Samorządy i politycy związani z Bieszczadami straszą atakami niedźwiedzi, wzywają do ostrzału. Co zyskują? Na razie tyle, że turyści coraz częściej wybierają inne kierunki. O to, co Bieszczady zawdzięczają obecności niedźwiedzi i czy da się obok nich żyć, pytamy dr. Andrzeja Czecha, leśnika, rolnika i lokalnego przedsiębiorcę
58-letnia kobieta nie żyje po ataku niedźwiedzia. Do tragedii doszło pod koniec kwietnia 2026 roku w Płonnej na Podkarpaciu. Szczegółów nie znamy – wiadomo, że kobieta była zbieraczką poroży, dlatego wybrała się do lasu.
Niedługo potem w mediach wybuchła kolejna niedźwiedzia panika: zwierzę podeszło blisko zabudowań i przestraszyło rolnika w Morochowie, w gminie Zagórz.
Samorządy z Podkarpacia wnioskują o odstrzał niedźwiedzi, argumentując, że konfliktów jest coraz więcej, a ludzie się boją. Taka narracja szkodzi nie tylko przyrodzie, ale też lokalnej gospodarce – mówi dr Andrzej Czech.
Paweł Średziński: W Bieszczadach mieszkasz od pokoleń. Jak skomentowałbyś głosy tej grupy mieszkańców, która domaga się odstrzału dużych drapieżników?
Dr Andrzej Czech: Jestem autochtonem. Moja rodzina od pokoleń mieszka w Bieszczadach, co nie jest tu tak oczywiste. Wiele osób, które dziś deklarują, że są bieszczadnikami, tak naprawdę pojawiło się na miejscu ukraińskich rodzin wysiedlonych w ramach akcji „Wisła” po II wojnie światowej. Część osób została zwabiona różnymi korzyściami takimi jak tanią czy darmową ziemią. Są też dobrowolni osadnicy, takie niespokojne duchy, których Bieszczady zawsze przyciągały.
Tutaj prawie nie ma ludności, którą można uznać za zakorzenioną i rdzenną.
Dlatego nie rozumiem głosów, które odmawiają zabierania głosu tym osobom napływowym.
Nikt nie ma prawa zabraniać osobom mieszkającym dziś w Bieszczadach i szerzej, we wschodniej części polskich Karpat, wypowiadać się w obronie dzikich zwierząt. To, że ktoś jest w Bieszczadach uważany za swojego lub obcego, nie zależy zatem od tutejszości, ale od tego, czy podziela te same poglądy, czy nie zgadza się z nimi.
Przyrodnicy, osoby, którym bliska jest idea ochrony zwierząt, są z automatu wykluczani, bo nie należą do bardziej widocznej w mediach grupy, pomstującej na niedźwiedzie. Nazwałbym to zjawisko plemiennością i rzeczywiście to się tutaj odczuwa.
Często widujesz niedźwiedzie i wilki?
Mimo że mieszkam w Bieszczadach od urodzenia, a moje gospodarstwo stoi na uboczu, raz w życiu widziałem cień niedźwiedzia przemykającego się o zmroku. Dużo częściej trafiam na jego ślady. Podobnie jest z wilkami. Najczęściej trafiam na odcisk ich łap.
Skąd ta niechęć do niedźwiedzi i w ogóle do ochrony przyrody w Bieszczadach?
To dość złożona kwestia. Jest kilka grup, które nie będą bronić podtrzymania ochrony gatunkowej. Mieszkaniec tego regionu, który np. żyje z rolnictwa, chociaż w Bieszczadach takich osób jest niewiele, to najczęściej przyjechał w te strony kilkadziesiąt lat temu. Wtedy świat przyrody zaczął dopiero się odbudowywać, a Bieszczady zadziczać. Temu zjawisku sprzyjały wysiedlenia ludności ukraińskiej, po której zostały opustoszałe wsie i osady.
W ich miejsce wchodziła natura.
Ci rolnicy, którzy pojawili się tutaj już po II wojnie światowej, od samego początku nie byli zwolennikami współegzystowania z dużymi drapieżnikami. Wraz z pojawieniem się tych zwierząt rozpoczęło się ich tępienie, trucie i zabijanie, w ramach politycznie sterowanej akcji wilczej z czasów PRL. Z kolei niedźwiedzi było wtedy niewiele i nie dochodziło jeszcze do sytuacji konfliktowych. To właśnie ta pierwsza grupa nowych osadników zaczęła zauważać, że w ich sąsiedztwie, gdzie powracał las, przybywało dużych drapieżników.
To były często osoby, które wcześniej nie znały życia obok wilków czy niedźwiedzi, bo pochodziły z regionów, gdzie te drapieżniki dawno wytępiono. Dlatego nawet nie zabezpieczano zwierząt gospodarskich. Nagle coś zaczęło się w ich życiu zmieniać. Pojawiły się wilki, ponoszono straty w hodowlach zwierząt. Dziś znamy metody, żeby je zabezpieczać.
Jest jeszcze druga grupa ludzi. Są to zupełnie nowo osiedleni, którzy nie zajmują się w ogóle rolnictwem, ale świadczą różne usługi, na przykład wynajmują kwatery turystom. Są wcześni emeryci, reprezentujący zawody z przywilejem szybkiego zyskania uprawnień emerytalnych.
Mieszkają tu też ludzie, którzy sprzedali swój dobytek gdzie indziej i postanowili „rzucić wszystko i przyjechać w Bieszczady”, założyć flanelową koszulę, gumiaki i rąbać drewno, a wieczorami siedzieć przy kominku. Zdecydowali się na zakup kawałka ziemi, zbudowali tu swoje domy, parking wyłożyli kostką i założyli trawnik, ale z drugiej strony weszli w środowisko zupełnie im obce. Nagle okazuje się, że ich psa zagryzł wilk. W tej grupie jest dużo zwolenników odstrzału dużych drapieżników.
Są jeszcze politycy.
Tak, to trzecia grupa, najbardziej cyniczna, która wykorzystuje sytuacje konfliktowe z dużym drapieżnikami, nie po to, aby je rozwiązać, tylko nagłośnić i poprawić swoje wyborcze notowania. Oni są najbardziej widoczni.
Przodują wśród nich politycy Konfederacji, ale są też osoby z innych ugrupowań, jak poseł Bartosz Romowicz z Polski 2050.
W naszych Bieszczadach trudno jest zresztą, jak i na całym Podkarpaciu, znaleźć polityka jakiejkolwiek opcji, który będzie otwarcie popierać ochronę przyrody, w tym podtrzymanie ścisłej ochrony gatunkowej. Dzieje się wręcz przeciwnie.
Politycy z Podkarpacia, zamiast zajmować się zamykanymi szpitalami i innymi realnymi problemami, uznali, że wybiorą najprostszą ścieżkę i będą zyskiwać popularność na budowaniu atmosfery strachu, proponując odstrzał dużych drapieżników i blokadę tworzenia nowych obszarów chronionych.
Jest to pełna cynizmu postawa. Jeżeli napiszesz o złym wilku albo złym niedźwiedziu, zostanie to podchwycone przez algorytmy mediów społecznościowych i zyskasz popularność, a w dłuższej perspektywie głosy w nadchodzących wyborach. Coś tam obiecasz i słupki poparcia rosną. To, że po wyborach nic nie zrobisz, to nie ma znaczenia.
Jest jeszcze jeden aspekt, który wynika z lokalnych układów. Tu w Bieszczadach silne są zależności towarzyskie i biznesowe. One również przekładają się na podsycanie atmosfery zagrożenia ze strony dzikich zwierząt. Bo tu wciąż bardzo wpływowi są i myśliwi, i miejscowe nadleśnictwa.
Ci pierwsi mogą poprzez polityków domagać się wznowienia polowań na duże drapieżniki. Ci drudzy, to jest leśnicy, którzy również bardzo często zasiadają w bieszczadzkich ciałach samorządowych, wykorzystają aktywnych polityków do zablokowania powstania obszarów chronionych, które mogłyby uszczuplić obszar, gdzie mogą gospodarować łowiecko i wycinać drzewa.
Te wpływowe w Bieszczadach grupy interesu wykorzystują polityków dla własnych celów.
Bieszczady mają jeszcze jeden problem. Jest to kwestia planowania przestrzennego. Jak to wygląda w praktyce?
Przede wszystkim bieszczadzkie gminy nie mają wciąż planów zagospodarowania. Zgodnie z prawem mają dowolność w wydawaniu warunków zabudowy (WZ), również poza obszarami już zamieszkałymi. W ostatnich miesiącach te wnioski o wuzetki były bardzo liczne z racji obowiązku tworzenia planów ogólnych, które mają uporządkować kwestię zagospodarowania przestrzennego na poziomie gminy.
Przez ostatnie lata, każdy, kto chciał, zwracał się o wydanie warunków zabudowy i niemal zawsze je dostawał. Szczególny boom panował w Bieszczadach w czasie pandemii. Wiele osób zaczęło budować domki na wynajem. Ten boom nałożył się na brak planów zagospodarowania. W rezultacie domy wyrastały również z dala od miejscowości, tam, gdzie wcześniej można było spotkać dzikie zwierzęta. To z kolei otwierało nowe ogniska sytuacji konfliktowych z udziałem dużych drapieżników.
W ubiegłym roku można było spotkać niedźwiedzie wędrujące wśród domków pod wynajem, szukające śmieci pozostawionych przez letników.
A potem wszczyna się alarm…
Ktoś zareaguje na te wizyty strachem i podniesie alarm, dzwoniąc na policję. Inna osoba sfotografuje zwierzę lub je sfilmuje. Może być też tak, co zresztą widzieliśmy już w mediach społecznościowych, że ktoś „dla klików” zacznie dokarmiać niedźwiedzie, co jest proszeniem się o konflikt. Wiele osób decydując się na bliskie sąsiedztwo dzikich zwierząt, nie jest na nie przygotowane.
Z czego jeszcze wynikają sytuacje konfliktowe?
Dużym problemem, który uruchomił efekt kuli śniegowej, są miejsca, gdzie wyrzuca się żywność. Oprócz nęcisk i karmisk łowieckich, które przyzwyczajają niedźwiedzie do tego, że mogą tam znaleźć łatwy, wysokokaloryczny pokarm, i to przez cały rok, mamy też czatownie tak zwanych „fotografów przyrody”.
Fotografowie wyrzucają żywność, żeby zagwarantować sobie uwiecznienie w kadrze „dużego zwierza”, lub oferują takie usługi komercyjnie amatorom robienia zdjąć.
Mamy też problem z gospodarką odpadami na poziomie gmin. Wciąż wyrzucane są za domami resztki jedzenia, kompostowniki nie są zabezpieczane. Do tego dochodzi rzadki odbiór odpadów, wystawianych w workach. To wszystko przyciąga niedźwiedzie, ośmiela je.
Problem gospodarki śmieciami wciąż nie został rozwiązany, chociaż już od lat mówiło się o tej potrzebie. Do tego niektórzy świadomie wystawiają garnki z jedzeniem na zewnątrz i dziwią się potem, że zaczął przychodzić do nich niedźwiedź.
Samorządowcy nie będą zainteresowani rozwiązaniem problemu, bo to mogłoby oznaczać wzrost kosztów wywozu śmieci. Jeśli jesteś wójtem i chcesz dalej być w polityce, nie powiesz swoim sąsiadom, że wlepisz im mandat za niezabezpieczanie odpadów. W takiej sytuacji, kiedy człowiek sam przyciąga pod swój dom niedźwiedzie, prostsze jest domaganie się odstrzału. Samorządowiec niczym wtedy nie ryzykuje, a przerzuca odpowiedzialność na kogoś innego, na wyższym szczeblu. W ten sposób okazuje swoją „troskę” o gminę i jej mieszkańców.
A jak ci samorządowcy widzą przyszłość regionu?
Samorządowcy mówią cały czas o rozwoju regionu. Bieszczady mają mieć sieć dobrych dróg, a mieszkańcy pieniądze i komfort życia, jak w mieście. Mówi się nawet o lotnisku. Jednak tego nie da się zrobić w tym miejscu.
Przypomnę, że cała marka Bieszczadów była dotąd dość wysoko lokowana. Ludzie z zewnątrz przyjeżdżali zwabieni bieszczadzką legendą o dzikości. Jednak nie da się tych dwóch rzeczy pogodzić – wizji rozwoju forsowanej przez samorządowców i oczekiwań turystów, których przyciąga przyroda.
Im dłużej będzie trwała prowadzona obecnie kampania strachu wokół niedźwiedzi, tym bardziej ta nasza bieszczadzka marka, która nas wyróżniała, będzie siadać.
Dlatego nie wiem, czy samorządowcy, którzy często też utrzymują się z domków pod wynajem i usług turystycznych, mają świadomość, dokąd doprowadzi ich polityka wzywająca do rozprawienia się z dziką przyrodą.
Zamiast naciskać od lat na utworzenie grup interwencyjnych, usprawnić gospodarkę odpadami, wyjść z edukacją do ludzi i nauczyć ich współbytowania z dużymi drapieżnikami, oni wzywają do odstrzału, do blokowania powstawania nowych obszarów chronionych, i od lat podnoszą alarm w sprawie wilków.
Ta sytuacja jest oczywiście na rękę myśliwym, a kolejne doniesienia o domniemanych atakach często można wiązać z ich wpływem. Weźmy na przykład niedawne informacje z Morochowa. Jak się okazuje, niedźwiedź nie pojawił się na polu rolnika bez powodu. Znajdowała się na nim ambona i nęcisko, a zwierzę wyszło sprawdzić, czy czegoś nie dosypano. Dlatego w tym przypadku nie można mówić o ataku, a raczej o spotkaniu sprowokowanym przez człowieka.
Moim zdaniem wszystkie nęciska i karmiska powinny zostać wygaszone.
A jak na problemy niedźwiedzi przekłada się gospodarka leśna?
Problem w Bieszczadach polega na tym, że nadleśnictwa wchodzą z pozyskaniem drewna, które wiąże się z budową dróg i zakładaniem szlaków zrywkowych, w te fragmenty lasu, które nie były dotąd użytkowane. To są często ostatnie miejsca, gdzie zwierzęta nie były niepokojone przez człowieka. Warto tu dodać, że praca fizyczna w lesie nie jest już zajęciem pożądanym przez lokalną społeczność. Jest problem ze znalezieniem ludzi do pracy.
Nie zwolniło za to tempo pozyskania drewna. Nie powstają też rezerwaty, w przeciwieństwie do innych regionów Polski.
W Bieszczadach z kluczowych zaplanowanych obszarów, które powinny zostać objęte ochroną rezerwatową, wciąż praktycznie nic nie powstało. A to umożliwia dalsze prowadzenie gospodarki leśnej, wjazd ciężkiego sprzętu, który zastąpił dawne, mniej inwazyjne metody pozyskania drewna.
Dynamicznie rozwijają się rajdy offroadowe, na które przymykają oczy i samorządy i służby. Z drugiej strony nie powstają strefy ochrony dla niedźwiedzi w miejscach ich gawrowania. Nie wyłącza się fragmentów lasu, nie tworzy w nich ostoi.
Czy nazwałbyś dzisiejsze Bieszczady dzikimi?
Pojęcie dzikości można różnie interpretować. Z mojej perspektywy wyznacznikiem jest obecność dużych drapieżników, których mamy tutaj komplet. Są jeszcze ostatnie skrawki starych drzewostanów. Istnieje jeszcze ten cały mechanizm ekosystemów, który wciąż działa. Oczywiście Bieszczady mogłyby być bardziej dzikie, ale przy takiej presji łowieckiej i leśnej, ale też zabudowy i rozjeżdżania Bieszczadów przez pojazdy terenowe, ta wizja jest daleka od zrealizowania. Grozi nam raczej dalsze osłabianie tej dzikości.
Nie dajesz jednak za wygraną i razem z innymi osobami, które mieszkają w Bieszczadach i Beskidzie Niskim, chcesz dać odpór narracji antyniedźwiedziej i antyprzyrodniczej. Czym ma zająć się wasza inicjatywa?
W Bieszczadach mamy sporo osób, które zajmują się nie tylko badaniami przyrodniczymi, ale przede wszystkim przewodnictwem i świadczeniem usług turystycznych i edukacją. Naszą inicjatywę będą tworzyć ludzie, którzy zamieszkali w krainie niedźwiedzia.
Jesteśmy stąd, płacimy tu podatki i mamy prawo do swojej opinii i głosu.
My też jesteśmy samorządem w tym regionie. Chcemy zastopować tę spiralę nienawiści wobec niedźwiedzi i ludzi stających w ich obronie. W ostatnich tygodniach każdy, kto mówi, że są inne sposoby na współegzystowanie z dużymi drapieżnikami, naraża się na falę hejtu. Wytyka się takim osobom to, że nie są stąd, że noszą w terenie ubrania z niemieckiego demobilu lub mają czelność mówić inaczej niż politycy z Konfederacji czy poseł Romowicz.
Chcemy zmienić narrację wokół Bieszczad i dużych drapieżników. Rozwiązywanie problemów na linii człowiek – dzikie zwierzęta jest możliwe bez polowań. Będziemy budować lokalną koalicję, w której są też ludzie związani z mediami.
Planujemy wyjść do ludzi w naszym regionie z edukacją o tym, jak unikać konfliktów. Chcemy wywierać presję na instytucje, które już dawno powinno zająć się tą kwestią, a wciąż działają opieszale. Jednocześnie zamierzamy uspokoić grupę spanikowanych ostatnimi doniesieniami turystów, którzy coraz częściej rezygnują z przyjazdu w Bieszczady i zadają pytania o bezpieczeństwo. Bieszczadzkie samorządy i politycy z Podkarpacia zrobili już bardzo dużo, żeby wystraszyć tych ludzi.
A może wystarczy uświadomić tych turystów, że istnieje prawdopodobieństwo spotkania z dużymi drapieżnikami?
Ważne jest uświadamianie ludziom, jak powinni zachowywać się w terenie, żeby zminimalizować ryzyko spotkania z dużym drapieżnikami. Ale w Tatrzańskim Parku Narodowym, gdzie ciągną tłumy, dzięki konsekwentnym działaniom udało się doprowadzić do tego, że turystyka i dzika przyroda się nie wykluczają. W Bieszczadach mamy wiele lat zaległości i to z nich powinni być rozliczani dziś decydenci. Duża część osób utrzymuje się tutaj z turystyki. A co jeśli ludzi będzie jeszcze mniej? Bo dziś Bieszczady nie cieszą się aż tak wielkim zainteresowaniem, jak parę lat temu. Turyści wybierają inne kierunki. To są albo turystyczne molochy typu Solina, albo Arłamów, gdzie wydają grube pieniądze. Zamiast tego mogli wspierać lokalną ekonomię, spać w prawdziwych agroturystykach i kupować prawdziwe lokalne wyroby czy żywność produkowaną na miejscu. Nie ma wątpliwości, że na wojnie z przyrodą Bieszczady i ludzie, którzy tu mieszkają – z wyjątkiem myśliwych – stracą.
Andrzej Czech – doktor nauk biologicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, leśnik i przedsiębiorca ukierunkowany na rozwiązania naśladujące procesy przyrodnicze. Właściciel proprzyrodniczego gospodarstwa rolnego, w którym 30 hektarów gruntów zostało oddane przyrodzie. Zajmował się audytami gospodarki leśnej i przemysłu drzewnego, prowadzi doradztwo środowiskowe i firmy odpowiedzialne środowiskowo i społecznie. Członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody.
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Publicysta, dziennikarz, autor książek poświęconych ludziom i przyrodzie: „Syria. Przewodnik po kraju, którego nie ma”, „Łoś. Opowieści o gapiszonach z krainy Biebrzy”, „Puszcza Knyszyńska. Opowieści o lesunach, zwierzętach i królewskim lesie, a także o tajemnicach w głębi lasu skrywanych, „Rzeki. Opowieści z Mezopotamii, krainy między Biebrzą i Narwią leżącej" i "Borsuk. Władca ciemności. Biografia nieautoryzowana".
Komentarze