Dwa lata rządu koalicyjnego w obszarze nieubezpieczeniowych świadczeń to historia czterech tendencji, które trudno ze sobą pogodzić. To selektywna aktywizacja, punktowa hojność, cicha erozja wartości świadczeń i selekcja infrastrukturalna, czyli wykluczanie mieszkańców wsi
W połowie kadencji koalicji rządzącej warto przyjrzeć się temu, co wydarzyło się w obszarze świadczeń pieniężnych o charakterze nieubezpieczeniowym – czyli tych, które nie wynikają z opłacania składek, lecz mają chronić przed ubóstwem lub wspierać rodziny z dziećmi. To właśnie ten obszar najlepiej pokazuje, jaką wizję polityki społecznej ma rząd.
A obraz, który się z tego wyłania, jest niespójny i pełen sprzeczności.
Najważniejszą reformą tych dwóch lat w obszarze świadczeń pieniężnych jest zmiana zasad przyznawania świadczenia wychowawczego 800+ cudzoziemcom spoza Unii Europejskiej. Ustawa z 12 września 2025 roku uzależniła prawo do tego świadczenia od aktywności zawodowej rodzica – ale wyłącznie w przypadku cudzoziemców.
Od 1 lutego 2026 roku ZUS wstrzymał automatyczne wypłaty dla obywateli Ukrainy ze statusem UKR. Aby odzyskać świadczenie, muszą złożyć nowy wniosek i wykazać, że w miesiącu poprzedzającym jego złożenie byli aktywni zawodowo – pracowali na umowie, prowadzili działalność lub podlegali ubezpieczeniu zdrowotnemu. ZUS weryfikuje to co miesiąc, automatycznie sprawdzając różne bazy danych administracyjnych. Od czerwca 2026 roku te same zasady obejmą pozostałych cudzoziemców spoza UE i EFTA.
Mamy też minimalny próg dla zarobków, gdyż podstawa wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe musi wynosić co najmniej 50 procent płacy minimalnej. Zwolnieni z tego wymogu są jedynie rodzice dzieci z niepełnosprawnościami i rodzice wnioskujący o świadczenie na dziecko posiadające polskie obywatelstwo.
Polskich obywateli te zmiany nie dotyczą w ogóle. Dla nich 800+ pozostaje świadczeniem powszechnym, bezwarunkowym, niezależnym od dochodu i aktywności zawodowej.
Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której to samo świadczenie ma dwa różne reżimy – w zależności od obywatelstwa rodzica. Z perspektywy analizy polityki społecznej jest to klasyczny przejaw zjawiska, które w literaturze naukowej określa się mianem szowinizmu socjalnego (welfare chauvinism) – ograniczania dostępu do świadczeń społecznych na podstawie statusu migracyjnego.
Rząd Tuska w kampanii wyborczej obiecywał, że „nic, co dane, nie zostanie zabrane". Świadczenie 800+ – przyznawane wcześniej wszystkim dzieciom zamieszkałym w Polsce, bez względu na obywatelstwo rodziców – zostało właśnie odebrane, choć tylko tym rodzinom, które nie mogą udowodnić aktywności zawodowej.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że warunkowanie świadczeń aktywnością zawodową wyłącznie w odniesieniu do cudzoziemców służy nie tyle racjonalizacji wydatków, ile politycznej kalkulacji – jest popularne wśród wyborców, a jednocześnie nie narusza interesów polskich rodzin. Dowodem na to są populistyczne hasła, które najpierw upowszechniał kandydat na prezydenta Rafał Trzaskowski („800+ tylko dla pracujących Ukraińców”), a później politycy rządowi wspominali, że walczą z „turystyką socjalną”. Możliwe, że wzrost poparcia dla ogólnego hasła „800+ tylko dla pracujących” w latach 2024-2025 był spowodowany dyskusją, która dotyczyła Ukrainek z dziećmi.
Kierunek aktywizacyjny nie ogranicza się do cudzoziemców – choć wobec nich przybiera najostrzejszą formę. Widać go także w pakiecie Aktywny Rodzic, uruchomionym 1 października 2024 roku na mocy ustawy z 15 maja 2024 roku. Pakiet składa się z trzech świadczeń dla rodziców dzieci w wieku od 12 do 35 miesięcy, ale ich konstrukcja wyraźnie faworyzuje rodziców pracujących.
Najpopularniejsze medialnie „babciowe„, czyli świadczenie „aktywni rodzice w pracy”, wynosi 1500 złotych miesięcznie (1900 złotych w przypadku dziecka z niepełnosprawnością), ale warunkiem jest aktywność zawodowa obojga rodziców – z łączną podstawą składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe wynoszącą co najmniej 100 procent płacy minimalnej.
Drugie świadczenie, „aktywnie w żłobku", pokrywa do 1500 złotych kosztów opieki instytucjonalnej – nie wymaga wprawdzie zatrudnienia, ale wspiera rodziców, którzy oddają dziecko do żłobka, by sami mogli pracować.
Trzecie świadczenie – „aktywnie w domu„ – jest jedynym, które nie stawia warunków dotyczących zatrudnienia czy korzystania ze żłobka. Jego kwota mówi jednak sama za siebie: 500 złotych miesięcznie, czyli trzykrotnie mniej niż „babciowe”. Rodzic, który decyduje się na samodzielną opiekę nad małym dzieckiem, otrzymuje od państwa wyraźny komunikat: twoja praca opiekuńcza jest warta trzy razy mniej niż praca zarobkowa.
Polityka aktywizacji zawodowej jest popularna wśród rządów europejskich. Pytanie jednak, czy jej konsekwencje zostały dostatecznie przemyślane.
Nie wszystkie rodziny mają dostęp do żłobków. Nie wszystkie matki (bo to wciąż głównie matki) mogą wrócić na rynek pracy z małym dzieckiem. Warto zauważyć, że obywatele Ukrainy ze statusem UKR zostali wykluczeni ze świadczeń „aktywni rodzice w pracy„ i „aktywnie w domu” – mogą ubiegać się jedynie o „aktywnie w żłobku", i to dopiero po 365 dniach legalnego pobytu.
Mamy tu więc kolejny przejaw szowinizmu socjalnego.
Na tle aktywizacyjnego kierunku wobec rodziców zaskakuje wprowadzenie dodatku dopełniającego do renty socjalnej, który obowiązuje od 1 stycznia 2025 roku. To świadczenie przysługuje osobom z najcięższym stopniem niepełnosprawności – całkowicie niezdolnym do pracy i niezdolnym do samodzielnej egzystencji, czyli wymagającym stałej opieki innych osób. Wraz z rentą socjalną daje im to poziom świadczeń zbliżony do płacy minimalnej. Na rękę wypada nawet nieco więcej niż najniższe wynagrodzenie, ze względu na korzystniejsze zasady naliczania podatków i składek od świadczeń.
Dodatek został uchwalony już po tym, jak za poprzedniego rządu przyjęto świadczenie wspierające, które jest skierowane do podobnej grupy osób, choć nie tylko uprawnionych do renty socjalnej. Jego poziom zależy od stopnia potrzeby wsparcia i wszystkie trzy świadczenia można łączyć ze sobą bez ograniczeń.
Choć brzmi to paradoksalnie, osoby z orzeczeniem o całkowitej niezdolności do pracy i samodzielnej egzystencji mogą legalnie pracować – prawo tego nie zabrania. Część z nich, na przykład osoby z ciężką niepełnosprawnością ruchową pracujące zdalnie, faktycznie zarabia. I tu pojawia się pułapka. Dopóki zarobki nie przekraczają 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia, nie dzieje się nic złego: taka osoba zachowuje pełne świadczenia i pełny zarobek. Po przekroczeniu progu 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia oba świadczenia są zmniejszane, ale tylko do wysokości pewnego maksymalnego zmniejszenia. To ogranicza opłacalność dodatkowej pracy w pewnym zakresie dochodów.
Prawdziwy dramat rozgrywa się jednak przy przekroczeniu 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia (obecnie według stanu w III kwartale 2025), czyli 11 403 zł brutto. Wówczas oba świadczenia – renta socjalna i dodatek dopełniający – zostają zawieszone w całości. Wyobraźmy sobie dwie osoby: jedna zarabia 11 403 zł i zachowuje prawo do świadczeń – jej łączny dochód to blisko 15 000 zł brutto. Druga zarabia złotówkę więcej i traci oba świadczenia – zostaje jej 11 404 zł. Różnica jednej złotówki w zarobkach oznacza utratę ponad 3 550 zł miesięcznie. Aby druga osoba wróciła do tego samego poziomu dochodu co pierwsza, musiałaby zarabiać blisko 15 000 zł.
Ten klif czy urwisko – nagły i znaczący spadek dochodu łącznego przy niewielkim wzroście zarobków – istniał już wcześniej, ale wynosił niespełna 940 zł. Nowe świadczenie pogłębiło go niemal czterokrotnie, czyniąc go największym klifem w polskim systemie świadczeń. Przypomnijmy, że w obietnicach wyborczych Koalicji Obywatelskiej znalazła się likwidacja pułapki rentowej. Nie tylko jej nie zlikwidowano – pogłębiono ją do rozmiarów wcześniej niespotykanych.
Kolejny problem polega na tym, że dodatek przysługuje wyłącznie rencistom socjalnym z orzeczeniem o niezdolności do samodzielnej egzystencji – a to część spośród wszystkich pobierających rentę socjalną. Pozostali – osoby całkowicie niezdolne do pracy, ale zdolne do samodzielnej egzystencji – otrzymują jedynie samą rentę socjalną w kwocie 1 879 zł (luty 2026).
Jeszcze bardziej kontrowersyjne jest to, co reforma oznacza dla systemu jako całości. Osoba na minimalnej rencie z ubezpieczenia społecznego – a więc ktoś, kto przez lata odprowadzał składki – otrzymuje dokładnie tyle samo co rencista socjalny bez dodatku: 1 879 zł. Natomiast rencista socjalny z dodatkiem dopełniającym dostaje blisko dwa i pół razy więcej. To budzi zrozumiałe poczucie niesprawiedliwości, szczególnie wśród osób, które przepracowały wymagany okres, ale ze względu na niskie zarobki trafiły na minimalną rentę z systemu ubezpieczeniowego.
W efekcie mamy reformę, która jest bezprecedensowo hojna wobec jednej, wąsko zdefiniowanej grupy, a zarazem zwielokrotnia pułapkę rentową i pogłębia poczucie niesprawiedliwości wśród pozostałych osób z niepełnosprawnościami.
Na przeciwległym biegunie hojności znajdują się zasiłki rodzinne i dodatki do nich. Rozporządzenie Rady Ministrów z 13 sierpnia 2024 roku po raz kolejny zamroziło zarówno kwoty świadczeń, jak i progi dochodowe – na kolejne trzy lata, do 31 października 2027 roku.
Kwoty zasiłków nie zmieniły się od 2016 roku. Rodzice nadal otrzymują 95 złotych miesięcznie na dziecko do piątego roku życia, 124 złote na dziecko w wieku 5-18 lat i 135 złotych na starsze dziecko uczące się. Kryterium dochodowe, uprawniające do zasiłku, wynosi 674 złote na osobę w rodzinie (764 złote, gdy dziecko jest niepełnosprawne). Kwoty te nie były podnoszone od lat i są już niższe niż kryteria w pomocy społecznej.
Efekt jest przewidywalny i dobrze udokumentowany. W 2023 roku zasiłek rodzinny pobierało ponad milion dzieci. W 2025 roku – według szacunków rządowych – liczba ta spadnie do 743 tysięcy, a do 2027 roku zmniejszy się do zaledwie 663 tysięcy. To redukcja o niemal 35 procent w ciągu czterech lat. Przy rosnącej płacy minimalnej coraz więcej rodzin traci uprawnienie do zasiłku – nie dlatego, że się bogaci, lecz dlatego, że progi dochodowe stoją w miejscu.
Można to nazwać cichą erozją. Świadczenia nie są formalnie likwidowane – po prostu tracą jakiekolwiek znaczenie.
Zasiłek rodzinny w kwocie 95 złotych miesięcznie, ustalony dziesięć lat temu, ma dziś inną siłę nabywczą. Ale rząd nie musi podejmować politycznie kosztownej decyzji o cięciach – wystarczy, że nic nie robi. A skoro od 2016 roku funkcjonuje 500 plus (teraz 800 plus), które trafia do wszystkich rodzin polskich z dziećmi niezależnie od dochodu, zasiłki rodzinne adresowane do najuboższych schodzą na dalszy plan debaty publicznej. Tracą na tym ci, którzy mają najniższe dochody– bo to oni potrzebują nie tylko uniwersalnego 800+, ale i dodatkowego, adresowanego wsparcia. Tracą nie tylko tak, że ich świadczenia są realnie niższe, ale też tak, że wypadają z systemu.
Być może najbardziej wymowna dla oceny tych dwóch lat jest historia reformy, która nie doszła do skutku. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało projekt zmiany zasad weryfikacji kryteriów dochodowych w pomocy społecznej – przejście z trzyletniej weryfikacji na coroczną waloryzację. To rozwiązanie, które od lat postulowały organizacje pozarządowe i eksperci, a którego potrzeba stała się paląca.
Kryteria dochodowe w pomocy społecznej – podobnie jak zasiłki rodzinne – podlegają weryfikacji co trzy lata. Ale w praktyce między weryfikacjami powstaje rosnąca luka: próg ubóstwa skrajnego rośnie wraz z cenami, podczas gdy kryterium dochodowe stoi w miejscu.
W 2023 roku doszło do sytuacji bez precedensu –
po raz pierwszy w historii polskiej pomocy społecznej próg ubóstwa skrajnego przekroczył kryterium dochodowe uprawniające do pomocy.
Oznaczało to, że część osób żyjących w skrajnym ubóstwie formalnie nie kwalifikowała się do świadczeń z pomocy społecznej. Według szacunków w 2024 roku problem dotyczył ponad połowy osób w skrajnym ubóstwie – około 975 tysięcy ludzi z 1,9 miliona żyjących poniżej minimum egzystencji.
Od 1 stycznia 2025 roku rząd podniósł kryteria dochodowe – do 1010 złotych dla osoby samotnej (wzrost o 30 procent) i 823 złotych dla osoby w rodzinie (wzrost o 37 procent). To była pierwsza podwyżka od 2022 roku. Ale nie rozwiązała problemu strukturalnego – nowe kryteria, choć wyższe, zostały skrytykowane jako niedostateczne w kontekście skumulowanej inflacji z lat 2022-2023. A bez corocznej waloryzacji będą erodować aż do kolejnej decyzji weryfikacyjnej, która podniesie kryteria dopiero od 2028 roku.
Projekt ustawy wprowadzającej coroczną waloryzację nawet nie trafił do rządowego planu prac legislacyjnych. Ministerstwo Rodziny dążyło do jego uchwalenia przed 2026 rokiem. Spotkało się jednak z blokadą ze strony Ministerstwa Finansów, której do końca 2025 roku nie udało się przezwyciężyć. Oznacza to, że w 2026 roku kryteria dochodowe pozostaną na poziomie z 2025 roku – i będą dalej tracić realną wartość.
Osobny, ale wymowny epizod to ewolucja świadczeń osłonowych związanych z ubóstwem energetycznym. W 2024 roku obowiązywały jeszcze instrumenty uwzględniające różnorodność źródeł ciepła: w pierwszym półroczu dodatek osłonowy z podwyższonymi kwotami dla gospodarstw ogrzewających się paliwami stałymi, w drugim – bon energetyczny z podwyższeniem dla ogrzewania elektrycznego.
W 2025 roku nie wprowadzono żadnego świadczenia energetycznego – dodatek osłonowy zawieszono formalnie aż do końca 2027 roku, bonu energetycznego nie przedłużono. Rząd utrzymał natomiast mrożenie cen energii elektrycznej (500 zł/MWh) i zawieszenie opłaty mocowej, co objęło wszystkich odbiorców.
Uniwersalne mrożenie cen nie zastępuje jednak celowanej pomocy dla najuboższych. A jedynym nowym instrumentem okazał się bon ciepłowniczy, uchwalony we wrześniu 2025 roku z kwotami sięgającymi 3500 złotych rocznie – przysługujący wyłącznie odbiorcom ciepła systemowego, czyli mieszkańcom miast podłączonym do sieci ciepłowniczej.
To selektywność o podłożu infrastrukturalnym. Ciepło systemowe to przede wszystkim bloki i osiedla w miastach. Ogrzewanie paliwami stałymi to w przeważającej mierze wieś, małe miasta, domy jednorodzinne – miejsca, gdzie ubóstwo energetyczne jest najgłębsze, a koszty ogrzewania najbardziej nieprzewidywalne.
Gminy, w których w ogóle nie ma sieci ciepłowniczej, zostały zobowiązane jedynie do opublikowania informacji, że bon ciepłowniczy nie przysługuje ich mieszkańcom.
Powstała sytuacja, w której mieszkaniec bloku w dużym mieście może otrzymać do 3500 złotych wsparcia, a emeryt ogrzewający dom węglem na wsi – zero. Co wymowne, ustawa przeszła przez Sejm niemal jednogłośnie (410 głosów za, 1 przeciw) – opozycja nie zaprotestowała przeciw wykluczeniu paliw stałych. Problem nie leży wyłącznie po stronie koalicji, lecz
wynika z szerszej ślepoty całej klasy politycznej na wiejskie ubóstwo energetyczne.
Zima 2025/2026 obnażyła tę lukę z całą brutalnością. Anomalie temperaturowe sięgające minus sześciu stopni poniżej normy wieloletniej we wschodniej Polsce, nocne mrozy spadające do minus trzydziestu stopni – i jednocześnie żadnego instrumentu osłonowego dla gospodarstw ogrzewających się poza siecią.
Jedyna dostępna pomoc to zasiłek celowy z pomocy społecznej – z kryteriami dochodowymi, których reforma została zablokowana przez Ministerstwo Finansów.
Tu nie chodzi tylko o wygaszanie starych instrumentów – to byłaby cicha erozja, znana z innych obszarów. Chodzi o logikę nowego instrumentu. Bon ciepłowniczy nie jest brakiem polityki – jest aktywnym wyborem, komu pomóc. Rząd coraz wyraźniej uzależnia prawo do wsparcia od typu infrastruktury, z której korzysta gospodarstwo domowe. Kto jest podłączony do sieci ciepłowniczej, jest „systemowo czytelny" i zasługuje na ochronę. Kto ogrzewa się poza systemem – staje się niewidoczny dla polityki społecznej.
To de facto wykluczenie ze względu na peryferyjność, dotykające tych samych gospodarstw, które mają najniższe dochody i najgorszy stan budynków.
Dwa lata rządu koalicyjnego w obszarze nieubezpieczeniowych świadczeń pieniężnych to historia czterech równoległych tendencji, które trudno ze sobą pogodzić.
Pierwsza to selektywna aktywizacja – warunkowanie świadczeń aktywnością zawodową. Widać ją w reformie 800+ dla cudzoziemców i w konstrukcji pakietu Aktywny Rodzic. To kierunek dominujący w europejskiej polityce społecznej, ale w polskim wydaniu ma specyficzny rys: aktywizacja skierowana jest przede wszystkim do grup politycznie bezpiecznych – cudzoziemców, którzy nie głosują, i młodych rodziców, którym łatwiej narzucić warunki nowego świadczenia niż zmieniać zasady już istniejącego.
Druga to punktowa hojność – jak w przypadku dodatku dopełniającego do renty socjalnej. Reforma bezprecedensowo szczodra wobec wąskiej grupy, ale zwielokrotniająca pułapkę rentową i generująca nowe nierówności w systemie. Jej logika jest bardziej polityczna niż systemowa – odpowiada na rzecznictwo jednej grupy, bez reformowania szerszego kontekstu świadczeń rentowych.
Trzecia to cicha erozja – zamrażanie zasiłków rodzinnych, blokowanie reform pomocy społecznej, zawieszanie dodatku osłonowego. Tu nie trzeba podejmować trudnych decyzji. Wystarczy nie robić nic, a świadczenia same się zmarginalizują. To polityka, której koszty ponoszą najuboższe rodziny – ale która nie generuje protestów ani nagłówków.
Czwarta to selekcja infrastrukturalna – uzależnianie prawa do wsparcia od typu infrastruktury, z której korzysta gospodarstwo domowe. Bon ciepłowniczy wyłącznie dla odbiorców ciepła systemowego, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek dodatkowej osłony dla ogrzewających się paliwami stałymi, to jej najczystszy przejaw. W praktyce oznacza premiowanie mieszkańców miast kosztem peryferii.
Te cztery tendencje mają wspólny mianownik: brak spójnej wizji polityki świadczeniowej. Rząd nie zdecydował, czy chce budować system oparty na powszechności z proporcjonalnie większym wsparciem dla uboższych, czy może na warunkowaniu pracą i aktywizacji. Zamiast tego reaguje na doraźne bodźce – medialne, polityczne, budżetowe.
Efekt? Cudzoziemcy tracą prawo do 800+ jeśli nie pracują, ale polskie rodziny żyjące w skrajnym ubóstwie mogą nie kwalifikować się do pomocy społecznej. Renciści socjalni z orzeczeniem o niezdolności do samodzielnej egzystencji dostają blisko płacę minimalną, ale renciści z systemu ubezpieczeniowego – po latach opłacania składek – otrzymują mniej niż połowę tej kwoty. Emeryt ogrzewający dom węglem na wsi nie dostaje nic, ale jego sąsiad w bloku z ciepłem systemowym może liczyć na 3500 złotych. Zasiłki rodzinne formalnie istnieją, ale ich kwoty nie zmieniły się od dekady.
Po dwóch latach nie widać strategii. Widać serię posunięć, z których każde ma swoją logikę, ale razem tworzą system coraz bardziej chaotyczny i coraz mniej sprawiedliwy. A przed rządem kolejne wyzwanie – polska odpowiedź na Europejską Strategię Przeciw Ubóstwu, która zostanie ogłoszona w maju 2026. Może w tej nowej strategii zmniejszania ubóstwa i zakończenia bezdomności w Polsce zobaczymy strategię z prawdziwego zdarzenia.
Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.
Dr hab., profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, politolog, specjalista w zakresie polityki społecznej, ubóstwa i wykluczenia. Przewodniczący EAPN Polska, członek zarządu ATD Czwarty Świat, członek Zespołu Eksperckiego ds. Usług Społecznych Fundacji Batorego.
Komentarze