0:00
Prawa autorskie: Ilustracja: Weronika Syrkowska / OKO.pressIlustracja: Weronika...
22 stycznia 2023

Ciało męża zostało na wojnie. Nikt nas nie pytał o zgodę na samotne życie

Rusłan, gdzie idziesz? Tam Mira sama została. Gdzie ty idziesz ?! – zaczęłam krzyczeć, łzy zalały mi usta. – Jesteś dobrą mamą, wracaj do domu, będzie dobrze – odkrzyknął i poszedł na wojnę. Trzy historie o samotności kobiet

Wydrukuj

Tetiana Waszczenko: Najbardziej boje się nie tego, że go wezmą do niewoli albo że wróci niepełnosprawny. Boje się pustki, gdy go nie będzie.

Renata: Budzę się w nocy trzy, cztery razy i sprawdzam mapę alarmów, kiedy widzę, że na wschodzie jest czerwono, wchodzę na Telegram i szukam, czy nie było w jego okolicy ostrzału.

Tetiana Bakocka: Mam jego ostatnie powiadomienie głosowe: „Wszystkich kocham, jak tylko będzie można, napiszę".

Siły Zbrojne Ukrainy liczą 250 tysięcy osób, w tym 50 tysięcy kobiet (razem z cywilnymi pracownicami). Do tego drugie tyle żołnierzy zmobilizowanych po inwazji rosyjskiej. Nie ma danych, ile kobiet stanęło przed faktem dokonanym, kiedy ich partnerzy, mężowie, ojcowie ich dzieci poszli walczyć. To historie kobiet, których nikt nie zapytał o zgodę na nagłe, samotne życie.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Odwrócił się i poszedł

Okna w pokoju hotelowym w Olsztynie wychodzą na zielone miasto, są duże i powiększają mały pokój. Tetiana Bakocka mieszka w nim od czerwca z jedenastoletnim Miszą i dziewięciomiesięczną Mirą.

Jej dom zbudowany z krymskiego kamienia, z flagą Unii Europejskiej powiewającą na podwórku, został pod Mikołajowem.

Olsztyński hotel zna dobrze, bo jako ukraińska dziennikarka wiele razy przyjeżdżała tu na konferencje o tematyce europejskiej. Jednak dopiero teraz dowiedziała się, że doba w pokoju, w którym mieszka, kosztuje 174 zł. Jeśli wojewoda cofnie dofinansowanie na pokoje dla uchodźców i uchodźczyń (co już dwukrotnie zapowiadał), nie będzie ją na niego stać.

Przez pierwsze miesiące wojny utrzymywała się w dużej mierze z pensji męża, który służył w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Ale jej mąż Rusłan Khoda zginął podczas ostrzału artyleryjskiego 4 sierpnia 2022 roku koło wsi Łozowe w obwodzie chersońskim.

Tetiana pokazuje mi akt ślubu i przegląda telefon. Siedzimy w hotelowej świetlicy pełnej zabawek dla dzieci.

– O, tutaj mam jego ostatnie zdjęcie – podaje mi telefon. Patrzy na mnie przystojny, dobrze zbudowany mężczyzna w maskującym mundurze. Ma głowie ma kask, broda zasłonięta kamizelką kuloodporną, widać niebieskoszare oczy. Identyczne ma Mira, która bawi się przy naszych nogach.

Po raz ostatni Tetiana widziała go pierwszej nocy po wybuchu wojny. Wieczorem przyjechali do domu jej mamy, sto kilometrów na północ od Mikołajowa. W nocy usłyszała, że ktoś chodzi po domu, a potem wychodzi tylnymi drzwiami. Poszła sprawdzić. Rusłan szedł z plecakiem.

– Rusłan, gdzie idziesz? Tam Mira sama została. Gdzie ty idziesz?! – zaczęłam krzyczeć, łzy zalały mi usta.

– Wracaj do domu – odkrzyknął.

– Jak to będzie? Może nam trzeba bliżej granicy? Tu też jest niebezpiecznie. Co robić?

– Jesteś dobrą mamą, wracaj do domu, będzie dobrze – odkrzyknął i poszedł w stronę Mikołajowa.

Rosjanie zdążyli już wtedy zerwać mosty i do naszego miasta można było dostać się tylko pieszo – tłumaczy Tetiana. – Potem okazało się, że w wojenkomacie nie chcieli go przyjąć, bo miał pięciomiesięczne dziecko w domu. Ale przekonał ich. Miał doświadczenie z wojny z 2014 roku i ze służby w armii w 2005 roku.

To wtedy umarł dla mnie po raz pierwszy.

Piżama

Poznaliśmy się w akademiku. Mieszkaliśmy ściana w ścianę. Po Pomarańczowej Rewolucji zmieniono przepisy i mężczyźni musieli iść do wojska. W poniedziałek przyszło pismo, w środę trzeba było się stawić. Jestem z kimś i nagle o 5.00 rano on znika z mojego życia. Wtedy nie było jeszcze telefonów komórkowych. Nasłuchiwałam. Drzwi do jego pokoju się otwierały, ale on do nas nie przychodził. Wypatrywałam na ulicach mężczyzn podobnych do niego.

Teraz dzwoniłam. Wiele razy. I prosiłam, by choć zawiózł nas w bezpieczne miejsce, potem już sobie poradzę. Gdy 30 kilometrów od nas była bitwa o Woznesensk, siedząc w kuchni, słyszeliśmy serie z kałasznikowów.

– Masz więcej mocy, niż myślisz, wierzę, że możesz to wszystko zrobić sama – taką odpowiedź słyszałam za każdym razem.

Szukałam kogoś, kto by nas zawiózł do najbliższego dworca, choćby naszym autem. Nikt nie chciał, bo ostrzeliwali drogi. W końcu dotarłam do kobiety, która miała transport do Odessy, a potem planowała dostać się do Polski. Wiedziałam, że nie mogę zostać w Ukrainie. Moi koledzy, dziennikarze z Chersonia, byli wtedy porywani przez Rosjan.

Włożyłam do plecaka ubrania dla Miszy i Miry, zapas mleka w proszku, po który Rusłan stał rano w kolejce trzy godziny. Jak siedzieliśmy już w samochodzie, zorientowałam się, że od kilku dni jestem w tej samej piżamie, w której zastał mnie wybuch wojny.

Jeszcze w 2021 roku z małą Mira na rękach robiłam wywiady z różnymi ekspertami o aktualnej sytuacji w Ukrainie i o jej przyszłości. Wszyscy mówili, że będzie wojna. W 2014 roku Rusłan poszedł walczyć w Donbasie, już wtedy był zmobilizowany.

Jego matka i dwie siostry mieszkają na przedmieściach Moskwy. Uważał, że Rosja nie może nam siłą odebrać tego, czego nie chcemy dać. Mówił, czemu mam uciekać ze swojego kraju?

A ja pytałam, a co z dziećmi, ze mną? Misza, jego ukochany syn, miał wtedy trzy latka i mimo to on poszedł, więc wiedziałam, że teraz nie zmienimy jego decyzji. Miałam tylko nadzieje, że ktoś inny go przekona.

We wrześniu udało się znaleźć dla niego pracę w Niemczech, potem w listopadzie, ale nie chciał jechać. W pierwszych dniach dużo jego przyjaciół wyjechało przez granicę z Mołdawią. Uciekali z rodzinami. Zróbmy to samo, namawiałam . A on powtarzał, nie mogę wyjechać ze swojej ziemi.

Ilustracja: Weronika Syrkowska / OKO.press

Pogrzeb będzie w piątek

Rusłan służył w zwiadzie. Był dowódcą plutonu rozpoznawczego 36. Oddzielnej Brygady Piechoty Morskiej im. Kontradmirała Bilińskiego. Smsy pisał raz na trzy dni. Telefony im zabierali, by nie było pokusy odzywać się do rodziny i udostępniać lokalizacji.

Pisałam zawsze: czy wszystko w porządku? Ostatni raz 30 lipca odpisał jednym słowem: nie.

Wyszłyśmy z Mirą do parku. Pisałam do przyjaciół, a oni uspokajali, że tak wygląda wojna. Myślę, że on wiedział, że zginie. Gdyby była nadzieja na przeżycie, to tak by nie pisał. Mam jego ostatnie powiadomienie głosowe: „Wszystkich kocham, jak tylko będzie można, napiszę”. Do dzisiaj nie znaleźli jego ciała.

Na początku wierzyliśmy każdemu, kto dzwonił. Najpierw do mojej mamy 5 sierpnia odezwał się kolega Rusłana. Był razem z nim w oddziale i 4 sierpnia, podczas ostrzału artylerii, trafił do szpitala. Gdy doszedł do siebie, zadzwonił do mojej mamy i powiedział, że Rusłan zginął.

Mama, powołując się na niego, napisała pismo do wojenkomatu. Gdyby tego nie rozbiła, Rusłan zaginąłby bez wieści. Następne wiadomości były przekazywane w ten sposób, że dowódca brygady dzwonił do urzędu naszej gminy, a urzędnik kontaktował się z moją mamą. W ten sposób wiedzieliśmy, że jego ciało zabrali z terenu ostrzału i zawieźli do kostnicy w mieście Dniepr, 400 kilometrów od Mikołajowa. 10 sierpnia powiadomili nas, że pogrzeb planowany jest w naszej miejscowości na piątek, 12 sierpnia. Wszystko szybko zorganizowaliśmy. Ksiądz, msza, mogiła na cmentarzu obok grobu ojca Rusłana. W czwartek mieli go przywieźć, ale zadzwonili, że nie przywiozą i trzeba odwołać pogrzeb. A kiedy przywiozą? Nie wiadomo. Trzeba czekać. Może to być w każdy dzień. Dzwoniliśmy codziennie.

Gdy widzę się pierwszy raz z Tetianą, jest 20 sierpnia i mija tydzień od pierwszej zapowiadanej daty pogrzebu. Obwód chersoński jest w tym czasie pod okupacją rosyjską.

– Moja mama właśnie dzwoniła, że jego ciało zabrali Rosjanie i chcą je wymienić za dziesięciu swoich żołnierzy, żywych. Jeśli nasi się nie zgodzą, ciała nie oddadzą. Teraz nasze kierownictwo prowadzi rozmowy – tak wtedy opowiadała mi Tetiana. – Podobno nasi żołnierze próbowali podejść do miejsca ostrzału, ale było bardzo niebezpiecznie i nie dotarli do ciała męża.

Gdy kontaktujemy się w grudniu, Tetiana dodaje: – Dostaliśmy tylko jedno oficjalne pismo z wojska potwierdzające, że zginął, ale cały czas nie mamy aktu zgonu. Wszystko inne to domysły i przypuszczenia.

Zadzwoniła znajoma, koleżanka jej córki dostała wiadomość, że ktoś widział kogoś podobnego do Rusłana, bez rąk, w chersońskim obwodzie, w piwnicy klasztoru, w którym rosyjska armia przetrzymywała jeńców. Od razu sprawdziłam w internecie. Faktycznie, klasztor jest i ta piwnica też, ale nic więcej nie mogłam się dowiedzieć.

Ktoś inny zadzwonił, że podobno nasi żołnierze, bez pozwolenia dowódcy, w nocy poszli w to miejsce ostrzału i pozbierali resztki, które tam zostały. Od jednego ręka, od drugiego noga. I zrobili wspólną mogiłę. Czy to prawda, czy czyjaś fantazja? Nie wiadomo.

Siostra innego żołnierza, który zginął, poszła do jasnowidza. Powiedział, że ciała się znajdą. Ciało jej brata znalazło się po dwóch miesiącach. Ciało Rusłana podobno też się znajdzie, tak mi przekazała.

Później znajomy męża mówił mi, że oni po prostu nie mieli już czym strzelać. Nie było nawet gdzie się schować. Ale nie wiem, czy to prawda, nie znam nawet imienia tego znajomego.

W grudniu obwód chersoński wrócił do rąk ukraińskich. Wiem, że ten atak artyleryjski dosięgnął ich w takim zagłębieniu terenu, w dole głębokim na 5 metrów. Nikt teraz nie chce tam wejść, bo teren dookoła jest zaminowany.

Nie było pogrzebu, nie ma świadectwa zgonu i przez to nie możemy dostać odszkodowania i renty rodzinnej dla dzieci od ukraińskiego rządu.

Gdy nie ma ciała, można dochodzić swoich praw w sądzie, mamy na to trzy lata. Ale mimo że prawie cały obwód mikołajowski jest znowu ukraiński, nie mogę wrócić tam z dziećmi. Ciągle ostrzeliwują, pociski lecą nad naszym domem. W ten akademik, gdzie się poznaliśmy z Rusłanem, jesienią uderzyła rakieta. Uniwersytet, gdzie się uczyliśmy, też został zniszczony. Naszych miejsc już nie ma, ludzie wyjechali, reszta zaminowana.

Dla nas, dla mnie i Miszy, on cały czas jest gdzieś na wojnie. Tylko nie ma z nim kontaktu. Czasem Rusłan mi się śni. Przychodzi do nas jak żywy. Coś opowiada o różnych żołnierzach, pokazuje to miejsce, gdzie walczyli, płacze. Wtedy go uspokajam, mówię, że to nie jego wina. Tylko jednego cały czas nie wiem.

Dlaczego Rusłan wyszedł z domu i z nikim się nie pożegnał, ani ze mną, ani z Miszą? Nie mam na to odpowiedzi.

Nie zapytał

Tetiana Waszczenko z okna w swoim mieszkaniu w Dniepro ma widok na osiedle bloków. Gdy zaczęło świtać 24 lutego, pierwsze spojrzenie dawało nadzieję, że nic się nie zmieniło. Potem zobaczyła długą kolejkę do bankomatu o 06:00 rano.

Gdy teraz Tetiana patrzy przez okno, to zaczyna się wściekać. Widzi głównie ojców spacerujących z dziećmi i żonami.

– Powinnam się wściekać na męża, ale jego przy mnie nie ma – zauważa. – Więc czasem do niego dzwonię i zaczynam od razu:

– Dlaczego wyjechałeś i po co?

– Tania, przecież u nas jest wojna.

– A czemu u Kati z Żenią i u innych znajomych wojny nie ma? Powiedz! Czemu u nich nie ma wojny?!

– Tania, to pytanie nie do mnie.

Więc milknę. No tak, przecież to słuszna decyzja. Chciał pomóc. Logicznie to rozumiem, ale nie rozumiem, dlaczego nie zapytał, co o tym myślę.

To było w pierwszych dniach, nie wiedzieliśmy co robić, czy zostać w mieście, czy jechać na daczę. Wowa wyszedł. Powiedział, że idzie uporządkować myśli, zobaczy, co ludzie robią. Długo go nie było, zadzwoniłam.

– Zapisałem się do obrony terytorialnej – usłyszałam. No nie wierzę. On, który nigdy nie służył w armii, nie ma żadnego przeszkolenia.

Jeździł tam kilka dni, przygotowywał miasto do obrony: robił blockposty, kopał zasieki, potem zbijał drewniane łóżka, dwupiętrowe, do okopów i dla uchodźców. Uspokoiłam się.

W związku z tym, że nie było wiadomo, jak dalej potoczy się wojna, podjęliśmy decyzję, żebym na jakiś czas pojechała z dziećmi do Warszawy, mam tam siostrę.

I właśnie wtedy, gdy mnie tu nie było, on zapisał się do armii. Zaprosili go na szkolenie. A potem dostał się do służby wodnej, na łodziach. Stacjonował w okolicach Kijowa, nalegał, żebyśmy wrócili z Polski. Chciał nas zobaczyć, obiecał, że będziemy się widywać. W końcu się zgodziłam. Byliśmy w Kijowie kilka dni razem, potem z dziećmi wróciłam do Dniepra. Nie widzieliśmy się przez kolejny miesiąc. Były moje urodziny, planowaliśmy, że weźmie wolne i przyjedzie, ale wolnego nie dostał. Przyjechał po kilku dniach na dobę i wrócił do armii.

Przez ten miesiąc zrozumiałam, że nie wszystko jest tak, jak sobie wyobrażałam. Po pierwsze w Polsce Iwo mógł chodzić do przedszkola, a u nas przedszkola i szkoły są zamknięte, bo jesteśmy za blisko frontu.

Po drugie w Polsce z Ukrainkami, z którymi się spotykałam, byłyśmy w podobnej sytuacji: uciekłyśmy z Ukrainy, od wojny, bez mężów, w nowym miejscu, mieszkałyśmy z dziećmi gdzie się dało.

A gdy wróciłam, od początku czułam nierówność. Kupiłam pralkę i musiałam kogoś prosić, żeby ją przewiózł i zamontował. Wkurzyłam się, bo przecież mam męża, którego znalazłam, wybrałam i to on powinien robić takie rzeczy, tylko jego nie ma!

Dotyk

Teraz Wowę przenieśli do miasta bliżej. Przyjeżdża w każdą niedzielę po południu i rano w poniedziałek wyjeżdża. Przez chwilę robi się jak kiedyś: zjemy obiad, pobawimy się i kładziemy spać. Rano, gdy jeszcze wszyscy śpią, on wychodzi z domu. I to jest jak cięcie nożem. Przez chwilę dotykamy codzienności, którą kiedyś żyliśmy, ale za każdym razem okazuje się, że żyć tak dalej nie możemy.

Varvara ma rok, bardzo się zmienia, a on nie wie jak się nią zajmować. Vseva jest bardzo aktywny, cały czas coś mówi, skacze, ma prawie sześć lat, trzeba dać mu jeść, zaproponować zabawy. Widzę, że Wowa przyzwyczaił się być sam. Dostaje jedzenie, wypełnia rozkazy.

Wśród moich znajomych jako żona żołnierza jestem w mniejszości, ale znalazłam w internecie spotkania grupowe z psychologiem dla kobiet, których mężczyźni są w armii. Na tych spotkaniach kobiety opowiadają, że ci, co widzieli śmierć i wracają, bardzo długo się adaptują. U mnie jest inny problem, mąż przywykł żyć sam.

Nie lubię dopisywać mu jakiś nadzwyczajnych cech.

Ludzie piszą, że to bogowie, bohaterowie. Moja koleżanka też mnie tak podtrzymuje na duchu, ale myślę, że to manipulacja.

Wczoraj niedaleko miejsca, gdzie stacjonuje oddział męża, był ostrzał rakietowy. Wowa się przestraszył. Opowiadał, że biegł, aż buty pogubił. Realnie ludzie w armii po prostu robią, co mogą. Kopią okopy, strzelają, boją się, ale czy to jest bohaterstwo?

Ilustracja: Weronika Syrkowska / OKO.press

Aplikacja świeci na czerwono

Dom, w którym mieszkają, jest na obrzeżach Lwowa, od drogi oddziela go sad jabłoni. Prawie nie słychać tu syren, które włączają się w mieście kilka razy w tygodniu. Alarm słychać jedynie z aplikacji w telefonie i wtedy najmłodszy syn Daniło bierze koce, poduszki, kołdry i idzie na korytarz. Zagania też do niego dwie starsze siostry i mamę.

– W centrum miasta ten dźwięk jest nie do zniesienia – opowiada Renata. – W pracy chowamy się w piwnicy. Dzieci w szkołach i przedszkolach mają schrony. Jak włącza się syrena, to dzwonią do mnie albo przesyłają zdjęcia, żebym się nie martwiła.

U Daniło w przedszkolu alarmy są najczęściej w czasie drzemki, dlatego dzieci nie przebiera się w piżamki. Dostają buty, kurtki i idą do schronu.

Moje dzieci oprócz zwykłego plecaka do szkoły mają triwoznyj riukzak, czyli plecak ewakuacyjny. Jest tam latarka, maska, gumowy komplet odzieży chroniącej przed atakiem atomowym (wątpię, czy to pomoże) i jedzenie. W schronie piją i jedzą. Każde dziecko ma też specjalny breloczek z numerami telefonów do rodziców i bliskich.

Dziś jest niedziela, to ostatni alarm był w czwartek. Nie, czekaj, w piątek też była syrena, zostałam dłużej w pracy i o 16.30 z tą syreną pojechałam do domu.

Renata używa jeszcze drugiej aplikacji w telefonie, nazywa się koriyka.org. Pokazuje, w którym regionie w Ukrainie jest alarm przeciwlotniczy. Podczas rozmowy instaluję ją w swoim telefonie. I widzę, że na wschodzie cały czas świeci się na czerwono. – Walczą, strzelają, szahidy latają, a u nas na zachodzie alarm jest tylko wtedy, jak nie zbiją jakiejś rakiety – tłumaczy Renata. – W nocy budzę się trzy, cztery razy i sprawdzam mapę. Kiedy widzę, że na wschodzie jest czerwono, wchodzę na lokalny kanał na Telegramie. Szukam, czy nie było żadnego ostrzału tam, gdzie jest Sergiej.

Męża wysłali na wschód dwa tygodnie temu, ale w armii jest od początku wojny.

– Decyzję podjął bardzo szybko – wspomina Renata. – W dzień wybuchu wojny zawieźliśmy dzieci do mojej mamy, bliżej granicy z Polską. Sergiej mówił, że trzeba coś robić, bo jeśli wszyscy wyjadą, to przyjdą do nas ruskie. Trochę dyskutowaliśmy wieczorem. Tłumaczyłam, że ja sama nie dam rady z trójką dzieci i innymi obowiązkami. Rano miałam nadzieje, że jakoś się do niego dostukałam. Że nie może mnie zostawić samą.

Wróciliśmy do domu, wzięłam swój notebook, on zawiózł mnie do centrum, do pracy. Mówił, że ma sprawy do załatwienia, jak będzie wracał, to mnie odbierze. Czekałam na niego przed pracą, na ulicy. Zadzwonił i było już po wszystkim.

Powiedział, że był w wojenkomacie i w poniedziałek musi się stawić z rzeczami. Całą drogę do domu nikt nic nie mówił. Wieczorem zaczęliśmy się kłócić, ale już nic nie można było zmienić. Płakałam długo. Baliśmy się, że jak nie stawi się w poniedziałek, to wezmą go do więzienia.

Wtedy dużo osób myślało, że trzeba iść walczyć, bo inaczej Rosjanie przyjdą do naszych miast, do Kijowa, do Lwowa. Brali wszystkich, o liczbę dzieci w rodzinie nawet nie pytali.

Większość z tych, którzy wtedy pojechali na front, już nie wróciła. Dużo osób modli się za Sergieja. Myślę, że jemu się poszczęściło, bo nie walczy. Gdyby miał do kogoś strzelać, to nie wiem jak on by z tym żył. Na razie remontuje sprzęt i samochody. Przez większość czasu był blisko domu, pod Lwowem, przyjeżdżał na weekendy, czasem też w tygodniu na kilka godzin.

Przesiedleńcy

Wcześniej nie wyobrażałam sobie życia samej. Nie tylko dlatego, że mamy trójkę dzieci. Jesteśmy właścicielami domu, kupiliśmy go razem z matką i jej synem. Mogliśmy w nim mieszkać, ale pod warunkiem, że będziemy dożywotnio się nimi zajmować. Matka zmarła, a jej syn Oleg ma poważną chorobę psychiczną. Nie jest w stanie o siebie zadbać, bierze dużo leków i ma napady agresji. Gdy się to zdarzało, Sergiej zabraniał mi do niego przychodzić. Gdy poszedł służyć, wiedziałam, że będę musiała i bardzo się tego bałam.

Wtedy z nieba spadli mi przesiedleńcy. Rodzina z Zaporoża, mama z dwójką nastoletnich dzieci. Ojciec Sergieja ich do nas zaprosił. Pewnego dnia przyszłam do domu, a tam obcy ludzie.

Nie wiedziałam, jak będziemy wszystko dzielić. Jak będziemy razem gotować, korzystać z łazienki. Ale byli bardzo uczynni i pomocni.

Wstaję rano, a na mnie czeka już kawa i kanapka na stole. A wieczorem kolacja. Dzieliliśmy obowiązki, ale dodawali mi też otuchy, uczyli się mówić po ukraińsku. Pomogli mi ogarnąć dom, skosili trawę. Byli u nas prawie cztery miesiące.

Nie byłam też sama, kiedy Oleg dostał ataku. Zabrali go do szpitala psychiatrycznego. Był tam dwa miesiące, potem tydzień w domu i znowu mu się pogorszyło. Jest teraz w szpitalu.

W czerwcu wróciły dzieci od mojej mamy.

Na początku była bardzo ciężko. Potem, nie wiem, przywykłam.

Budzik dzwoni o 05:45, byśmy wszyscy mogli się zebrać na czas. Przynieść drewno, rozpalić w piecu. Zawieźć dzieci, pojechać do pracy, odebrać dzieci, zrobić zakupy. Raz w tygodniu zawożę też Olegowi do wojska paczki z jedzeniem. Poza tym choroby, naprawy auta, różne rzeczy, jak u każdego. Tyle że teraz muszę sobie radzić z nimi w pojedynkę. Mogę jedynie zadzwonić i poradzić się męża, co robić. Bywało, że nie miałam siły wstać, wyłączałam budzik i wszyscy spaliśmy. Potem pisałam usprawiedliwienia do szkoły.

Szklany czajnik

Wszyscy się zmieniliśmy. Wcześniej cięgle chciałam remontować dom, zmieniać meble. Dom ocieplić, żeby jakoś wyglądał. Chciałam wszystko malować: dom, bramę, ogrodzenie. A teraz, gdy Sergiej do nas przyjeżdżał z armii, to myśleliśmy tylko, by razem spędzić czas. Dwa tygodnie temu pojechaliśmy w Karpaty. Te momenty się bardzo pamięta.

Mamy takie postanowienia, gdy zakończy się wojna, nie będziemy siedzieć i robić remontów, ale wspólnie podróżować.

Mam też taki nowy rytuał. Gdy Sergiej nas odwiedza, robimy herbatę w dużym czajniku ze szkła, specjalnie po to go kupiliśmy. Siadamy w kuchni i opowiadamy, co się działo przez te dni, gdy jego nie było. Co dzieci robiły w schronach. Że Daniło zachorował i najstarsza córka musiała zostać z nim w domu. Sergiej opowiada o swoim nowym wojskowym jeepie, którym szybko i niezauważenie dla rosyjskich radarów dociera do zepsutego ukraińskiego sprzętu. Dobre i złe rzeczy. Gramy w gry, śpiewamy. Kiedyś tak w domu nie było, każdy szedł do swoich spraw.

Od trzech tygodni Sergieja nie ma z nami. Na szczęście cały czas nie jest tam, gdzie toczą się walki,

mam nadzieję, że nie widzi dużo śmierci.

Choć on powtarza, że wojna to nie to, co oglądamy na Telegramie. Na przykład oglądasz w telefonie film, że ktoś kogoś zabił, dużo krwi. W filmie tak się tego nie boisz, ale gdy jesteś tego świadkiem, to strach jest nieporównywalny. Podobnie, gdy przyjeżdżasz do Lwowa i słyszysz prawdziwe syreny. Ten dźwięk wprowadza mnie w stan totalnego przerażenia.

Nas w Ukrainie czeka trudny czas. Chodzi nie tylko o to, by wygrać, ale nauczyć się żyć z tym wszystkim, co będziemy mieli w spadku po tej wojnie.

Brat bratowej walczy na froncie, był w Bachmucie. Gdy wraca do domu, jest bardzo zamknięty w sobie. Nie odpowiada na pytania o wojnę. Milczy. Słyszałam, że inni stają się agresywni, jeszcze inni bardzo szybko chcą wracać na front.

- A Siergiej? – pytam. – Na razie złości się tylko, że najstarsza córka bierze jego kubek do kawy. Staramy się przetrwać.

Prawdziwe imię Renaty i Sergieja zmieniłam na ich prośbę.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne