Amerykanie postawili w Wielkanoc nogę na irańskiej ziemi. Pokazali, że ich procedury ratunkowe CSAR działają — choć akcja ratowania załogi zestrzelonego F-15 była niezwykle ryzykowna. Sensu wojnie w Iranie to nie nada, ale Trump ma atut propagandowy, a amerykańscy żołnierze mogą znów wierzyć, że cokolwiek się stanie, nikt ich nie zostawi na pastwę Iranu.
Użycie sił lądowych, a więc tytułowe Boots on the ground to jedna z dyskutowanych od tygodni możliwości eskalacji wojny w regionie Zatoki Perskiej. Rozważane opcje dotyczyły zajęcia irańskich wysp lub operacji przejęcia irańskich zapasów materiałów rozszczepialnych. Operacja ratowania lotników F-15 pokazała inne oblicze konfliktu, zarazem niespodziewane i spodziewane.
Operacje odzyskiwania izolowanego personelu, których częścią jest poszukiwanie i ratownictwo w warunkach bojowych (Combat Search and Rescue, CSAR), mają szczególny charakter.
W lotnictwie wojskowym od zawsze wiadomo, że nie każdy lot zakończy się powrotem do bazy. Zestrzelenie lub uszkodzenie albo zwykła awaria czy błąd ludzki mogą przerwać lot. Zawsze jest ryzyko lądowania na obszarze, który kontrolowany przez przeciwnika. Tak jest zwłaszcza teraz, gdy działania lotnicze sięgają głęboko nad terytorium przeciwnika.
Początkowym problemem było samo opuszczenie niezdolnego do lotu statku powietrznego. Podczas I wojny spadochrony wydawano załogom balonów obserwacyjnych. W samolotach ich użycie było początkowo trudne (co zrodziło mit o rzekomej niechęci do ich używania). Jednak szybko ten problem udało się rozwiązać i podczas II wojny światowej ratowanie się na spadochronie było oczywistym sposobem ratunku, o ile nie dawało się awaryjnie lądować.
Lotnik miał szansę przeżycia, ale mógł trafić do niewoli. A ją mógł przetrwać, pod warunkiem że przeciwnik przestrzega prawa konfliktów zbrojnych. Podczas II wojny światowej nie było to oczywiste. Niemcy wobec lotników alianckich zachowywali się z reguły poprawnie, choć dochodziło do zbrodni wojennych (jak egzekucje jeńców po „wielkiej ucieczce” z obozu w Żaganiu w 1944). Los lotników radzieckich był dużo gorszy. Do zbrodni dochodziło wobec jeńców alianckich w niewoli japońskiej.
Ponadto wyszkoleni lotnicy są w czasie wojny zbyt cenni.
Stąd też próby udzielania pomocy zestrzelonym. W Europie Zachodniej robił to przede wszystkim ruch oporu. Przerzucał lotników na wybrzeże francuskie, skąd dalej mogli skorzystać z drogi morskiej. Inna droga wiodła na Gibraltar przez neutralną Hiszpanię.
Na morzu rozbitków mogły poszukiwać okręty nawodne, podwodne oraz samoloty. Wodnosamoloty takie jak PBY Catalina mogły nie tylko szukać rozbitków, ale podejmować ich z morza. Tego komfortu nie było na lądzie. Możliwość skrytego lądowania była ograniczona. Trudna była zarówno ewakuacja osób, jak i również przerzucenie personelu, który mógłby udzielić pomocy rannym. Jedyną alternatywą do lądowania był zrzut spadochroniarzy i takie rozwiązanie czasem stosowano.
Dopiero podczas zimnej wojny skonstruowano urządzenie do podbierania osób z ziemi, tzw. system Fultona. Wypuszczało się balon podnoszący linę, a balon przechwytywał specjalnie wyposażony samolot. Nie było to jednak rozwiązanie jednak ono szeroko stosowane.
Przełomem stało się wprowadzenie śmigłowców. Nie potrzebują one lądowisk, a zdolność zawisu pozwala ewakuować ludzi nawet z miejsc, gdzie lądowanie jest trudne lub niemożliwe. Stały się więc niezbędnym elementem działań ratowniczych, współdziałając z samolotami. Wojna koreańska przyniosła w tej materii pierwsze, ważne doświadczenia.
Pełny rozwój zachodniej koncepcji ratownictwa bojowego przyniosła jednak wojna wietnamska.
Amerykańskie siły powietrzne zbudowały wówczas system, na który składało się kilka elementów.
Po zestrzelone załogi wysyłano specjalnie zaadaptowane do misji ratunkowych śmigłowce HH-3, a później większe HH-53. Były to maszyny ciężkie, o dużym zasięgu. HH-53 mogły uzupełniać paliwo podczas lotu. Wspierały je HC-130 Hercules pełniące rolę samolotów dowodzenia, a z czasem — także tankowców powietrznych.
Eskortę maszyn ratowniczych stanowiły samoloty szturmowe A-1, znane od radiowego kodu „Sandy”. Miały duży zasięg i małą prędkość — były to samoloty śmigłowe.
Dalsze wsparcie zapewniały odrzutowe myśliwce, osłaniające przed samolotami przeciwnika oraz zwalczające rakietową obronę przeciwlotniczą. W razie potrzeby do wsparcia kierowano inne maszyny. Na przykład w 1972 roku, operator uzbrojenia samolotu F-4, kapitan Locher po zestrzeleniu nad północnym Wietnamem przetrwał w dżungli 29 dni. Formacja wysłana mu na ratunek liczyła ponad sto samolotów i śmigłowców różnych typów.
Swoje rozwiązania miała też amerykańska marynarka wojenna. Sformowała do tych zadań dywizjon ze śmigłowcami HH-2C i HH-3A, które działały z okrętów w Zatoce Tonkińskiej. System tworzony okazał się zdolny do efektywnego poszukiwania i ewakuacji osób z terenu przeciwnika, dysponującego silną obroną przeciwlotniczą. Wietnam Północny posiadał bowiem lotnictwo myśliwskie, a także kierowane radarem rakiety przeciwlotnicze oraz liczną artylerię lufową różnych kalibrów. Pod koniec wojny — także przenośne wyrzutnie rakiet Strzała-2. M
Zestrzelonych Amerykanie poszukiwali z dużą determinacją.
W 1972 podczas akcji mającej na celu ewakuację pułkownika Hambeltowna (sfabularyzowanej w filmie Bat-21), stracono pięć samolotów i śmigłowców, jedenaście osób zginęło, a dwie dostały się do niewoli. Jednak poszukiwanego oficera udało się ewakuować, choć już nie środkami lotniczymi. Dokonał tego żołnierz amerykański wraz z południowowietnamskim komandosem.
Amerykanie próbowali też odbijać jeńców z obozów lub wspomagać ich ucieczki. To było jednak mniej skuteczne. Rajd na obóz w Son Tay w roku 1970 był prawie idealny. Komandosi transportowani śmigłowcami z liczną eskortą dostali niewykryci na miejsce. Przeprowadzili udany szturm …na pusty obóz. Przegapiono bowiem moment przeniesienia jeńców w inne miejsce.
Problemy z operacjami CSAR pojawiły się podczas innych konfliktów. Katastrofą zakończyła się próba odbicia zakładników z ambasady USA w Iranie w roku 1980. Powodem było złe planowania i użycie zebranych doraźnie sił. Skutkiem tej operacji była głęboką reformą amerykańskich wojsk specjalnych i utworzenie nowych struktur dowodzenia i wsparcia, w tym lotniczego.
Problemy z koordynacją działań i efektywnym wykorzystaniem zasobów dały o sobie znać także podczas operacji Pustynna Burza w 1991 r. Działania poszukiwawczo ratownicze prowadzone były wtedy w trudnych warunkach — pustynia nie sprzyjała ukrywaniu si rozbitków. Tymczasem, co nie zaskakuje, pomocy siłom irackim często udzielali miejscowi mieszkańcy, którym obiecano duże nagrody pieniężne za pomoc w schwytaniu zestrzelonych lotników.
Mimo tych problemów, w kolejnych latach system działań już zauważalnie lepiej.
W roku 1995 nad Bośnią strącono amerykański samolot F-16 wykonujący misję egzekwowania strefy bez lotów. Pilota udało się odnaleźć i ewakuować po sześciu dniach. Podobnie w roku 1999, pilotów dwóch zestrzelonych nad Serbią maszyn: F-117 i F-16 udało się szybko i sprawnie ewakuować.
Mechanizmy — w tym wyszkolenie procedury i sprzęt — były doskonalone w kolejnych latach, choć w Iraku i Afganistanie Amerykanie nie walczyli z przeciwnikiem mającym zorganizowaną obronę przeciwlotniczą. Samoloty — przede wszystkim helikoptery — były tam strącane przy pomocy granatników, karabinów maszynowych czy naramiennych wyrzutni. Czas odzyskania załóg był z reguły krótki.
Niezmienne są natomiast motywy prowadzenia takich działań. Wysoko wykwalifikowane osoby są po prostu trudne do zastąpienia. Ponadto w razie schwytania mogą ujawnić podczas przesłuchań ważne dla przeciwnika informacje, zarówno na temat bieżących działań, jak i szczegółów szkolenia i wyposażenia własnych wojsk.
Jeśli przeciwnik łamie prawo konfliktów zbrojnych, może wymuszać zeznania torturami. Wreszcie, torturami lub innymi formami przemocy można zmusić jeńca do publicznego wygłaszania podyktowanych oświadczeń. Jeńcy mogą zostać użyci jako karta przetargowa lub po prostu zamordowani.
Taki los spotkał jordańskiego pilota, Muatha al-Kasasbeha, zabitego w roku 2015 przez państwo islamskie w Syrii.
Z tego też powodu, determinacja w odzyskiwaniu zestrzelonych lotników i innego personelu jest niezwykle ważna dla morale sil zbrojnych. Załogi muszą wiedzieć, że w razie zestrzelenia nie będą zostawione same sobie. Towarzysze broni podejmą próby ratunku nawet w trudnych warunkach.
Oczywiście znane są przykłady innego podejścia. W Związku Radzieckim organizował akcje ratunkowe tylko w czasie pokoju. Na wojnie zestrzelone załogi miały sobie radzić same.
To założenie zweryfikował konflikt w Afganistanie. Praktykowano tam wydzielanie podczas działań grupowych, na przykład desantów czy ataków na pozycję mudżahedinów, par lub kluczy transportowych Mi-8, w razie potrzeby wspieranych przez szturmowe Mi-24. Nie powstały jednak wydzielone stałe siły ani struktury na wzór zachodni — nie ma ich także obecnie. Jedyną innowacją było umieszczenie w kadłubie śmigłowca bojowego Mi-28 małego luku pozwalającego podjąć z ziemi jedną lub dwie osoby.
Tymczasem Stany Zjednoczone utrzymują flotę wyspecjalizowanych samolotów i śmigłowców. Są
Oba są wyspecjalizowanym wariantami śmigłowca Black Hawk, zaopatrzonymi systemy obserwacji w podczerwieni, sondę do tankowania w powietrzu, uzbrojenie oraz środki samoobrony przed pociskami przeciwlotniczymi.
Inne państwa posiadają mniejsze zasoby. Francja używa w tych zadaniach śmigłowców EC725 Caracal, których ma dziewiętnaście, a dalszych osiem zostało zamówionych. Caracale wspierane są w razie potrzeby przez inne śmigłowce i samoloty.
Oprócz samolotów — kluczowe znaczenie ma personel. W przypadku amerykańskich sił powietrznych są to spadochroniarze-ratownicy (Pararescue), szkoleni w zakresie prowadzenia działań ratowniczych w różnych warunkach.
Współczesne działania tego rodzaju nie dotyczą jedynie załóg statków powietrznych. Izolowanym personelem, czyli osobami, które zostały oddzielone od swojej jednostki, mogą być także żołnierze wojsk specjalnych, marynarze, personel wywiadowczy, dyplomaci.
Z zasady osoby, które są narażone na stanie się personelem izolowanym, przechodzą szkolenie w zakresie technik SERE (Survival, Evansion, Resistance, Escape). Ma ono przygotować je do przetrwania w trudnym terenie, uniknięcia schwytania, stawiania oporu przeciwnikowi w razie znalezienia się w niewoli oraz ucieczki.
Szkolenie to ma trzy poziomy, przy czym tylko osoby najbardziej narażone na izolację przechodzą szkolenie najwyższego poziomu (SERE C).
Kolejnym elementem systemu jest przygotowanie — poprzez odpowiednie planowanie działań. Wiadomo bowiem że istnieje ryzyko zestrzelenia samolotu lub podobnego zdarzenia — nie wiadomo jednak nigdy, gdzie i kiedy to nastąpi. Z tego powodu, zwłaszcza w przypadku działań amerykańskich przemieszczenie wyspecjalizowanych samolotów i śmigłowców w dany region jest jednym z zasadniczych indykatorów rosnącego prawdopodobieństwa opcji militarnej.
Gdy taka sytuacja się wydarzy, wówczas uruchamiane są wyspecjalizowane siły. Z zasady tam, gdzie aktywność przeciwnika nie występuje (np. uszkodzony samolot doleciał nad własne terytorium i tam spadł), prowadzone są zwykłe działania poszukiwawczo — ratunkowe, podobnie jak ma to miejsce w czasie pokoju.
Sytuacja komplikuje się, gdy mowa o obszarze częściowo lub całkowicie kontrolowanym przez przeciwnika. Można wtedy próbować wykorzystać siły znajdujące się blisko miejsca zdarzenia.
Może się zdarzyć, że osoba izolowana może sama — samodzielnie lub z pomocą napotkanych osób — dotrzeć do swoich.
Ale na ogół akcja zaczyna się, gdy uda się odnaleźć poszukiwaną osobę — na przykład odebrać wiadomość przekazana przez radiostację ratunkową — a jej tożsamość rozbitka zostanie zweryfikowana. Najczęściej na miejsce ruszają specjalnie wyposażone, zdolne do przeniknięcia na terytorium przeciwnika, zwłaszcza nocą, śmigłowce. Na ich pokładzie są specjaliści ratownictwa bojowego. Śmigłowce nie działają same. Mają bezpośrednią eskortę, a patrole myśliwskie osłaniające całą grupę. Są też samoloty wsparcia, w tym walki radioelektronicznej, a w razie potrzeby inne siły.
To wariant optymistyczny. Gorzej, gdy nie daje się użyć śmigłowców, na przykład z uwagi na odległość, zbyt silną obronę lub inne okoliczności.
To, co miało miejsce w Iranie po zestrzeleniu 3 kwietnia amerykańskiego F-15, było przykładem zakrojonej na szeroką skalę operacji CSAR.
Zestrzelony przez Irańczyków w zachodniej części kraju samolot uderzeniowy F-15E Strike Eagle ma dwuosobową załogę: pilota oraz operatora systemów uzbrojenia. Obaj zdołali się katapultować, przy czym pilota odzyskano w ciągu pierwszych kilku godzin. Prawdopodobnie zadanie to wykonały wspomniane już HH-60 wspomagane przez HC-130, działające pod osłoną maszyn bojowych, w tym samolotów szturmowych A-10.
Odzyskanie operatora okazało się bardziej skomplikowane. W celu opóźnienia działań sił irańskich Amerykanie prowadzili intensywne uderzenia z powietrza oraz rozsiewali fałszywe wiadomości na temat przebiegu operacji.
Wiadomo, że desant spadochronowy pododdziału wojsk specjalnych marynarki wojennej zajął porzucone lądowisko samolotów rolniczych. Tam wylądowały samoloty MC-130 lotnictwa sił specjalnych i powstał wysunięty punkt tankowania. Na miejsce przerzucono także lekkie śmigłowce AH/MH-6 ze 160 pułku specjalnych operacji lotniczych. Prawdopodobnie owe maszyny zostały użyte do podjęcia ukrywającego się lotnika i dostarczenia go na lądowisko.
To, że zdecydowano się na zorganizowanie wysuniętej bazy na terytorium przeciwnika, oznacza także że na miejscu znaleźli się żołnierze i lotnicy różnych specjalności. Oprócz komandosów i ratowników, na miejscu musieli być także:
Wiadomo jednak, że ostatecznie operacja przybrała niepomyślny obrót pod sam koniec — MC-130 utknęły w grząskim gruncie (lub zdarzyło się coś innego, co sprawiło, że nie mogły wystartować).
Żołnierzy ewakuowano samolotami CASA-295, których używa w niewielkiej liczbie lotnictwo wojsk specjalnych. Był to 427 dywizjon operacji specjalnych, o którym wiadomo, że wykorzystuje nietypowe dla amerykańskiego lotnictwa samoloty. MC-130 wraz ze śmigłowcami zostały zniszczone. Oprócz tych maszyn straty objęły także jeden samolot szturmowy A-10, którego pilota uratowano oraz prawdopodobnie uszkodzone śmigłowce HH-60.
Szczególna w tej operacji jest to albo niezwykła pewność siebie Amerykanów, albo akceptacja wysokiego ryzyka (albo jedno i drugie).
Dostępne w mediach społecznościowych nagrania pokazują bowiem niskie loty maszyn ratowniczych w biały dzień, a więc zasięgu działania nawet prostych środków przeciwlotniczych, choćby przenośnych wyrzutni. Oczywiście, maszyny mają środki samoobrony — ale nie mogą w stu procentach być skuteczne.
Jeszcze bardziej ryzykowne było zorganizowanie polowego lądowiska w Iranie. Wiadomo było, że przyciągnie to siły lądowe Iranu. Być może posiadane informacje wskazywały, że irańskie siły zbrojne nie są w stanie szybko przemieścić sił lądowych w ten obszar lub też uderzenia z powietrza skutecznie dezorganizowały ich przemarsz. Być może po prostu większość sił znajduje się na wybrzeżu lub chroni instalacje jądrowe. Samo zresztą miejsce, w którym zorganizowano lądowisko, położone niedaleko Isfahanu, gdzie znajduje się ośrodek badań jądrowych.
A to może sugerować, że na potrzeby operacji ratowniczej, wykorzystano istniejące plany ataku wojsk specjalnych właśnie na ten obiekt.
Byłaby to bowiem operacja zakrojona na bardzo szeroką skalę, wymagająca także użycia dużych sił.
Udana operacja ratownicza w Iranie sprawiła, że władze w Teheranie nie mogły wykorzystać istotnego atutu, jakim byłoby nie tylko zestrzelenie samolotu, ale i wzięcie do niewoli jego załogi.
Sukces Amerykanów jest natomiast dwojaki.
Operacja ta nie zmienia sytuacji strategicznej, nie sprawia, że niejasne cele wojny staną się jasne, a prezydent USA zacznie się komunikować w sposób bardziej przypominający męża stanu niż rozkapryszonego nastolatka. Natomiast, zdolność taktyczna i techniczna do prowadzenia skomplikowanych operacji lotniczych jest sama w sobie komunikatem ważniejszym niż słowotoki Trumpa.
Po prostu — jest to potencjał, który może być skuteczny także wobec innych przeciwników, choćby w razie ewentualnego konfliktu z Chinami czy Rosją.
Co ważne, te rozwiązania stosują także państwa sojusznicze. Różnica polega na skali posiadanych zasobów — gdy dla USA CASA-295 to niszowy samolot do specjalnych, niszowych zastosowań, dla Polski jest to jeden z podstawowych samolotów transportowych.
Podobnie wygląda różnica w innych środkach — choć tutaj niestety sporo straciliśmy na skutek własnych zaniedbań. Tworząc bowiem eskadrę ratownictwa bojowego w 56 Bazie Lotniczej, pierwotnie do zadań CSAR przebudowano osiem śmigłowców Sokół, do wersji W-3PL Głuszec. Planowano nabycie nowych maszyn do tych zadań — miały to być Caracale. Niestety nie doszło do dostaw ani tych, ani żadnych innych śmigłowców przeznaczonych do tych zadań.
Jest to szczególnie problematyczne, w sytuacji, gdy w razie ewentualnego konfliktu z Rosją, pewne jest, że może zajść konieczność ratowania także polskich lotników i innych osób z terytorium przeciwnika.
Na zdjęciu głównym: Trump ściska rękę szefa CIA Johna L. Ratcliffe'a na konferencji prasowej poświęconej operacji ratunkowej załogi F-15 6 kwietnia 2026 r. Fot. Anna Moneymaker / Getty Images via AFP
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Komentarze