0:00
22 lutego 2021

Biskupi dają pieniądze na pomoc ofiarom, ale przez 25 lat kłamali. Hipokryzja! Odchodzę

"To wotum nieufności wobec Konferencji Episkopatu Polski. Jak mogę dalej firmować instytucję, która jednym oferuje wsparcie psychologiczne, a innych nieustannie zawodzi?" - mówi OKO.press Robert Wiktor Fidura-Porycki, który na znak protestu odszedł z Rady Fundacji Świętego Józefa

Wydrukuj

"Nie jestem w stanie w zgodzie z moim sumieniem firmować działań KEP, w której zasiadają tacy ludzie jak Dzięga i Głódź, jak Janiak, Dziuba i dziesiątki innych, dlatego niniejszym składam rezygnację z zasiadania w Radzie Fundacji Świętego Józefa" — napisał 15 lutego 2021 Robert Wiktor Fidura-Porycki do prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka.

W Radzie Fundacji, która świadczy pomoc psychologiczną i prawną dla ofiar wykorzystania seksualnego, był głosem pokrzywdzonych. Decyzję o odejściu podjął po publikacji serii materiałów prasowych o księdzu Andrzeju Dymerze, nazywanym "szczecińskim Jankowskim". Dymer wykorzystywał seksualnie nieletnich chłopców, lecz przez 25 lat pozostawał bezkarny.

"Moja rezygnacja to wotum nieufności wobec Konferencji Episkopatu Polski in gremio"

- mówi OKO.press Fidura-Porycki, który sam w wieku 14, a potem 17 lat, został wykorzystany seksualnie przez duchownych.

Poniżej cała rozmowa.

Przeczytaj także:

Anton Ambroziak, OKO.press: Wiktor czy Robert?

Teraz podpisuję się Robert Wiktor Fidura-Porycki. W 2018 roku zgłosił się do mnie Polsat News. Miałem po raz pierwszy opowiedzieć o wykorzystaniu seksualnym przez księży. Nie chciałem ujawniać, kim jestem. Mieszkam na niewielkiej wsi, 600 mieszkańców. Dosłownie minutę przed telefonem od dziennikarza uświadomiłem sobie, że jakoś mnie będą musieli podpisać. Pseudonim przyszedł do mnie sam:

Wiktor, bo zwyciężyłem, przetrwałem żyję, a Porycki — po płaczu, po ryczeniu.

Dopiero kilka dni później, jak emocje ze mnie zeszły, uświadomiłem sobie, że poszedłem po linii zawodowej. Zajmuję się heraldyką, projektowaniem herbów dla jednostek samorządu terytorialnego. Siłą rzeczy muszę też dłubać w historii, herbach szlachty, genealogii. Poryccy to była rodzina książęca na kresach wschodnich, wymarła bodaj w XVII w.

I tak przez długi czas funkcjonowałem w przestrzeni związanej z wykorzystaniem seksualnym jako Wiktor Porycki. Dopiero 1 stycznia 2020 r. ujawniłem publicznie, że Wiktor Porycki to tak naprawdę Robert Fidura.

Bałeś się?

Nie ukrywam, że był to cholerny strach. Nie wiedziałem, jak to będzie, jak ludzie zareagują, co się wydarzy na mojej wiosce. Okazało się, że nie zmieniło się praktycznie nic.

Kilka miesięcy później przyszedł do mnie tylko młody chłopak, sąsiad. Chciał uprzedzić, że robi urodzinowe ognisko dla znajomych - będzie głośno, trochę alkoholu. Przy okazji powiedział, że "widział, podziwia, jest pełen uznania".

15 lutego 2021 poinformowałeś prymasa Polski, że odchodzisz z rady fundacji św. Józefa. Dlaczego teraz?

Bo się przelało. Sprawę Dymera znam od kilku lat, chociażby z książki Radka Grucy "Hipokryzja". Potem śledziłem ją zawodowo. Jako członek Rady Fundacji św. Józefa starałem się być na bieżąco w postępowaniach dotyczących nadużyć. Reportaż TVN uporządkował mi tę historię. Trochę inaczej jest, gdy czytasz w kilku miejscach, nie masz czasu tego poskładać, prześledzić krok po kroku, co robili biskupi.

Po obejrzeniu materiału pomyślałem, okej, biskupi może dają pieniądze na Fundację, która pomaga ofiarom, ale z drugiej strony przez 25 lat kombinowali, kluczyli, kłamali. Hipokryzja! To się chyba w psychiatrii nazywa osobowość wieloraka, rozdwojenie jaźni...

Z drugiej strony jest krzywda ofiar.

Tak, to druga strony tej samej monety. To historia totalnego lekceważenia osób pokrzywdzonych. Jak mogę dalej firmować instytucję, która jednym oferuje wsparcie psychologiczne, a innych nieustannie zawodzi?

Ufam tylko prymasowi. On jest osamotniony

List do prymasa pisałeś w emocjach?

To nie było tak, że trzęsły mi się ręce, coś nagle wybuchło w emocjach. Oglądałem ten materiał kilka razy. Najpierw w internecie, potem 15 lutego na dużym ekranie. Po emisji, już na chłodno napisałem to, co leży mi na sercu - współpracę trzeba zakończyć.

"Ponad 90 proc. biskupów dyskredytuje nieumarłych pokrzywdzonych i torpeduje pomoc" - to bardzo poważny zarzut, szczególnie w ustach osoby, która jest blisko Kościoła.

Nie napisałem nic nowego. Prawdę mówiąc, ufam tylko jednemu spośród członków Konferencji Episkopatu Polski - prymasowi. My się po prostu znamy. Razem pracowaliśmy, trochę razem przeszliśmy. Wiem, że to na pewno biskup, któremu zależy, który się nie boi. I wiem, że jest w tym gronie osamotniony.

Zawsze przypomina mi się sytuacja, gdy biskup Janiak po emisji drugiego filmu braci Sekielskich "Zabawa w chowanego", którego był antybohaterem, napisał paskudny list obronny. Stawiał się w roli męczennika, ofiary "medialnej nagonki", a prymasa oskarżał o działanie w zmowie z braćmi Sekielskimi. Tak kłamał, że mi na wierzch oczy wychodziły, gdy to czytałem. Nie było tam zdania prawdy. Wtedy do prymasa ze wsparciem zadzwoniło trzech ze 150 biskupów.

A publicznie? Cisza, czyli milczące poparcie dla Janiaka umoczonego w tuszowanie pedofilii.

Dopiero po dwóch tygodniach biskup pomocniczy płocki Milewski w rozmowie z Robertem Mazurkiem na antenie RMF FM przyznał, że Janiak kłamał. To najlepszy obrazek osamotnienia prymasa.

Jak nazwałbyś to, co robi KEP w kwestii nadużyć seksualnych w Kościele?

Jednym hasłem, które zresztą nie jest moje, bo wymyślił je Zbyszek Nosowski z „Więzi”: "Przeczekamy i poprosimy o przeczekanie".

Ale działania samej Fundacji nie były pozorowane?

Nie. Staram się bardzo wyraźnie rozdzielić te dwie sfery. Podziwiam działania Fundacji, jestem z nimi całym sercem. Zadeklarowałem, że jeśli będzie potrzeba, zawsze chętnie pomogę, wystąpię na szkoleniu, cokolwiek.

Moja rezygnacja to jest wotum nieufności wobec Konferencji Episkopatu Polski in gremio.

Fundacja choć pomaga, niewątpliwie jest też elementem tuszowania bezczynności w rozliczaniu przypadków nadużyć.

Tak, to jest usprawiedliwienie nic nie robienia w kwestii tego, co ja nazywam trupami w szafach. Najczęściej są to stare sprawy, sprzed 2017 roku. Wtedy wszedł w życie przepis kodeksu karnego, który nakazuje powiadamianie o takich sprawach organy ścigania. Nowe sprawy są procedowane, zgłaszane, bo biskupi nie bardzo mają wyjście. Niestety te sprzed 2017, albo w ogóle sprzed 1989 roku, naprawdę przestarzałe, leżą w szafach kurialnych i nic się z nimi nie dzieje.

Prymas Polak dał ci odejść?

Zadzwonił dziesięć minut po moim mailu. Padło w rozmowie, że może to jednak emocje, nerwy, żebym przemyślał. Odpowiedziałem tak, jak tobie: już to przemyślałem.

Rozmawialiście o sprawie Dymera i szczecińskich biskupów?

Chwilę tak, oczywiście. Powiedział, że rozumie mój krok, motywacje. Nie mogę powiedzieć, że to była wyjątkowo miła rozmowa. Nigdy nie jest miło odchodzić, rzucać coś, co było dla ciebie ważne. Mimo wszystko na fundację św. Józefa patrzę jak na swoje dziecko. W 2019 roku w Rzymie odbył się szczyt dot. pedofilii. Mieli stawić się na nim przewodniczący Konferencji Episkopatów z całego świata. Papież Franciszek nakazał im jednak przed przyjazdem spotkać się z pokrzywdzonymi.

Takie spotkania odbywały się też w Polsce. Byłem jedną z pierwszych osób, z którą spotkał się abp Gądecki. Wtedy z moich ust padła sugestia, że dobrze by było, gdyby biskupi, diecezje, zaczęły zbierać pieniądze na pomoc pokrzywdzonym. Wtedy nazywałem to Funduszem. Potem dotarło do mnie, że był to jeden z impulsów, który finalnie przerodził się pomysł stworzenia Fundacji.

Jak to w zasadzie się stało, że znalazłeś się w Radzie?

W 2019 roku, po premierze "Tylko nie mów nikomu", zacząłem więcej publikować w "Więzi". W pewnym momencie redaktor naczelny Zbyszek Nosowski zapytał mnie, czy nie spotkałbym się z prymasem. On już był delegatem ds. ochrony dzieci i młodzieży Konferencji Episkopatu Polski. Zgodziłem się. Dwa, trzy dni później wyświetlił się nieznany numer w komórce. Odebrałem, przywitał mnie prymas. Byliśmy w kontakcie telefonicznym, mejlowym. Potem doszło do pierwszego spotkania twarzą w twarz. Bardzo miła, sympatyczna, dobra rozmowa.

Później trwały prace nad powołaniem Fundacji — opracowanie statutu, dokumentów niezbędnych do zarejestrowania. Prymas prosił, żebym popatrzył na te dokumenty oczami pokrzywdzonego, chciałem wiedzieć, co ja bym w nich zmienił. I w końcu zaproponował, żebym w Radzie Fundacji został głosem pokrzywdzonych.

Przyjąłeś propozycję z entuzjazmem?

Może to za duże słowo. Cieszyłem się, że powstaje organizacja kościelna, która będzie skupiona na pomocy osobom pokrzywdzonym.

Nie zdziwiło cię, że część ofiar przez lata nie jest w stanie dobić się do instytucji kościelnych, a ty zostałeś zaproszony do nowej fundacji przez samego prymasa?

Ależ oczywiście, że tak. Najbardziej niepokoiło mnie jednak coś innego.

Bałem się, że część osób pokrzywdzonych nie będzie chciała przyjść do Kościoła, bo to Kościół ich skrzywdził.

Wiadomo, że to skrót myślowy: nie skrzywdził ich cały Kościół, przecież ja też jestem w Kościele i nikogo nie skrzywdziłem. Zrobił to duchowny, jego przedstawiciel. Cały czas starałem się jednak przypominać, że musimy znaleźć metodę dotarcia do tych, którzy z instytucją nie chcą mieć nic wspólnego.

Jak dotrzeć do skrzywdzonej osoby, która widzi hipokryzję najwyższych hierarchów?

To się zgadza. Dlatego, gdy mówię o mojej rezygnacji, mam też z tyłu głowy, że to nie chodzi po prostu o ks. Dymera i szczecińskich biskupów. To był pewien etap dojrzewania.

Kościół nie wstydził się przyjąć geja do kościelnej Fundacji?

Nigdy nie udawałem kogoś, kim nie jestem. Wręcz na spotkaniu, na którym prymas zaproponował mi uczestnictwo w radzie fundacji, zapytałem go, czy aby na pewno dobrze przemyślał propozycję. Może zapomniał, że jestem gejem, nieczynnym, ale gejem? Nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Moją kandydaturę przedstawił na zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu i biskupi mnie wybrali.

A antyklerykała?

A-klerykała, bo antyklerykał to dla mnie o krok za dużo. To tak jakbym w ramach rozliczeń wyjął pistolet i odstrzeliwał każdego. Jestem aklerykałem w takim sensie, w jakim często mówi o tym papież Franciszek. Jestem przeciwny stawianiu duchownych na piedestale.

W Polsce możesz zaobserwować wiernych, którzy niemal całują księży po rękach, a z drugiej strony księża bardzo często mają manierę wyższości: ja wszystko wiem, na każde pytanie mam odpowiedź, jestem prawie bezgrzeszny. I przeciw temu się buntuję.

Duchowny to taki sam człowiek, tak samo grzeszny, jak ja. Ma święcenia, z których wypływa przywilej udzielania sakramentów, ale to nie zmienia w żaden sposób jego istoty.

Pierwszy raz zostałem wykorzystany, gdy miałem 14 lat

Historię Wiktora poznaliśmy dopiero w 2018 roku. Co cię doprowadziło do tego momentu?

To jest dość skomplikowane. Pierwszy raz zostałem wykorzystany, gdy miałem 14 lat. To był ksiądz diecezjalny. Drugi raz, kilka lat później, miałem wtedy 17 lat. Sprawcą był zakonnik. Ten drugi raz tak skutecznie wyparłem do podświadomości, że przypomniałem sobie o tym dopiero w październiku 2020 roku. Szukałem niewielkiego fotelika do przedpokoju: takiego, na którym mógłbym usiąść zakładając buty. Nagle w internecie zobaczyłem zdjęcie fotela - był dokładnie taki, jak u niego w pokoju: kolor, tapicerka, obicie. Jakby zdjęcie zrobione z przeszłości. Wtedy sobie przypomniałem.

Co ciekawe, wcześniej widziałem zdjęcie samego zakonnika w internecie. Powodowało we mnie lęk, niepokój, ale nie wiedziałem, dlaczego.

Jak sobie radziłeś przez te wszystkie lata?

Nie radziłem. To doświadczenie cały czas we mnie tkwiło. Co jakiś czas wracał do mnie ten sam sen: jak na filmie odtwarzały mi się sceny z pierwszego wykorzystania, gdy byłem czternastoletnim chłopcem. Na tyle mnie to połamało psychicznie, że kilka lat temu byłem bliski popełnienia samobójstwa. Paradoksalnie, znad przepaści wyciągnął mnie inny ksiądz, ksiądz Józef Kloch.

Bo mimo wszystko cały czas byłeś blisko Kościoła?

Mimo wszystko tak. Mam za sobą dwa lata w seminarium duchownym. Kościół jest mój, nigdy nie chciałem od niego odejść.

Co działo się później?

W 2012, 2013 roku zacząłem więcej czytać o nadużyciach w Kościele. To wtedy zorientowałem się, że nie jestem sam; że w Polsce jest więcej takich osób jak ja. Wtedy pierwszy raz w życiu zacząłem zwierzać się w prywatnych rozmowach.

Do publicznego wyznania skłonił mnie sam Kościół. W 2018 roku diecezje organizowały serie konferencji, na których podawały statystyki dotyczące molestowania i przemocy. Dla mnie był to sygnał, że Kościół jest życzliwy, otwarty na pokrzywdzonych. Coś ostatecznie pękło. Zacząłem mówić, zdecydowałem się też złożyć oficjalne zawiadomienie w mojej sprawie.

Z sukcesem?

Obaj sprawcy nie żyją, nie ma postępowania kanonicznego.

Ks. Dymer też nie żyje, ale czy to znaczy, że pokrzywdzonym nie należy się sprawiedliwość?

Jestem zwolennikiem tzw. komisji historycznych. Sprawy sprzed lat, które dotyczą zmarłych księży, powinny być z urzędu kierowane do rozpatrzenia, w innym trybie niż postępowanie kanoniczne czy sądowe. Kościół już dziś ma taką możliwość, ale wszystko zależy od jego woli.

Kiedy przestałeś myśleć, że Kościół jest otwarty na pokrzywdzonych?

Coś się we mnie złamało po słowach abp. Leszka Głódzia, po premierze filmu braci Sekielskich.

"Nie oglądam byle czego"?

Ja nie jestem byle czym. Żadna osoba pokrzywdzona, niezależnie od wieku, zdrowia, kondycji, seksualności, nie jest byle czym.

Te słowa to nie przypadek. Abp Głódź i abp Dzięga to najwięksi hamulcowi w sprawach związanych z wykorzystaniem seksualnym. To oni lobbowali za tym, by pierwsze wytyczne w tej sprawie nie zostały upublicznione.

Potem abp Dzięga, jako szef rady KEP, szukał prawników, którzy sporządzą opinie prawne, które stwierdzą, że Kościół jako instytucja nie odpowiada za czyny swoich urzędników. Gdyby to od nich zależało, nasze historie zostałyby wymazane.

Pomoc innym pokrzywdzonych pomaga czy rozdrapuje rany?

Niestety, każda historia przypomina mi to, co sam przeszedłem. Ogromną pomocą jest psychoterapia. Gdy wraca trauma, męczy mnie galopada myśli, zawsze mogę przegadać to, co się dzieje.

Co byś dzisiaj powiedział sobie sprzed lat, 14-latkowi?

Stary ja, młodemu ja pewnie powiedziałby: "Zgłoś to od razu". Z drugiej strony, to był 1981 rok. Polska była zupełnie inna. Komu miałem zgłosić? Służbie bezpieczeństwa? Milicji? Dziś każdej młodej osobie powiedziałbym, żeby znalazła kogoś zaufanego i zaczęła opowiadać, jak najszybciej. Dla siebie i innych.

Miałem moment, w którym próbowałem odrzucić seksualność

Pamiętasz, jak odkrywałeś swoją seksualność?

O tym, że jestem gejem na dobrą sprawę wiedziałem od zawsze. Lata 80. to był zupełnie inny świat: nie mówiło się o tym wprost, raczej wiedziałem, że jestem inny. Nigdy nie miałem z tym strasznego problemu. Takim mnie Bóg stworzył i koniec kropka.

Kościół nie miał z tym problemu?

Nigdy wprost. Choć oczywiście na religii czy katechezie słyszałem, że homoseksualiści nie dostąpią zbawienia. Miałem moment, w którym próbowałem odrzucić seksualność. To był strach przed samym sobą, przed religią, ale także przed ujawnieniem się w środowisku, w którym żyłem. Co mnie spotka, gdy dowiedzą się, jaki jestem?

Od lat nie jestem czynnym homoseksualistą. Mieszkam sam, to mój wybór. Nigdy nie ukrywałem jednak, że nie zawsze tak było. Miałem partnerów i nie uważam, by to kłóciło się z moją wiarą.

Stanowisko polskiego Kościoła wobec osób LGBT jest dalekie od miłosierdzia.

Homofobia była w Kościele od zawsze, ale od niedawna obserwujemy trend dociskania śruby. Klasycznym przykładem jest abp Jędraszewski, który w każdym wystąpieniu daje wyraz obsesji na punkcie gender, LGBT i słynnej "tęczowej zarazy".

Zawsze mnie to dziwiło, że z tradycji polskiego Kościoła wyszła siostra Faustyna, czyli kult miłosierdzia bożego, a z drugiej strony są wystąpienia, które mają niewiele wspólnego z miłością bliźniego.

Niektórzy przedstawiciele Kościoła pozwalają sobie na deptanie ludzkiej godności. I choć głośno krzyczą o niebezpiecznej ideologii, sami są jej piewcami.

Po co ta wrogość?

Mam wrażenie, że Kościół w Polsce po prostu nie potrafi egzystować bez wroga. To jest przyzwyczajenie wyniesione jeszcze z czasów komunistycznych. W PRL-u były jasne kryteria: komuniści źli, Kościół dobry. Jak się skończył komunizm i przyszła demokracja, okazało się, że Kościół w ogóle nie radzi sobie z wolnością. Stąd sojusz tronu i ołtarza - czy też konkubinat, jak to ktoś fajnie nazwał - i to niezależnie od tego, czy rządzi prawica, lewica, centrum czy chłopi.

Kościół zawsze będzie tam, gdzie rządzący. To, co się dzieje teraz, w trakcie kadencji Zjednoczonej Prawicy jest ewidentne: przepływy finansowe, sprzedaże działek, wspólne uroczystości, lobbing. Obrzydliwe.

Dużo osób w Polsce jest wściekłych, że Kościół sączy jad w przestrzeni publicznej i wtrąca się w ich życie.

Tego nie umiem sobie wytłumaczyć. Nie wiem dlaczego, nie wiem po co. Wiem, że w ten sposób szkodzą i krzywdzą.

Widzisz w Kościele miejsce na wiarę?

Czasami nie. Jak patrzę na działania niektórych biskupów, jak Dzięga, Dziuba, Jędraszewski, Głódź, Skworc i wielu innych, to naprawdę czasami się zastanawiam, czy oni wierzą w cokolwiek, poza mamoną i swoim dobrobytem.

Czy Kościół daje ci nadzieję i otuchę?

Tak. Ja Kościół pojmuję inaczej. Kościół to nie jest hierarchia, instytucja. Dla mnie Kościół to jest pewna wspólnota ochrzczonych i wierzących. Ja w Kościele mam takie samo miejsce, jak jakiś biskup, czy inny ksiądz. Nie ma Kościoła bez wiernych, ale nie ma też bez hierarchii. Te dwa elementy muszą się uzupełniać. Mi Kościół wciąż pomaga, bo dla mnie to są konkretni ludzie, jak ksiądz Józef Kloch, Marta Titaniec, prymas, Grzesiek Kramer, Maciek Biskup, Piotrek Studnicki, Damian Wyżkiewicz, wielu, wielu innych.

Jest Kościół i kościół.

Czy twój Kościół ma szansę wygrać?

Czy ma szansę, nie wiem, ale jeżeli mój Kościół nie wygra, to cała instytucja stanie się niszowa. Będą małe, rozbite grupki wiernych, trochę w podziemiu. Tak się skończy historia Kościoła w Polsce.

Należy zrobić kilka podstawowych rzeczy

Jak oceniasz działania papieża Franciszka?

Widzę dużo ciepłych słów, sporo działań idących w dobrym kierunku, ale także mnóstwo niedoróbek.

Znowu wracamy do sprawy Dymera. W 2008 roku kongregacja nauki wiary nakazała prowadzenie procesu apelacyjnego trybunałowi w Gdańsku. Tak naprawdę proces zaczął się w 2017 roku. Przez prawie 10 lat Kongregacja Nauki Wiary kilka razy zgłaszała się do arcybiskupa Głodzia, kiedy ten proces ruszy, a on nie robił nic.

Chichot polega na tym, że tak naprawdę w tamtym momencie on powinien podpisać dekret powołujący trybunał. To jest kartka A4 i jeden podpis.

Przez tyle lat unikał tego, jak przysłowiowy diabeł święconej wody. Watykan nie był w stanie na nim tego wymusić. Tu jest ewidentna dziura w prawie kanonicznym.

Jest też nowe prawo wydane przez papieża Franciszka ad experimentum „Vos estis lux mundi”. Tam są bardzo jasno postawione terminy postępowań. Wpływa zawiadomienie, biskup ma trzy miesiące na przeprowadzenie postępowania, a potem Stolica Apostolska ma miesiąc na wydanie wyroku.

Niestety, oni wiecznie przedłużają postępowania, bo nie są w stanie fizycznie się wyrobić. Z tego, co wiem, do niedawna było tak, że sprawy polskie kierowane do Watykanu prowadziło trzech księży. To są też ludzie. Przychodzi ileś tomów akt, musisz je przeczytać. Doba ma 24 godziny.

Z jednej strony masz narrację, że to jest najważniejsza sprawa w Kościele, że trzeba ją rozwiązać. Z drugiej strony, nie bardzo widzę dobrą wolę, żeby tych ludzi po prostu więcej zatrudnić, jak trzeba to i trzydziestu.

Co musiałoby się zmienić, żeby prawa osób, które doświadczyły przemocy i nadużyć ze strony przedstawicieli Kościoła były realnie respektowane?

Po pierwsze, należy lobbować za tym, żeby osoba pokrzywdzona w procesie kanonicznym miała status strony, a nie świadka. To byłaby ogromna zmiana. Oznaczałoby to dostęp do akt, dokumentów. Teraz możesz się starać poprosić grzecznie trybunał o wyrok, ale to musi być twój wniosek na piśmie. Według mnie to powinno iść z automatu.

Druga rzecz, to jest ścisłe przestrzeganie terminów. Jeżeli trzy miesiące, to trzy miesiące. Rozumiem, że są nadzwyczajne okoliczności, że trzeba przedłużyć. Jest tyle pokrzywdzonych osób, że w trzy miesiące nie da się fizycznie ich przesłuchać. Ale to powinno być jasno komunikowane, jeśli się nie wyrabiamy, to przedłużamy o trzy miesiące.

Kolejna sprawa, która siedzi mi w głowie, to edukacja seksualna. Podejrzewam, że znaczna część hierarchów, na samo pojęcie się zjeży i dostanie piany, ale dla mnie nie jest istotna nazwa, ale to, co będzie w programie nauczania.

Ta edukacja powinna zaczynać się jak najwcześniej. Chodzi o to, żeby uświadamiać dzieciaki, co osobie dorosłej wolno, a gdzie przekracza granice intymności dziecka.

Widzę też rolę mediów, także tych katolickich. W tej chwili biskupi są w zasadzie poza jakąkolwiek kontrolą. Watykan okazuje się nie do końca wydolny. W takim układzie, rolą mediów jest patrzenie im na ręce, sprawdzanie czy wpłynęło zawiadomienie, co się dzieje z terminami...

I to wystarczy, by Kościół wykupił swoje krzywdy?

Wszystko byle nie słowa. Oni już ileś razy mówili "przepraszam" na różne sposoby. Facta, non verba. Dość gadania, kolejnych konferencji - przejdźmy do czynów.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne