porównaniu z poprzednimi latami, jak i zanotowano spadek siły nabywczej gospodarstw domowych. Mimo że Niemcy pozostają czołowym krajem eksportowym po Chinach i Stanach Zjednoczonych, to ich udział w rynku eksportowym spada.
Te okoliczności wymagają zdecydowanych działań. Jednym z nich ma być rozruszanie gospodarki poprzez zwiększanie wydatków rządowych na zbrojenia, zgodnie z teorią tzw. militaryzmu keynesowskiego, szczególnie w formie zamówień dla niemieckich firm zbrojeniowych, takich jak Rheinmetall, Airbus Defence and Space, Diehl Defence.
Z drugiej strony Merz zapowiedział też „jesień reform” polityki społecznej, przede wszystkim ograniczenia świadczeń socjalnych. Rząd podjął się także próby zreformowania systemu emerytalnego w obliczu zmian demograficznych. To także jest kontrowersyjne, głównie z powodu możliwego podniesienia wieku emerytalnego, wprowadzenia programów emerytalnych finansowanych kapitałowo, a także dodatkowych filarów prywatnych i pracowniczych. To wszystko wzbudza nie tylko opór związków zawodowych – zapowiadane reformy przeciągają się też z powodu sporów koalicyjnych z prosocjalną centro-lewicą.
Można by domniemywać, że chociaż w obszarze polityki migracyjnej Friedrich Merz odnosi sukcesy. Niemcy rzeczywiście wysłały w świat jasny sygnał. Kontynuacja polityki szczelnych granic wprowadzonej jeszcze przez poprzedni rząd, jak i deportacje (od 2024 roku także do Afganistanu) oraz rozmowy o powrotach uchodźców do krajów nieobjętych już konfliktami zbrojnymi (w szczególności do Syrii) przyniosły skutki. Odnotowano zdecydowany spadek liczby wniosków azylowych – o prawie jedną czwartą, a Niemcy z pierwszego miejsca docelowej imigracji w Europie przesunęły się na czwartą pozycję, ustępując Francji, Hiszpanii i Włochom.
Jednocześnie Friedrich Merz zasłyną obraźliwymi wypowiedziami wobec społeczności imigranckiej w Niemczech, określając ją jako „problem w krajobrazie miejskim". Niewątpliwie, wraz z migracją – szczególnie młodych, samotnych mężczyzn – pojawiły się problemy. Jednak w Niemczech przytłaczająca większość osób z migranckim pochodzeniem jest dobrze zintegrowana językowo i kulturowo, pracuje, nie wchodzi w konflikt z prawem. W sumie 26,3% ogółu społeczeństwa to obywatele i obywatelki z tzw. historią migracji. Dlatego wypowiedzi kanclerza były niesprawiedliwe i krzywdzące, bazujące na uprzedzeniach, dzielące ludzi na obywateli pierwszej i drugiej kategorii, nielicujące z urzędem kanclerskim. Mimo oburzenia Merz nigdy nie przeprosił za swoje słowa.
Po roku urzędowania oceny wystawione zarówno kanclerzowi, jak i całej koalicji są mizerne. Wedle badania ARD-DeutschlandTrend z początku kwietnia
tylko 15% wyraża zadowolenie z działalności rządu federalnego. Jest to najgorsza ocena w historii obecnej koalicji.
Bardziej krytyczny stosunek panuje wobec SPD: chociaż minister obrony Boris Pistorius nadal cieszy się największym zaufaniem społecznym, to sympatia do obydwojga współprzewodniczących odnotowała największy spadek: poparcie dla Larsa Klingbeila spadło do 18% (-15), a dla Bärbel Bas do 15% (-10).
Wedle świeżych danych zdfheute ocena działań Friedricha Merza jako kanclerza jest również zła. Mimo początkowego pozytywnego odbioru (57% w czerwcu 2025), dziś pozytywnie ocenia go jedynie 30% respondentów, a 65% jest przeciwnego zdania. To odróżnia go od poprzedników, Angeli Merkel i Olafa Scholza, którzy po roku urzędowania wciąż cieszyli się społecznym poparciem.
Główne powody tak złych notowań to niskie zaufanie, brak wiary w sprawczość rządu, niewiara w zdolność do poprawy gospodarki, poczucie przytłoczenia wydatkami i podatkami.
W tych okolicznościach na popularności zyskuje skrajna prawica spod znaku AfD. W sondażach idzie łeb w łeb z CDU, a czasem wysuwa się nawet na prowadzenie. To tym istotniejsze, że rok 2026 to w Niemczech rok wyborczy – na poziomie lokalnym i regionalnym. We wrześniu odbędą się wybory w Berlinie oraz w dwóch wschodnich landach: Meklemburgii-Pomorzu Wschodnim oraz Saksonii Anhalt. Szczególnie tam AfD liczy na sukces, stawiając sobie za cel zdobycie +45% głosów, by rządzić samodzielnie. I ten scenariusz jest możliwy, co oznaczałoby złamanie kolejnego tabu: AfD zdobyłoby pierwszy kraj związkowy.
Część wyborców i wyborczyń AfD pociąga radykalny program skrajnego skrzydła, w tym: rewizjonistyczny stosunek do niemieckiej historii. Jednak część z nich to byli niegłosujący oraz osoby chcące dać wyraz niezadowolenia z obecnej polityki i establishmentu. To także osoby wywodzące się z głównego nurtu – wcześniej CDU, ale także SPD. Osoby zamieszkałe na obszarach dotkniętych deindustrializacją, ze słabo rozwiniętą infrastrukturą, wyludniających się – ale także ludzie obawiający się utraty statusu i dostępu do zasobów. Innymi słowy, wyborcy i wyborczynie, których gubi polityczny mainstream. I to jest największa porażka po roku rządów Friedricha Merza. By odwrócić ten trend, nie wystarczy straszenie migrantami – ta strategia zdaje się przeciwskuteczna. Konieczne są reformy, których efekty obywatele i obywatelki odczują w portfelach. Merz ma jeszcze 3 lata, aby zapisać się na kartach historii jako kanclerz, który spełnił obietnice i dokonał politycznego zwrotu, nie zostawiając “Niemiec w ruinie”.
Dr Maria Skóra koordynuje projekt dotyczący praworządności w Unii Europejskiej (RESILIO) w Instytucie Polityki Europejskiej (Institut für Europäische Politik) w Berlinie. Wcześniej pracowała w think tanku Das Progressive Zentrum oraz w HUMBOLD-VIADRINA Governance Platform. W Polsce dzieliła karierę zawodową między akademię a Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Była ekspertką Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych oraz Biura UNDP w Warszawie. Z wykształcenia socjolożka i ekonomistka.
Dr Maria Skóra koordynuje projekt dotyczący praworządności w Unii Europejskiej (RESILIO) w Instytucie Polityki Europejskiej (Institut für Europäische Politik) w Berlinie. Wcześniej pracowała w think tanku Das Progressive Zentrum oraz w HUMBOLD-VIADRINA Governance Platform. W Polsce dzieliła karierę zawodową między akademię a Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Była ekspertką Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych oraz Biura UNDP w Warszawie. Z wykształcenia socjolożka i ekonomistka.
Komentarze