0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AP Photo/Mark SchiefelbeinAP Photo/Mark Schief...

Rząd Donalda Trumpa ogłosił na początku maja plan wycofania około 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Niemiec. Decyzja Pentagonu ma zostać zrealizowana w ciągu 6-12 miesięcy i obejmuje m.in. wycofanie brygadowej grupy bojowej oraz rezygnację z planowanego rozmieszczenia jednostki rakiet dalekiego zasięgu.

Ruch ten wpisuje się w szerszą rewizję amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i jest bezpośrednio powiązany z napięciami politycznymi między Waszyngtonem a Berlinem. W tle znalazły się ostre wypowiedzi kanclerza Niemiec dotyczące polityki USA wobec Iranu, które w Pentagonie uznano za „niepomocne”.

Przeczytaj także:

Twardy rdzeń

Plan redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Niemczech od początku budził opór w samym Waszyngtonie. W Pentagonie – zwłaszcza wśród wojskowych odpowiedzialnych za Europę i strukturę sił – panowało przekonanie, że taki ruch uderza w operacyjną spójność amerykańskiej obecności na kontynencie. Amerykańskie media opisywały napięcia między politycznym kierownictwem a tzw. twardym Pentagonem, czyli częścią establishmentu obronnego: generałami, planistami i cywilnymi ekspertami, którzy traktują obecność w Niemczech jako element infrastruktury globalnej, a nie kartę przetargową w bieżącej polityce.

Jednocześnie zastrzeżono, że kluczowe instalacje pozostaną nietknięte. Wśród nich znajduje się Ramstein Air Base, czyli centralny węzeł logistyczny i dowódczy dla operacji USA w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Utrzymanie tej bazy poza zakresem redukcji pokazuje, gdzie leżą

rzeczywiste priorytety: można ograniczać liczebność wojsk, lecz rdzeń infrastruktury pozostaje nienaruszony.

Na to nakłada się kontekst bieżących napięć na Bliskim Wschodzie. Niemcy sygnalizują większą ostrożność wobec eskalacji w rejonie Iranu. W Berlinie rozważano wysłanie jednostek morskich na Morze Śródziemne, z potencjalną możliwością dalszego zaangażowania w rejonie Zatoki Perskiej, jednak decyzje w tej sprawie są obwarowane zgodą rządu i kalkulacją polityczną.

Kanclerz Friedrich Merz pozostaje zwolennikiem więzi transatlantyckich, ale jednocześnie nie jest entuzjastą rozszerzania konfliktu wokół Iranu. To napięcie – między lojalnością wobec sojuszu a ostrożnością wobec konkretnej wojny – stało się jednym z punktów spornych w relacjach z Waszyngtonem.

Decyzja o wycofaniu części wojsk USA z Niemiec nie jest wyłącznie elementem przeglądu strategicznego, lecz także sygnałem politycznym wobec Berlina. Z jednej strony rząd amerykański podkreśla konieczność większego zaangażowania Europy w bezpieczeństwo, z drugiej – nerwowo reaguje na próby prowadzenia przez sojuszników bardziej autonomicznej polityki wobec kryzysów takich jak Iran. W tle pozostaje obawa, że każdy ruch osłabiający obecność USA w Niemczech może zostać odczytany jako kolejny sygnał chwiejności NATO, szczególnie w momencie narastających napięć globalnych.

Relikt zimnej wojny?

Amerykańska obecność wojskowa w Niemczech nie jest produktem ostatnich dekad ani efektem bieżących sporów o wydatki. To jedna z najtrwalszych struktur powojennego porządku. Zaczyna się w 1945 roku, kiedy Stany Zjednoczone wchodzą do pokonanych Niemiec jako siła okupacyjna, a kończy, przynajmniej formalnie, wraz z odzyskaniem przez Republikę Federalną Niemiec pełnej suwerenności.

Po drodze wydarza się jednak coś ważniejszego: zimna wojna zamienia okupację w sojusz.

W 1949 roku powstaje NATO. Kilka lat później RFN zostaje jego członkiem, a obecność amerykańskich wojsk zyskuje nowe uzasadnienie. Nie chodzi już o kontrolę pokonanego państwa, lecz o odstraszanie Związku Radzieckiego i stabilizowanie Europy Zachodniej. Niemcy stają się frontowym zapleczem amerykańskiej projekcji siły. To stąd, w razie konfliktu, miała ruszyć operacja obrony kontynentu.

Zasada jest prosta, choć często źle interpretowana: NATO nie „utrzymuje” armii amerykańskiej w Niemczech. Artykuł 5 mówi o wspólnej obronie, ale nie narzuca stałego rozmieszczenia wojsk. Obecność wynika z decyzji politycznych i umów dwustronnych. Berlin zapewnia infrastrukturę, dostęp do baz, ułatwienia prawne i logistyczne. Waszyngton gwarantuje zdolność wojskową, której Europa długo nie była w stanie w pełni odtworzyć sama. Dziś w Niemczech stacjonuje około 35 tys. żołnierzy amerykańskich.

Skala redukcji jest znacząca, choć nie przełomowa: cięcia obejmą mniej więcej jedną siódmą kontyngentu. Razem z rodzinami i personelem cywilnym tworzą społeczność liczącą ponad 50 tys. osób. Największe skupiska znajdują się w Nadrenii-Palatynacie i Bawarii. Nie są to odizolowane garnizony. Wokół baz powstał równoległy świat: szkoły, sklepy, infrastruktura medyczna, lokalne usługi. Niemieckie regiony, w których ulokowano jednostki, od dekad funkcjonują w symbiozie z amerykańską obecnością.

Skala tego zaplecza jest często niedoszacowywana. Bezpośrednio przy obsłudze baz – od logistyki po administrację – pracuje kilkanaście tysięcy niemieckich cywilów. W szerszym ujęciu, obejmującym podwykonawców, usługi i lokalną gospodarkę, liczba ta rośnie do kilkudziesięciu tysięcy miejsc pracy. W niektórych regionach to jeden z głównych pracodawców.

Nord Stream albo NATO

Znaczenie tego kontyngentu zmieniało się wraz z epoką. W czasie zimnej wojny był to kluczowy element równowagi sił. Po 1989 r. wydawało się, że jego rola maleje. Jednak kolejne konflikty szybko przywróciły mu operacyjną wagę. Wojny na Bałkanach, operacje w Iraku i Afganistanie, a w ostatnich latach wsparcie dla Ukrainy – wszystkie te działania korzystały z infrastruktury ulokowanej w Niemczech.

W tym układzie szczególne miejsce zajmuje baza lotnicza w Ramstein. To największa amerykańska instalacja wojskowa poza Stanami Zjednoczonymi i węzeł, przez który przechodzi znaczna część operacji logistycznych i komunikacyjnych USA w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Ramstein obsługuje transporty wojskowe, ewakuacje medyczne, koordynację operacji lotniczych. W ostatnich latach stał się także centrum zarządzania wsparciem dla Ukrainy: miejscem spotkań i planowania działań państw zachodnich. Dlatego dyskusja o redukcji obecności wojskowej nie dotyczy wyłącznie liczby żołnierzy. W tle jest infrastruktura, sieci logistyczne i polityczne zobowiązania budowane przez dekady.

Tymczasem pomysł ograniczenia obecności wojskowej w Niemczech nie pojawił się nagle. Donald Trump flirtował z nim od początku swojej pierwszej kadencji i traktował go jako część szerszej narracji o „niesprawiedliwym” układzie transatlantyckim. W jego ujęciu Berlin korzystał z amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, jednocześnie przeznaczając

zbyt mało środków na własną obronność i utrzymując relacje gospodarcze z Rosją, które w Waszyngtonie budziły rosnącą irytację.

Szczególnie mocno wybrzmiewał w tym kontekście projekt Nord Stream 2. Trump wielokrotnie wskazywał, że Niemcy kupują rosyjski gaz, a jednocześnie oczekują od Stanów Zjednoczonych gwarancji bezpieczeństwa wobec tej samej Rosji. W jego retoryce ten układ był sprzeczny z logiką sojuszu. Do tego dochodził spór o poziom wydatków obronnych. Berlin przez lata pozostawał poniżej progu 2 proc. PKB, który w NATO funkcjonuje jako polityczne zobowiązanie. Trump wykorzystywał to jako dowód na brak „uczciwego podziału kosztów”.

Ten stosunek do Niemiec miał też wymiar osobisty i polityczny. W czasie jego pierwszej kadencji relacje z ówczesnym rządem pod przywództwem Angeli Merkel od początku były chłodne, a momentami otwarcie napięte. Różnice dotyczyły nie tylko bezpieczeństwa, lecz także handlu, polityki klimatycznej i podejścia do Chin. W efekcie Berlin stał się dla Trumpa symbolem problemu szerszego niż same Niemcy: sojusznika, który – jego zdaniem – korzysta z systemu, nie ponosząc proporcjonalnych kosztów.

W środku kampanii 2020 r. Donald Trump wrócił do jednego ze swoich ulubionych tematów: Ameryka ma przestać „dopłacać” do bezpieczeństwa Europy. Plany redukcji kontyngentu w Niemczech – o około 9,5 tysiąca żołnierzy – sprzedawał jako dowód twardej polityki i racjonalizacji wydatków. Mniej kosztów za granicą, więcej pieniędzy u siebie. Prosty przekaz na kampanię. Tyle że ten ruch wywołał zaskakująco ostrą reakcję wewnątrz Partii Republikańskiej.

Strategiczne ryzyko

W Kongresie zaczęły krążyć listy podpisywane przez republikańskich członków komisji spraw zagranicznych i sił zbrojnych Izby Reprezentantów. Jeden z nich, sygnowany m.in. przez Michaela McCaula, stwierdzał wprost: „to nie jest moment na takie działania”. McCaul stał się twarzą krytyki planów Trumpa. Argumentował wprost, że obecność wojskowa USA w Niemczech nie jest żadnym „prezentem” dla Berlina, lecz elementem odstraszania wobec Rosji i fundamentem wiarygodności całego NATO. W jego ujęciu wycofanie żołnierzy oznaczało nie oszczędność, lecz strategiczne ryzyko.

W listach do Białego Domu powtarzał się ten sam wątek: wycofanie części sił może zaszkodzić bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych i podważyć zaufanie sojuszników do amerykańskiego zaangażowania. Republikańscy kongresmeni ostrzegali, że

każde „pęknięcie” w Sojuszu natychmiast wykorzystają przeciwnicy – wprost wskazywano na Władimira Putina oraz rosnącą rolę Chin.

McCaul nie był w tym osamotniony. Podobne stanowisko zajmowali inni republikanie związani z polityką bezpieczeństwa: Liz Cheney, która mówiła o osłabieniu pozycji USA wobec Rosji; Mac Thornberry, podkreślający znaczenie baz w Niemczech dla globalnych operacji; Adam Kinzinger oraz Mike Rogers.

W Senacie ton był podobny: Mitt Romney mówił o poważnym błędzie strategicznym. Obecny szef dyplomacji – wówczas zdystansowany wobec Trumpa – Marco Rubio wskazywał na ryzyko utraty zaufania sojuszników. Nawet lojalny wobec prezydenta dzisiejszy architekt wojny z Iranem, Lindsey Graham, sygnalizował wątpliwości.

Żenujący Fort Trump

Powstała sytuacja, która dobrze oddaje napięcie w ówczesnej Partii Republikańskiej. Z jednej strony Trump, który budował polityczny kapitał na hasłach redukcji zobowiązań zagranicznych i rozliczania sojuszników. Z drugiej – republikański establishment bezpieczeństwa, dla którego obecność wojskowa w Niemczech była elementem architektury odstraszania i spójności Zachodu. Powstał spór o to, czy Ameryka nadal chce być gwarantem porządku sojuszniczego, czy też graczem, który przelicza swoją obecność na krótkoterminowy rachunek polityczny. Tymczasem Trump przegrał wybory i sprawa wycofania kontyngentu ucichła.

W Polsce plany Trumpa próbowano zresztą przedstawić jako wynik geopolitycznych nacisków Warszawy. Gdy administracja amerykańska zaczęła mówić o redukcji części sił w Niemczech, obóz Andrzeja Dudy natychmiast zaczął sugerować, że żołnierze mogliby trafić właśnie nad Wisłę. W mediach wróciło wtedy hasło „Fort Trump”: pomysł stałej amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce, przedstawianej niemal jako nowy filar bezpieczeństwa regionu.

Problem polegał na tym, że projekt istniał głównie w politycznej narracji i propagandowej symbolice. „Fort Trump” był bardziej sloganem niż realnym planem Pentagonu. Owszem, Amerykanie zwiększali swoją obecność wojskową w Europie Środkowej, część infrastruktury rozwijano także w Polsce, ale Waszyngton nigdy nie traktował tego jako budowy jednej gigantycznej bazy pod triumfalnym szyldem polskiego prezydenta. Sama nazwa budziła zresztą w amerykańskim establishmencie wojskowym i dyplomatycznym spore zażenowanie, bo wyglądała raczej jak

element kampanii marketingowej niż poważnej strategii bezpieczeństwa.

W praktyce redukcja wojsk w Niemczech okazała się dużo mniej spektakularna, niż zapowiadano. Część sił miała zostać przesunięta do innych państw NATO, część wrócić do USA, a cały projekt został później częściowo odwrócony przez administrację Joe Bidena. Nie powstał żaden „Fort Trump”; nie było też wielkiego geopolitycznego transferu środka ciężkości NATO z Niemiec do Polski.

Dziś podobne spekulacje wracają przy każdej dyskusji o możliwym ograniczeniu amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Zachodniej. W Warszawie regularnie pojawia się nadzieja, że część sił mogłaby zostać przesunięta bliżej wschodniej flanki. Różnica polega jednak na tym, że obecnie mówi się raczej o rotacjach, logistyce i wzmacnianiu infrastruktury NATO niż o wielkiej personalistycznej wizji „Fortu Trump”. Tamten projekt pozostaje jednym z bardziej charakterystycznych przykładów polityki symboli epoki PiS: dużo brandingowego entuzjazmu, znacznie mniej twardej treści strategicznej.

Od gapowicza do Zeitenwende

Teraz sprawdźmy, ile prawdy było w trumpowskim oskarżeniu, że Niemcy „nie płacą na NATO” i żyją pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa cudzym kosztem. Przez długi czas ten zarzut nie był całkowicie wyssany z palca. Po szczycie NATO w walijskim Cardiff w 2014 roku państwa Sojuszu zobowiązały się, że w ciągu dekady będą dążyć do wydawania 2 proc. PKB na obronność.

Niemcy przez lata pozostawały wyraźnie poniżej tego poziomu. Jeszcze około 2014 roku wydawały na wojsko nieco ponad 1,1 proc. PKB, a wzrost był powolny i ostrożny. W latach 2014–2019 Berlin przeszedł z ok. 1,18 proc. do ok. 1,38 proc. PKB. Z perspektywy Waszyngtonu, zwłaszcza administracji Donalda Trumpa, wyglądało to jak klasyczna jazda na gapę: najbogatsza gospodarka Europy korzysta z amerykańskiej ochrony, ale nie chce ponosić proporcjonalnych kosztów. Trump upraszczał jednak rzeczywistość i świadomie mieszał kilka różnych pojęć. Niemcy nie „zalegały” z żadnymi składkami wobec NATO, bo Sojusz nie działa w ten sposób. Państwa członkowskie finansują własne armie, a nie wpłacają określonej kwoty do wspólnej kasy, z której Ameryka utrzymuje europejskie bezpieczeństwo. Spór dotyczył więc nie formalnych długów wobec NATO, lecz poziomu wydatków obronnych i gotowości Berlina do inwestowania we własne siły zbrojne.

Jednocześnie po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 r. sytuacja zmieniła się radykalnie. Kanclerz Olaf Scholz ogłosił „Zeitenwende”, czyli historyczny zwrot w polityce bezpieczeństwa RFN. Powstał specjalny fundusz o wartości

100 mld euro na modernizację Bundeswehry,

a wydatki obronne zaczęły rosnąć w tempie, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się politycznie nierealne.

Dziś Niemcy przeznaczają na obronność ponad 2 proc. PKB i – licząc w euro – wydają na te cel najwięcej wśród europejskich państw członkowskich NATO. Według obecnych planów Berlin zmierza nawet w kierunku poziomu 3 proc. PKB. W ciągu dekady Niemcy przeszły więc drogę od państwa postrzeganego w Waszyngtonie jako niechętny płatnik do jednego z głównych motorów europejskich zbrojeń.

To nie znaczy, że Trump całkowicie mylił się co do problemu nierównowagi wewnątrz NATO. Ale jego retoryka o tym, że Niemcy „nie płacą”, upraszczała dużo bardziej złożoną rzeczywistość – spór o podział kosztów, strategiczne priorytety i rolę Stanów Zjednoczonych w architekturze bezpieczeństwa Zachodu.

Autonomia strategiczna – ja, bitte

Berlin i inne europejskie stolice na kolejne sygnały o możliwym ograniczeniu amerykańskiej obecności wojskowej reagowały w dwójnasób. Oficjalnie niemieccy i unijni politycy powtarzali, że Europa od dawna musi brać większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, zwiększać wydatki obronne i rozwijać własne zdolności wojskowe. W dyplomatycznym języku miał to być raczej kolejny impuls do „dojrzewania strategicznego” Europy niż otwarty kryzys transatlantycki. Pod tą warstwą uspokajających deklaracji kryło się jednak głębsze napięcie. W Berlinie coraz wyraźniej widać przekonanie, że Stany Zjednoczone przestały być przewidywalnym gwarantem bezpieczeństwa w takim sensie, w jakim były nim przez większość okresu powojennego. Nawet jeśli kolejne administracje formalnie podtrzymują zobowiązania wobec NATO, sama możliwość gwałtownych zwrotów politycznych w Waszyngtonie zaczęła wpływać na strategiczne kalkulacje europejskich elit.

To właśnie dlatego po 2022 roku, a szczególnie po powrocie Trumpa do Białego Domu, przyspieszyły dyskusje o „autonomii strategicznej” Europy. Jeszcze kilka lat temu brzmiały one dla wielu państw NATO jak francuska fantazja o emancypacji od Ameryki. Dziś coraz częściej traktowane są jako

pragmatyczna odpowiedź na niestabilność amerykańskiej polityki.

Nie chodzi już wyłącznie o zwiększanie budżetów wojskowych, ale o pytanie dużo bardziej fundamentalne: czy Europa ma zdolność do działania w sytuacji, w której Waszyngton ogranicza swoje zaangażowanie albo uzależnia je od bieżącej kalkulacji politycznej?

W niemieckiej debacie bezpieczeństwa widać zmianę tonu, która jeszcze dekadę temu byłaby trudna do wyobrażenia. NATO nadal pozostaje fundamentem europejskiej obrony, ale przestało być postrzegane jako coś automatycznego i politycznie niezniszczalnego. Coraz częściej pojawia się przekonanie, że Europa musi budować zdolności pozwalające jej funkcjonować także w warunkach częściowego strategicznego dystansu Stanów Zjednoczonych.

Paradoks polega na tym, że właśnie Trump, polityk wielokrotnie krytykujący europejskich sojuszników za zbyt niskie wydatki, stał się jednym z głównych motorów przyspieszonej militaryzacji i integracji obronnej Europy.

Komentarze