0:00
Prawa autorskie: Marcin Stepien / Agencja GazetaMarcin Stepien / Age...
05 listopada 2020

Ratownicy zasuwają w pandemii po 280-380 godzin w miesiącu. A praw pracowniczych jak na lekarstwo

Adam Piechnik, ratownik: „Jak wchodziłem do ratownictwa, spotkałem wspaniałych ludzi - nakręconych, pełnych pasji. Widzę ich po kilku latach i są wypaleni jak żużel. Zgorzkniali, cyniczni, pogodzeni z tym, że kto ma żyć, przeżyje, a kto ma umrzeć, umrze”

Wydrukuj

28 października 2020 w Bydgoszczy miał miejsce tragiczny wypadek. 33-letni ratownik medyczny Grzegorz Piórkowski z Motocyklowego Zespołu Ratownictwa Medycznego Wojewódzkiej Stacji Pogotowania Ratunkowego w Bydgoszczy jechał do pacjenta, którego stan nagle się pogorszył. Doszło do zderzenia motocykla ratunkowego z autem osobowym, w wyniku czego młody ratownik zmarł.

„Grzegorz Piórkowski był świetnym ratownikiem medycznym i dyspozytorem medycznym oraz wykładowcą na Wydziale Lekarskim Collegium Medicum w Bydgoszczy, UMK w Toruniu. Ale przede wszystkim był dobrym ojcem Kuby, kochającym narzeczonym Eweliny i przyjacielem nas wszystkich” – napisał na Facebooku Krzysztof Wiśniewski z WSPR.

Znajoma lekarka z Bydgoszczy spytała mnie „Czy byłaby szansa, żeby na profilu OKO.press znalazło się kilka słów o naszym Grzesiu i link do zbiórki (https://zrzutka.pl/wr6455), żeby zabezpieczyć jego rodzinę? Przyszłość jego synka zależy od kwoty, jaką zbierzemy. Jego tata - jak większość ratowników - pracował na kontrakcie, więc renta będzie śmieszna” – dodała lekarka.

Do 4 listopada udało się uzbierać na ten cel ponad 196 tys. zł. Do końca zbiórki zostały jeszcze 22 dni.

Sławomir Zagórski OKO.press: Dotarła do Pana wiadomość o ratowniku z Bydgoszczy, który zginął w trakcie dyżuru prowadząc motoambulans?

Adam Piechnik, ratownik: Takie wieści rozchodzą się błyskawicznie. Wpłaciłem już pieniądze na zrzutce.pl. Bardzo smutna wiadomość.

Przyznam się, że w ogóle nie wiedziałem o istnieniu w Polsce motoambulansów. Wielu ratowników pracuje w ten sposób?

Jeszcze nie. Na razie tylko parę stacji pogotowia w kraju korzysta z ich usług. W Warszawie przymierza się do tego jeden z powiatów.

To robota dla zapaleńców - z jednej strony ratownictwa medycznego, a z drugiej motocykli.

Znacznie więcej dowie się pan w Fundacji Ratownictwo Motocyklowe Polska. Ja mogę tylko powiedzieć, że to specyficzna, ciekawa i potrzebna praca. Motocykl w wiele miejsc dojedzie szybciej niż karetka. Może dowieźć sprzęt opatrunkowy, leki, a także defibrylator i respirator transportowy z zestawem do tlenoterapii.

Porozmawiajmy o warunkach pracy polskich ratowników.

Uprzedzam, że nie jest to optymistyczny temat. Po pierwsze nasze ratownictwo medyczne jest państwowe, ale wyłącznie z nazwy. Tymczasem to ma bardzo niebezpieczne konsekwencje. Bardzo jaskrawo uwidoczniła to obecna epidemia.

Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: niewielki lokalny szpital zakłada pogotowie. Ma w nim trzy albo pięć karetek w formie spółki. I przyjmuje do pracy na zasadzie konkursu 10-15 ratowników, z których każdy pracuje na własny rachunek prowadząc jednoosobową działalność gospodarczą.

I teraz kilku z tych ratowników udaje się na kwarantannę. Efekt? Całe pogotowie przestaje nagle działać, bo nie ma skąd wziąć innych pracowników. Trzeba by najpierw ogłosić przetarg, wybrać oferty, itd. No zupełny dramat.

Nie mamy jako ratownicy medyczni żadnych przywilejów, żadnych zabezpieczeń. Tymczasem traktuje się nas jak służbę. W czasie epidemii politycy i urzędnicy państwowi mówią o nas bez przerwy jak o służbie, tymczasem ja jestem pracownikiem kontraktowym. Ja nawet etatu nie mam.

Sytuacja, o której opowiedziałem, o tych karetkach, w których nie ma kto pracować, zdarza się dziś coraz częściej. Ratownictwo powinno być podpięte pod jakiś resort – pod Ministerstwo Zdrowia albo pod MSW, tak jak Straż Pożarna. Już nie bądźmy nawet tą służbą z określonymi przywilejami, już nie mam tak wielkich marzeń. Ale chociażby normalna praca etatowa, gdzie ludzi kieruje się na zasadzie delegacji. Jeśli np. w Warszawie brakuje ratowników, a w Łodzi jest ich więcej, to mogliby przyjechać do stolicy w ramach delegacji. W tej chwili to niemożliwe.

Czy naprawdę środkowoeuropejskiego kraju nie stać na państwowe ratownictwo medyczne z prawdziwego zdarzenia i na zapewnienie godziwych warunków pracy dwudziestu paru tysiącom osób? Skończy się ta epidemia, za jakiś czas będzie następna albo nastąpi jakieś inne zdarzenie, np. stan wyjątkowy, a my nadal będziemy pracować jak dotąd.

W Polsce nie ma dziś w ogóle ratowników na etatach?

Na szczęście w pewnych rejonach kraju ludziom udało się utrzymać etaty. Na przykład w szczecińskim, olsztyńskim wciąż dominuje ta forma zatrudnienia. Albo ratownicy byli tam znacznie mniej chętni na zakładanie działalności gospodarczej i stawiali skuteczny opór, albo oferowano im na kontraktach tak marne pieniądze, że się nie zgodzili.

Pracuję w warszawskim pogotowiu od 13 lat i tu jedyną szansą na zatrudnienie był kontrakt.

W Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego „Meditrans” obejmującej całą Warszawę i wszystkie okoliczne powiaty - Piaseczno, Otwock, Radzymin, Wołomin, Tłuszcz, Legionowo, gros kolegów i koleżanek jest na kontraktach. Na etatach utrzymało się tylko nieliczne grono kierowców.

Natomiast na poziomie całej Polski ok. 50 proc. ratowników wciąż pracuje na etatach.

Widzi pan co się dzieje podczas epidemii. Wychodzi na to, że chyba my – ratownicy jesteśmy dziś z całego systemu ochrony zdrowia najbardziej dostępnym ogniwem dla pacjentów. Nagle jesteśmy jedynymi, którzy faktycznie do nich przyjeżdżają.

Cały czas słyszę od ludzi, że pan doktor w przychodni to tylko przez telefon albo przez szybę. Jedyni medycy, którzy rzeczywiście wchodzą do ich domów, niezależnie od tego, co się tam dzieje - czy jest tam COVID, czy nie, to pogotowie ratunkowe.

Pacjenci nie wiedzą, że przyjeżdżają do nich ratownicy, którzy są jednoosobowymi firmami. Traktują was jak przedstawicieli publicznej opieki zdrowotnej, którą zapewnia państwo i nie wnikają jaki jest wasz status.

Pacjenci podobnie jak politycy traktują nas jak byśmy byli służbą państwową. Od tego jesteś, przysięgałeś. A ja się tylko uśmiecham, bo wie pan, my nie mamy samorządu zawodowego, nie mamy ustawy o zawodzie…

A tego samorządu nie ma dlatego, że…

Dlatego, że kluczowa i podstawowa jest ustawa o zawodzie. My funkcjonujemy od 2006 roku na podstawie ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Otóż reguluje ona wszystkie w zasadzie kwestie, natomiast nie daje nam statusu zawodu medycznego.

Nie jesteśmy jako tacy zawodem, jesteśmy „innym medycznym”. W efekcie nie mamy więc samorządu zawodowego tak jak mają lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci.

W systemie pracuje ok. 13-14 tys. ratowników i ratowniczek Pogotowia Ratunkowego. Do tego dochodzą ludzie pracujący na SOR-ach. Razem 20 parę tys. ludzi. W naszym gronie są entuzjaści, zapaleńcy z olbrzymią wiedzą, dobrze wykształceni. Są ludzie, którzy kończą magisterki, ba mamy ludzi z tytułami doktorskimi, natomiast nie mamy żadnego wpływu na kształt naszej pracy i na warunki jej wykonywania.

Obejrzyj także

Ten polski system ratownictwa medycznego jest w pewnym sensie wyjątkowy w Europie. Nasi ratownicy po pierwsze mają daleko idące uprawnienia. Wystarczy popatrzeć choćby na długą listę leków, jakie możemy podawać samodzielnie, bez żadnej konsultacji z lekarzem [jest na niej 49 specyfików].

Ponadto widać u nas ten wewnętrzny ruch środowiskowy, tę pasję. Nigdzie w Europie nie ma takiej ilości kongresów, spotkań ratowników co u nas. Ten zawód jest tak bardzo kręcony do góry, ciągnięty przez pasjonatów, którzy jednocześnie nie mają żadnego wpływu na sposób jego uprawiania.

Mówiłem przed chwilą o lekach. Otóż my śledzimy to, co się dzieje, wiemy też czego nam brakuje. Np. chcielibyśmy używać kwasu traneksamowego [syntetyczny aminokwas o działaniu przeciwkrwotocznym] i mówimy o tym głośno. Pół świata to ma, a jak ja jadę do człowieka, który się wykrwawia, to mogę tylko wlewać w niego sól fizjologiczną.

Tego leku nie ma w Polsce?

Nie ma go w ratownictwie medycznym. W szpitalach, jak lekarz weźmie z apteki, to ma. Niektórzy ratownicy naginają prawo i jednak go stosują, ale formalnie nie wolno im tego robić.

Mamy mnóstwo podobnych problemów do rozwiązania. Ratownictwo nie może w normalnym państwie funkcjonować na zasadzie entuzjazmu, pasji ludzi, którzy to robią. Oczywiście fajnie, że ona jest i to jest super, tylko że system nie może się opierać wyłącznie na czymś takim.

Ostatnio była mowa o waszym proteście. Prawdę mówiąc o samym proteście nie wiedziałem, dowiedziałem się tylko, że go zawieszacie.

3 lata temu powstał komitet protestacyjny ratowników medycznych. Byłem koordynatorem tego protestu na województwo mazowieckie.

My mamy straszny problem, bo coraz bardziej sobie uświadamiamy, że dopóki nie zrobimy realnego, fizycznego strajku, dopóki nie wstrzymamy wyjazdów do pacjentów, to wszyscy nas będą olewać. A na to bardzo trudno się nam zdecydować.

Wyobraża sobie pan tę falę hejtu, jaka by się na nas wylała? Tu ludzie umierają, a my nic, my walczymy o swoje sprawy.

Brałem udział w strajku głodowym rezydentów, byłem chyba jedynym przedstawicielem innego zawodu medycznego niż lekarski. Sporo rzeczy robiłem, tłumaczyłem, biegałem po mediach. Ale czuję, że jak się nawet pojawiam w jakichś programach, to nie mam szansy powiedzieć o rzeczach naprawdę istotnych.

Proszę mówić.

Na przykład próbuję tłumaczyć, że walczymy nie tylko o swoje portfele i warunki pracy. Walczymy też w interesie pacjentów, bo my sami również jesteśmy pacjentami. Mamy pełną świadomość jak ten system wygląda i co nas będzie czekać jak w końcu ten ból w klatce piersiowej okaże się nie bólem kręgosłupa, tylko… Ja bym strasznie chciał, żeby w takiej chwili przyjechali do mnie świetni, sprawni, wypoczęci ratownicy.

Tymczasem widzę po sobie, jak bardzo jesteśmy zmęczeni, jak bardzo się wypalamy. Zasuwamy po 280, po 380 godzin w miesiącu, w takiej pracy, w której jeden zwykły etat by wystarczył, żeby po jakimś czasie ludzie mieli dosyć. Bo to, co oglądamy, co przeżywamy na co dzień, wymaga ochłonięcia, odpoczynku, resetu. A jak to wszystko się przemnoży przez te 300 godzin…

Jak wchodziłem do ratownictwa, spotkałem wspaniałych ludzi - nakręconych, pełnych pasji. Widzę ich po kilku latach i są wypaleni jak żużel. Zgorzkniali, cyniczni, pogodzeni z tym, że kto ma żyć, przeżyje, a kto ma umrzeć, umrze. I to jest potworna strata dla społeczeństwa.

Pamiętam jak na początku z tych gównianych pieniędzy, jakie zarabiałem, kupowałem na Allegro sprzęt do pracy. Np. takie przezroczyste oklejki do wenflonu, bo te, które dostajemy są jakby z bibuły. Cały sprzęt, jaki mam na sobie, kupiłem sobie z własnych pieniędzy.

Albo takie nożyczki ratownicze Leathermana – raptory. Kosztują 300 zł. Mógłbym teoretycznie używać tych, jakie mi w pogotowiu dadzą, takich za 18 zł. Tylko jak ja bym miał połamane nogi w takich wzmacnianych spodniach na motocyklu i ratownik miałby mi je ciąć tymi nożyczkami, które się do niczego nie nadają, to ja bym całował po rękach takiego ratownika, który za własne pieniądze kupił sobie raptory. Bo nimi można całego motocyklistę obrać jak banana ze skórki nie ruszając go praktycznie.

I takich spraw jest cała masa. I to jest ten mój czasem wściekły żal, że to nie powinno tak wyglądać.

Panu się udało nie wypalić.

Ale miałem też okresy, kiedy było ze mną gorzej.

Przez wiele miesięcy wychodziłem ze stresu pourazowego. Naprawdę wytargało mnie. Nie spałem. Wracałem do domu, siadałem na pufie przed telewizorem i w ogóle nie wiedziałem co się dzieje. Coś tam grało, a ja się zawieszałem na 3 godziny.

Stale kupuję podręczniki. Kupuję, bo chcę się dokształcać. Patrzę na półkę i widzę ilu z tych książek nawet nie rozfoliowałem. Bo gdzieś ta głowa powoli siada. Przemęczona.

My zresztą musimy się dokształcać i chyba tylko w wypadku ratowników ten obowiązek samokształcenia jest realnie egzekwowany. Lekarze i pielęgniarki też mają taki obowiązek, ale tylko nam wprowadzono specjalne książeczki edukacyjne i w ciągu 5 lat musimy uzbierać konkretną liczbę punktów plus raz w tym czasie musimy zrobić kurs z całości ratownictwa zakończony egzaminem. To tak jakbyśmy ten dyplom robili co 5 lat.

W jaki sposób ratownicy w Polsce są ubezpieczeni?

Obowiązuje nas, tak jak każdego prowadzącego działalność gospodarczą ubezpieczenie OC. Jeśli ktoś chce, zawsze może się ubezpieczyć dodatkowo.

Przyznam, że od dawna się tym nie interesowałem. Z pewnością część moich kolegów traktuje to poważniej i się ubezpiecza.

Nawet jak nie jeździcie na motorach, to jazda w karetkach też jest bardzo ryzykowna.

Wypadki na motocyklach zwykle mają bardziej dramatyczne skutki i dlatego zwracamy na nie uwagę. Kiedyś zadałem sobie trud i na stronie „Ratownictwo Medyczne - łączy nas wspólna pasja” liczyłem wypadki z udziałem karetek. W każdym tygodniu zdarzały się co najmniej dwa.

Teraz w czasie epidemii jest jeszcze trudniej. Mój kolega - kierowca ratownik, jedzie w przyłbicy, w masce, przez co ma ograniczone pole widzenia. Jest zgrzany, spocony, plus te parujące przyłbice z zewnątrz.

Od niedawna próbuje się u nas realizować kampanię na rzecz „korytarza życia”. Proszę mi wierzyć, że my się boimy jeździć na światłach. Nawet jak widzimy, że jakiś odcinek drogi się fajnie układa. Że zaczynają nam zjeżdżać na bok, na prawą stronę, to i tak gnamy z duszą na ramieniu. Bo wiemy, że – to jest empiryczne doznanie, przerobione doświadczalnie – po 100 czy 150 metrach zawsze się znajdzie jakiś idiota, który z tego sznura samochodów z prawej strony nagle wywala na lewą, bo zobaczył, że taki fajny pas jest wolny i uznał, że wyprzedzi.

Gdybyście pracowali na etatach, mielibyście chyba państwowe ubezpieczenie od wypadku czy utraty zarobków?

Odpowiem pytaniem na pytanie. A uważa pan, że nie zasługujemy na to, biorąc pod uwagę jaki jest charakter naszej pracy? Czy my nie zasługujemy na poczucie bezpieczeństwa w tym znaczeniu materialnym? Żebyśmy się nie stresowali co będzie z nami, z naszymi rodzinami jak się coś nam stanie.

Pracuję – jak mówiłem – 13 lat w pogotowiu. Przyjeżdżamy na miejsce wypadku samochodowego. Auta się zderzyły, jedno wywaliło w las. Jest za rowem melioracyjnym, na drzewie. W środku zakleszczony pacjent wykrwawia się, a ja – jeszcze nie stary, ale już trochę spracowany ratownik – podchodzę do krawędzi rowu melioracyjnego i się zastanawiam: „Przeskakiwać?” A jak się poślizgnę i złamię nogę? To przez półtora miesiąca ja – kontraktowy nie będę zarabiał. Po prostu. I nikt nie będzie miał dla mnie żadnej litości.

Więc ilu z nas coraz częściej stając przed tym rowem melioracyjnym mówi: „Nie. To jest niebezpiecznie. Poczekam, aż strażacy rozetną auto i przeniosą kierowcę w bezpieczne miejsce”.

Jako medyk wiem, że będąc w tamtym miejscu zadziałam lepiej dla niego. A państwo stawia mnie w takiej sytuacji, że zaczynam myśleć o tym, co jest lepsze dla mnie.

A jeśli nie myślę, to skaczę. Szczęśliwie nic sobie nie złamałem. Siedzę już w samochodzie, zajmuję się kierowcą, a strażacy próbują ten wrak przeciąć. Formalnie powinno mnie tam nie być, bo to niebezpieczne. Tam powinny być służby, czyli strażacy. Ale tam jest pacjent krwawiący, można mu już zakładać wkłucie, można część rzeczy zrobić, zabezpieczyć…

Może to niby zrobić strażak, jednak on potrafi udzielić tylko tzw. kwalifikowanej pierwszej pomocy. My ratownicy – nawiasem mówiąc – szkolimy ich w tym zakresie. Oni mogą zakładać kołnierze ortopedyczne, stabilizować złamanie, ale to jest daleko od ratownictwa, stricte medycznego zajęcia.

Sądzi pan, że doczekacie się na to prawdziwe państwowe ratownictwo? Epidemia pokazuje jak bardzo jesteście ważni w tym systemie. A z drugiej strony jak COVID się skończy, to pewnie jeszcze trudniej będzie wywalczyć lepsze warunki pracy. Tak naprawdę to chyba teraz trzeba cisnąć?

No ale jak? Jedyne realne działanie to przestać wyjeżdżać do pacjentów. A to spowoduje, że cała sympatia społeczeństwa do nas pryśnie z dnia na dzień. I nagle będziemy mordercami.

Toczą się jakieś rozmowy w Ministerstwie Zdrowia?

Toczą.

Odbywają się też jakieś pseudo-konsultacje społeczne. Ale oni do nich biorą jeden jedyny pseudo związek zawodowy, który idzie im we wszystkim na rękę. Mówię o „Solidarności”, która jest związkiem zawodowym nie dla pracowników, tylko dla rządu.

Żadne formy rozmów do niczego nie prowadzą. Wiemy to doskonale. Jedyne realne działanie to strajk.

A jak teraz minister Niedzielski powiedział o 200 proc. pensji również dla ratowników, to o jakich mu chodziło? Etatowych czy wszystkich?

Sam chciałbym wiedzieć. Etatowych to powinno objąć, ale co z resztą? Pożyjemy, zobaczymy. Na razie jesteśmy jedynym województwem w Polsce, w którym ratownicy dostają 4 zł dodatku do każdej przepracowanej godziny. Ale uwaga! Nie od rządu, tylko z funduszu unijnego.

Pyta pan czy jestem optymistą, jeśli chodzi o zmiany na lepsze. Otóż nie jestem.

W czasie COVID-u nieudolność zarządzania systemem ochrony zdrowia widać na każdym kroku. Politycy niczego nie naprawią, chyba, że pod przymusem. Nie znikną szwagrowie i różne niekompetentne osoby wsadzone tam przez znajomości, koneksje. A jak się ustawia na górze nieudaczników, to wie pan jak to działa. Jak się zmiesza ludzi kompetentnych i niekompetentni, to ci kompetentni też nic nie robią, bo wiedzą, że jak się wychylą to niekompetencja tamtych będzie jeszcze bardziej widoczna.

Od miesięcy mówię komu tylko mogę, że w naszym Meditransie powinno być znacznie więcej stanowisk do dezynfekcji karetek. Ale to nic nie daje. Od miesięcy mamy równo dwa takie stanowiska. Efekt? Ponieważ dezynfekcja jednego auta trwa godzinę, w kolejce potrafi czekać sześć karetek. Załoga tej szóstej wie, że to będzie trwało sześć godzin i że w tym czasie nie wyjedzie do zawału!

Tymczasem ta firma ma wszystkie możliwości, logistyczne, sprzętowe, żeby zorganizować to inaczej. Na dodatek ratownicy z tych karetek nie bardzo mają gdzie odpocząć, więc plączą się na dworze, zgrzani, spoceni, w tych kombinezonach. Łapią potem przeziębienia i nie ma komu pracować.

W Meditransie jest wprawdzie pomieszczenie dla nas. Stoi tam stół i cztery krzesełka. Czy nie można by zakupić kilku foteli i kocyków polarowych, żebyśmy mogli na nich choć chwilę w czasie tej dezynfekcji wypocząć, wypić coś ciepłego, wysuszyć ciuchy? Nikt przez tych kilka miesięcy epidemii na to nie wpadł.

A to, co się dzieje dziś pod szpitalami? Czyta pan o tym, jak czekamy na podjazdach godzinami na przyjęcie pacjentów. Mam zdjęcie, jak koledzy siedzą w szpitalu na schodkach, pacjent leży na noszach. Ratownicy nie mają dostępu do szpitalnej instalacji tlenowej, więc co jakiś czas schodzą do karetki, wynoszą te wielkie butle i targają je na górę po schodach, żeby przy noszach pacjenta prowadzić tlenoterapię.

A kwarantanny, w które wpadają całe stacje pogotowia? Nikt z urzędników czy polityków nie zrobił nic od pierwszej fali wirusa, by porozdzielać te stacje, na których stacjonuje po parę karetek, np. Wola, Ursynów. Chodzi o to, by nie powtórzyła się sytuacja, gdy jedna z karetek, której załoga natknęła się – jak się później okazało – na COVID-a, rozłożyła od razu cztery inne zespoły. I w efekcie cała ursynowska stacja była przez jakiś czas zamknięta, a południowa strona Warszawy nie miała ani jednej czynnej karetki. Miasto powinno znaleźć pomieszczenia, w których karetki stacjonowałyby pojedynczo, ale nie zrobił tego ani marszałek, który powołał Meditrans, ani wojewoda, który sprawuje nadzór nad działalnością pogotowia, ani wreszcie prezydent Trzaskowski.

Dziś naprawdę trudno być optymistą.

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Założył tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne