0:00
Prawa autorskie: BULENT KILIC/AFPBULENT KILIC/AFP
01 stycznia 2023

Wojna w Ukrainie. Dwudziestowieczny konflikt zbrojny w realiach XXI wieku

Czego wojna w Ukrainie uczy wojskowych i ekspertów zajmujących się obronnością? Sprawdzamy w raportach z przebiegu pierwszego pełnoskalowego konfliktu zbrojnego w Europie od II wojny światowej

Wydrukuj

Wojna w Ukrainie trwa już ponad 10 miesięcy. I choć z całą pewnością wejdziemy z nią w nowy rok, minęło już dosyć czasu, by wyciągnąć z niej wnioski. I zacząć wykorzystywać je w myśleniu o rozwoju, szkoleniu i modernizacji nowoczesnych sił zbrojnych.

Tak też się dzieje. Powstało już co najmniej kilka istotnych raportów i tekstów o lekcjach z wojny w Ukrainie. Warto się zapoznać z przewijającymi się w nich kluczowymi tezami – zwłaszcza że podważają one sporą część wojskowo-eksperckich dogmatów sprzed 24 lutego 2022 roku.

Kto już zrobił analizy?

  • Wnioski ukraińskiego dowództwa przedstawione zostały najpełniej w artykule „Perspektywy zabezpieczenia kampanii wojskowej 2023 roku: spojrzenie ukraińskie” opublikowanym we wrześniu przez naczelnego dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy gen. Walerija Załużnego i I zastępcę Przewodniczącego Rady Najwyższej Ukrainy Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego, Obrony i Wywiadu gen. broni Mychajła Zabrodskiego. To ważny tekst – nieco hermetyczny i niewątpliwie skłaniający do czytania między wierszami, przedstawiający jednak rozumowanie ludzi mających największy wpływ na przebieg tej wojny.
  • Generał Zabrodski jest też współautorem raportu przygotowanego przez renomowany brytyjski think-tank Royal United Services Institute (RUSI). Nosi on tytuł „Wstępne lekcje dotyczące konwencjonalnych działań wojennych wynikające z rosyjskiej inwazji na Ukrainę: luty – lipiec 2022 r.”. Do wiadomości publicznej przekazany został jedynie wyciąg. Z niejawnej pełnej treści robią teraz użytek brytyjskie i sojusznicze – a zapewne także ukraińskie – służby wywiadowcze i analityczne. Taka jest bowiem rola RUSI.
  • Znakomicie analizują przebieg wojny w Ukrainie również eksperci amerykańskiego Institute for The Study of War w swych codziennych zestawieniach. Ich metodologia sprawia, że przekrojowe wnioski dotyczące charakteru tej wojny są rozsiane po wielu materiałach.
  • Swoje podsumowanie pierwszego półrocza wojny przedstawił także w sierpniu krajowy Ośrodek Studiów Wschodnich. Analiza Andrzeja Wilka „Obrona totalna. Pół roku rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie” pozostaje w dużej mierze aktualna, choć ukazała się tuż przed ukraińską operacją w obwodach chersońskim i charkowskim. Podobnie jak w wypadku ISW, polski OSW zamieszcza wnioski o przekrojowym charakterze w bieżących analizach dotyczących przebiegu konfliktu.

Można jeszcze wspomnieć o kilku istotnych tekstach dotyczących wybranych aspektów działań wojennych.

W tych wszystkich pracach i tekstach przewijają się dość zbliżone kluczowe tezy, które razem składają się na obraz podstawowych wniosków płynących z przebiegu wojny w Ukrainie.

Pod wieloma względami wywracają one do góry nogami dominujące dotąd wyobrażenia o XXI-wiecznej pełnoskalowej wojnie.

A my spróbowaliśmy je zsyntetyzować.

Wojna ma więcej wspólnego z XX niż XXI wiekiem

Wojna w Ukrainie tylko przez pierwsze dni – a i tak jedynie częściowo - odpowiadała współczesnym wyobrażeniom wojskowych o efektywnym przebiegu pełnoskalowego konfliktu zbrojnego.

Rosjanie „jak należy” – zaczęli od masowego uderzenia rakietowego, którego celem było „obezwładnienie” ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i powietrznej. Mimo odpalenia setek rakiet nie osiągnęli jednak tego efektu – co tylko w części można tłumaczyć niechlujnym planowaniem tej operacji na poziomie samego doboru celów. Tylko przez pierwsze dni udawało się również Rosjanom – przede wszystkim na południu Ukrainy – skuteczne prowadzić wojnę manewrową. I to mimo przewagi w wojskach pancernych i zmechanizowanych.

Rosjanie strzelali do pustych koszar

Ukraińscy najwyżsi dowódcy, generałowie Załużny i Zabrodski opisali w swym tekście, jak tuż przed wybuchem konfliktu pod pozorem ćwiczeń udało im się wyprowadzić z baz większość jednostek ukraińskiej armii. Zrobili to w taki sposób, że Rosjanie nie zdawali sobie sprawy, że już nie powróciły one do koszar, znajdujących się na listach celów rosyjskiego uderzenia rakietowego.

Żołnierz idzie obok zniszczonego czołgu
Ukraiński żołnierz idzie obok zniszczonego rosyjskiego czołgu, 3 kwietnia 2022, okolice Kijowa. Fot. Siergiej SUPINSKI / AFP

Fińska taktyka na północy Ukrainy

Dzięki temu Ukraińcy zaczęli przecinać linie zaopatrzeniowe rosyjskich wojsk oraz kontratakowali w trudnych do przewidzenia miejscach. Doskonale wykorzystywali też warunki terenowe. Dzięki temu bardzo szybko udało się zatrzymać potężne rosyjskie zgrupowania na mokradłach na północny zachód od Kijowa i na północ od Czernihowa.

Jeśli dodamy do tego działania nieregularne na ogromną skalę, zobaczymy, że

na północy kraju ukraińscy generałowie zastosowali taktykę kojarzącą się z wojną fińską z przełomu 1939 i 1940 roku.

Wojna światowa w Donbasie

W Donbasie jednak od pierwszego dnia wojny odbywa się raczej rekonstrukcja… I i II wojny światowej.

Wielowarstwowe i silnie ufortyfikowane ukraińskie linie obronne, budowane tam i rozwijane od 2014 i 2015 roku, okazały się dla Rosjan przeszkodą niemożliwą do szybkiego przełamania. W pierwszych tygodniach udało im się zmusić Ukraińców do odwrotu z tych linii tylko tam, gdzie zagrozili okrążeniem. Czyli na linii Dońca na wschód od rejonu Siewierodoniecka i na południu – na odcinku od Wołnowachy do Mariupola.

Na pozostałych odcinkach frontu w Donbasie zaczęła się wojna pozycyjna. Rosjanie osiągali w niej postępy tylko i wyłącznie za sprawą odcinkowej przewagi liczebnej i miażdżącej przewagi w środkach artyleryjskich. Było to aktualne i w grudniu, podczas bitwy o Bachmut. Pod wieloma względami przypominała ona wcześniejsze batalie o Rubiżne, Popasną, Siewierodonieck i Łysyczańsk.

Nie zmienia to jednak faktu, że ta dwudziestowieczna – jeśli patrzymy na realia lądowego pola walki – wojna jest też pod wieloma względami konfliktem XXI wieku, w którym o przewagach na froncie wielokrotnie decydowały kwestie technologiczne, sprzętowe i związane ze stopniem nowoczesności systemów dowodzenia i kierowania ogniem.

Artyleria to bóg wojny. Ale precyzyjna artyleria – to śmierć bogów

Najcięższym dotychczas momentem w tej wojnie dla Ukrainy była „bitwa o Donbas”. W maju i czerwcu rosyjskie wojska zyskały zdolność do przełamywania najsilniej umocnionych ukraińskich pozycji w obwodach ługańskim i donieckim. Zasypywały je tysiącami i dziesiątkami tysięcy pocisków artylerii klasycznej i rakietowej.

Przewaga Rosjan w ilości „środków artyleryjskich” – czyli haubic, haubicoarmat i wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych sięgała na niektórych odcinkach frontu nawet 9:1. Klasyczna i rakietowa artyleria była i jest także wspierana po rosyjskiej stronie przez wyrzutnie pocisków termobarycznych.

Przełomem w tej artyleryjskiej wojnie okazało się pojawienie się na froncie pierwszych haubic i radarów artyleryjskich z zachodnich dostaw.
Haubica, z uniesionej lufy wylatuje obłok dymu po wystrzelaniu pocisku
Żołnierz ukraiński odpala francuską samobieżną haubicę 155 mm Caesar w kierunku pozycji rosyjskich  na wschodzie Ukrainy w Donbasie, 15 czerwca 2022. Haubica Caesar ma maksymalny zasięg do 40 km.Foto ARIS MESSINIS / AFP

Mniej, ale celniej

Ukraińcy zyskali w ten sposób zdolność do prowadzenia błyskawicznego i precyzyjnego ognia kontrbateryjnego o znacznym zasięgu. To był bat na rosyjską artylerię. Bardziej zaawansowane od poradzieckich i rosyjskich, zachodnie armatohaubice i haubice okazały się na polu walki bronią zdolną zmieniać losy wojny. I to mimo tego, że ich liczba w rękach Ukraińców (do dziś jest to łącznie około 300 dział różnych typów) jest wielokrotnie niższa od zasobów rosyjskiego arsenału.

Ale broń ta:

  • jest bardziej mobilna – pozwala Ukraińcom szybciej wprowadzać artylerię na pozycje ogniowe i szybciej je opuszczać. W ten sposób ludziom i sprzętowi grozi mniejsze niebezpieczeństwo;
  • ma większy zasięg – dzięki temu Ukraińcy mogą na wielu odcinkach frontu razić rosyjskie cele niemal bez ryzyka ostrzału kontrbateryjnego;
  • jest zdecydowanie bardziej precyzyjna;
  • może współpracować z nowoczesnymi systemami kierowania ogniem i radarami artyleryjskimi. To zaś przekłada się na możliwość prowadzenia efektywnego i bezpiecznego ognia kontrbateryjnego.
W ten sposób rosyjska artyleria przestała być bezkarna.

Co umieją Kraby

W warunkach wojny w Ukrainie szczególnie wyróżniają się polskie Kraby – te armatohaubice samobieżne mają kilka kluczowych w tym konflikcie cech.

  • Po pierwsze – niezwykle elastyczny okazał się system kierowania ogniem Topaz stosowany w Krabach. Doskonale radzi on sobie z różnymi, czasem nieco egzotycznymi, typami amunicji 155 mm, dostarczanymi Ukrainie przez wiele krajów. Kraby potrafią zachowywać precyzję trafienia nawet strzelając typami amunicji, które nigdy nie były przeznaczone do stosowania w tym typie armatohaubicy. A precyzja tego strzału pozostaje imponująca i całkowicie nieosiągalna dla rosyjskich armatohaubic samobieżnych.
Część ekspertów podkreśla przy tym, że paradoksalnym atutem Krabów okazało się to, co do niedawna uważano za obciążenie.

Chodzi o to, że nie ma w nich automatu ładowania. W innych zachodnich konstrukcjach potrafi się on zacinać i psuć z powodu stosowania amunicji nieprzeznaczonej do tego konkretnego typu działa. Rzecz jasna jednak można sobie również wyobrazić, że to jedynie wyzwanie do pilnego przyszłego rozwiązania przez konstruktorów automatów ładowania.

  • Po drugie – Kraby okazały się wyjątkowo mobilne. Obsługa może błyskawicznie zmieniać stanowiska ogniowe po oddaniu salwy. Rosyjskie szanse na skuteczne trafienie polskiej armatohaubicy, nawet bardzo precyzyjnym ogniem kontrbateryjnym, spadają.
View post on Twitter
  • Po trzecie wreszcie, i kto wie, czy nie najważniejsze – Kraby okazały się odporne na warunki pełnoskalowego konfliktu zbrojnego. Są przy swej mobilności imponująco dobrze opancerzone, mało awaryjne, relatywnie proste w obsłudze i konserwacji. Ich lufy potrafią zaś wytrzymać bez utraty celności po kilka tysięcy strzałów, mimo że specyfikacja zakłada ich wymianę po każdym tysiącu.

Czego uczy HIMARS?

Jeszcze potężniejszą bronią tej wojny okazały się jednak amerykańskie HIMARS-y (i kilka innych kompatybilnych z nimi typów wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych produkcji zachodniej, jak M270 MLRS, MARS II czy LRU).

Ukraińcy strzelają z nich pociskami GLMRS o zasięgu przekraczającym 70 km. To pozwoliło na rażenie celów na głębokim zapleczu rosyjskich linii i znaczące osłabienie rosyjskiej logistyki.

Bezpośrednio przyczyniło się też do zwycięstwa na prawym brzegu Dniepru.

Obecnie Ukraińcy zabiegają intensywnie (choć na razie bezskutecznie) o dostawy pocisków ATACMS do HIMARS-ów o zasięgu 300 km. Mają za to spore szanse na otrzymanie wchodzących właśnie do produkcji pocisków GLSDB – wykorzystujących w charakterze głowicy bojowej niewielkie bomby lotnicze GBU-39 (co czyni ten typ pocisków względnie tanim i łatwym w masowej produkcji) i osiągających zasięg do 150 km.

Pojawienie się takiej broni w ukraińskim arsenale mogłoby po raz kolejny zmienić relację sił w tej wojnie.

Drony – nowy komponent sił zbrojnych

Nie mamy wiarygodnych danych o liczbie dronów używanych przez obie strony konfliktu w Ukrainie. Są one jednak stosowane powszechnie – w tysiącach i dziesiątkach tysięcy. I na bezprecedensową skalę.

Część tego bezpilotowego sprzętu – i to liczona w łącznie tysiącach egzemplarzy – pochodzi z arsenału stricte wojskowego.

Rosja ma:

  • drony obserwacyjne wyposażone w powszechnie dostępne aparaty fotograficzne Orlany;
  • irańskie drony-kamikaze Szahid, zdolne osiągnąć każdy cel w Ukrainie
  • oraz taktyczne aparaty o podobnym przeznaczeniu z rodziny Zala Lancet – o mniejszym zasięgu i wielokrotnie mniejszej głowicy, za to będące chyba jedyną realnie precyzyjną bronią w rosyjskim arsenale.

Ukraińcy

W początkowym okresie wojny zasłynęli za sprawą bardzo efektywnego wykorzystywania tureckich dronów bojowych Bayraktar TB-2 – zdolnych do zdalnego niszczenia celu, a następnie powrotu do bazy.

  • Bayraktary siały chaos w rosyjskich kolumnach zmierzających w głąb Ukrainy w pierwszych dniach wojny. Następnie przyczyniły się najpierw do zniszczenia krążownika „Moskwa”, flagowego okrętu Floty Czarnomorskiej, potem zaś do odzyskania słynnej Wyspy Wężowej. Obecnie wykorzystywane są przede wszystkim do zadań rozpoznawczych, czasem do misji bojowych obarczonych wysokim ryzykiem.
  • Są jednak w ukraińskim arsenale i polskie drony taktyczne Warmate – które można uznać za odpowiednik rosyjskich Lancetów. Oraz kilka innych podobnych konstrukcji dostarczonych przez inne kraje Zachodu.
  • Są wreszcie posowieckie Striże vel Jerzyki – ogromne (o wielkości porównywalnej z myśliwcami) odrzutowe drony rozpoznawcze z lat 70., które po przebudowie na drony-kamikaze okazały się zdolne do rażenia celów głęboko na terytorium w Rosji – jak bazy bombowców strategicznych w Engelsie i Riazaniu.
A Ukrainian serviceman launches a drone in eastern Ukraine's Donetsk region, on October 30, 2022, amid Russia's invasion of Ukraine. (Photo by Dimitar DILKOFF / AFP)
Ukraiński żołnierz wypuszcza dron w obwodzie donieckim, 30 X 2022. Foto Dimitar DILKOFF / AFP

Drony „cywilne"

Żołnierze obu stron kupują także i wykorzystują drony na własną rękę – poza armijnymi systemami wymiany danych czy dowodzenia. Chodzi przede wszystkim o konstrukcje przeznaczone na rynek cywilny. Takie jak te, których w warunkach pokoju używają pasjonaci bezzałogowego pilotażu i powietrznej fotografii.

View post on Twitter
W warunkach bojowych wykorzystywane są w Ukrainie nawet drony o wartości kilkuset złotych – sprowadzane za pośrednictwem dalekowschodnich sieci handlowych.

W tej wojnie mają one dwa główne zastosowania

  • Pierwszym z nich jest oczywiście obserwacja i wyszukiwanie celów. Dobrze sprawdzają się tu drony przeznaczone do filmowania z powietrza, zwłaszcza te o udźwigu pozwalającym na zabranie wysokiej jakości kamery, czy sprzętu termowizyjnego lub noktowizyjnego. Podniebnymi „oczami” drużyny piechoty czy grupy rozpoznawczej mogą jednak stać się również drony naprawdę proste i tanie – takie, przy których popularne Maviki są już sprzętem całkiem zaawansowanym.
  • Szybko jednak upowszechniło się również inne zastosowanie. Cywilne drony, których koszt stanowi jedynie ułamek maszyn certyfikowanych do użytku bojowego, są w tej wojnie masowo „militaryzowane”. Chałupniczo przystosowuje się je do zrzucania niewielkich ładunków bojowych – którymi najczęściej bywają zmodyfikowane granaty do granatników podlufowych.
  • Bywa i tak, że cywilne bezzałogowce zamieniane są w drony-kamikaze poprzez dodanie do nich garażowej produkcji głowicy bojowej. W pierwszych miesiącach wojny modyfikowali w ten sposób cywilne drony głównie Ukraińcy, szybko jednak zaczęli to robić również Rosjanie.
View post on Twitter

Atak może przyjść zewsząd

Owszem, modyfikowane (i niemodyfikowane) drony cywilne używane były już przez ISIS, następnie również w wielu innych konfliktach o nieregularnym i asymetrycznym charakterze. Tym razem jednak ich użycie ma skalę masową i całkowicie zmienia warunki na polu walki, niewymownie je zresztą brutalizując.

Żołnierze przebywający w nawet doskonałym z tradycyjnego punktu widzenia schronieniu polowym muszą w każdej chwili liczyć się z tym, że zostaną dostrzeżeni, a nawet zaatakowani z powietrza przez niewidocznego, niesłyszalnego – wartego niejednokrotnie zaledwie kilkaset euro – wroga.

Odpowiedzią na to będzie zarówno lawinowy rozwój technologii umożliwiających wykrywanie i neutralizację dronów

– czy to przez zestrzelenie, czy na poziomie walki elektronicznej, jak i dalszy rozwój samych bezpilotowców – bez których nie sposób już sobie wyobrażać współczesnych sił zbrojnych.

Skuteczne dowodzenie musi być sieciocentryczne

Do bólu tradycyjne zasady przepływu informacji i rozkazów są jedną z największych bolączek Rosjan.

Rozkazy płyną u nich z Moskwy (lub w najlepszym wypadku z kwatery generała Siergieja Surowkina). Poprzez kolejne szczeble dowodzenia trafiają na front. Informacje zwrotne idą w odwrotnym kierunku.

Przy rosyjskich problemach z bezpieczną łącznością wydłuża to proces analizy danych, podejmowania decyzji i wreszcie przekazywania rozkazów na pole walki.

W efekcie rosyjscy wojskowi często wykonują rozkazy wydane w oparciu o całkowicie nieaktualne już realia pola bitwy.

Dobrym przykładem była ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim, w trakcie której Rosjanie wysyłali sprzęt dla jednostek w rejonie Bałakliji, bo nie wiedzieli, że została już przez Ukraińców odbita.

Ukraińcy budują sieć

Ukraińcy działają inaczej – być może dlatego, że jeszcze w trakcie pierwszej wojny w Donbasie ich dowództwo uczyło się, jak bardzo opłacalne może być przekazywanie inicjatywy i uprawnień decyzyjnych oficerom na polu walki lub jak najbliżej niego.

W największym skrócie – w ukraińskim systemie dowodzenia znajdują się skracające hierarchię służbową „furtki”. Pozwalają one na wydawanie rozkazów równorzędnym lub nawet nadrzędnym jednostkom przez dowódcę oddziału bezpośrednio zaangażowanego w walkę. Podobne furtki pozwalają też na wezwanie wsparcia lotnictwa czy artylerii przez oficera znajdującego się w polu walki. Są to rozwiązania znane w systemach dowodzenia armii krajów NATO, jednak Ukraińcy poszli w tym znacznie dalej.

Delta – dane w zasięgu ręki

Pomaga w tym stale rozwijany i ulepszany ukraiński system wymiany informacji operacyjnej „Delta”. Pozwala on dowódcom na polu walki niemal w czasie rzeczywistym śledzić realną sytuację operacyjną wzdłuż całej linii frontu, a także na jego głębokim zapleczu. Do „Delty” wprowadzane są wszystkie informacje zdobyte przez służby wywiadowcze, jednostki rozpoznawcze i działające na linii frontu – a prawdopodobnie także te dostarczane przez zachodnich sojuszników.

Na tym nie koniec, bo Delta obejmuje też informacje dostarczane przez obywateli Ukrainy.

Także tych, wciąż obecnych na terytoriach okupowanych – za pośrednictwem chatbotów. Interfejsy „Delty” dostępne są zarówno w komputerach pokładowych nowocześniejszych ukraińskich pojazdów wojskowych, jak i w aplikacjach na odpowiednio zabezpieczone komputery, tablety i najprawdopodobniej nawet smartfony.

O tym, jak może wyglądać Delta, wiemy za sprawą rosyjskich hakerów, którym na początku listopada udało na moment włamać się do niektórych elementów systemu.

View post on Twitter
„Delta” w ogromnym stopniu zwiększa to, co wojskowi nazywają „świadomością operacyjną” oficerów.

To sieciocentryczny system prowadzonej na bieżąco wymiany kompleksowych informacji o przebiegu działań wojennych na wszystkich ich poziomach.

Jak Rosjanie nie zauważyli, że samoloty ukraińskie są gdzie indziej

„Delta” była tworzona przez Ukraińców co najmniej od 2017 roku. Dziś może pretendować do miana jednego z najlepszych takich systemów na świecie, mocno wyprzedzającego nawet rozwiązania NATO-wskie.

W efekcie ukraińska armia może aktualizować cele operacyjne w oparciu o dane wywiadowcze w czasie zbliżonym do rzeczywistego.

Tymczasem Rosjanom w pierwszym etapie wojny ze względu na bardzo sztywny i hierarchiczny system przepływu informacji i procesów decyzyjnych zajmowało to od 48 do 72h.

Najbardziej uderzającym tego przykładem był przebieg rosyjskich prób zniszczenia ukraińskiego lotnictwa w pierwszych dniach wojny. Choć większość ukraińskich samolotów bojowych została w porę poderwana w powietrze z wyjściowych baz i przeniesiona na lotniska zapasowe w centralnej części kraju, Rosjanie nie byli w stanie ani w odpowiednim momencie tego stwierdzić, ani tym bardziej zaktualizować swego początkowego planu.

W efekcie rosyjskie pociski w ciągu kilku pierwszych dni wojny spadały po kilka razy na znane Rosjanom jeszcze przed wojną bazy ukraińskiego lotnictwa, w których nie było już ani jednego samolotu.

Rosjanie nie zdołali też przeprowadzić ani jednego udanego uderzenia na zapasowe lotniska Ukraińców.

To jedna z podstawowych przyczyn, dla których ukraińskie samoloty są obecne na niebie nawet po 10 miesiącach wojny z dysponującym teoretycznie ogromną przewagą w powietrzu przeciwnikiem.

płyta lotniska, na niej w szeregach kilkadziesiąt dronów stoi na ziemi
Dron zwiadowczy UJ-22 (UkrJet) szykuje się do lądowania na lotnisku w okolicach Kijowa, 2 sierpnia 2022. Foto Sergei SUPINSKY / AFP

Głębia operacyjna obejmuje całe terytorium przeciwnika

„Nie ma już sanktuariów” – czyli „bezpiecznych schronień” – tak ujęli to analitycy RUSI – zwracając uwagę na fakt, że rosyjskie ataki rakietowe, dronowe i cybernetyczne sięgają każdego zakątka Ukrainy. Ich celami stają się także – a na obecnym etapie wojny przede wszystkim – niemilitarne obiekty infrastruktury krytycznej, niezbędnej dla funkcjonowania państwa.

Choć na lądzie obszar działań wojennych jest ograniczony, Rosjanie starają się oddziaływać na całą tkankę społeczną i państwową Ukrainy. Po to, by wstrząsnąć samymi fundamentami ukraińskiego państwa i ukraińskiego oporu.

Z kolei w analizach OSW powraca pojęcie ukraińskiej „obrony totalnej” – co dotyczy drugiej strony wojennego medalu

Ukraina broni się tak skutecznie nie tylko dzięki mobilizacji armii, ale także w zasadzie wszystkich instytucji państwa, sektora prywatnego i społeczeństwa obywatelskiego. Kraju bronią dosłownie wszyscy. Nie tylko żołnierze regularnej armii, terytorialsi czy stawiający bierny lub aktywny opór obywatele na okupowanych terenach, lecz także:

  • energetycy;
  • kolejarze;
  • urzędnicy;
  • pracownicy telekomów;
  • służby zdrowia;
  • zakładów produkcyjnych;
  • kijowskiego czy charkowskiego metra;
  • wolontariusze wspierający poszkodowanych, uchodźców wewnętrznych i ofiary rosyjskiej przemocy etc.

Granice między tym, co „cywilne” i „wojskowe” w warunkach pełnoskalowego konfliktu zbrojnego mocno się zacierają – a pojęcie „obrony cywilnej” rozszerza na niemal całe społeczeństwo. Pełnoskalowa wojna w Ukrainie ma charakter totalny – co pod wieloma względami przywodzi na myśl realia II wojny światowej.

Trzeba zwiększać zapasy

„Najwyraźniej żaden kraj NATO poza Stanami Zjednoczonymi nie ma wystarczających początkowych zapasów broni do prowadzenia działań wojennych ani zdolności przemysłowych do prowadzenia pełnoskalowych operacji” – piszą eksperci RUSI.

I jest to bolesna prawda.

Konfrontacja z Rosją oznaczała dla Ukrainy wojnę materiałową na ogromną skalę. Choć we wspieranie zaatakowanego kraju zaangażowało się całe NATO, a Zachód stał się „ukraińską głębią strategiczną”, dostawy broni i amunicji z Zachodu wciąż nie są w stanie zaspokoić realnych potrzeb Sił Zbrojnych Ukrainy.

składowisko resztek rakiet i pocisków
7 grudnia 2022, resztki rakiet i pocisków wystrzelonych przez wojsko rosyjskie na Charków. Foto: Aleksey FILIPPOV / AFP

Nie wynika to jednak z braku wystarczającej woli elit politycznych Zachodu, lecz raczej z braku realnych możliwości

Pociski artyleryjskie 155 mm trafiają obecnie na Ukrainę często bezpośrednio z bieżącej zachodniej produkcji. W magazynach wielu europejskich armii pozostały jedynie żelazne rezerwy na czarną godzinę. Możliwości produkcyjne europejskich zakładów zbrojeniowych są dopiero bardzo powoli zwiększane.

Polska po oddaniu swych Krabów Ukrainie musiała zamówić armatohaubice K9 z Korei Południowej, bo Huta Stalowa Wola jest w stanie wypuszczać tylko po kilkadziesiąt Krabów rocznie.

Niemcy musieli czekać na wyprodukowanie pierwszego zestawu przeciwlotniczego IRIS-T, by przekazać go Ukrainie. Bo choć konstrukcja została opracowana kilka lat temu, Bundeswehra nigdy jej nie zamówiła. Każdy posowiecki sprzęt przekazany przez kraje Europy Wschodniej Ukrainie musi zostać zastąpiony nowocześniejszymi odpowiednikami, jednak na ich wyprodukowanie potrzeba lat. Ba, coraz poważniejsze problemy z dostawami amunicji i sprzętu dla Ukrainy odczuwają nawet Amerykanie.

Od końca zimnej wojny Zachód – zwłaszcza ten europejski – aż nazbyt ochoczo korzystał z „dywidendy pokoju”, tnąc wydatki na swe armie.

Zmniejszały się nie tylko stany osobowe europejskich sił zbrojnych. W szybszym nawet tempie kurczyły się magazynowe zapasy amunicji, części zamiennych i rezerwowych egzemplarzy sprzętu. 10 miesięcy wojny w Ukrainie unaocznia, że Europie brakuje rezerw i możliwości produkcyjnych, by w pełni sprostać wymaganiom nawet tego konfliktu zbrojnego. Rosja wciąż pozostaje niebezpiecznym rywalem. Może wyciągać z magazynów i składowisk kolejne wagony posowieckiej amunicji i kolejne setki głęboko zakonserwowanych czołgów.

Skuteczna wojna informacyjna wygląda inaczej, niż wyobrażał to sobie Kreml

Jeszcze w epoce aneksji Krymu i w pierwszych latach wojny w Donbasie to Rosjanie uważani byli za absolutnych mistrzów wojny informacyjnej, prowadzonej według reguł hybrydowej „doktryny Gierasimowa”. Udawało im się skutecznie dezinformować opinię publiczną Zachodu i odwracać uwagę od zaangażowania Rosji w wojnę w Donbasie. Konflikt postrzegany był przez to jako rodzaj wojny domowej między ukraińską armią rządową a separatystami. I to nawet w czasie, gdy rosyjskie batalionowe grupy taktyczne w pełnym umundurowaniu walczyły z Ukraińcami pod Debalcewem czy Iłowajśkiem.

Nawet w krajach takich jak Polska rosyjska sieć wpływów była w stanie angażować część opinii publicznej przeciwko Ukraińcom. Rozgrywała kwestie obustronnych resentymentów historycznych, czy sprzedawała opowieści o współczesnych „banderowcach” dręczących spokojny lud Donbasu.

Wydawać się więc mogło, że Rosjanie stali się mistrzami wojny informacyjnej, a ich narracje dezinformacyjne i propagandowe będą potężnym środkiem oddziaływania na społeczeństwa i elity polityczne Zachodu. Skuteczny rosyjski wpływ na wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych czy na przebieg referendum ws. Brexitu tylko to wrażenie potęgował.

Zachód stopniowo uczył się jednak właściwej odpowiedzi na rosyjskie kampanie dezinformacyjne

  • Już we wrześniu 2014 roku, bezpośrednio w związku z wydarzeniami w Ukrainie, powołana została nowa odpowiadająca za działania w infosferze struktura w obrębie NATO – czyli Strategic Communications Centre of Exellence (StratCom COE).
  • W 2017 roku powstała bliźniacza instytucja zajmująca się odpowiedzią na rosyjskie działania hybrydowe – czyli European Centre of Excellence for Countering Hybrid Threats (Hybrid COE).

Obie struktury zajmowały się początkowo wypracowywaniem strategii przeciwdziałania rosyjskiej dezinformacji i propagandzie. Z czasem jednak zaczęły także tworzyć scenariusze właściwej na nie odpowiedzi – czyli prowadzenia własnej, co najmniej równie skutecznej jak ta rosyjska, wojny informacyjnej.

Równolegle nad tym samym pracowali Ukraińcy, którzy zresztą tworzyli własne instytucje podobne do StratCom COE. Wielokrotnie spotykali się z NATO-wskimi pionierami wojny informacyjnej w zachodnim wydaniu – także na wspólnych szkoleniach.

Dawało to znakomite efekty od pierwszej godziny rosyjskiej agresji.

Rzeczywistość 2022 roku wygląda diametralnie inaczej niż realia roku 2014. To Ukraińcy i Zachód dominują w wojnie informacyjnej nad Rosjanami. I jest tak od chwili, gdy usłyszeliśmy o „bohaterskiej śmierci” obrońców Wyspy Wężowej, albo gdy Liubow Cybulska z ukraińskiego StratCom-u rzuciła w internet historię o starszej pani z Kijowa, która miała „zestrzelić” rosyjskiego drona słoikiem ogórków. Albo gdy internet zalały animacje przedstawiające losy rosyjskich wojsk spadochronowych. Rzecz jasna bardzo pomaga w tym i to, że sama rosyjska armia zrobiła bardzo wiele, by stać się internetowym memem.

Przeczytaj także:

Rosyjska armia naprawdę jest głęboko dysfunkcyjna

Dziś ten wniosek jest już oczywisty – przed 24 lutego Zachód znacząco przeszacowywał realne możliwości rosyjskiej armii. Zostało to brutalnie zweryfikowane na polach kolejnych bitew wojny w Ukrainie. Próby nauczenia się Rosji dopiero się jednak zaczęły – warto więc im się przyjrzeć.

Analitycy RUSI wyliczyli kilka cech rosyjskiej armii, które mają decydować o jej dysfunkcyjności i braku profesjonalizmu. Wymieńmy trzy najważniejsze z nich:

  • Rosyjskie siły zbrojne funkcjonują w osobliwym hierarchicznym otoczeniu, w którym instancją nadrzędną wobec dowódców wojskowych pozostają służby specjalne, a nadrzędnym komponentem armii są wojska lądowe. Powoduje to dysfunkcje na każdym szczeblu dowodzenia i przekazywania informacji.
  • Armii Federacji Rosyjskiej brakuje odpowiednio wykształconych i wyszkolonych oficerów niższego i średniego szczebla. Dlatego jest ona niemal niezdolna do przeprowadzania bardziej skomplikowanych operacji.
  • Rosyjscy dowódcy wykształceni są w „kulturze zwielokrotniania niepowodzeń” – za wszelką cenę usiłują wykonywać niewykonalne rozkazy, dopóki nie zostaną one zmienione. Nie przejawiają inicjatywy i nie informują przełożonych o niepowodzeniach. Przepływ informacji oznacza w rosyjskiej armii najczęściej również przepływ kłamstwa. O ile porażki często nie są raportowane, o tyle najmniejsze sukcesy wyolbrzymia się do granic absurdu. W połączeniu z systemową niezdolnością do szybkiego przetwarzania danych wywiadowczych i aktualizowania w oparciu o nie rozkazów, daje to naprawdę obezwładniający koktajl. To właśnie w jego oparach powstawał przecież wyjściowy plan inwazji – oparty na urojonych założeniach i kompletnie nierealistyczny.
To nie wszystko – bo rosyjską armię cechuje również drastycznie słabe przygotowanie logistyczne do prowadzenia głębokich operacji ofensywnych.

Rosyjskie wojska naprawdę pozostają uzależnione od transportu kolejowego, a niedostatek innych środków transportowych wywołuje słynne już zjawisko „zasięgu ciężarówki”. Ogranicza ono efektywny zasięg działania rosyjskich jednostek do w najlepszym razie około 100 kilometrów od najbliższej linii kolejowej.

***

Wnioski płynące z przebiegu wojny w Ukrainie będą kształtować przyszły rozwój sił zbrojnych Ukrainy, państw NATO i zapewne także armii Federacji Rosyjskiej. Wpływają jednak bardzo mocno również na dalszy przebieg tego konfliktu.

Przedświąteczne decyzje Stanów Zjednoczonych o nowych dostawach dla Ukrainy – ogłoszone po wizycie Wołodymyra Zełenskiego w Waszyngtonie – wydają się zapowiadać nową fazę myślenia o wsparciu dla walczącego kraju.

Ukraińcy otrzymają będące jedną z wizytówek amerykańskiej technologii zbrojeniowej Patrioty i precyzyjne bomby lotnicze JDAM. Czyli broń, do której dotąd nie mieli dostępu. Może to przybliżać decyzję o uzbrojeniu Ukrainy w pociski GLSDB lub nawet ATACMS do HIMARS-ów. A także o przekazaniu jej nowoczesnych zachodnich myśliwców wielozadaniowych.

Przywódcy Zachodu zdają się powoli porzucać rojenia o możliwości „zamrożenia” czy „wygaszenia” tego konfliktu na miesiące lub lata. Skłaniają się raczej ku przekonaniu, że lepszą inwestycją będzie wsparcie Ukrainy w takim stopniu, by była w stanie rozstrzygnąć go na polu walki na własną korzyść.

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, pracował w "Dzienniku" i "Polsce The Times". W Oko.press od 2021 roku. Zajmuje się tematyką polityczną i okołopolityczną.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne