Ujawnienie nowej porcji akt Jeffreya Epsteina nie przyniosło sensacyjnych list, lecz coś bardziej bolesnego: dokumentację systemu, w którym przemoc mogła trwać latami. Była osłaniana prestiżem, pieniędzmi i instytucjonalną bezwładnością. To nie jest tekst o plotkach wokół nazwisk — to opowieść o mechanizmie, który zbyt długo działał bez hamulców.
W piątek 30 stycznia Ministerstwo Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych formalnie zamknęło jeden z najbardziej obciążonych politycznie i symbolicznie procesów ujawniania dokumentów w najnowszej historii amerykańskiego państwa.
W liście do Kongresu biuro prokuratorki generalnej Pam Bondi poinformowało o wykonaniu obowiązków wynikających z Epstein Files Transparency Act — ustawy podpisanej przez Donalda Trumpa w listopadzie 2025 r., nakazującej niemal pełne ujawnienie materiałów związanych ze śledztwami i postępowaniami dotyczącymi Jeffreya Epsteina oraz Ghislaine Maxwell.
Skala przedsięwzięcia była bezprecedensowa. Ministerstwo przejrzało ponad sześć milionów stron potencjalnie istotnych materiałów: e-maile FBI i prokuratury, notatki zeznań, zdjęcia, nagrania wideo, dokumenty procesowe i akta administracyjne, gromadzone przez ponad dwie dekady w wielu jurysdykcjach.
Ostatecznie do publicznego udostępnienia trafiło ponad trzy miliony stron,
a wraz z wcześniejszymi publikacjami — blisko trzy i pół miliona dokumentów, w tym ponad dwa tysiące nagrań wideo i około 180 tysięcy obrazów.
Na zdjęciu u góry:- zastępca prokuratorki generalnej Todd Blanche na konferencji prasowej po ujawnieniu akt 30 stycznia 2026. Fot. Anna Moneymaker/Getty Images/AFP
Ekipa prokuratorki generalnej podkreśla, że przyjęła strategię „nadmiarowego gromadzenia”, by uniknąć zarzutów o selektywność. Oznaczało to świadome zebranie znacznie większej liczby dokumentów, niż ostatecznie uznano za potrzebne w sprawie. Proces selekcji i anonimizacji był w dużej mierze ręczny, prowadzony wieloetapowo przez ponad 500 prawników i specjalistów, z dodatkowymi kontrolami w Nowym Jorku i na Florydzie. Priorytetem — jak wielokrotnie podkreślono w liście — była ochrona ofiar przed ujawnieniem danych osobowych i naruszeniem prywatności.
Ministerstwo sprawiedliwości zaznaczyło, że żadnych dokumentów nie utajniono ze względu na interes obronności lub polityki zagranicznej — choć ustawa formalnie dopuszczała taką możliwość.
Powodem tajemnica zawodowa, ochrona pracy prokuratorskiej i poufność relacji adwokat–klient.
Ujawnienie materiałów zawierających treści seksualne — w tym nagrań zabezpieczonych na nośnikach Epsteina — nastąpiło w formie głęboko zanonimizowanej: twarze i ciała kobiet zostały zamazane, niezależnie od tego, czy materiały miały charakter amatorski czy komercyjny. Dostęp do tej części archiwum został ograniczony wyłącznie do osób pełnoletnich.
Sztab Pam Bondi przyznał również, że przy takiej skali operacji nie da się całkowicie uniknąć niespójności w redakcjach i anonimizacji. Zmieniające się ustalenia dotyczące statusu niektórych osób — ofiar, świadków, uczestników korespondencji — prowadziły do korekt w trakcie procesu, co mogło skutkować różnicami między poszczególnymi plikami. W odpowiedzi uruchomiono specjalny kanał kontaktu dla ofiar i ich pełnomocników, umożliwiający zgłaszanie błędów.
Posłowie i senatorowie otrzymali także możliwość wglądu w niezanonimizowane materiały — pod warunkiem zachowania ścisłej poufności.
Oficjalnie to koniec procesu. Politycznie i społecznie — dopiero początek. Ujawnione archiwa nie tyle zamykają sprawę Epsteina, ile przenoszą ją z obszaru domysłów do sfery masowej lektury: chaotycznej, bolesnej i nieuniknionej. Władze mówią o „maksymalnej przejrzystości”. Teraz to opinia publiczna będzie musiała zmierzyć się z jej konsekwencjami.
A czego nowego się dowiedzieliśmy? I mnóstwo, i nic, zależy jak patrzeć, dlatego należy zachować ostrożność. „The New York Times” w swojej analizie nowych akt nie koncentruje się na samych przestępstwach — te są znane od lat — lecz na czymś innym, znacznie bardziej niewygodnym dla elit: na długotrwałości, intensywności i intymności relacji Jeffreya Epsteina z ludźmi władzy, pieniędzy i prestiżu.
Według Nicholasa Confessore i redakcji NYT dokumenty ujawnione przez Ministerstwo Sprawiedliwości nie burzą dotychczasowej wiedzy o skali jego zbrodni, ale
systematycznie podważają narrację, którą przez lata budowali jego dawni znajomi: że „nie byli blisko”, „nie wiedzieli”, „odcięli się w porę”.
Z akt wyłania się obraz świata, w którym Epstein nie był marginalnym ekscentrykiem tolerowanym chwilowo ze względu na pieniądze czy intelekt, lecz stałym elementem krążenia elit. Był obecny w ich korespondencji, planach podróży, prywatnych zaproszeniach i finansowych układach. Jego relacje z wpływowymi postaciami trwały latami, także po 2008 r., gdy został skazany za przestępstwa seksualne wobec nieletnich. Skazanie nie zerwało więzi — w wielu przypadkach jedynie je spowolniło lub przeniosło do sfery mniej oficjalnej.
Elon Musk, który publicznie twierdził, że odmówił zaproszeń na prywatną wyspę Epsteina z powodów moralnych, w prywatnej korespondencji pytał o „najdzikszą noc” na tej samej wyspie.
Howard Lutnick, dziś minister handlu w rządzie Trumpa, opowiadał o wstrząsie po wizycie w rezydencji Epsteina, a kilka lat później planował rodzinny wyjazd na Little St. James.
Kathy Ruemmler, była doradczyni prawna Białego Domu, nie ograniczała relacji do świadczenia usług zawodowych — korespondencja sugeruje spotkania, rozmowy o „dziewczynach” i przyjmowanie kosztownych prezentów. W każdym przypadku publiczne wyjaśnienia brzmią ostrożnie, technicznie, defensywnie.
Andrew Farkas, nowojorski magnat nieruchomości i wpływowy darczyńca polityczny, w prywatnych mailach nazywał Epsteina jednym z najlepszych przyjaciół, deklarował miłość i podpisywał się czułymi formułami — już po jego pierwszym wyroku.
Peter Thiel, który jeszcze niedawno sugerował, że ponowne dojście Donalda Trumpa do władzy ujawni prawdę o śmierci Epsteina, okazał się pośrednio finansowo powiązany z nim przez fundusz inwestycyjny i wieloletnią korespondencję.
Otaczanie się znanymi nazwiskami było elementem mechanizmu przemocy: ofiary widziały zdjęcia Epsteina z wpływowymi ludźmi, słyszały rozmowy telefoniczne, bywały zabierane na spotkania, gdzie stykały się z elitą. W ten sposób władza symboliczna zamieniała się w narzędzie zastraszania. Epstein nie tylko krzywdził — on demonstrował bezkarność.
Akta ujawniają także jego rolę jako pośrednika między bogatymi mężczyznami a młodymi kobietami. Zaproszenia formułowane półżartem, sugestywne pytania o „kłopoty”, propozycje „towarzystwa” — wszystko to funkcjonowało w języku lekkości i aluzji, który maskował realną przemoc. Status skazanego przestępcy seksualnego nie stanowił realnej bariery. Był raczej niewygodnym szczegółem, który dało się zignorować.
Najbardziej niepokojący wniosek z lektury dokumentów nie dotyczy jednego człowieka, lecz systemu.
Epstein nie był wyjątkiem tolerowanym przez chwilę, lecz węzłem sieci, w której prestiż, pieniądze i władza wzajemnie się chroniły. Nowe akta nie dostarczają prostych sensacji ani ostatecznych dowodów winy elit. Dostarczają czegoś trudniejszego: kroniki zaprzeczeń, półprawd i relacji, które — wbrew publicznym deklaracjom — trwały zbyt długo, były zbyt bliskie i zbyt konsekwentne, by uznać je za przypadek.
Tymczasem analiza CNN zwraca uwagę na kilka nowych, niepokojących wątków, które wyłaniają się z pierwszej lektury ponad trzech milionów stron akt ujawnionych przez amerykański resort sprawiedliwości.
To nie są jeszcze sensacyjne „rewelacje”, lecz raczej dokumenty pokazujące, jak bardzo niepełna była dotąd odpowiedź państwa na pytanie o skalę współudziału, zaniechań i ochronnych parasoli wokół Jeffreya Epsteina.
Jednym z najistotniejszych elementów nowych akt jest projekt aktu oskarżenia przygotowany w pierwszej dekadzie XXI wieku przez prokuraturę na Florydzie. Dokument, który nigdy nie trafił do sądu, zakładał postawienie Epsteina w jednym rzędzie z co najmniej trzema innymi osobami „zatrudnionymi” przez niego i aktywnie uczestniczącymi w procederze werbowania nieletnich dziewcząt. Opisano je jako osoby pośredniczące w umawianiu spotkań, organizujące kontakty i ułatwiające dostęp do ofiar. Choć nazwiska zostały zaczernione, sam fakt istnienia takiego projektu potwierdza, że śledczy już wtedy widzieli przestępstwa Epsteina jako działanie zorganizowane, a nie samotną dewiację jednego człowieka. To z kolei ponownie kieruje uwagę na kontrowersyjne porozumienie procesowe, które pozwoliło mu uniknąć znacznie surowszych zarzutów i realnej odpowiedzialności karnej.
Nowe akta ujawniają skalę napięć i błędów po stronie samego resortu sprawiedliwości.
Już w pierwszych godzinach po publikacji pojawiły się zarzuty, że część danych umożliwiających identyfikację ofiar nie została właściwie zabezpieczona. Prawnicy reprezentujący osoby skrzywdzone mówią wprost o naruszeniu zaufania i prywatności na bezprecedensową skalę. Choć władze tłumaczą te uchybienia ogromem materiału i nieuniknionymi pomyłkami, dla wielu ocalałych z przemocy to kolejny dowód, że państwo nawet po latach nie potrafi zapewnić im elementarnej ochrony.
Istotnym wątkiem są także dokumenty pokazujące, jak długo w aparacie państwowym krążyły sygnały ostrzegawcze, notatki i zeznania, które nie prowadziły do przełomu w śledztwach. W aktach znalazły się opisy rozmów z ofiarami, sporządzane przez agentów. Choć pełne drastycznych szczegółów — nie zawsze były weryfikowane ani rozwijane w dalsze czynności. Jeden z takich zapisów dotyczy dziewczynki, która jako nastolatka zwierzyła się Epsteinowi z wcześniejszego wykorzystania seksualnego, po czym sama padła jego ofiarą. Dokumenty pokazują nie tylko przemoc, lecz także psychologiczną ambiwalencję i mechanizmy uzależnienia: poczucie krzywdy splatające się z chwilowym poczuciem bezpieczeństwa czy finansowego „wynagrodzenia”.
Ale nowa publikacja akt nie przynosi upragnionej listy klientów ani prostych odpowiedzi na pytanie, „kto jeszcze”.
Zamiast tego odsłania systemową słabość: wieloletnie rozmywanie odpowiedzialności, opóźnienia, decyzje o niepodejmowaniu spraw lub ich zawężaniu oraz instytucjonalną niezdolność do postawienia kropki nad „i”, gdy sprawa dotykała ludzi wpływowych. W tym sensie akta nie są wyłącznie archiwum zbrodni, lecz także kroniką niewydolności wymiaru sprawiedliwości.
Tymczasem ostatnia porcja dokumentów wprowadza do sprawy Jeffreya Epsteina kolejny wątek, który – choć nie przynosi dowodów przestępstwa – ponownie uruchamia pytania o charakter i granice jego relacji z Billem Gatesem.
Wśród ujawnionych dokumentów znalazły się bowiem notatki mailowe wysyłane w 2013 roku z konta Epsteina… do samego siebie. Ich ton jest chaotyczny, emocjonalny, pełen literówek i niespójnych narracji, co samo w sobie każe traktować je z dużą ostrożnością.
W tych wiadomościach Epstein przypisywał Gatesowi pozamałżeńskie kontakty seksualne z „rosyjskimi dziewczynami”. Sugerował chorobę przenoszoną drogą płciową oraz własną rolę jako pośrednika. Od organizowania spotkań po „pomoc w zdobywaniu substancji”, które miały łagodzić skutki rzekomych skandali.
Jedna z notatek była stylizowana na list zwolnionego pracownika, uwikłanego w konflikt z Melindą French Gates. Inna przypominała emocjonalne oświadczenie kogoś wciągniętego w cudzy kryzys małżeński. Nie ma dowodów, by te wiadomości kiedykolwiek trafiły do Gatesa lub kogokolwiek innego.
Rzecznik współzałożyciela Microsoftu stanowczo odrzucił zawarte w nich sugestie. Określił je jako „kompletnie absurdalne” i wskazując raczej na frustrację Epsteina, który – jak twierdzi obóz Gatesa – zabiegał o relację, jakiej nigdy nie udało mu się utrzymać. W tym ujęciu notatki miałyby być próbą autokreacji lub narzędziem potencjalnego szantażu, a nie zapisem faktów.
Sam Gates już wcześniej publicznie przyznał, że jego kontakty z Epsteinem były „poważnym błędem”. Jego była żona, Melinda French Gates, mówiła o Epsteinie jako o osobie „odrażającej” i „uosabiającej zło”. Podkreślała, że jasno wyrażała sprzeciw wobec tych relacji. Nowe dokumenty nie zmieniają zasadniczo tej wiedzy. Pokazują coś innego: jak Epstein budował alternatywną, prywatną narrację o swojej bliskości z wpływowymi ludźmi. Narrację, która dziś, po latach, wraca w postaci niepokojących, choć niezweryfikowanych zapisków.
Ujawnione materiały przyniosły jednak nie tylko kolejne zaprzeczenia i linie obrony.
W kilku przypadkach wywołały reakcję odmienną: publiczną skruchę i próbę symbolicznego odcięcia się od dawnych relacji.
Najgłośniejszy przykład dotyczy Caseya Wassermana, szefa komitetu organizacyjnego igrzysk olimpijskich w Los Angeles, którego korespondencja mailowa z Ghislaine Maxwell z 2003 roku znalazła się w najnowszej partii akt.
W mailach, pisanych na długo przed ujawnieniem przestępstw Maxwell i Epsteina, pojawiają się flirtujące aluzje, żarty o masażach i dwuznaczne sugestie, dziś brzmiące jak dokument epoki beztroskiej ślepoty elit. Wasserman, wówczas żonaty, nie próbował podważać autentyczności korespondencji. W wydanym oświadczeniu przyznał, że „głęboko żałuje” tych kontaktów, podkreślając, iż miały one miejsce, zanim zbrodnie Maxwell wyszły na jaw. Zapewnił też, że nie łączyła go żadna relacja – osobista ani zawodowa – z samym Epsteinem, a jedyny kontakt miał charakter incydentalny i publiczny.
Ten ton — wyraźnie odmienny od defensywnych komunikatów wielu innych bohaterów akt — pokazuje, że publikacja dokumentów działa nie tylko jak archiwum faktów, lecz także jak zwierciadło. Dla niektórych to moment, w którym dawną nonszalancję trzeba nazwać po imieniu i uznać ją za błąd, nawet jeśli nie miała ona wymiaru karnego.
W cieniu politycznych sporów i medialnej gorączki coraz wyraźniej słychać jednak głos tych, którzy od początku pozostają w tej historii najważniejsi – ofiar. Piątkowa publikacja akt spotkała się z ostrą reakcją części kobiet skrzywdzonych przez Epsteina i ich pełnomocników. Ich zarzut jest prosty, ale fundamentalny: pod hasłem jawności po raz kolejny naruszono ich prywatność.
Prawnicy reprezentujący ocalałe wskazują, że w udostępnionych dokumentach znalazły się:
Dla wielu kobiet to nie jest abstrakcyjny błąd proceduralny, lecz realne zagrożenie – powrót wstydu, lęku i poczucia bezradności, które towarzyszyły im przez lata milczenia.
W zbiorowym oświadczeniu kilkanaście ofiar napisało wprost, że to, co przedstawiane jest jako przełom w przejrzystości państwa, w praktyce oznacza kolejne wystawienie ich na widok publiczny. Ich zdaniem
system po raz kolejny działa asymetrycznie.
Nazwiska i dane kobiet wypływają, podczas gdy sprawcy, pomocnicy i beneficjenci milczących układów wciąż kryją się za zaczernieniami, klauzulami i prawną ostrożnością.
Jak już pisałem Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiada, że skala materiału i ręczny charakter pracy czyniły pomyłki nieuniknionymi, a intencją było przede wszystkim zabezpieczenie ofiar. Tyle że dla samych zainteresowanych intencje nie wystarczają. Podkreślają, że prawo do prywatności nie jest dodatkiem do sprawiedliwości, lecz jej warunkiem. I że nie można mówić o zamknięciu sprawy Epsteina, dopóki ciężar ujawnienia wciąż spada przede wszystkim na tych, którzy już raz zapłacili najwyższą cenę.
W tym sensie nowe akta nie tylko odsłaniają mechanikę władzy i bezkarności, lecz także brutalnie przypominają, jak kruche są prawa ofiar w starciu z machiną państwa. I jak łatwo hasło „jawność” może stać się kolejnym źródłem przemocy – tym razem administracyjnej.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze