Za prezesury Mateusza Szpytmy w Instytucie Pamięci Narodowej prawicowa linia ideologiczna byłaby kontynuowana. Zarówno ze względu na jego dotychczasowy udział w kreowaniu takiego kierunku działania IPN, jak i brak krytycznej refleksji.
Sejm głosami PiS, Konfederacji, PSL i dużej części klubu Polski 2050 wybrał dr. Mateusza Szpytmę na nowego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Koalicja rządząca zapowiedziała jednak, że Senat odrzuci jego kandydaturę.
Obowiązujące przepisy znacznie ograniczają większości parlamentarnej pole manewru: kandydata na prezesa IPN wybiera Kolegium IPN i przedstawia Sejmowi.
Kolegium IPN składa się z dziewięciu członków powoływanych przez prezydenta, Sejm i Senat na siedmioletnią kadencję. Od lat jest zdominowane przez osoby popierane przez obóz PiS. Obecna kadencja biegnie od czerwca 2023 do czerwca 2030 roku.
W skład Kolegium IPN wchodzą:
IPN został powołany w 1999 roku, a działalność rozpoczął rok później. Choć jest instytucją publiczną, która powinna zachowywać pluralistyczny charakter, od dekad jej kierunek wyznaczają przede wszystkim osoby podzielające prawicową wizję historii.
Jak wpływa to na sposób funkcjonowania IPN? Rozmawiamy o tym z prof. Andrzejem Friszke, historykiem specjalizującym się w historii najnowszej, członkiem Kolegium IPN w latach 1999–2006 oraz Rady IPN w latach 2011–2016.
Anna Wójcik, OKO.press: Czy dostrzega pan w działalności Instytutu Pamięci Narodowej w ostatnich latach coś wartościowego?
Andrzej Friszke, historyk: IPN jest przede wszystkim gospodarzem archiwów. To jego podstawowa funkcja i baza działania, bo właśnie dla zajęcia się tymi archiwami powstał. Materiały są dostępne, wiele z nich zostało zeskanowanych i jest to niewątpliwy plus.
IPN ma także pion prokuratorski, który właściwie wyczerpał swoje możliwości. Najważniejsze śledztwa dotyczące zbrodni z okresu stalinowskiego nie mają już przeciwko komu się toczyć, ponieważ sprawcy nie żyją.
W ostatnich latach prokuratorzy skoncentrowali się na sprawach wołyńskich, ale niestety nie stworzono warunków, które otwierałyby możliwość rzeczywistego dialogu towarzyszącego takim badaniom. Jeśli ktoś się nim zajmuje, to raczej inne instytucje.
Nie zrobiono także istotnego kroku, jeśli chodzi o pozostające pod pieczą pionu prokuratorskiego dokumenty dotyczące II wojny światowej. W archiwach znajduje się bardzo dużo dokumentów i relacji świadków na temat zbrodni hitlerowskich, zbieranych od lat 50. Powinny one wejść do obiegu naukowego, ale nie są udostępniane w odpowiedni sposób. W ostatnich latach nic się w tym zakresie nie zmieniło.
17 lipca Sejm głosami PiS, PSL, Konfederacji i części Polski 2050 wybrał na prezesa IPN dr. Mateusza Szpytmę, historyka związanego z Instytutem od ponad 20 lat. Zajmował się między innymi popularyzowaniem wiedzy o rodzinie Ulmów, czyli Polakach ratujących Żydów podczas II wojny światowej. Jak ocenia Pan tę kandydaturę?
Mateusz Szpytma specjalizuje się w historii rodziny Ulmów i jest współtwórcą poświęconego jej muzeum. Napisał również książkę o działalności Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w Krakowskiem. Nie jest jednak uznawany w środowisku historyków za ważnego badacza.
Jest przede wszystkim urzędnikiem IPN. Związał się z Instytutem jeszcze w czasach Janusza Kurtyki, prezesa powołanego w 2006 roku za pierwszych rządów PiS. Od dekady jest wiceprezesem IPN.
Dr Szpytma jest więc współtwórcą tej instytucji ze wszystkimi jej wadami.
Jedna z nich polega na tym, że po 2016 roku IPN – czyli po nowelizacji ustawy o IPN przez PiS – stał się narzędziem działania dla historyków i środowisk, które podzielają wizję historii najnowszej prezentowaną przez PiS.
Ludzie temu przeciwni zostali wyeliminowani ze struktur kierowniczych, wielu wypchnięto z etatów, jak i zrezygnowano ze współpracy z badaczami niepodzielającymi prawicowych wizji dziejów Polski. Wcześniej istniały mieszane zespoły badawcze, złożone częściowo z pracowników IPN, a częściowo z naukowców zatrudnionych na uniwersytetach lub w Polskiej Akademii Nauk. Wspólnie projektowali i prowadzili różne badania. Istniały na przykład zespoły zajmujące się historią Żydów, podziemia wojennego i powojennego, emigracji politycznej. Zespoły te się rozpadły, zostały rozwiązane albo po prostu przestano je zwoływać.
Przyjęto doktrynę, zgodnie z którą obcych się nie zaprasza, a w IPN realizuje się własną wizję ideologiczną.
Jaka to wizja?
Prawicowa, z bardzo silnym nastawieniem nacjonalistycznym. Towarzyszy jej radykalny antykomunizm w spojrzeniu na okres II wojny światowej i PRL. Dowartościowuje się środowiska nacjonalistyczne, koncentruje uwagę na żołnierzach wyklętych i nie dopuszcza do krytycznej analizy ich działalności ani do podważania ich szczególnego statusu.
Brakuje natomiast zainteresowania na przykład działalnością legalnej opozycji antykomunistycznej, powojennego PSL. W IPN nie znajdziemy poważniejszych analiz dotyczących różnych form oporu wobec komunizmu, jeśli nie są one związane z orientacją radykalną.
Jeśli chodzi o II wojnę światową i okupację, widoczna jest tendencja do rehabilitowania Narodowych Sił Zbrojnych, czyli nacjonalistycznego podziemia, kosztem Armii Krajowej. Dla części ludzi związanych z IPN Armia Krajowa nie była dostatecznie antykomunistyczna, a więc nie jest dla nich tak wartościowa.
Jeżeli chodzi o okres powojenny i PRL, praktycznie nie ma poważniejszych opracowań dotyczących Polski Ludowej od 1956 do 1980 r. Powstawały publikacje dotyczące Kościoła, ale miały raczej charakter przyczynkarski czy hagiograficzny. Także w czasopiśmie „Pamięć i Sprawiedliwość” pojawia się coraz więcej przyczynków o profilu ideologicznie prawicowym.
Za prezesury Mateusza Szpytmy taka linia byłaby kontynuowana, zarówno ze względu na jego udział w kreowaniu takiego kierunku działania, jak braku krytycznej refleksji.
Rok temu doszło do skandalu związanego z próbą zablokowania książki Michała Siedziako o Marianie Jurczyku, liderze „Solidarności” w Szczecinie. Autor został wypchnięty z IPN. Wcześniej pozbywano się takich historyków jak badacze podziemia Rafał Wnuk i Sławomir Poleszak, emigracji, jak Sławomir Łukasiewicz, Zagłady Żydów, jak Adam Puławski i Magdalena Semczyszyn, spraw ukraińskich, jak Igor Hałagida i innych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconej narracji narodowo-nacjonalistycznej.
Czy w IPN istnieje wolność prowadzenia badań?
Pierwotną skazą IPN jest to, że nie jest placówką naukowo-badawczą, lecz urzędem państwowym. Bardzo łatwo wprowadzić tam dyscyplinę administracyjną. Jeżeli ktoś odbiega od wyznaczonego kierunku, można nie przyjąć jego artykułu albo zablokować wyjazd na konferencję naukową, czy badania archiwalne. Takimi metodami ludzi się tłamsi, wypycha z Instytutu albo spycha w niebyt, do jakichś dziwnych miejsc w strukturze.
Jeden z uznanych historyków, ekspert zajmujący się piłsudczykami, miał to „nieszczęście”, że badał udział Żydów w ruchu niepodległościowym. Przeniesiono go na stanowisko administracyjne.
IPN powstał w 1999 roku. Jego model okazał się atrakcyjny również dla innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Czy Instytut od początku miał być instytucjonalnym przyczółkiem polskiej prawicy, czy istniała szansa, aby był bardziej pluralistyczny i niezależny?
Na przestrzeni tych prawie trzydziestu lat instytucja bardzo się zmieniała. Powstała przede wszystkim po to, aby administrować archiwami służb. Ktoś musiał przejąć nad nimi kontrolę, żeby nie pozostawały w dyspozycji aktualnie działających służb specjalnych.
Do nowej instytucji dołączono istniejącą od 1945 roku Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, która miała uprawnienia prokuratorskie i prowadziła śledztwa dotyczące zbrodni hitlerowskich.
Dodano także pion badawczy. Początkowo miał on być niewielki i zajmować się przede wszystkim wyszukiwaniem ciekawych materiałów oraz publikowaniem książek. To między innymi zasługa takich osób jak Andrzej Paczkowski, Paweł Machcewicz i stworzona przez niego grupa badaczy.
Chcieliśmy uczynić z IPN prawdziwy ośrodek badawczy. Wynikało to także z faktu, że polski system naukowy i uniwersytecki nie dawał szans zatrudnienia wielu dobrym historykom, nie było etatów. Ale byli ludzie mający zapał, wiedzę i umiejętności, którzy mogli prowadzić ciekawe badania. Trafiali do IPN, ponieważ była to dla nich właściwie jedyna możliwość zajmowania się historią naukowo. Później część tych osób przeszła na uniwersytety lub do PAN.
Trzeba też pamiętać, że byliśmy krytycznie nastawieni do PRL jako dyktatury — z jej powojennym terrorem, więźniami politycznymi i systemem represji, w którym przyszło nam żyć. Instytucja powstała również po to, aby oddać sprawiedliwość ludziom, którzy przeszli przez więzienia i szykany, którym zrujnowano życie z powodu ich sprzeciwu wobec tego systemu. IPN wydawał zaświadczenia potwierdzające, że ktoś był represjonowany lub inwigilowany. Była to forma niewielkiego zadośćuczynienia, komunikat: masz zasługi dla niepodległego państwa, ponieważ sprzeciwiałeś się dyktaturze.
Takie były początkowe funkcje Instytutu. IPN nie zajmował się na przykład bezpośrednio lustracją.
Od samego początku znajdował się jednak w centrum politycznego cyklonu. Wiązano z nim zarówno wielkie nadzieje, jak i obawy.
Dla pewnej grupy ludzi, której znanym przedstawicielem jest Sławomir Cenckiewicz, IPN był szansą na znalezienie w archiwach materiałów kompromitujących osoby uznawane przez nich za przeciwników ideologicznych i politycznych. Na przykład ludzi oskarżanych o zdradę dlatego, że podjęli rozmowy przy Okrągłym Stole i uczestniczyli w budowaniu niepodległego państwa opartego na kompromisie z dawnymi przeciwnikami, a nie zideologizowanym antykomunizmie. Ostatecznie to właśnie takie zideologizowane środowiska przejęły Instytut.
Czyli nie zakładano, że będzie to instytucja propagandowa?
IPN projektowano jako instytucję bezpartyjną. Jego pracownikom nie wolno było należeć do partii politycznych ani nawet związków zawodowych. Uznawano bowiem, że związki zawodowe mogą być powiązane z określonym kierunkiem politycznym, na przykład z „Solidarnością” albo OPZZ. Chodziło o wykluczenie nawet pośrednich powiązań politycznych.
IPN miał być jak żona Cezara — poza wszelkim podejrzeniem. Na poziomie formalnym przestrzegano tej zasady dość długo, do czasów Janusza Kurtyki.
Na poziomie emocjonalnym i światopoglądowym system szybko się jednak załamał. Ludzie mają przecież swoje poglądy, znajomych i sympatie. Nawet jeśli nie byli formalnie związani z określonym układem politycznym, sympatyzowali z partiami. Najczęściej były to partie prawicowe, a osoby o takich powiązaniach zyskiwały w IPN coraz większe znaczenie. Kurtyka był już bardzo mocno związany z prawicą.
PiS bardzo dowartościował IPN. Dlaczego partia tak upatrzyła sobie tę instytucję? Dlatego, że działali tam ludzie związani z jej środowiskiem, czy dlatego, że PiS lepiej od innych formacji rozumiał polityczne znaczenie historii?
Polska prawica związana z Porozumieniem Centrum, Antonim Macierewiczem i innymi podobnymi środowiskami od dawna przykładała wielką wagę do historii. Postrzegała ją jednak w kategoriach radykalnego potępienia PRL i komunizmu oraz chęci delegitymizowania tradycyjnych środowisk „Solidarności”, przeciwko którym występowała. Chodziło o takich ludzi jak Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik. I oczywiście Lech Wałęsa. Prawica chciała obalić ich autorytet i przejąć ster państwa. Oraz narzucić negatywne spojrzenie na przełom 1989 roku.
Była to czysta polityka. Wyobrażano sobie lustrację w taki sposób, że po otwarciu archiwów uda się znaleźć materiały, przy pomocy których będzie można zniszczyć politycznych przeciwników. Później okazało się, że takich materiałów, które by spełniały ich oczekiwania prawie nie ma, ale odnieśli pewne sukcesy. Przykładem jest uderzenie w Lecha Wałęsę przez Sławomira Cenckiewicza. Choć nie ma śladów na dwuznaczne zachowania i kontakty Wałęsy od 1976 do 1989 roku, zbudowano narrację, zgodnie z którą Polska po 1989 roku jest państwem wadliwym, ponieważ Wałęsa miał być agentem, porozumiał się z komunistami i tak dalej.
Była to walka o władzę, ale nawet coś więcej. Walka o władzę jest w polityce czymś normalnym. Tutaj chodziło o zdelegitymizowanie bohaterów „Solidarności” i przedstawienie ich jako zdrajców, by kreować alternatywną wizję, w której „obozem patriotycznym” jest PiS.
Chodziło o stworzenie próżni poprzez skompromitowanie lub przemilczenie przywódców opozycji demokratycznej i założycieli III RP, a następnie wejście w ich miejsce, przejęcie władzy państwowej oraz zawłaszczenie tradycji „Solidarności”.
IPN miał jednak w minionych latach zasługi w udokumentowaniu działań „Solidarności”. Ukazało się wiele książek i materiałów na ten temat, opublikowano kilka tomów encyklopedii „Solidarności” i to jest niewątpliwy plus. W ostatnich latach ta tematyka jednak zanika, w narracji „Solidarność” przestaje być ważna.
Były prezes IPN jest dzisiaj prezydentem i prowadzi swoją politykę historyczną. Czy Karola Nawrockiego można uznać za wychowanka IPN w tej właśnie formie?
Tak, jest wychowankiem najbardziej radykalnego nurtu Instytutu. Przyszedł na gotowe. Cała ta konstrukcja istniała już wcześniej. Promuje ona wizję świata, zgodnie z którą cały PRL był przedłużeniem sowieckiej okupacji, a nie państwem, w którym toczyły się autentyczne konflikty i zachodziły również pozytywne procesy.
W tej opowieści PRL był formą sowieckiej okupacji i dziurą w polskiej tradycji. Wszystko, co się wówczas działo — kultura, nauka, działalność społeczna, niezależna czy opozycyjna — jeśli nie przybierało formy twardej walki na śmierć i życie, było skażone ugodą z państwem komunistycznym. Nie mogło więc stanowić pozytywnej tradycji. Budując niepodległą Polskę, należało tę tradycję potępić i odrzucić. Pozostawał Kościół katolicki, ale bez uwzględnienia, że Kościół w PRL zawierał różne kompromisy z władzami.
PRL miał być czarną dziurą. Można było pisać jedynie o prześladowaniach, sowieckiej kontroli i ludziach skażonych stalinizmem. Nie było miejsca na subtelną analizę.
Temu obrazowi przeciwstawiano tradycję opozycyjności, rozumianej w bardzo wąski sposób. KOR-owcy i ludzie związani z głównym nurtem dawnej opozycji, podobnie jak członkowie PZPR, mieli reprezentować zło. Narracja dzieliła społeczeństwo na „nas” — bohaterskich polskich patriotów odwołujących się do przedwojennych i powojennych tradycji antykomunistycznych — oraz pozostałych.
Towarzyszył temu kult Narodowych Sił Zbrojnych i powojennej partyzantki. Polska, którą chciano zbudować jako przeciwieństwo „zgniłej” i „postkomunistycznej” III RP, miała odwoływać się do tradycji radykalnie antykomunistycznych, nacjonalistycznych, klerykalnych.
Taki sposób opowiadania historii tworzyli między innymi Sławomir Cenckiewicz, Ryszard Terlecki czy sam Janusz Kurtyka, który budował określony obraz żołnierzy wyklętych jeszcze wtedy, gdy kierował „Zeszytami Historycznymi WiN-u”.
Czy taki sposób prowadzenia polityki historycznej był czymś zupełnie nowym?
W gruncie rzeczy tak. Oznaczał na przykład zakwestionowanie ustaleń historiografii emigracyjnej, w której centralne miejsce – gdy mówimy o okresie wojny – zajmował rząd RP w Londynie i Armia Krajowa. Opis Narodowych Sił Zbrojnych, np. kluczowa monografia Zbigniewa Siemaszki, były wyraźnie krytyczne.
Ale na przemiany w IPN ostatniego dziesięciolecia trzeba patrzeć jako kontynuację sporu po 2000 roku. Wokół książki Jana Tomasza Grossa o Jedwabnem odbyła się ogromna dyskusja, a w tym między innymi wymiana opinii między Pawłem Machcewiczem a Andrzejem Nowakiem.
Nowak zarzucał ówczesnemu IPN, że podejmując badania nad tą zbrodnią i kierując na nią uwagę społeczną, uprawia „pedagogikę wstydu”. Według niego miało to oczerniać naród polski i odbierać mu poczucie dumy z własnej historii. Uważał, że należy pisać przede wszystkim o dokonaniach chwalebnych, takich jak opór wobec Niemców i okupacji, a nie o zbrodniach popełnianych przez Polaków.
Machcewicz odpowiedział, że historia Polski to zarówno Westerplatte, jak i Jedwabne. Trzeba pisać o postawach chwalebnych i negatywnych.
Na tym właśnie polega istota sporu – historia krytyczna, czy afirmacja.
Ja także uważam, że trzeba pisać o wszystkim, o czynach chwalebnych i paskudnych, zauważać też postawy ludzi przeciętnych. Tu nastąpiło pęknięcie: czy wolno opisywać sprawy niewygodne?
Niewygodne dla kogo?
W perspektywie dominującej obecnie w IPN naród polski ma być przedstawiany jako waleczny, dumny, zawsze przywiązany do własnej historii oraz tradycji. Nie należy natomiast pokazywać zła, a już na pewno zbrodni, których dopuszczali się Polacy. To taka pedagogika nacjonalistyczna, idąca w kierunku megalomanii. Ma to konsekwencje w wielu obszarach.
Z IPN usuwano badaczy, takich jak Mariusz Zajączkowski, zajmujący się zbrodniami ukraińskiego podziemia, ponieważ w swoich pracach opisywali także zbrodnie popełniane przez polskich partyzantów na ludności cywilnej.
Znana jest sprawa „żołnierza wyklętego” Romulada Rajsa „Burego”, którego oddział mordował białoruskich mieszkańców wsi na Podlasiu. Oficjalna narracja miała jednak przedstawiać takich ludzi wyłącznie jako bohaterów. Jeżeli fakty do tego obrazu nie pasowały, tym gorzej dla faktów.
Dlatego książka Barbary Engelking i Jana Grabowskiego „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” spotkała się z tak gwałtownym sprzeciwem w IPN. Powołano cały zespół, którego zadaniem było atakowanie autorów.
W tej narracji nie wolno głośno przyznawać, że byli Polacy, którzy zabijali Żydów. Wszyscy wiemy, że takie sytuacje się zdarzały i były dość liczne, byli szmalcownicy, tacy co okradali ukrywających się, i tacy co ich wydawali Niemcom, albo sami zabijali. Ale według tej narracji nie powinno się o tym pisać, ponieważ rani to uczucia patriotyczne i rzekomo osłabia patriotyzm.
Naród polski ma być bez skazy i zmazy. To zasadniczy punkt sporu ideologicznego.
Ekipa, która rządziła IPN i nadal nim rządzi, została właśnie w ten sposób uformowana. Naród polski jest w tej wizji katolicki i narodowy, i bez tych fundamentów nie ma Polski. Jeśli jakaś tradycja do tego modelu nie pasuje — na przykład tradycja demokratycznej lewicy czy pragmatycznych działań — należy ją przemilczać albo potępić. Podobnie ocenia się próby uwzględniania politycznych realiów w epoce PRL, szukania nisz i możliwości pracy pozytywnej. Wszystko to przedstawia się jako zgniły oportunizm.
Czy IPN powinien w ogóle nadal istnieć, skoro został w takim stopniu upolityczniony? I czy dałoby się tę instytucję naprawić?
Całkowita likwidacja IPN nie jest możliwa, ponieważ ktoś musi administrować jego archiwami. Radykalni krytycy proponowali połączenie zasobów IPN z Archiwum Akt Nowych, ale jest to praktycznie niewykonalne. Archiwa służb mają swoją specyfikę.
Nauka powinna być otwarta na swobodną dyskusję i różnorodność tematów. Badania naukowe i popularyzowanie wiedzy powinny odbywać się według zasad naukowych, a więc z zachowaniem wolności akademickiej. Pieniądze powinny być przyznawane na konkretne projekty badawcze. Trudne jest prowadzenie badań w ramach instytucji administracyjnej, która wytwarza wewnętrzną logikę podporządkowania: pracownicy są podlegli i wykonują zadania zlecone przez przełożonych, tym bardziej, jeśli narzucają ideologiczną linię.
IPN ma ogromny, wręcz księżycowy budżet 700 mln zł. Nawet gdyby Instytut dysponował jedną trzecią obecnych środków, nadal miałby bardzo duży budżet. Dzięki temu mógłby publikować rzeczy, które ze względów finansowych są niezwykle trudne do wydania, a jednocześnie bardzo pożyteczne: zbiory materiałów źródłowych czy wysoce specjalistyczne książki. Dzisiaj te możliwości także nie są właściwie wykorzystywane, bo książka wydana przez IPN otrzymuje w oczach czytelników automatycznie określony stempel ideologiczny.
Jak zapewnić pluralizm w IPN?
W pierwszych latach IPN zbudowano system, w którym Kolegium miało reprezentować różne kierunki polityczne. Swoich przedstawicieli wskazywały wszystkie główne siły, natomiast sam Instytut miał pozostawać apolityczny. Kolegium miało pełnić funkcję filtra i mechanizmu kontroli, aby IPN nie odchodził od pluralizmu.
W praktyce ten mechanizm się nie sprawdził.
Kiedy PiS uzyskał w Instytucie większe wpływy, już około 2006 roku, wybrał skład, który złamał zasadę pluralistycznego Kolegium. Znaleźli się tam głównie ludzie wskazani przez PiS i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Partia zamierzała opanować tę instytucję całkowicie i zrealizowała ten plan w 100 procentach po 2016 r.
Po co?
PiS chciał mieć dostęp do zamkniętej części archiwum, tzw. zbioru zastrzeżonego. Istniało przekonanie, że znajdują się tam materiały chroniące ludzi ważnych dla III RP. Okazało się to fikcją, ale politycy PiS wyobrażali sobie, że takie dokumenty istnieją. Na przykład na Wałęsę czy Michnika, Geremka czy Mazowieckie, Kuronia, ale i Kwaśniewskiego.
Ważna była dla nich też formacyjna propaganda historyczna. W konsekwencji narzucono IPN narrację twardego antykomunizmu i wykorzystano Instytut do walki z SLD, Unią Wolności i szeroko rozumianą lewicą, przez zakwestionowanie przełomu 1989 r. i w konsekwencji autentyzmu III Rzeczypospolitej.
Chodziło również o to, aby tradycje narodowa i katolicka – tak pojmowane, jak wyżej opisałem – stały się fundamentem wychowawczym, także w szkołach. Proces ten rozpoczął się już za czasów Kurtyki, a w fazę drastyczną wszedł za rządów Czarnka jako ministra.
Czyli to, co dzieje się teraz, jest konsekwencją decyzji podejmowanych od dwudziestu lat?
Oczywiście. Udało się tylko na krótko dokonać wyłomu w 2011 roku, po katastrofie smoleńskiej. W 2016 r. PiS znowelizował ustawę i wziął IPN w całości.
Chociaż Donald Tusk jest historykiem, o Platformie Obywatelskiej czy Koalicji Obywatelskiej zwykło się mówić, że nie jest szczególnie zainteresowana polityką pamięci. Dlaczego?
Liberalizm odwołuje się przede wszystkim do współczesnego świata, europejskości, czynników materialnych i postępu. Nie zakorzenia się w historii w takim stopniu jak prawica. W związku z tym historia nie ma dla liberałów aż takiego znaczenia. To jednak niedobrze, ponieważ oznacza oddanie prawicy dominacji we wszystkich tych obszarach.
A lewica?
Lewica znajduje się w Polsce w bardzo trudnej sytuacji, bo do jakiej tradycji ma się odwołać? Nie chce — i słusznie — odwoływać się do PRL. Sprzeciwia się ekscesom nacjonalistycznym, również słusznie. Odwołuje się do współczesnego obywatelstwa, wolności jednostki i praw człowieka.
W rezultacie PiS pozostaje samozwańczym strażnikiem tradycji rozumianej w sposób całkowicie bezrefleksyjny, nacjonalistyczny, niepluralistyczny. Pozostaje bezrefleksyjna duma z Polski i polskości, rozumiana afirmacyjnie, z silnym akcentem na partyzantów powojennych.
Najlepsi są żołnierze wyklęci, bo im mniej wiemy o ich osobistych poglądach, tym łatwiej przypisywać im różne idee. Jakie? Niezłomność, antykomunistyczne nastawienie polskiego narodu, tradycyjną wiarę i męczeństwo z rąk komunistów. Na tej podstawie buduje się określoną wizję tego, czym Polska była, jest i powinna być.
Dzisiaj spośród partii tworzących koalicję rządzącą to PSL najaktywniej prowadzi politykę historyczną. Często porusza się przy tym po podobnych torach co PiS.
Tak, PSL także wchodzi w tę narrację. Jednocześnie redukuje historię ruchu ludowego do Wincentego Witosa i Piasta, przymykając oczy na fakt, że istniały co najmniej trzy istotne stronnictwa ludowe, z których dwa miały wyraźnie lewicowy charakter — PSL „Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie.
PSL nie odwołuje się do pamięci o powojennym PSL. Stanisław Mikołajczyk wrócił z Londynu, został wicepremierem w rządzie zdominowanym przez komunistów i zaakceptował ustalenia jałtańskie. Osłabia to prostą narrację, zgodnie z którą każdy, kto po 1945 roku układał się z władzą, był godny potępienia. W takim ujęciu należałoby potępić również Mikołajczyka.
Najbardziej radykalni historycy IPN zresztą go po cichu potępiają. Nie zawsze chcą mówić o tym głośno, więc najczęściej po prostu milczą.
Do czego to wszystko prowadzi?
Wszystko to służy zamienianiu historii w laurkę, którą można dowolnie manipulować: jedne rzeczy eksponować, a inne ukrywać.
Takie wybiórcze opisywanie dziejów i tradycji jest po prostu kłamstwem.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Komentarze