Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: FOT.Agencja GazetaNIESZKA SADOWSKA / Agencja Wyborcza.plFOT.Agencja GazetaNI...

Samotna obrończyni przyrody, walcząca z innymi naukowcami o prawa zwierząt, przeciwniczka myśliwych, obrończyni Puszczy Białowieskiej, jedyna kobieta w męskim gronie. Im więcej lat mija od śmierci Simony Kossak w roku 2007, tym jej legenda jest większa. Na ile jednak informacje o niej są prawdziwe?

Wielka wojna naukowców

— Była przepiękna zima 1992/1993 roku: mroźnie, biało, kopny śnieg, ponowa i słońce — opowiada Joanna Kossak, siostrzenica Simony. — Usłyszeliśmy łomot do drzwi. To był jeden ze strażników parkowych. Przyszedł, bo jego kolega wpadł w potrzask i nie mógł wyjąć nogi. Strażnicy szli na patrol przez rezerwat, zobaczyli martwą łanię w śniegu i podeszli, żeby zobaczyć, co się stało. Wtedy jeden z nich wpadł w żelazne szczęki, których drugi nie był w stanie otworzyć. Przybiegli po Lecha, żeby pomógł. Okazało się, że na każdą sprężynę musi być nacisk 70 kg, żeby można otworzyć potrzask. Po wszystkim zrobili eksperymenty i wsadzili w potrzask kawałek gałęziówki grabowej, poszła w drzazgi.

Simona zawiozła potrzask na policję z informacją, że w rezerwacie są kłusownicy.

Kilka dni później na policję przyszli naukowcy, żeby zgłosić kradzież pomocy naukowych. Opisali, jak wyglądały te pomoce, na to komendant wyciągnął szczęki. Naukowcy zażądali zwrotu, ale policja odmówiła, gdyż był to dowód w sprawie” — kontynuuje Joanna.

Simona została wezwana na Radę Naukową Białowieskiego Parku Narodowego.

Joanna słyszała tę historię od ciotki. Opowiada teraz, że gdy wszyscy obecni tam naukowcy mówili, że nie widzą problemu w stosowaniu tych potrzasków, Simona wpadła w szał i poprosiła jednego z prowadzących odłowy naukowców, żeby włożył rękę do pułapki. Odpowiedział, że nie będzie się infantylnie wygłupiał. Niczego nie musi udowadniać, gdyż wie, że potrzaski są całkowicie bezpieczne. Rada uznała, że protest Simony jest bezzasadny.

— Drugi raz w życiu widziałam Simonę płaczącą. Pierwszy raz był na pogrzebie jej matki — wspomina Joanna.

Simona Kossak opisała tę metodę w 1994 r. w czasopiśmie „Echa Leśne”: „Rysia albo wilka chwyta się we wnyk albo stalowy potrzask, a gdy szalejące na uwięzi zwierzę utraci resztkę sił, zarzuca się sieć, dociska do ziemi rozwidloną gałęzią, w pysk wciska się kołki i podaje zastrzyk usypiający. Potem nakłada się sztywną plastikową obrożę ze sterczącą anteną i czeka, chuchając w skostniałe na mrozie dłonie, aż drapieżnik odzyska przytomność i – zataczając się na trzech nogach – poszuka ratunku w ucieczce”.

Gdy naukowcy przestali stosować potrzaski, wojna Simony z naukowcami z Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk (obecnie Instytut Biologii Ssaków PAN) się nie skończyła.

Naukowcy przyszli z nową metodą, czyli fladrowaniem. — Polega to na odławianiu wilka po spirali. Najpierw jest bardzo szerokie gardło z fladrami, po czym te fladry się zbiegają i robią korytarz. Wilk jest nagoniony, wpada w to. Na końcu czeka ekipa z siatką, a do unieruchomienia wilka używają rozwidlonych drągów, powodując rozległe obrażenia zwierzęcia. Na koniec wilka usypiano i obrożowano — opowiada Joanna Kossak.

To też wywołało sprzeciw Simony, która przez kilka lat walczyła z metodami badawczymi, które uznała za bezwzględne.

— To była jej cecha generalna, że gdzie chodziło o zwierzęta, zamieniała się w rydwan rzymski z kosami, ale kiedy atak był wymierzony bezpośrednio w nią, wycofywała się bez walki — mówi jej siostrzenica.

Przeczytaj także:

Druga strona medalu

Białowiescy naukowcy bardzo niechętnie wypowiadają się na ten temat albo w ogóle odmawiają komentowania tej sprawy. A żal do Simony Kossak jest ciągle żywy.

Do opowiedzenia o dawnym konflikcie udało mi się namówić prof. Włodzimierza Jędrzejewskiego, wówczas pracownika Zakładu Badania Ssaków PAN, dziś pracującego naukowo w Wenezueli, oraz prof. Rafała Kowalczyka, który w czasach sporu, a właściwie ataku Simony Kossak na naukowców z ZBS dopiero rozpoczynał karierę naukową. Nie był więc jego stroną, tylko obserwatorem, choć napiętnowany został cały zespół zajmujący się badaniami nad ekologią ssaków drapieżnych.

— W latach 1985–2010 wspólnie z innymi pracownikami Zakładu Badania Ssaków PAN realizowaliśmy szeroki program badań nad zespołem ssaków i ptaków drapieżnych w Puszczy Białowieskiej. Badania te miały na celu lepsze poznanie biologii poszczególnych gatunków, liczebności ich populacji oraz ocenę ich wpływu na populacje ofiar — opowiada prof. Jędrzejewski.

Naukowcy wykorzystali różnorodne metody badawcze, takie jak obserwacje bezpośrednie, tropienie po śniegu, odłowy gryzoni, badania pokarmu w oparciu o analizy odchodów ssaków i wypluwek ptaków drapieżnych, a także analizy genetyczne, systemy informacji przestrzennej i analizy zdjęć satelitarnych.

— Najbardziej nowoczesną metodą badawczą, którą zastosowaliśmy i która była stosowana w tamtym czasie w wielu badaniach ekologicznych na świecie, była radiotelemetria. Pozwala ona na bezpośrednie śledzenie przemieszczeń zwierząt, ocenę wielkości ich terytoriów oraz w przypadku ssaków drapieżnych, na odnajdywanie i oszacowanie całkowitej liczby zabijanych przez nie ofiar. Metoda ta polega na założeniu na zwierzę obroży z małym nadajnikiem, a następnie śledzeniu zwierząt przy pomocy anteny i specjalnego odbiornika radiowego — tłumaczy prof. Jędrzejewski.

Obecnie wykorzystuje się również systemy satelitarne, np. system GPS. Ale wtedy metoda ta dopiero się rozwijała.

Za pomocą radiotelemetrii naukowcy prowadzili badania wielu gatunków zwierząt, takich jak łasice, kuny, tchórze, borsuki, lisy, rysie, wilki, a potem również dzików, jeleni, saren, a nawet żubrów i łosi. To właśnie ta metoda tak zbulwersowała Simonę Kossak. Jak mówi Joanna Kossak, każdy z odłowionych w potrzask wilków miał trwale zmiażdżoną łapę i średnio trzy miesiące życia przed sobą – wilki miały umierać z głodu i wycieńczenia.

Zmiażdżona łapa wilka?

Badacze dementują informacje o krzywdzeniu zwierząt.

— Zwierzęta wyposażone w obroże zachowywały się normalnie: polowały, rozmnażały się, odchowywały młode. Wielokrotnie mogliśmy je obserwować. Najtrudniejszym elementem tych badań jest schwytanie zwierzęcia w celu założenia obroży radiotelemetrycznej. Wykorzystuje się do tego różnorodne pułapki, sieci i inne metody — opowiada Włodzimierz Jędrzejewski.

Prof. Jędrzejewski odnosi się też do zarzutu brutalności przy odławianiu wilków za pomocą fladr i tłumaczy, że zwierzęta były w ciągłym ruchu, a strzał z broni usypiającej, szczególnie w nocy, byłby bardzo trudny i niebezpieczny dla zwierzęcia.

— Złapane zwierzę zwykle było przykrywane grubą siecią, którą przyciskaliśmy do ziemi drewnianymi widlicami, żeby unieruchomić zwierzę i ręcznie podać zastrzyk. Uznaliśmy ten sposób za bardziej bezpieczny dla zwierzęcia — mówi.

Mimo że naukowcy zachowywali wszelkie zasady bezpieczeństwa, żeby nie zaszkodzić zwierzętom, to nigdy nie można wykluczyć, że w czasie odławiania dzikiego zwierzęcia stanie się coś złego.

— Żadnemu wilkowi nie zmiażdżono łapy; pułapki te szybko zostały zastąpione innymi metodami, jak odłowy w sieci czy pułapki pętlowe. Byliśmy ostatnimi, którzy chcieliby skrzywdzić zwierzęta — mówi prof. Rafał Kowalczyk z IBS PAN.

— Wszystkie złapane rysie były dorosłe, a tylko jeden ze złapanych wilków był młody; w tym wypadku przecięliśmy obrożę z nadajnikiem tak, żeby spadła po krótkim czasie. Prawdopodobnie wilk ją zgubił, bo szybko straciliśmy z nim kontakt. Wilki i rysie, które odnaleźliśmy w sidłach kłusowników lub nielegalnie postrzelone, nie miały śladów obrażeń z powodu obroży, z wyjątkiem jednego wilka, który rzeczywiście miał przeciętą skórę na szyi, prawdopodobnie z powodu obroży — tłumaczy prof. Jędrzejewski.

Jak sprawy się skomplikowały

Szum, który wokół badań zrobiła Simona Kossak, mocno dał się we znaki naukowcom z ZBS. Sprawa trafiła do sądu i do mediów, które rozpisywały się o okrutnych badaczach.

Prof. Jędrzejewski wspomina: — Simonę poznaliśmy w 1985 roku, gdy zaczęliśmy pracę w Białowieży. Pracowała wtedy w Instytucie Badawczym Leśnictwa i prowadziła badania dotyczące diety saren oraz badania innych ssaków kopytnych. Wcześniej podejmowała próby badania ssaków drapieżnych. Rozpoczęła obserwacje przy norach borsuków, których nigdy nie ukończyła, i kilka razy tropiła po śniegu rysie i lisy, z czego opublikowała dwie małe notatki. Ponieważ w tym czasie bardzo mało osób zajmowało się badaniami drapieżników, a my dopiero zaczynaliśmy, staraliśmy się ją poznać i początkowo nawet się zaprzyjaźniliśmy.

Później jednak sprawy się skomplikowały.

— Jej pierwszy atak na nas nastąpił przy próbie opublikowania naszej pracy o pokarmie lisów. Kiedy rozpoczęliśmy badania radiotelemetryczne rysi, jej ataki przybrały na sile i próbowała zatrzymać te badania wszelkimi sposobami. Argumentowała, że chcemy wyniszczyć ostatnie rysie w Puszczy, że nadajniki mają zły wpływ na zwierzęta, krytykowała metody odłowu — opowiada prof. Jędrzejewski.

— Najtrudniejszy moment nastąpił, gdy rozpoczynaliśmy badania telemetryczne wilków. Początkowo do odłowu wilków próbowaliśmy zastosować amerykańskie pułapki szczękowe, które były zmodyfikowanymi pułapkami traperskimi. Wiedzieliśmy, że były one stosowane z powodzeniem w wielu innych badaniach i że chociaż wyglądają groźnie, nie są niebezpieczne dla chwytanych zwierząt. Niestety, przy pierwszej próbie zdarzył się wypadek. Źle założyliśmy pułapkę i wilk uciekł z pułapką na nodze — dodaje naukowiec.

Błąd okazał się kosztowny. Nie tylko dla wilka, którego dalsze losy nie są znane, ale i dla badaczy.

— Simona to wykorzystała. Złożyła wszystkie możliwe wnioski o zatrzymanie badań, podała nas do sądu. W procesie sądowym ja byłem głównym oskarżonym o działanie z premedytacją i znęcanie się nad zwierzętami. Po kilku rozprawach zostałem oczyszczony z zarzutów i całkowicie uniewinniony. Opracowaliśmy jednak nową metodę odłowu wilków z użyciem sieci i kontynuowaliśmy badania — mówi prof. Jędrzejewski.

Badania miały znaczenie

Czas pokazał, że badania, którym sprzeciwiała się Simona Kossak, miały przełomowe znaczenie dla wiedzy o użytkowaniu środowisk i migracjach dzikich zwierząt. To zaś miało praktyczne konsekwencje, bo dzięki telemetrii można było opracować sieć korytarzy ekologicznych, czyli obszarów umożliwiających przemieszczanie się zwierząt między pofragmentowanymi obszarami lasów i dolin rzecznych. Mapa tych korytarzy posłużyła następnie do wytyczenia przejść dla zwierząt przez autostrady i drogi ekspresowe. Dziś każda inwestycja w środowisku przyrodniczym w ocenie jej oddziaływania na to środowisko musi odnosić się do przebiegu korytarzy ekologicznych.

Konsekwencje przyrodnicze są takie, że wilki mogły rozprzestrzenić się na całą Polskę, a nawet na kraje Europy Zachodniej. A ruchliwe drogi mogły przekraczać także rysie, łosie czy żubry.

Przejścia dla zwierząt mają znaczenie nie tylko dla dzikich zwierząt, ale też dla ludzi, gdyż pomagają unikać kolizji ze zwierzętami.

— Wiedza zebrana podczas tych badań w dużym stopniu przyczyniła się do objęcia ochroną wilka i rysia — podaje prof. Kowalczyk.

Wykorzystanie telemetrii pozwoliło wykryć, że główną przyczyną ich śmiertelności w Puszczy Białowieskiej było wtedy kłusownictwo z użyciem wnyków oraz nielegalne odstrzały, o czym wtedy nikt nie wiedział.

Badania prowadzone przez naukowców z IBS dowiodły, że bardzo wysoki poziom odstrzałów jeleni, saren i dzików realizowany wtedy przez nadleśnictwa spowodował gwałtowny spadek liczebności ssaków kopytnych i wpłynął też negatywnie na populacje drapieżników.

— Nasze badania wykazały też bardzo silny negatywny wpływ gospodarki leśnej na populacje wielu gatunków zwierząt, a przede wszystkim negatywny wpływ wycinania starodrzewi dębowych i innych gatunków drzew liściastych i sadzenia w ich miejsce sosen i świerków, gdyż żołędzie i inne nasiona oraz młode podrosty drzew liściastych są ważną bazą pokarmową dla gryzoni, żubrów i innych ssaków kopytnych, a od nich z kolei zależą populacje zwierząt drapieżnych — opowiada prof. Jędrzejewski.

Te wyniki badań skłoniły naukowców do opracowania projektu powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego na obszar całej Puszczy Białowieskiej. Tego pomysłu nie udało się do dziś zrealizować.

Z ust prof. Jędrzejewskiego pada jednak jeszcze mocniejszy zarzut. — W tych działaniach Simona nas nie wsparła, a jej ataki bardzo osłabiały pozycję środowiska naukowo-ochronnego i były na rękę tym, którzy chcieli Puszczę eksploatować i zamieniać ją na deski. Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby nie działania Simony, cała Puszcza Białowieska, ostatni las naturalny na nizinach środkowej Europy, byłaby dzisiaj parkiem narodowym — uważa prof. Jędrzejewski.

Polska Jane Goodall?

Simona Kossak sprowadziła się do Białowieży na początku lat 70. XX wieku i została zatrudniona w charakterze asystenta w Zakładzie Badania Ssaków PAN (obecny Instytut Biologii Ssaków PAN). W 1975 r. przeszła do Instytutu Badawczego Leśnictwa, gdzie pięła się po szczeblach kariery naukowej aż do osiągnięcia w 1997 r. tytułu profesora.

Badania naukowe Simony Kossak dotyczyły w dużej mierze ekologii behawioralnej ssaków łownych i chronionych, bytujących w środowisku leśnym. Jednak choć jej dorobek naukowy obejmuje ogółem ponad 140 oryginalnych opracowań, naukowcy ostrożnie podchodzą do jej naukowych osiągnięć. Zdaniem prof. Rafała Kowalczyka wśród tych opracowań jest niewiele prac opublikowanych w czasopismach naukowych o światowym zasięgu i dziś ten dorobek nie wystarczyłby nawet na uzyskanie stopnia doktora habilitowanego, nie wspominając o profesurze.

Nie była też Simona Kossak jedyną badaczką w męskim gronie.

— W białowieskim środowisku było i jest kilka wybitnych naukowczyń, jak nieżyjąca prof. Krystyna Falińska – botaniczka, wieloletnia badaczka Puszczy Białowieskiej, która karierę naukową rozpoczynała pod koniec lat 60., prof. Małgorzata Krasińska, wybitna badaczka żubrów, od lat 1950. związana z Instytutem Biologii Ssaków PAN w Białowieży, czy prof. Elżbieta Malzahn, od lat 1960. prowadząca badania w Puszczy Białowieskiej — podaje Rafał Kowalczyk.

Prof. Bogumiła Jędrzejewska, wybitna badaczka ekologii ssaków drapieżnych i kopytnych oraz historii przyrodniczej Puszczy Białowieskiej, od lat 1980. związana z Instytutem Biologii Ssaków PAN, jest klasyfikowana przez portal research.com na pierwszym miejscu wśród polskich badaczy w dziedzinie badań nad ekologią i ewolucją — dodaje naukowiec.

Simona Kossak po przybyciu do Białowieży szybko zasłynęła oryginalnością i ciepłym stosunkiem do zwierząt. Zamieszkała w położonej w Puszczy Białowieskiej, starej leśniczówce Dziedzinka, gdzie wprawdzie nie miała elektryczności, ale żyła, tak jak lubiła: otoczona zwierzętami. Jej sąsiadem był fotograf Lech Wilczek, z którym ostatecznie połączyło ją dużo więcej niż wspólne cztery ściany. Ale życie Simona Kossak dzieliła nie tylko z nim, ale też z całkiem sporą menażerią. Locha Żabka na łóżku, kruk o upodobaniach gangsterskich, łoszaki karmione butelką, osioł, psy, owce, sowy. Osobliwy zwierzyniec przyciągał do Dziedzinki gości i turystów, a naukowczyni szybko zdobywała sławę.

Popularyzatorką przyrody Simona Kossak była niezrównaną. Jej pogadanki radiowe o roślinach i zwierzętach gromadziły tysiące słuchaczy.

Białowieska przedstawicielka artystycznego krakowskiego rodu – była wnuczką słynnego malarza Wojciecha Kossaka – przede wszystkim jednak pracowała. Do doktoratu prowadziła badania nad dietą saren. Realizując te badania, ogrodziła kawał lasu i w zagrodach badała, czym odżywiają się sarny, do których zresztą przywiązała się tak mocno, że gdy któregoś razu do zagrody dostał się ryś i zjadł kilka osobników, na jakiś czas zawiesiła pracę.

Działania Simony Kossak miały też znaczenie praktyczne. Opracowała sekwencję dźwięków odstraszających, używaną w UOZ-1 – odstraszaczu zwierząt, montowanym przy torach kolejowych przecinających szlaki migracyjne dużych ssaków.

Krytykowała łowiectwo, ale decydowała o zabijaniu zwierząt

"Rozpatrując polowania od strony etycznej, uważam, że zabijanie zwierząt wyłącznie dla rozrywki było i jest niegodne człowieka cywilizowanego. Mam pod ręką garść wspomnień łowieckich różnych – nawet wspaniałych autorów – i wszystkie budzą wstręt swoją obłudą i okrucieństwem. Obłudą, bo panowie udają, że kochają przyrodę, a zwierzęta szczególnie, a okrucieństwem, bo po zachwytach: «jaki on silny i śliczny» zawsze następuje scena mordu niewinnej ofiary. (...) — powiedziała Simona Kossak w 1987 roku na otwarciu wystawy „Rok Myśliwca”, gdzie została zaproszona jako przedstawicielka polującego rodu Kossaków.

"Poglądy na myślistwo [malarza Wincentego] Pola i [pradziadka, również malarza] Juliusza Kossaka potępiam. (...) Taka dzika gęś zawarła małżeństwo na całe życie, a teraz jej partner leży martwy. Siada więc w pobliżu, mimo strachu przed człowiekiem, i rozpacza w głos. Prawie nigdy nie zdarza się, by już kiedykolwiek połączyła się w parę z jakimś samcem. I na to wszystko spokojnie patrzy wrażliwy artysta. Nie tylko patrzy, on jest sprawcą bólu i cierpienia. Człowiek subtelny, czujący przyrodę i z nią współczujący, nie zniesie widoku polowania” — powiedziała Simona Kossak.

Słowa były bardzo mocne i do dziś przy różnych okazjach przytaczają je przeciwnicy łowiectwa. Ale jak te słowa miały się do czynów?

Simona Kossak nie polowała, choć miała do tego uprawnienia. To, że nie szła ze strzelbą na dzikie zwierzęta, nie oznacza, że nie miała wpływu na to, ile ich ginęło od myśliwskich kul. Jednym z obowiązków zawodowych Simony Kossak było opracowywanie corocznych raportów dla Lasów Państwowych z informacją, ile zwierząt można wybić. Plany łowieckie przez nią rekomendowane nie były dla zwierząt kopytnych oszczędne. Np. w czasopiśmie „Sylwan” nr 8 z 1995 r. postulowała zwiększenie odstrzału jeleni i saren. Zdaniem prof. Kowalczyka populacja saren do dzisiaj się nie podniosła, a badania IBS PAN pokazały, że przeżywalność kociąt rysi spadła drastycznie, bo te duże drapieżniki nie miały wystarczającej liczby ofiar, by wykarmić młode.

Rysie wtedy nie były ważne

Czemu zatem Simona Kossak podejmowała takie rekomendacje? Prawdopodobnie dlatego, że wówczas zwracano uwagę przede wszystkim na gospodarkę leśną i stan lasu, nie brano pod uwagę wpływu tej decyzji na populacje rysi.

Losy konkretnych zwierząt, które były bliskie mieszkańcom Dziedzinki, też nie zawsze były różowe.

— Simona była słodką panią od zwierzątek, ale tych we własnym domu — ocenia prof. Elżbieta Malzahn w podcaście swojej córki, Miłki Malzahn. Obie znały Simonę Kossak, a prof. Malzahn współpracowała z nią i miały bliskie relacje.

Inaczej widziała swoją ciotkę Joanna Kossak, która podkreśla, że Simona nigdy nie zabiła zwierzęcia, nawet na studiach odmówiła wykonania wiwisekcji na żabach i myszach. Uprawnienia myśliwskie musiała zdobyć, żeby móc prowadzić badania na zwierzętach w Instytucie Badawczym Leśnictwa.

— Po ojcu miała starą strzelbę, zamkniętą na kłódkę w stalowej szafce. Kiedyś jest taka sytuacja, latem na podwórku pojawia się wściekły jenot w ostatnim stadium choroby, praktycznie się wywraca. Wybucha Armagedon – jeśli by stwierdzono wściekliznę na Dziedzince, to wszystkie zwierzęta musiałyby zostać zabite. I Lech się drze do Simony, żeby natychmiast przyniosła strzelbę, że trzeba go zastrzelić. I co robi Simona? Simona mówi, że ona nie będzie strzelać do żadnego zwierzęcia, w ogóle nie ma takiej opcji. Na to Lechu mówi, żeby jemu dała strzelbę, a Simona, że nie, bo to jest wbrew przepisom, była niesamowitą formalistką — wspomina Joanna.

— Na szczęście na Dziedzince byli też chłopcy z Technikum Leśnego, którzy dorabiali sobie, pomagając Lechowi w różnych pracach. I chłopaki, razem z Lechem, zaciukali szpadlami biednego jenota. I na tych łopatach, żeby go nie dotykać, zanieśli do ogniska i spalili razem z tymi łopatami — mówi siostrzenica Simony.

Tragiczne były losy rysiczki, z którą mieszkanka Dziedzinki miała piękne zdjęcia.

Agatka była naprawdę ukochana

— Krążyła plotka, że Simona zabiła rysia. Chodziło o rysicę Agatkę. O rysiu Simona marzyła przez wiele lat. I kiedy Jan Walencik kręcił „Tętno pierwotnej puszczy”, potrzebny był ryś do zdjęć. Wziął małą rysiczkę z ogrodu zoologicznego, a później była kwestia odchowania zwierzaka” — opowiada Joanna Kossak.

I tak zwierzak trafił do Simony na odchowanie, ale później sprawa się skomplikowała.

Z góry było wiadomo, że nie będzie tak, że Simona weźmie sobie jakieś zwierzę. Jego droga miała być od początku określona, ryś po odchowaniu miał trafić do jakiegoś parku safari.

— Ale Simona twierdziła, że po jej trupie, że zrobi wszystko, żeby ryś nigdzie nie poszedł, bo jest to najważniejsza istota na świecie, jaką w życiu miała. Pamiętam, jak Simona odleciała. Przez pierwsze trzy miesiące była cała poharatana, bo kociak ją drapał, ale po tych trzech miesiącach Agatka nauczyła się bawić bez pazurów. No i oczywiście spała w łóżku, chodziła z Simoną do rezerwatu, nie była zainteresowana polowaniem na kury — mówi Joanna Kossak.

Sielanka nie trwała długo.

— Był listopad, już nie mieszkałam w Dziedzince i Simona do mnie przyjeżdża, i mówi, że odwołuje Święta Bożego Narodzenia i zawiesza bezterminowo wszelkie kontakty, bo Agatka nie żyje. Co się okazało? Lech poszedł po drewno, Agatka brykała dookoła niego. I gdy Lechu z naręczem polan wchodził do domu, Agatka mu się gdzieś zaplątała pod nogi. Upuścił na nią polana. Agatka zniknęła. Lech zebrał polana i znalazł ja w pokoju obok, martwą — opowiada Joanna Kossak.

— No i Simona jest u mnie i opowiada mi, że te skurwysyny żądają sekcji zwłok i że to jakby kazać jej ekshumować dziecko. Czyli straciła kompletnie rozum, bo rysica oficjalnie nie należała do niej, tylko do państwa polskiego. Podlegała Głównemu Konserwatorowi Przyrody, czyli musiały być przeprowadzone sekcja zwłok i dochodzenie z końcowym protokołem. Moim zdaniem Simona chciała też ochronić Lecha i oszczędzić mu przesłuchania. Lech również był bardzo związany z Agatką i ciężko to przeżywał — dodaje Joanna Kossak.

Koziołek przeszkadzał w badaniach

Zdarzyło się raz, że Simona Kossak, mimo że własnymi rękami nie zabiła zwierzęcia, to zdecydowała o jego zastrzeleniu. Miało to miejsce wtedy, gdy prowadziła badania nad sarnami żyjącymi w zagrodzie. Jak opowiadała Miłka Malzahn w swoim podcaście, w stadzie był koziołek, który bronił stada, utrudniając badaczce pracę. Simona z bólem serca poprosiła tatę Miłki o odstrzelenie koziołka.

Fakt ten potwierdza Joanna Kossak, tylko zamiast o koziołku, mówi o jeleniu, który wskoczył do zagrody z sarnami i chcąc się z niej wydostać, zaczął rozwalać siatkę ogrodzeniową. Nie było możliwości wypłoszenia go na zewnątrz bez równoczesnego płoszenia saren, które w panice mogłyby porozbijać się o ogrodzenie.

— Simona wybrała jedyne dostępne rozwiązanie. Poprosiła przyjaciela, Przemka Malzahna, żeby przyjechał i odstrzelił jelenia. Odbyło się to w ścisłej tajemnicy. Dostałam absolutny zakaz wspominania o tym komukolwiek, kiedykolwiek. Dzisiaj, po niemal pięćdziesięciu latach, ten zakaz złamałam — opowiada Joanna Kossak.

Na zdjęciu głównym: Simona Kossak w 2005 r. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Regina Skibińska

Absolwentka prawa, z zawodu dziennikarka, przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”. Trzykrotna laureatka konkursu dziennikarskiego Polskiej Izby Ubezpieczeń i laureatka Nagrody Dziennikarstwa Ekonomicznego Press Club Polska w 2023 r. Obecnie freelancerka, pisywała m.in. do „Gazety Wyborczej”, miesięcznika „National Geographic Traveler”, „Parkietu”, Obserwatora Finansowego i Prawo.pl. Po latach mieszkania w Warszawie osiadła z gromadką kotów na Podlasiu.

Komentarze