Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja GazetaJakub Orzechowski / ...
20 listopada 2020

Lekarz oskarża: 12 porażek rządu PiS w walce z pandemią

Duży szpital na południu Polski. Starszy lekarz, który chce zachować anonimowość, dzieli się swoimi refleksjami. Wylicza po kolei, co w systemie opieki nad chorymi na COVID-19 działa nie tak, jak powinno

1. Nie mamy leków. Rząd poinformował, że zakupił 80 tys. dawek remdesiviru [lek stosowany w leczeniu COVID-19]. A my mając kilka ciężkich oddziałów covidowych mamy dostać lek dla kilku pacjentów. Czy zapowiada się więcej? Na razie nie. Zapowiedziano nam lek tylko dla tych kilku chorych.

Nie ma też inhibitora interleukiny 6, ale tego akurat leku nie ma nigdzie.

2. Nie ma też osocza, bo nikt nie wpadł na to, że można je mrozić. A można je było zbierać przez całe wakacje. Niektórzy ozdrowieńcy chętnie oddają osocze, bo dostają za to dzień wolny.

3. Stadiony to tak naprawdę izolatoria. W naszym regionie mają powstać szpitale polowe w ciągu 2-3 miesięcy, a więc wtedy, kiedy ta fala epidemii będzie już w miarę opanowana.

W Szpitalu Narodowym przyjmuje się pacjentów na tlenoterapię maksymalnie do 2-3 litrów przepływu na minutę.

Chorych, którzy wymagają tak niewielkich dawek tlenu my wypisujemy do domu, a sami pacjenci się już śmieją, że może by pojechali na Stadion Narodowy, by tam poleżeć.

Jeśli zaś chodzi o same izolatoria, to pacjenci nie zgadzają się na pójście do nich. Oni chcą do domu.

4. Ciągle brakuje respiratorów i nikt nie chce dostarczać nowych. Niby są w rezerwie rządowej. W naszej placówce respiratorów jest zawsze na styk. Podłączamy ten ostatni i czekamy do rana. Zwykle zresztą maksymalnie opóźniamy moment podłączenia chorego do respiratora. Wiadomo, że ok. 80 proc. z tych na respiratorach umiera.

W Stanach sprawdził się pomysł z żołnierzami, którzy w razie potrzeby przewożą sprzęt ze szpitala do szpitala. To, że jest np. 60 wolnych respiratorów w moim województwie, to o godzinie 03:00 w nocy w niczym nam nie pomoże. Nikt nie ma czasu dzwonić do innych placówek, by szukać wtedy sprzętu. A poza tym inny szpital raczej i tak by go nie wydał.

5. W rezerwie natomiast nie ma anestezjologów. Anestezjolodzy są u nas wiekowi i zmęczeni. Dopiero 5-6 lat temu zaczęto szkolić więcej rezydentów w tym zakresie, ale jest olbrzymia luka pokoleniowa, anestezjolodzy masowo wyjeżdżali z kraju pod koniec lat 90.

W moim regionie, w jednym szpitalu zabrakło osób do obsługi respiratorów, bo anestezjologów oddelegowano gdzie indziej i respiratory obsługują teraz… okuliści. Dzwonią do nas po przyjacielskie rady co mają robić. To niestety nie jest żart.

6. Bałagan w dodatkach do pensji dla medyków. Przepisy są nieprecyzyjne, w efekcie dodatki dostają nie ci, którzy powinni. W myśl dotychczasowych zasad, ani salowe, ani sanitariusze nie byli objęci dodatkami. Tymczasem sanitariusze wożą zwłoki, ubierają je, przenoszą, a to jest niebezpieczne. Na SOR-ze mają największy kontakt z zakażonymi, razem z nami reanimują pacjentów.

Salowe też do tej pory nie dostawały dodatków. Tymczasem salowa, po anestezjologu, to jest dziś główna osoba w szpitalu, bo jak będzie transport chorego z COVID-em, to musi z nimi jechać salowa w profesjonalnym stroju ochronnym i wszystko myć. Tak było do listopada, a jak będzie teraz z dodatkami - nadal nie wiadomo.

7. Wielu pacjentów nie powinno się w ogóle znaleźć w szpitalu. Połowa naszych chorych jest odwodniona i de facto nie wymaga szpitala. Ale nie ma systemu, żeby im podłączyć kroplówkę w domu.

COVID to nie jest jedna jednostka chorobowa. Tak jak grypa. A grypa może dać infekcję wirusową, może dać zapalenie oskrzeli - co się zdarza najczęściej - i wreszcie może rozwinąć się zapalenie płuc. W COVID-zie jest to samo. Bardzo ważna jest tutaj dawka wirusa. Jeżeli osoba na skutek wysokiej gorączki się odwodni, ale nie ma zapalenia płuc, wcale nie musi jechać do szpitala. Tymczasem do nas jedzie, bo nie ma kto jej założyć kroplówki w domu.

Wystarczyło po pierwszej fali zorganizować odpowiedni personel, który prowadziłby częściowo opiekę już w domu pacjenta, co pozwoliłoby uniknąć niepotrzebnych hospitalizacji, niebezpiecznych zaostrzeń czy niektórych powikłań.

A tak, to większość chorych trafia na jeden oddział, gdzie niestety często dopiero nawdychają się wirusów i rozwijają zapalenie płuc. A jeszcze nie daj Boże trafią koło kogoś, kto świeżo wrócił z OIOM-u, gdzie - jak wiadomo - bytują różne groźne bakterie: Klebsiella pneumoniae, Pseudomonas czy E.coli. Ale nikt na to nie patrzy - jest miejsce, to kładziemy. I czasem hospitalizacja bardzo pogarsza rokowanie.

Nie ma żadnych lotnych brygad, które by to ogarnęły. A kosztowałoby to połowę tego, co Stadion Narodowy.

8. Część pacjentów niecovidowych trafia do nas z kolei w bardzo złym stanie. Do tej pory rocznie w szpitalu mieliśmy dwa ciężkie, praktycznie śmiertelne powikłania zawału w postaci pęknięcia przegrody międzykomorowej. A teraz tygodniowo bywa, że mamy sześć takich przypadków i to bez COVID-u.

Pacjenci nie mogą się dopchać do lekarzy rodzinnych, do kardiologów, na SOR-y i na Izby Przyjęć. Wiele szpitali się zamyka tylko dlatego, że ktoś jest z podejrzeniem COVID-u na Izbie Przyjęć. Nie zbudowano w porę izolatek. Znam placówkę na wschodzie Polski, gdzie śluzę zrobiono z taśmy klejącej i malarskiej folii.

Myśmy myśleli po pierwszej fali, że to jest koniec. Nowy minister zdrowia wprowadził zmiany z dnia na dzień. Doprowadziło to do takiego bałaganu, że nagle ludzie, którzy nie mieli o tym kompletnie pojęcia, zostali wydelegowani do leczenia, a ludziom, którzy mieli jakieś pojęcie, odebrano tę robotę. Dużo ludzi umiera, a dałoby się ich uratować.

9. Lekarze rodzinni nie wpuszczają pacjentów do gabinetów, co tylko pogłębia pandemię na SOR-ach. W naszym rejonie większość placówek POZ jest zamkniętych. Pacjenci ruszają więc na SOR-y i na tych SOR-ach się zakażają. Bo jeden pacjent z dusznością okaże się kardiologiczny, a drugi w kolejce okaże się chorym na COVID.

Niektóre szpitale wpadły same na pomysł testów antygenowych, a pan minister dopiero miesiąc temu ogłosił wielki sukces. Wiele szpitali robiło to od 2 miesięcy, ale sami to zorganizowali.

10. Na karetki covidowe czeka się po 12 godzin. Jeśli chodzi o odwóz do domu to pół biedy. Ale jak pacjent na izolacji czuje się źle w domu, to też musi czekać. My na transport chorego czekamy 12 godzin! Mieliśmy na oddziale lekarkę, która do szpitala oddalonego o trzy przecznice od jej domu, przyjechała w ciężkim stanie po 12 godzinach czekania.

Inny przykład. Zadzwoniła do nas chora pielęgniarka żebyśmy ją przyjęli i „zaśpiewali” jej też 12 czy nawet 16 godzin czekania na karetkę covidową. W końcu przywiozła ją rodzina łamiąc pewne procedury, ale inaczej ona by w tym domu umarła.

Nie wiem, czy jeździ jedna, czy dwie karetki covidowe, ale jest ich 10 razy za mało. Chodzi o transport między szpitalami, na procedury, na dializy, z domu do szpitala, wreszcie odwóz do domu.

Mamy podleczonego pacjenta w szpitalu i należy go wypisać do domu. Na autobus go nie puścimy, bo zarazi innych pasażerów, rodzina na kwarantannie też nie przyjedzie. Zamawiamy więc o 09:00 rano transport, tymczasem oni przyjeżdżają o 01:00 w nocy. My od godz. 09:00 do 12:00 wyrobimy się z wypisem, skierowaniami, lekami, czyli ten chory od 12:00 w południe do 01:00 w nocy blokuje łóżko, bo przecież nie wyrzucimy go na korytarz.

11. Większość znanych mi pacjentów leczy się w domu na różne infekcje i nie umie doprosić się w POZ o test. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje.

Synowa mojej pacjentki choruje w domu na COVID. Pacjentka miała z nią kontakt tydzień wcześniej. I jak dostała gorączki wysłano ją do laboratorium na morfologię, badanie CRP, chyba tylko po to, by te laborantki zarazić. Za to testu w kierunku COVID nikt nie chciał zrobić. A tymczasem taki test powinno się wykonać najpierw, a dopiero jak wyjdzie ujemny, można diagnozować dalej.

To jest dla mnie niezrozumiałe. Nie wiem, dlaczego tak spada liczba testów i dlaczego lekarze POZ na nie nie kierują. Może muszą to raportować, może w grę wchodzi papierologia? Po prostu nie wiem.

12. Niedokładne statystyki. Taką historię opisywali koledzy: pacjent, 82 lata, przewrócił się, potłukł mocno głowę. Kolega go operował, niestety 2 dni później pacjent zmarł. Takie zgony były, są i będą. Wychodzi test na COVID dodatni. I w efekcie ten pacjent jest uznany za zmarłego na COVID z chorobami współistniejącymi, tymczasem wirus nie miał tu żadnego znaczenia, bo bez COVID-u też by umarł.

Ostatnio na dyżurze zmarło mi 3 pacjentów – w jednym wypadku to był rzeczywiście COVID, w pozostałych być może wirus przyspieszył zgon o jeden dzień. Byli przewlekle chorzy, może łatwiej złapali infekcję.

Ale Belgia i Włochy już zgłaszały, że mają problem ze swoimi raportami i odpowiednią kwalifikacją zgonów. Dlatego, gdy patrzymy na statystyki, pamiętajmy, że wiele z tych zgonów, to nie są zgony stricte covidowe. Mamy dużo zaniedbanych, przechodzonych zawałów, udarów, bo ludzie siedzieli w domu.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne