0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharska / OKO.pressIl. Iga Kucharska / ...

Historie te zapisały się w dziejach jako opowieści o pogardzie elit wobec ludu, wzruszające zbliżenia różnych klas społecznych czy troska władców o ubogich. Wiele z nich odcisnęło piętno na kolektywnej pamięci znacznie silniej niż niektóre traktaty czy reformy polityczne.

Czy legendy kulinarne o zabarwieniu politycznym dziś można już zredukować do zwykłej ciekawostki historycznej, czy może niosą jakąś lekcję w świetle wyzwań, przed jakimi stają współczesne społeczeństwa?

Przeczytaj także:

Brioszka wolności i pasztet braterstwa

She keeps her Moët et Chandon In her pretty cabinet „Let them eat cake,” she says Just like Marie Antoinette

Tymi słowami rozpoczyna się pierwszy hit grupy Queen pt. Killer Queen. Aby oddać przepych i luksusowe życie jego podmiotu lirycznego, jakim jest kobieta z wyższych sfer, Freddie Mercury jako autor tekstu użył między innymi odniesienia do słynnych słów Marii Antoniny: „Niech jedzą ciastka”. W ten sposób dowiadujemy się bez cienia wątpliwości, jaki jest stosunek tytułowej Zabójczej Królowej do ludzi spoza elit.

Słowa austriackiej arcyksiężniczki, królowej Francji i Nawarry oraz królowej Francuzów są dziś motywem solidnie osadzonym w popkulturze i symbolizują dyskutowane od wieków zjawisko pogardy elit wobec ludu. W ten sposób Maria Antonina miała się odnieść do zebranych pod Wersalem głodnych Paryżan, którzy skandowali: „Nie mamy chleba!”. Zaproponowanie w zamian ciastek przeszło do historii jako emblemat oderwania od rzeczywistości XVIII-wiecznej monarchii francuskiej.

Dyskusję budzi fakt, czy na pewno chodziło o ciastka. Oryginalne zdanie brzmi bowiem: Qu’ils mangent de la brioche! – i odnosi się do brioszki, a więc pieczywa przygotowanego z dodatkiem masła i jajek, co w owym czasie czyniło je szczególnie luksusowym.

Historia złej królowej, która tak bardzo nie rozumie głodnych ludzi, jest do tego stopnia sugestywna, że wydaje się wręcz przerysowana. I nic dziwnego – Maria Antonina nigdy bowiem tych słów nie wypowiedziała.

Prawdziwym autorem słynnego zdania jest Jean-Jacques Rousseau, który umieścił je w swoich Wyznaniach w 1765 roku i odnosił do anonimowej „księżniczki”. Maria Antonina miała wówczas 10 lat i nie mieszkała nawet we Francji. Edycję dzieła Rousseau zakończono w znamiennym 1789 roku. Pogardliwa wypowiedź idealnie wpisała się więc w nastrój epoki, a jej zbieżność czasowa z Wielką Rewolucją Francuską i panowaniem skądinąd niepopularnej Marii Antoniny aż prosiła się, by księżniczką z dzieła Rousseau została żona Ludwika XVI.

Filozofka i politolożka Anna Winkler twierdzi zresztą, że podobne słowa, lecz odnoszące się nie do brioszki, a pasztetu w cieście francuskim (croûte de pâté) przypisywano już kilka dekad wcześniej zmarłej w 1780 roku prababce Ludwika XVI, Marii Teresie.

Biorąc pod uwagę, że obie królowe pochodziły z Wiednia, a po rewolucji francuskiej doszło do konfliktu między Francją a Austrią, możemy przypuszczać, że zarówno za pasztetem, jak i brioszką budującymi zły obraz obu królowych stała po prostu propaganda antyaustriacka (z jakiegoś powodu słowa te nie przylgnęły do ich mężów urodzonych we Francji).

Jest wysoce prawdopodobne, że królowa habsburska rzeczywiście żywiła pogardę wobec plebsu, jednak zdanie „Niech jedzą ciastka!” stanowi jeden z najbardziej znanych przykładów fake newsa, gdy nikt jeszcze nie używał tego określenia. Jego siła oddziaływania okazała się na tyle skuteczna, że w opowieść tę wierzymy do dziś.

Historia pewnego śniadania

Pierwszą damą na dworze Marii Antoniny była Henriette Campan, znana jako Madame Campan. W 1823 roku – rok po jej śmierci – ukazały się jej obszerne Wspomnienia z życia prywatnego Marii Antoniny, do których Madame Campan dołączyła między innymi anegdoty z życia dworu Ludwika XIV przekazane jej przez starych dworzan (Król Słońce zmarł w 1715 roku).

Do najbardziej epickich historii z życia najdłużej panującego monarchy europejskiego należy śniadanie Ludwika XIV ze słynnym aktorem i dramaturgiem, Molierem. Jak do niego doszło i dlaczego było ono ważne?

Molier miał sobie zaskarbić szczególne uznanie Króla Słońce, który podobno lubił się otaczać nie tylko arystokracją, lecz także zwykłymi poddanymi. Król objął Moliera mecenatem, jednak zawód aktora, choć popularny, w ówczesnym czasie bynajmniej nie cieszył się uznaniem ani prestiżem społecznym. Pomimo sympatii króla dworzanie pogardzali Molierem i nie chcieli z nim zasiadać przy jednym stole, zwłaszcza biorąc pod uwagę skandal, jaki wywołało w owym czasie wystawienie Świętoszka. Molier przestał więc pojawiać się przy stołach dworskich.

Kiedy Ludwik XIV zrozumiał, jak jego dwór odnosi się do artysty, który pochodził przecież z innej klasy społecznej, zaprosił go wraz z innymi giermkami na królewskie śniadanie. W pewnym momencie nakazał wejść do sali wszystkim, którzy zwykle spożywali poranny posiłek z Królem Słońce, by pokazać im, że autor Świętoszka i inni lokaje zasługują na należny im szacunek i uznanie. Po tym wydarzeniu żaden z dworzan nie ośmielił się już lekceważyć słynnego dramaturga.

Wspólny posiłek jawi się jako przykład wrażliwości i inkluzywności Ludwika XIV oraz ilustruje możliwości awansu społecznego w ówczesnej Francji. Nic dziwnego, że wydarzenie tak niezwykłe w wymiarze symbolicznym stało się inspiracją dla artystów – urodzony dokładnie rok po publikacji wspomnień Madame Campan Jean-Léon Gérôme namalował niezwykle sugestywny obraz Ludwik XIV i Molier – wyobrażenie pojednawczego śniadania. Obraz ten doczekał się swoich reprodukcji, a przyjęcie Moliera przez króla znajdziemy również na rycinach Gustave'a Merciera czy rysunkach Henri'ego Félixa Philippoteaux.

Rzecz jasna to doniosłe politycznie wydarzenie gastronomiczne nigdy nie miało miejsca. Król Słońce przestrzegał ściśle protokołu i poza wyjątkowymi, dobrze udokumentowanymi okazjami nigdy nie siadał do stołu z kimś spoza najbliższej rodziny lub kto nie był spokrewnionym z nim księciem.

Bogatą biografię Moliera napisał w 1922 roku Tadeusz Boy-Żeleński, w której opisana została szczegółowo relacja francuskiego dramaturga z Ludwikiem XIV – nie ma w niej ani śladu słynnego śniadania, które do tego czasu zostało już rozsławione dziełami kultury. Do mitów historię tę zaliczyła również Biblioteka Narodowa Francji, która w sierpniu 2022 roku zorganizowała wystawę „Molier, gra prawdy i fałszu” z okazji 400. urodzin artysty.

Wymyślenie śniadania jednoczącego dwie klasy społeczne w rzeczywistości było częścią szerszej agendy politycznej okresu restauracji, której celem było ocieplanie wizerunku monarchii absolutnej.

Świat po rewolucji francuskiej zmienił się już do tego stopnia, iż nowi lub przywróceni po Kongresie Wiedeńskim władcy o wiele bardziej musieli liczyć się z warstwami ludowymi i zapewniać sobie poparcie społeczne. Nie było więc przypadkiem, że wraz z twórczością artystów znad Sekwany historia śniadania rozeszła się na całą Europę. Zmyślone podjęcie Moliera w Wersalu jest XIX-wiecznym produktem politycznym republikanizującego się świata. Wątek gastronomiczny był jedną z prób legitymizacji nowego, porewolucyjnego porządku. I kolejnym fake newsem.

Margherita Małgorzaty

Kiedy monarchowie francuscy szukali dla siebie poparcia w demokratyzującej się rzeczywistości, ze swoimi problemami mierzyła się dynastia Sabaudzka we Włoszech.

Po euforii przyłączenia południa i utworzenia w 1860 roku Królestwa Włoch szybko pojawił się problem, który przeszedł do historii jako questione meridionale (kwestia południa). Jego częścią było malejące znaczenie Neapolu, który utracił status stolicy bogatego państwa na rzecz jednego z wielu ośrodków nowo utworzonego królestwa.

Sytuacja przeciętnego Neapolitańczyka po przyłączeniu do Włoch wcale nie uległa poprawie – z powodu koszmarnych warunków życia miasto było w trakcie radykalnej przebudowy, dodatkowo zmagając się z powracającymi epidemiami cholery. W zbiorze tekstów z przełomu XIX i XX wieku pt. Brzuch Neapolu pisze o tym mieszkająca w mieście pisarka i dziennikarka Matilde Serao.

Władze zjednoczonych Włoch musiały zabiegać o poparcie społeczne nie tylko na północy, ale przede wszystkim na południu. W tym celu król Humbert I wraz ze swoją małżonką, Małgorzatą Sabaudzką spędzali bardzo dużo czasu w Pałacu Królewskim w Neapolu, co miało stanowić świadectwo ich bliskości z ludem południa. Na jeden z emblematów tej agendy politycznej wybrano produkt symbolizujący neapolitańskość, ale także biedę mieszkańców – pizzę.

W tym kontekście Małgorzata Sabaudzka jawi się jako przeciwieństwo Marii Antoniny. Podczas gdy francuska królowa ludowi Paryża kazała jeść ciastka, według artykułów w ówczesnej prasie na pytanie, jaką pizzę chce zjeść Małgorzata, ta miała odpowiedzieć: taką, jaką jada neapolitański lud. Różnica ta pokazuje, jak bardzo zmienił się charakter sprawowania władzy przez monarchów między początkiem a drugą połową XIX wieku.

Wielu z nas zna opowieść, jakoby pizzę margheritę nazwano na cześć Małgorzaty. Podczas wizyty królowej (oczywiście uwielbianej) w Neapolu w 1889 roku Raffaele Esposito, właściciel położonej rzut beretem od Pałacu Królewskiego Pizzerii Królowej Małgorzaty (dzisiejsza Pizzeria Brandi przy via Chiaia), został zaproszony przez królową do jej siedziby w Capodimonte. Małgorzata była rzekomo znudzona francuskimi potrawami i zapragnęła spróbować czegoś lokalnego.

Spośród trzech placków, które przygotował Esposito, najbardziej miał jej przypaść do gustu placek w barwach włoskiej flagi. Ten właśnie przepis – złożony z czerwonego sosu pomidorowego, białej mozzarelli i zielonej bazylii – pizzaiolo nazwał na jej cześć.

Historia ta jako część ówczesnej agendy politycznej również została całkowicie zmyślona. Pizza w XIX-wiecznym Neapolu była zupełnie innym produktem, niż dzisiaj – ekstremalnie biednym, przez liczne figury kulturalne i gastronomiczne ówczesnej epoki określanym jako niesmaczny, przynoszący miastu nie chlubę, jak współcześnie, lecz wstyd.

Pomysł, by królowa rzeczywiście miała na swoje specjalne życzenie próbować dania, które Carlo Collodi, autor Pinokia, określił jako „mozaikę tłuszczu i brudu”, a na dodatek być nim zachwycona, wydaje się o tyle niewiarygodny, o ile bardzo użyteczny politycznie. Margherita smakująca na południu danie w kolorach flagi własnego, podzielonego między północ a południe królestwa, brzmi po prostu zbyt dobrze.

W pełen interesujących szczegółów sposób z tą historią rozprawia się Luca Cesari w książce Historia pizzy.

Pewne jest jedno: tak jak brioszka Marii Antoniny, tak jak pasztet w cieście Marii Teresy i tak jak śniadanie Moliera i króla Francji, tak samo pizza stanowi fascynujący przykład, jak jedzenie, które od zawsze było gardłową kwestią polityczną, przydawało się w protoformach marketingu politycznego.

Dezinformacja i duch epoki

W czasach nasilonej wojny kognitywnej walka z dezinformacją wyrasta jako jeden z priorytetów współczesności. Chociaż nasza odporność na obcą propagandę wciąż pozostawia wiele do życzenia, już konotacja słów fake news jednoznacznie zwiększa naszą czujność na przetwarzane informacje.

Jak to zatem możliwe, że choć stajemy się coraz bardziej czujni na współczesne nieprawdziwe informacje, jednocześnie tak bardzo wierzymy w te fałsze z odległej przeszłości?

Mówi się, iż najlepszym kłamstwem jest to, które zawiera w sobie szczyptę prawdy i które najlepiej odpowiada społecznym oczekiwaniom. Maria Antonina w jakimś sensie musiała powiedzieć o brioszce, ponieważ rewolucja potrzebowała symbolu zepsutej arystokracji. Ludwik XIV musiał z kolei zjeść śniadanie z Molierem, ponieważ XIX wiek definiowały najsilniejsze do tej pory napięcia klasowe. Królowa Małgorzata musiała zaś pokochać mającą złą reputację pizzę, ponieważ młode Królestwo Włoch potrzebowało mitów zaskarbiających mu podbite południe.

Nie musimy się zresztą przenosić ani do nowożytnej Francji, ani targanych konfliktami XIX-wiecznych Włoch. Wielu z nas wciąż wierzy, że Jan III Sobieski sprowadził do Europy kawę po odsieczy wiedeńskiej w 1683 roku. Historia ta związana jest z żołnierzem króla i tłumaczem z tureckiego, Jerzym Franciszkiem Kulczyckim, który miał ocalić setki worków z ziarnami kawy w opuszczonym obozie tureckim, a następnie otworzyć pierwszą kawiarnię w Wiedniu.

Legenda koronująca wielkie zwycięstwo polityczne? Stworzony post factum XIX-wieczny mit mający na celu rozbudzanie świadomości narodowej Polaków? Możemy tylko przypuszczać.

Wiemy jednak za Zygmuntem Glogerem, XIX-wiecznym historykiem, że „Francja i Anglia zaczęły sprowadzać i używać kawę około połowy XVII wieku”, a elektor Sobieskiego i poeta, Jan Andrzej Morsztyn, o kawie pisał:

W Malcie-śmy, pomnę, kosztowali kafy,

Trunku dla Turków... Ale tak szkarady

Napój, tak brzydka trucizna i jady,

Co żadnej śliny nie puszcza za zęby,

Niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby...

Choć kawa i Sobieski mają więc ze sobą coś wspólnego, rzeczywistość dalece odbiega od mitu o sprowadzeniu tego szlachetnego napoju do Europy przez polskiego króla – nie dość, że inne królestwa były przed Sobieskim, to na dodatek okazuje się, że kawa była traktowana z obrzydzeniem, a przez to i sporą podejrzliwością.

Zbyt dobre, by było prawdziwe

Trwałość podobnych historii nie wynika więc z ich stopnia zgodności z rzeczywistością, lecz z ich użyteczności – są zbyt dobre, by mogły być prawdziwe. Mają wszystko, czego potrzebuje zbiorowa wyobraźnia: wyrazistego bohatera, prosty morał i emocje niewymagające szerszej analizy.

Przykłady gastronomicznych fake newsów z dworów królewskich uczą zatem, że do walki ze współczesną dezinformacją dalece niewystarczające jest prostowanie faktów, lecz przede wszystkim należy zrozumieć ducha epoki, a więc potrzeby, lęki i nadzieje, które sprawiają, że tak bardzo chcemy w tę dezinformację wierzyć.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Michał Pytlik
Michał Pytlik

Tłumacz języka włoskiego, redaktor, korektor, autor bloga o historii i antropologii kuchni włoskiej, Ślązak z rodziny górniczej

Komentarze