Gwałtowna awantura wybuchła, gdy media napisały o rzekomym zamiarze zwrotu Niemcom zbiorów Biblioteki Pruskiej, przechowywanej od prawie 80 lat w Bibliotece Jagielońskiej. Wyjaśniamy, o co poszło, skąd ta Biblioteka w Polsce i czy coś będziemy zwracać. [Spoiler: nie będziemy]
Na zdjęciu: niemiecki myśliwiec z I WŚ Roland D.VIb z silnikiem Merecedes Benz, z kolekcji Hermanna Goeringa, obecnie w Krakowskim Muzeum Lotnictwa, jedyny taki egzemplarz na całym świecie. Ogółem wyprodukowano 359 takich samolotów.
Prof. Krzysztof Ruchniewicz w ciągu dosłownie kilkudziesięciu godzin znalazł się na ustach dziennikarzy, polityków i tysięcy rozpolitykowanych Polaków. Dyrektorowi Instytutu Pileckiego oraz znawcy relacji polsko-niemieckich w XX wieku zarzucono wręcz tzw. zdradę dyplomatyczną, sprzeniewierzenie się najżywotniejszym interesom państwa.
Krytycy utrzymują, że kierowana przez niego instytucja zamierzała zorganizować seminarium poświęcone zwrotom dóbr kultury przez Polskę na rzecz Niemiec. Obrońcy profesora i jego placówki twierdzą, że nigdy nie planowano żadnych spotkań mających prowadzić do podobnych zwrotów, natomiast Instytut prowadzi badania nad pochodzeniem dóbr kultury znajdujących się w różnych miejscach Europy.
W jakikolwiek sposób skończy się ta sprawa, uderzyła w wyjątkowo czułą strunę. Polacy mieliby coś zwracać Niemcom? Polacy, którzy czują, że niemieckie reparacje wojenne ich właściwie ominęły, a odszkodowań dla wszystkich ofiar nie można się doprosić? Polacy, którzy mają wrażenie, że Niemcy nie rozliczyli się ze swych zbrodni i nie wyedukowali kolejnych pokoleń na temat tego, co hitlerowcy wyczyniali nad Wisłą?
Polacy od lat borykają się z odzyskaniem dóbr zagrabionych przez Trzecią Rzeszę. Oto kilka najświeższych przykładów.
Wciąż nie wrócił do Polski manuskrypt z najstarszym znanym zapisem średniowiecznej pieśni „Gaude Mater Polonia”, zrabowany w 1941 roku. Odnaleziono go w 2023 roku w Bibliotece Państwowej w Berlinie, z pieczątką Biblioteki Seminaryjnej w Płocku. Trwają negocjacje i dowodzenie prawdy.
Nie będzie też łatwo ze zwrotem pierścienia króla Zygmunta Starego, wchodzącego niegdyś w skład tzw. Szkatuły Królewskiej Czartoryskich, a zidentyfikowanego w Schmuckmuseum w Pforzheim. Trafił tam w latach sześćdziesiątych ze zbiorów prywatnego niemieckiego kolekcjonera. Wcześniej w 1939 roku został zrabowany przez hitlerowskich żołnierzy w Sieniawie.
Odnalezienie go przywraca nadzieję na odzyskanie pozostałych bezcennych pamiątek po polskich monarchach zebranych w Szkatule Królewskiej: klejnotów, naszyjników, dewocjonaliów, zegarków i innych precjozów. Lecz nawet z pierścieniem Jagiellona mamy problem – choćby z jego bezdyskusyjną identyfikacją, bo znany jest tylko z przedwojennego zdjęcia – a i Schmuckmuseum nie pali się do zwrotu zabytkowego drobiazgu.
A w obu przypadkach mówimy przecież o skarbach narodowych. A co mają począć Polacy obrabowani z prywatnych kolekcji?
Na przykład Wojciech Kwilecki, którego rodzina mieszkała od połowy XVIII stulecia do 1939 roku w Dobrojewie, w Wielkopolsce. W czasie II wojny światowej ich rodzinny dom zajął niemiecki zarządca. „Wiosną 1940 roku gmach stanął w ogniu. Po pożarze Niemcy rozebrali ruiny. Przepadła cenna biblioteka, rodowe pamiątki i zbiory japońskich tkanin” – opowiada Kwilecki.
Okoliczni mieszkańcy twierdzili, że doszło do celowego podpalenia, pod którego płaszczykiem niemiecki zarządca ukrył swoje machlojki i ukradł zbiory polskiej rodziny. Kwilecki zagląda czasem na internetowe aukcje, szukając śladów pamiątek. Przypuszcza, że musiałby zlecić poszukiwania na terenie Niemiec, ale nie ma na to czasu ani środków.
Bez systemowego wsparcia, osoby prywatne, niedysponujące wielkimi funduszami i rozległymi kontaktami, nie mają wielkich szans w odnalezieniu dóbr zagrabionych przez Niemców.
Nie zmienia to jednak faktu, że w polskich rękach pozostają skarby niemieckiej kultury, o których powrocie marzą nasi zachodni sąsiedzi.
Przede wszystkim chodzi o zbiory byłej Biblioteki Pruskiej, przechowywane od prawie osiemdziesięciu lat w Bibliotece Jagiellońskiej. Nazywa się je także depozytem berlińskim lub skarbem pruskim.
Nie bez kozery, mowa bowiem o zabytkach o niemożliwej do oszacowania wartości. To ponad pół miliona archiwaliów. Są wśród nich m.in. rękopisy dzieł i listy Goethego, Boccaccia, Lutra, Hegla, Herdera, Kalwina, Kleista czy braci Grimm. Zapisy i partytury Mozarta, Bacha, Beethovena, Schuberta, Brahmsa, Haydna, Schumanna, Mendelssohn-Bartholdy’ego, Paganiniego.
Stare manuskrypty z różnych epok i języków, w tym średniowieczne traktaty medyczne po włosku, buddyjskie księgi tybetańskie czy XIII-wieczny jezuicki podręcznik do nauki języka Indian Guarani (znanych ze słynnego filmu „Misja”). Dokumenty, pamiętniki, obrazy. Jak to wszystko trafiło nad Wisłę?
Kolekcja powstała w 1661 roku jako biblioteka Wielkiego Elektora Fryderyka Wilhelma. Tego samego, który jeszcze w 1641 roku złożył królowi polskiemu Władysławowi IV Wazie hołd lenny z Prus Książęcych, a następnie zrzucił tę zależność na mocy traktatów welawsko-bydgoskich w 1657 roku.
Sukcesywnie poszerzana, pod zmienianymi nazwami, Biblioteka Pruska (Preussische Staatsbibliothek) miała na początku lat czterdziestych XX wieku księgozbiór liczący prawie 4 miliony druków i zbiorów specjalnych. II wojna światowa stanowiła dla niej ogromne ryzyko. Hitlerowcy sami niszczyli i grabili cudze skarby, mieli więc świadomość, że gigantyczny księgozbiór jest zagrożony.
„Był wywożony sukcesywnie z Berlina od jesieni 1941 roku do marca 1944 roku w obawie przed nalotami lotniczymi aliantów. Ze względów bezpieczeństwa był podzielony na części i w kilkudziesięciu transportach trafił do 30 różnych miejsc ukrycia, w tym także na Dolny Śląsk, wschodnie ziemie ówczesnej Rzeszy, będące poza zasięgiem bombardowań. Najcenniejsze partie zbiorów, w tym przede wszystkim zbiory specjalne, rozdzielano i ukrywano w różnych miejscach” – pisze dr Piotr Lechowski z Instytutu Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa UJ w artykule „Sporna Berlinka. Kontrowersje wokół zbiorów byłej Pruskiej Biblioteki Państwowej przechowywanych w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie” (Biuletyn EBIB nr 8/2008).
Sami Niemcy ją najpierw przenieśli, a potem pozostawili. „W lipcu 1944 roku 505 specjalnie zabezpieczonych skrzyń z najcenniejszymi zbiorami muzycznymi, rękopiśmiennymi i graficznymi Preussische Staatsbibliothek przewieziono z pierwotnego miejsca ukrycia, zamku Fürstenstein (dziś Zamek Książ) koło Wałbrzycha, przygotowywanego na kwaterę Hitlera, do klasztoru oo. Benedyktynów w Grüssau (Krasnobór, potem Krzeszów) niedaleko Kamiennej Góry” – pisze dr Lechowski.
Po upadku Trzeciej Rzeszy tereny te przyłączone zostały do Polski. „Mienie niemieckie, zastane na Dolnym Śląsku i innych ziemiach przejmowanych przez administrację polską na mocy Układu Poczdamskiego trzech zwycięskich w wojnie mocarstw z 2 sierpnia 1945 roku, zostało uznane za opuszczone i przejęte przez Skarb Państwa Polskiego w oparciu o dekret z 8 marca 1946 roku. Wkrótce potem skrzynie ze zbiorami Biblioteki Pruskiej zaczęto przewozić z Krzeszowa do Krakowa, gdzie złożono je w kilku tymczasowych miejscach. Pod koniec 1947 roku zbiory scalono i przewieziono do gmachu Biblioteki Jagiellońskiej, która pełniła rolę rejonowej Zbiornicy Księgozbiorów Zabezpieczonych” – opisuje Lechowski.
Władze PRL niezbyt się tym skarbem chwaliły, ponieważ stosunki z Niemcami Zachodnimi pozostawały nieuregulowane, a mnóstwo skarbów skradzionych przez hitlerowców w Polsce było jeszcze do odzyskania. Berlinka stanowiła więc jokera w tej rozgrywce, ewentualną kartę przetargową.
Nigdy jej nie wykorzystano, a sytuacja międzynarodowa radykalnie się zmieniła. Zbiory badają od lat polscy naukowcy („Znajdziemy tu tysiące zabytków rękopiśmiennych, z których wiele nie zostało do tej pory dokładnie zbadanych, a niekiedy nawet zidentyfikowanych”, można przeczytać na stronach UJ), zaś władze Niemiec nieustannie marzą o odzyskaniu skarbnicy.
W 2007 roku Niemcy ustami swoich dyplomatów stwierdziły, że Biblioteka Pruska jest ostatnim jeńcem II wojny światowej, mieniem zagrabionym i przechowywanym w Jagiellonce wbrew międzynarodowym konwencjom haskim zakazującym konfiskat dóbr kultury.
Strona polska odrzuciła te zarzuty. Stoi na stanowisku, że zbiory są legalnie własnością Polski i nie podlegają rewindykacji, gdyż ani nie zostały zagrabione, ani przejęte z naruszeniem prawa. Publicyści wskazali ponadto, że podczas obu światowych wojen Niemcy wielokrotnie same łamały konwencje, grabiąc i niszcząc cudze dobra kultury. Na dodatek Warszawa przez lata odczuwała brak woli współpracy Berlina w poszukiwaniach dóbr kultury wywiezionych przez Niemców z Polski.
„Jeśli zaś chodzi o Bibliotekę Pruską, jest ona przechowywana w jednej z najbardziej prestiżowych i najstarszych polskich bibliotek, uznanej za część Narodowego Zasobu Bibliotecznego. W ten sposób stanowi symboliczny pomnik niepowetowanych strat, jakie poniosło polskie piśmiennictwo podczas niemieckiego najazdu. Zawiera przy tym również zbiory – jak sama nazwa wskazuje – organicznie związane z dziejami dużej części terytorium obecnej Polski, a także obiekty będące istotną częścią europejskiego, a nawet światowego dziedzictwa kultury. Obecna lokalizacja tej biblioteki znajduje więc pełne uzasadnienie prawne, moralne i polityczne i w pewnym stopniu odzwierciedla dzieje kultury europejskiej w XX wieku. Kolekcja jest dostępna dla badaczy z całego świata” – pisał o Berlince były dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Sławomir Dębski w artykule „O problemie dóbr kultury w stosunkach polsko-niemieckich” (Polski Przegląd Dyplomatyczny nr 4/2007).
Mimo takiego twardego stanowiska były gesty dobrej woli ze strony Polaków – nawet pomimo oporu środowisk naukowych. W 1977 roku I sekretarz KC PZPR Edward Gierek oddał wschodnioniemieckiemu przywódcy Erichowi Honeckerowi oryginały partytur Mozarta, Bacha i Beethovena, mówiąc: „Miejsce tych dzieł jest w ojczyźnie. Zwracamy je naszym przyjaciołom, by podkreślić łączące nas więzy braterstwa i wzajemnego zaufania”.
W roku 2000 premier Jerzy Buzek przekazał kanclerzowi Gerhardowi Schröderowi inny cenny skarb z Berlinki: najstarsze wydanie Biblii w języku niemieckim w tłumaczeniu Marcina Lutra.
Pojawiły się też pomysły powołanie wspólnej europejskiej biblioteki – z siedzibą w Polsce – rozporządzającej spornymi kolekcjami. Bez większego odzewu i bez rewanżu ze strony Berlina. Rząd niemiecki bezradnie rozkłada ręce w kwestii dzieł wywiezionych z Polski, nie zapomina natomiast o własnych roszczeniach.
Berlinka to nie jedyny „jeniec” Polaków w oczach roszczeniowych niemieckich polityków, prawników i dyplomatów takich jak prof. Tono Eitel (zm. 2017). Kolejnym ma być kolekcja samolotów – tzw. Deutsche Luftfahrt-Sammlung – zgromadzona przez hitlerowskiego feldmarszałka Hermanna Göringa, a włączona do zbiorów Muzeum Lotnictwa w Krakowie.
„To są rzeczy, których świat nam zazdrości, które można zobaczyć tylko u nas. Na całym świecie zachowało się z okresu pionierskiego lotnictwa i czasu Wielkiej Wojny ok. 70 samolotów, z czego 13 znajduje się w krakowskim muzeum, właściwie wszystkie w egzemplarzach pojedynczych, jak jedyny zachowany niemiecki Roland D.VI., czy najcenniejszy samolot z okresu Wielkiej Wojny na świecie: brytyjski Sopwith Camel” – mówił o tej unikatowej kolekcji dr Krzysztof Mroczkowski, Główny Inwentaryzator Zbiorów MLP w wywiadzie dla portalu Dzieje.pl.
Göring sam był asem myśliwskim podczas I wojny światowej, potem zaś zapalonym pasjonatem i kolekcjonerem. Jego zbiór, jak i Berlinka, trafił nad Wisłę w efekcie alianckich nalotów. Kiedy jesienią 1943 roku bomby zniszczyły zabudowania berlińskiego dworca, ucierpiała także hala, w której przechowywano okazy z kolekcji Göringa.
Wtedy ocalałe maszyny Niemcy pocięli i przetransportowali na wschód, w bezpieczniejsze ich zdaniem miejsce. Tam odnaleźli je polscy żołnierze, m.in. w okolicach Kuźnicy pod Poznaniem. Po kolejnych latach tułaczki w 1963 roku samoloty trafiły do Krakowa. Polacy odrestaurowali maszyny i zaczęli się nimi chwalić.
Dopiero wtedy Niemcy zorientowali się, co zaszło. „Do lat 70. XX wieku oni byli święcie przekonani, że to wszystko uległo zniszczeniu. W tym czasie my zaczęliśmy się chwalić tymi samolotami – jeden z nich nawet w czasach Gierka został wysłany jako dar dla Holendrów, a kolejny wymieniony z Brytyjczykami za Spitfire’a.
To spowodowało, że Niemcy podjęli o nie starania, które wciąż trwają. My stoimy na nieprzejednanym stanowisku, że to jest nasza własność. Pod względem formalno-prawnym jest to mienie porzucone, nie restytucja zastępcza czy reparacje wojenne. Te samoloty zostały wywiezione przez Niemców na teren Rzeczpospolitej przed zakończeniem II wojny światowej. W myśl prawa międzynarodowego myśmy ich tu nie wywieźli” – tłumaczył dr Mroczkowski.
Berlinka i kolekcja Göringa to główni „jeńcy”. Lecz Niemcy z pewnością mogliby wysunąć roszczenia (mniejsza o to, czy zasadne: prawnicy z pewnością znaleźliby uzasadnienie, a politycy wszczęliby alarm) także do innych zbiorów w polskich muzeach. Mogliby wskazywać na wielką wartość przechowywanych tam eksponatów dla niemieckiej kultury, niejasności w określeniu sposobu pozyskania i własności dzieł itp.
Weźmy na przykład kolekcję masoników Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu. „Księgozbiór ten powstał na bazie druków skonfiskowanych przez Gestapo europejskim lożom wolnomularskim na Śląsku i Pomorzu. Dokumenty zgromadzono w Bibliotece Fachowej Reichsführera SS Heinricha Himmlera, częściowo opracowano, ostemplowano i oznakowano proweniencją. Spośród 80 000 książek 50 proc. stanowią druki w języku niemieckim, a 16 proc. dzieł jest w języku francuskim” – czytamy na stronach UAM.
To jeden z największych księgozbiorów literatury wolnomularskiej w Europie. Biorąc pod uwagę jak wiele w nim publikacji niemieckojęzycznych, czy Niemcy nie widzieliby ich we własnych placówkach muzealnych i archiwalnych lub u spadkobierców lóż złupionych przez gestapowców?
Z kolei w 2024 roku w Bibliotece Uniwersyteckiej poznańskiego UAM odnaleziono 27 książek z prywatnego księgozbioru braci Grimm, uważanych za zaginione po II wojnie światowej. Zapewne większość z nich trafiła tam – jak piszą odkrywczynie Eliza Pieciul-Karmińska oraz Renata Wilgosiewicz-Skutecka w artykule „Prywatna biblioteka braci Grimm i odnaleziony fragment księgozbioru w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu” (Biblioteka nr 27/2023) – w okresie powojennym na skutek wojennego i powojennego przemieszczania zbiorów bibliotecznych, zabezpieczania księgozbiorów porzuconych i opuszczonych (w tym podworskich i poniemieckich).
Czyż pamiątki po braciach Grimm nie są wręcz baśniowym skarbem, godnym szukania przez prawników dziury w całym i dzielenia włosa na czworo?
Takich przypadków jest więcej. A są i bardziej tajemnicze.
W 2011 roku pewna dystyngowana dama opowiedziała mi o obrazie, który widziała przed laty w domu swego znajomego, już nieżyjącego. Był to jego portret z czasów wojny. Jak wyjaśnił mężczyzna, dzieło powstało, gdy stacjonował z wojskiem na podbitych terenach Trzeciej Rzeszy, już po przekroczeniu Odry.
W jednostce służył bowiem utalentowany malarz-amator, który w wolnym czasie wykonywał pamiątkowe portrety kolegom. Jako materiału używał tego, co znalazł w pobliskim magazynie pełnym dzieł sztuki, np. „bardzo starych obrazów z takim brzydkim, poskręcanym Chrystusem”. Mojej rozmówczyni nie chciało się wierzyć w tę historię, więc gdy znajomy wyszedł z pokoju, zajrzała pod spód portretu. Tam wypatrzyła naklejoną karteczkę z napisami po niemiecku. To upewniło ja w przekonaniu, że historia była jednak prawdziwa.
Kiedy skontaktowałem się z rodziną zmarłego weterana, trudno było uzyskać informację, czy wie o sprawie, czy nie. Przekazałem, że istnieją metody odzyskania oryginalnego malowidła bez niszczenia pokrywającego go portretu ukochanej osoby. Przekazałem też informacje uzyskane od pracownika Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów à propos ewentualnego odszukania legalnego właściciela dzieła. Może było to niemieckie muzeum, może osoba prywatna, może czekała nagroda, nie wiadomo.
Niestety, na tym sprawa się zakończyła, rodzina nie podjęła tematu. Pozostało pytanie: jak wielu innych żołnierzy z tej jednostki wracało do domu z portretami namalowanymi przez kolegę na zabytkowych „zdobycznych” dziełach, uznanych przez artystę-amatora za bezwartościowe?
Może w niejednym polskim domu wisi skarb warty odkrycia i... zwrotu do Niemiec jako de facto łup wojenny, wywieziony wbrew konwencjom? Polacy, tak skarżący się na sowieckie rabunki, nie chcieliby chyba być z nimi stawiani w jednym rzędzie?
Inna sprawa, że – jak stwierdza historyk kultury prof. Marek Zybura z Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego – od XVIII wieku tkwi w wielu Niemcach wyobrażenie o kulturowej wyższości nad Polakami.
Po I wojnie światowej i po powstaniu odrodzonej Polski m.in. na części odzyskanych ziem zaboru pruskiego, w Republice Weimarskiej przedstawiano nas jako złodziei i „kulturowych kleptomanów”. To zaś, pisze prof. Zybura w artykule „Traktat dobrosąsiedzki z 1991 r. a niemieckie dziedzictwo kulturowe w Polsce” (Śląski Kwartalnik Historyczny Sobótka nr 2/2021), „pomogło po powojennych przesunięciach granic zakorzenić się w realiach zimnej wojny w społeczeństwie niemieckim wizerunkowi Polski jako »organizatora wypędzeń« […], który w 1945 roku dokonał zaboru nie tylko niemieckich ziem, ale przede wszystkim niemieckiego dziedzictwa kulturowego, wytworzonego na tych ziemiach przez stulecia niemiecką pracą i inwencją”.
To wszystko może odbijać się na niemieckim podejściu do Berlinki i spraw pokrewnych. Zwłaszcza że pozwala wymigiwać się od odpowiedzialności za własne zbrodnie wojenne i nadużycia, skupiając się na cierpieniach wypędzonych i straconych dobrach kultury. Dobrach, o które – w myśl tej narracji – Polacy, rzecz jasna, nie chcą i nie potrafią zadbać. O ile jednak takie oskarżenia miałyby rację bytu w stosunku np. do wielu opuszczonych i zdewastowanych pruskich dworów, nie dotyczą one Biblioteki Pruskiej, pieczołowicie zabezpieczonej perły Biblioteki Jagiellońskiej.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.
Komentarze