Syn: Może ja się włączę. Ciężko to ubrać w słowa, ale gdyby nie ta cała metoda, to bym nie istniał. Nie mógłbym się teraz wypowiadać. Trudno to ubrać w słowa... Nie byłoby mnie. Dlatego jestem wdzięczny. A miłości zaznałem milion razy więcej niż wielu poczętych w naturalny sposób. Mama: Patrzyłam na swoje dziecko i mówiłam: nie wierzę, że ten cud się dokonał

Monika Różycka i jej 17-letni syn autoryzowali tekst 24 grudnia tuż przed 18.00, przerywając wigilijną kolację. To dodatkowy powód, by im podziękować za tę rozmowę. Piotr Pacewicz

Monika Różycka: Dam na tryb głośnomówiący, bo jest ze mną 17-letni człowiek, który powstał z in vitro.

Jurek Różycki: Jurek.

Piotr Pacewicz, OKO.press: Nie czujecie się głupio, że mamy rozmawiać o tym waszym in vitro? Jakby to było szczególnie istotne.

Monika: Nie mam problemu. Dzieci o tym wiedzą, bo mamy jeszcze 14-letnią Marysię, normalnie o tym rozmawiamy. Nasi najbliżsi też o tym wiedzą, teraz dowiedzą się czytelnicy OKO.press. Problem się robi, gdy obrażają nas dostojnicy kościelni. Rozumiem, że Kościół nie zgadza się z tą metodą leczenia, ale nie powinien nas obrażać.

Jurek przechodzi chrzest bojowy, bo jeszcze z dziennikarzami nie rozmawiał.

Nowy Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak mówił 12 grudnia 2018 w Senacie: „To, co wynika ze światopoglądu, z wykształcenia, z wiary, to jest jedno. To, co jest prawem, to drugie. Należy to możliwie łączyć dla dobra dzieci poczętych i narodzonych, ale ma to też dotyczyć, ta godność, dzieci poczętych, a nienarodzonych, np. zamrożonych – to też są dzieci, bo są poczęte. Jakkolwiek jest to pewnie skuteczna metoda poczęcia dzieci, powodująca, że wiele dzieci przyszło na świat, to jednak od strony prawno-moralnej jest to metoda niegodziwa, bo w przypadku znaczącej liczby poczęć powoduje, że poczęte istoty ludzkie, poczęte dzieci nie są wystarczająco chronione”.

Monika: Nie zgadzam się z tą wypowiedzią. Zarodki obumierają także w naturze, tylko nikt tego nie widzi, nie liczy. Rozmawialiśmy o tym z Jerzym. I on zauważył, że kluczowe jest kiedy uznajemy, że powstało dziecko. A kiedy to tylko komórka, z której powstanie – lub nie – człowiek.

Partia u władzy uważa, że człowiek jest od poczęcia, ale ja się z tym nie zgadzam. Co nie znaczy, że 20- tygodniowy płód nie jest już jakoś dzieckiem. Ale zapłodniona komórka jajowa dzieckiem nie jest. Bez przesady.

Jerzy: Czy to jest rzecznik moich praw? Nie mogę się zgodzić, że przyszedłem na świat dzięki niegodziwym metodom. Czuje się tak samo dobry, jak każdy inny człowiek. Funkcje rzecznika powinna sprawować osoba naukowo nastawiona do metody zapłodnienia pozaustrojowego.

Monika: Jak on ma reprezentować prawa moich dzieci, jeśli on nie daje im prawa do życia?

W ustawie o rzeczniku jest art. 2 ust. 1, jedyny taki w polskim prawie, że „dzieckiem jest każda istota ludzka od poczęcia do osiągnięcia pełnoletności”. Przyjęła ją koalicja AWS-UW w 2000 roku.

Monika: Prawo jak w państwie religijnym, a my jesteśmy jednak świeckim państwem. Chyba, że już nie?

Wiele lat życia poświęciłam, by zajść w ciążę. Najpierw chodziłam po endokrynologach, takich czarodziejach od leczenia hormonalnego. Bez skutku. Trafiłam do warszawskiej kliniki nOvum dr Piotra Lewandowskiego, ale i tutaj najpierw in vitro nie dawało skutku. Dopiero za czwartym czy piątym razem się udało, miałam już 36 lat, nawet doktor nie umiał mi odpowiedzieć dlaczego.

Stosowaliśmy wszystkie metody, w tym mikromanipulację [pod kontrolą elektronicznego mikroskopu lekarz umieszcza wybrany plemnik w komórce jajowej]. W obie ciąże zaszłam we wrześniu. Może tak działa mój organizm, taką ma tajemnicę, której nawet biskupi nie rozumieją.

Katolicka prawica boi się, co się dzieje z tymi nadmiarowymi zarodkami. A one siedzą sobie gdzieś w lodówce, nie wolno ich niszczyć. Próbuje się je wykorzystać. My mamy oboje dzieci z mrożonych zarodków, gdyby zakazano mrożenia, to by naszych dzieci nie było. Byłabym dziś sfrustrowaną starzejącą się kobietą.

Zarodek zamrożony jest czasem skuteczniejszy niż świeży.

Monika: Dla wielu kobiet. Gros ciąż jest z zarodków świeżych, zaraz po stymulacji, ale mój organizm nie przyswajał ciąży na takim poziomie pobudzenia.

Córka jest z zarodka uzyskanego podczas tej samej stymulacji co Jurek?

Monika: Nie, nie. Gdy powstał Jurek, zostały mi cztery zarodki, trzy ładne, a czwarty średnio ładny. Jak Jurek miał dwa lata, to je rozmroziliśmy i doktor umieścił je wszystkie w mojej macicy. Najpierw mówił, że co to będzie, jak się cztery zagnieżdżą, ale wypiszczałam to od niego i dostałam.

Na milion procent byłam pewna, że będę w ciąży mnogiej. Ale nie było żadnej. Trzeba było znowu od początku: stymulacja, doktor podał mi świeży zarodek, nic z tego nie wyszło, podał zamrożony i bęc! Jest Marysia. Zostało jeszcze kilka, mieliśmy dylemat, co z nimi będzie. Aż tu dzwoni doktor, że jest taka fajna para, nie mogą mieć dziecka, nie mają już pieniędzy ani czasu na dalsze próby. I czy byśmy im nie dali tych zarodków.

I oddaliśmy je do adopcji prenatalnej. Zrobiliśmy dobry uczynek, rozwiązaliśmy zagadnienie moralne.

Mieliście potem kontakt z tą parą?

Doktor się pytał, czy chcemy. Nie umiałam odpowiedzieć, ale zostawiliśmy drzwi otwarte, że możemy. I oni również mogą.

Jerzy, to znaczy, że po świecie chodzi twój biologiczny brat albo siostra.

Monika: Piotr, nie chodzi… To się nie udało. Ciąży nie było. Bardzo chciałam pomóc i się nie udało.

Kościół używa też argumentu, że człowiek powinien powstawać z miłosnego aktu. Jak to ujmował Jan Paweł II, in vitro „oddziela prokreację od prawdziwie ludzkiego kontekstu aktu małżeńskiego”. 

Monika: W idealnym scenariuszu zapłodnienie następuje w najbardziej intymnym kontakcie dwojga ludzi. Współczesna cywilizacja odbiera nam radość takiego tworzenia dziecka. Niepłodność nieubłaganie rośnie. Kościół powie, to weźcie do adopcji… Ale to my chcieliśmy decydować, czy mamy w sobie gen misjonarza. I uznaliśmy, że chcemy własne dzieci. Mąż był bardzo przeciwko adopcji, ja już byłam gotowa, byle tylko mieć dziecko.

Ta idealna wizja aktu miłosnego nie ma zastosowania dla 20 czy 25 proc. populacji. To chyba trzeba tym ludziom pomóc i po to medycyna się rozwija. Gdzie tu niegodziwość? Mamy prawo mieć dzieci, to nasze biologiczne, ludzkie prawo.

Co to w ogóle ma znaczyć?! Że ja i moje dzieci jesteśmy gorszymi ludźmi, gorszymi katolikami? Ponad milion ludzi się urodziło dzięki in vitro, będzie się rodzić coraz więcej, biskupi tego nie zatrzymają. Mam kolegę, od lat jego żona się męczy w terapii hormonalnej. Mogliby spróbować in vitro, ale nie, on jest tak wierzący, że skoro Kościół zabrania, to on się nie zdecyduje. Bo by się musiał wyspowiadać i może nie dostałby rozgrzeszenia.

Jeżeli katolicyzm nie zmieni podejścia, to kościoły będą pustoszeć, bo ich podejście jest nieżyciowe, nienowoczesne, a nawet jakoś niemoralne. A zresztą, ile dzieci powstaje w wyniku małżeńskiego gwałtu? To biskupom nie przeszkadza, bo to jest zwykła, stara jak świat przemoc domowa, i do tego skrywana pod małżeńskim sakramentem.

Czy „w szkle” jest miejsce na miłość? Mam na myśli te wszystkie procedury, stymulację, pobieranie nasienia, punkcję jajników, umieszczanie zarodków w macicy…

Monika: No jak to nie ma? Jest kupa miłości!

Jerzy: Może ja się włączę. Ciężko to ubrać w słowa, ale gdyby nie ta cała metoda, to ja bym nie istniał. Nie mógłbym się teraz wypowiadać. Trudno to ubrać w słowa… Nie byłoby mnie. Dlatego jestem wdzięczny. A miłości zaznałem miliony razy więcej niż wielu poczętych w naturalny sposób.

Monika: Miłość mamy, chociaż byliśmy w szkle (śmiech)

Jerzy: Nie sposób poczęcia się liczy, ale to, co ludzie potem robią ze swoim życiem.

Monika: In vitro to jest też próba miłości. Obciążenia psychicznego, jak ktoś tego nie przeszedł, nie można sobie wyobrazić. Mam znajomych, ona jest dyrektorką działu w amerykańskiej globalnej firmie, twarda bizneswoman. Przeszła przez kilka procedur i mówi, że nie ma już siły, za duże obciążenie, huśtawka emocji, od ogromnej nadziei do rozpaczy, szorowania po dnie. Zrezygnowali.

Jerzy, nie czujesz się pozbawiony tego „ludzkiego kontekstu aktu małżeńskiego” swoich rodziców?

Jerzy: A broń Boże. To taki niemądry stereotyp, katolicki. Z Kościołem nie zgadzam się w paru innych fundamentalnych kwestiach.

Monika: To, że dzieci zostały nam zrobione w miseczce, nie wpływa na ilość miłości do nich. A może nawet odwrotnie. Ponieważ nie były nam dane w prosty sposób, to chyba bardziej umiemy docenić cud narodzin.

Wiele lat miałam coś takiego, że patrzyłam na pierwsze swoje dziecko, potem na drugie i mówiłam: nie, nie wierzę, że ten cud się dokonał.

A się dokonał.

Kościół używa jeszcze argumentu, że in vitro – pod kontrolą lekarza – jest nie tylko nienaturalne, ale wyklucza z aktu kreacji Pana Boga. A stworzenie nowego człowieka to wspólne dzieło nasze i Jego.

Monika: Ale to jest ten sam cud, że do poczęcia dochodzi. Cóż to za małostkowe spojrzenie na Boga, że można go w tak prosty sposób wykluczyć.

Jerzy: Ogromny paradoks. Religie powstawały, bo pewne rzeczy były niezrozumiałe. A jak teraz biologia to wszystko wyjaśnia, to ludzie mają rozdwojenie jaźni i nie wiedzą, co myśleć. A ostatecznie rolą rodzica jest mieć dziecko. Tak zostaliśmy stworzeni jako gatunek.

Monika: Ten cud się dokonuje tyle, że raz w macicy, a raz w szkle. Przepraszam za tak trywialne stwierdzenie. Cudu nie ma tu ani mniej, ani więcej.

Jerzy: Kwestia opinii. Bo dla mnie cudem nie jest poczęcie, ale narodziny. Kiedy dziecko zjawia się na świecie.

Kiedyś robiłem wywiad z dr Katarzyną Kozioł, która zrobiła kilka tysięcy mikromanipulacji w ośrodku nOvum. Jest osobą wierzącą. I powiedziała, że ma poczucie, że gdy wybiera plemnika, żeby go umieścić w komórce jajowej, to skądś wie, którego wybrać, jakby ktoś jeszcze w tym brał udział.

Monika: Niesamowite. Ja miałam część zarodków z mikromanipulacji, część zwykłych. Z których powstały moje dzieci, to jeden Pan Bóg wie.

Czy spotykacie się z jakimiś nieprzyjemnymi reakcjami, stygmatyzacją?

Jerzy: Nie chodzę z naklejką na czole „Halo, jestem z in vitro”, ale nigdy nie spotkałem się z nieprzyjemną konfrontacją. W żaden sposób się nie wyróżniam. Nie rozmawiam o tym na co dzień, paru osobom powiedziałem i nie mają problemu z zadawaniem się z tworem Frankensteina (śmiech).

Monika: Kiedyś zetknęłam się z badaniami holenderskimi nad dziećmi z mrożonych zarodków. I okazało się, że…

Może zacznę inaczej. Prawdą jest, że moje zarodki zostały umieszczone w ciekłym azocie, który jest dość zimnym środowiskiem (śmiech), i musiały się z tego wygrzebać, przeżyć to wszystko. Ja żyję z takimi mrożonkami 17 i 14 lat. I mogę potwierdzić to, co wyszło w badaniach: te dzieci nie mają żadnej alergii, w świecie, gdzie wszyscy mają alergie. Nie chorują, Jurek zawsze był liderem w nauce.

Jerzy: Nie przesadzaj, mamo.

Monika: Tobie może nie wypada, ale zawsze tak było, pierwszy albo drugi w klasie. Za rok będzie zdawał międzynarodową maturę.

Poza tym ludzie, którzy tyle włożyli trudu, stresu i pieniędzy, by mieć dzieci, bardziej się pewnie przykładają do wychowania.

Monika: Ja nie wróciłam do korporacji. Wiedziałam, że to oznacza 10-12 godzin poza domem plus konferencje, wyjazdy… Jedna z trudniejszych decyzji, bo jakiś świat mi się skończył, miewałam chwile załamania przez pierwsze 10 lat. Uważam, że to był najlepszy ruch w moim życiu, że nie oddałam ich jakimś nianiom. Szczególnie, że Marysia i Jerzy nie są prości w wychowaniu. Samica i samiec alfa, nie było to takie hop-siup.

Mamy Boże Narodzenie 2018. Niezależnie od tego, że nie jesteście wierzący…

Monika: Nie, nie! Wierzący jesteśmy, tylko kiepsko praktykujący.

Jerzy: Ze względu na instytucję, a nie samego Pana Boga.

Czy kiedyś przyszło wam do głowy, że Pan Jezus też nie począł się naturalnie, ale z czegoś w rodzaju Boskiego in vitro.

Jerzy: Brawo!

Monika: No, Boskiego in vitro. Super, tak właśnie było.

Jerzy: Czyżbym ja też był Bogiem?

Monika: Nic mi o tym nie wiadomo (wszyscy się śmieją).

Powiem jeszcze, że z wdzięczności dla Pana Boga zaczęłam pomagać dzieciom, którym nie jest tak dobrze, jak moim. Wynalazłam rodzinę zastępczą, którą prowadzi wspaniała dziewczyna, sama wychowała swoją trójkę i uznała, że chce zrobić coś dobrego dla dzieci, które nie mają rodziny. Żeby miały choć trochę świąt, komunii, trochę ciepła.

Woziłam tam Marysię i Jurka, żeby zobaczyły, że nie wszyscy mają łatwo, żeby się dzieliły swoimi zabawkami, ubraniami.

Jerzy: Pamiętam niektóre dzieciaki z twarzy, Halinkę. Miała syndrom alkoholowy [FAS, alkoholowy syndrom płodowy, gdy matka pije w czasie ciąży – red.]. Mieszkali w 10 czy 11 osób, mieli jedną łazienkę.

Monika: Ona jest misjonarką. Ale za takie dzieła medali się nie dostaje.

Macie jakieś życzenia? Może dla Rzecznika Praw Zarodka, jak nazwaliśmy Mikołaja Pawlaka?

Monika: Żeby znalazł następcę, który będzie reprezentował wszystkie dzieci. Bo poglądów chyba nie zmieni.

Jerzy: Żeby zdjął klapki z oczu.

A kobietom, które nie mogą mieć dzieci i starają się o in vitro?

Monika: Siły, nadziei, wytrwania.


Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym