0:00
0:00

0:00

Sławomir Zagórski, OKO.press: 2,5 miesiąca temu rozmawialiśmy na temat polityki informacyjnej rządu w obliczu epidemii. Wyrażała się Pani nadzwyczaj pozytywnie podkreślając jasność i powtarzalność otrzymywanych przez społeczeństwo komunikatów. Jak Pani tę komunikację ocenia dziś?

Anna Gołębicka*: Pamiętam, że sama byłam zaskoczona tym świetnym początkiem. Bo na samym początku naprawdę nie było się do czego przyczepić. Byliśmy dokładnie pośrodku między tym potrzebnym rozsądkiem a rujnującą paniką. Zostaliśmy wszyscy umieszczeni w domu, ostrzeżeni, poinformowani. Może nawet trochę za mocno nastraszeni, ale w takiej sytuacji to było uzasadnione, natomiast nie dopuszczono do paniki. Teraz już tego nie pamiętamy, ale przecież w którymś momencie wszyscy stali w kolejkach po papier toaletowy, a ze sklepowych półek zaczęły znikać makarony i udało się nad tym szybko zapanować.

Z punktu widzenia dobrej komunikacji spełniono wszystkie potrzebne elementy, z wiarygodną osobą, która się wypowiadała i budziła zaufanie włącznie. Co ważne, społeczeństwo na samym początku miało dość spójny przekaz z różnych mediów – zarówno prorządowych jak i opozycyjnych. Wyglądało to zaskakująco świetnie.

Przeczytaj także:

Ale podczas naszej rozmowy w połowie marca ostrzegałam, że najtrudniejsze dopiero przed nami. Że Polacy, jeśli się jednoczą, to na krótko i że za moment zacznie się rozliczanie z tego, co kto powiedział i się nie sprawdziło.

Niestety, miałam rację. Dobra passa skończyła się nawet szybciej niż przewidywałam.

Pierwszym fałszywym krokiem było bardzo źle sformułowane pismo z 20 marca 2020 podpisane przez wiceminister zdrowia panią Józefę Szczurek-Żelazko. Zakazywało ono konsultantom wojewódzkim w zakresie chorób zakaźnych publicznego wypowiadania się na temat epidemii.

Przyznam się, że polemizowałem z kolegami w redakcji na jego temat. Przekonywali mnie, że to nie w porządku, a ja broniłem ministerstwa mówiąc, że byłoby niedobrze, gdyby każdy konsultant mówił co innego.

Z punktu widzenia mechanizmów zarządzania kryzysem komunikacja wychodząca z jednego źródła jest ważna po to, by uniknąć niedomówień, różnych interpretacji i paniki, ale nie można tego robić w ten sposób. Ministerstwo najwyraźniej zapomniało z jaką materią się mierzy. Jeśli ktoś jest konsultantem wojewódzkim, to w tym zakresie w swoim terenie jest mini bogiem. A tu nagle osoba z centrali, bez żadnego wyjaśnienia, zamyka mu usta.

W tym przekazie zabrakło szacunku i słowa „ponieważ”. Dla mnie to był przełomowy moment. Bo od tej chwili słowo „ponieważ” w ogóle zaczęło znikać z całej komunikacji ze społeczeństwem. Uznano, że wystarczy wydawać komunikaty i rozporządzenia, a wytłumaczenie ich zasadności można sobie darować. To niewybaczalny błąd komunikacyjny.

W przypadku konsultantów oznaczało to „Wasza wiedza się nie liczy. My wiemy lepiej i macie siedzieć cicho, póki nie wydamy komunikatu”.

Dokładnie. Nie potraktowano ich jak członków drużyny, która walczy z koronawirusem, tylko wydano dekret bez wytłumaczenia. A w takiej sytuacji trzeba dawać ludziom do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy razem, przydzielać role, dzielić pracę i również odpowiedzialność.

Im lepiej ludzie się na czymś znają, tym bardziej się z nimi liczymy. Eksperci muszą wiedzieć, że są ważni, że mają swoją rolę do spełnienia, swoją misję, ale i ograniczenia. Pomysł był więc dobry, tylko wykonanie fatalne i w efekcie skutek odwrotny do zamierzonego. Bo jeżeli ludziom odebrano role, to zaczęli grać po swojemu. Zaczęli się buntować, że oni wiedzą, mogą, a ich odsunięto. Zaczęto szukać powodów takich decyzji, a jak się komunikatu nie domknie, to daje się pole do dowolnych interpretacji.

Jeśli specjalistom zamyka się usta, ludzie natychmiast zaczynają podejrzewać, że rząd ma coś do ukrycia. Tak było też z raportowaniem zgonów, przynajmniej na początku epidemii. Sam pisałem, że dostajemy sygnały od lekarzy o zgonach nie uwzględnianych w oficjalnych statystykach.

Rzeczywiście, to następna rzecz, która się posypała. Śledziliśmy alarmujące informacje na paskach o „kolejnej ofierze koronawirusa w danym mieście”, ale zrobił się bałagan, bo lekarze informowali, że tych ofiar jest więcej. Snuliśmy więc różne domysły, czytaliśmy, jak się wypisuje karty zgonu, o tym, że są na nich aż trzy przyczyny śmierci i lekarze nie wiedzą, jak je wypisywać w nowej sytuacji.

A wystarczyło od razu spokojnie wytłumaczyć, że „Mamy z tym problem, opracowujemy wytyczne. Że to nie tylko nasz kłopot.” Bo mówiło się przecież, że Włosi raportują, że wszystko jest COVID-em, a np. Niemcy praktycznie nie mają zgonów, bo inaczej to opisują. I znów zabrakło na czas słowa „ponieważ”.

Potem było już tylko gorzej. Dostawaliśmy informację: „Nie wolno wchodzić do parków i lasów w czasie świąt wielkanocnych”, ale nikt nie powiedział, dlaczego. Można było przecież powiedzieć: „Boimy się, że państwo uciekając z miejsc pozamykanych będziecie gromadzić się tłumnie w tych lasach, a to jest szkodliwe także dla lasów, bo jest sucho i możecie ten las podpalić.” Nie wiem, czy tak było, bo nikt niczego nie powiedział.

Jeśli decyzji się nie tłumaczy, rodzą się różne domysły. A im więcej domysłów, tym gorsza komunikacja. I te jedne usta ważnego informatora – w tym wypadku ministra zdrowia – już nie wystarczają. Przestaje się im ufać.

Dlaczego minister Szumowski tego nie zauważył?

Wygląda na to, że ministerstwo przeszarżowało. Pamięta pan sondaże, z których wynikało, że minister ma takie poparcie, że gdyby chciał startować na prezydenta, to by nim został w I turze?

I to jest takie nasze polskie, że wydaje się, że jak ktoś nam dał kredyt zaufania i nas polubił, to to jest wieczne i można już chodzić na skróty. A tak nie jest. To jak z oceną pracy handlowca – liczy się wynik ostatniego miesiąca. Np. w kraju takim jak USA nieważne, że byłeś dobrym handlowcem przez cały rok, ale teraz wypadłeś słabo i wypadasz z gry.

Gdy nawet najmocniejsze marki przestaną się komunikować albo zawiodą – mają wielkie kłopoty.

Polaków na początku epidemii potraktowano z szacunkiem, dano poczucie bezpieczeństwa, stworzono świat, który był wyjaśniony, a potem ten szacunek zniknął. Ludzie najpierw poczuli się częścią tego świata, a następnie zaczęto ich traktować tak jak zwykle.

I to rozczarowanie, ten kontrast pomiędzy tym, co było na początku i tym, co później, okazał się jeszcze większy i jeszcze boleśniejszy.

W Polsce epidemia szybko stała się kwestią polityczną. Zbliżające się wybory prezydenckie sprawiły, że bezpieczeństwo obywateli zeszło na dalszy plan. W wielu krajach walka z epidemią ma zabarwienie polityczne, ale są takie, gdzie decydują wyłącznie eksperci, nie politycy. Takim państwem jest Szwecja, która w ogóle nie zdecydowała się na lockdown. Decyzje naczelnego epidemiologa kraju komunikowane na bieżąco są wprawdzie krytykowane przez część obywateli, ale większość społeczeństwa nadal go popiera.

W tym wypadku mamy do czynienia z prawdziwym dzieleniem się odpowiedzialnością. To jest bardzo dojrzałe społecznie. Naczelny epidemiolog mówi „odpowiadam za to, ale wszyscy (no może nie wszyscy) powinniśmy się na to zgodzić, bo to nasza wspólna rzecz”.

I to jest zupełnie inna sytuacja społeczna, bo wszyscy wiedzą o co chodzi. Mają role. Czują się współodpowiedzialni. A ponieważ my w Polsce nie wiedzieliśmy o co chodzi, to najprostszym wytłumaczeniem było „No bo wybory. Jesteśmy manipulowani ze względu wybory”.

Do takiej postawy walnie przyczynił się sam minister Szumowski, który bardzo długo utrzymywał, że wybory bezpośrednie będą bezpieczne dopiero za dwa lata. Mówił, że zachowa się jak lekarz, a nie polityk, ale zagłosował za wyborami korespondencyjnymi 10 maja. A potem nie zaprotestował, gdy władze zdecydowały o wyborach w formule mieszanej.

W kolejnych wywiadach minister Szumowski w swoim stylu, czyli elegancko acz stanowczo, próbował omijać ten temat. A ponieważ bardzo zwlekał z odpowiedzią i przeciągał temat, to już wszyscy - i z lewa, i z prawa - śledzili jego ruchy, czekali na tę odpowiedź i spekulowali. Znów efekt zdecydowanie inny od zamierzonego. Skończyło się tak, że stracił swój wizerunek godnego zaufania eksperta na rzecz zobowiązanego swojej partii polityka.

PiS wyjątkowo uważnie obserwuje trendy i analizuje nastroje społeczne. Przypuszczam więc, że politycy tego ugrupowania dobrze wiedzieli, że Polacy są zmęczeni izolacją, przestają już wierzyć rządowi, zaczynają się buntować przeciw ograniczeniom i m.in. dlatego tak mocno dążyli do jak najszybszych wyborów.

Można było pójść inną drogą, taką, w której cierpliwie tłumaczy się społeczeństwu kolejne posunięcia w kontekście epidemii i społeczeństwo nie traci zaufania. Ale z jakiegoś powodu tej drogi nie wybrano. Może po prostu nieugiętość zawsze wcześniej działała.

Bezpieczeństwo obywateli było od początku nie do pogodzenia z szybkim przeprowadzeniem wyborów. A jak Pani ocenia fakt, że premier idzie do restauracji i siada z trzema kolegami przy stole, a 3 dni wcześniej podpisuje zarządzenie, że tak nie można?

W głowie mi się to nie mieści, że można popełniać takie szkolne błędy. Zademonstrowano dystans władzy. Informujemy was, jak się macie zachowywać, ale nas to dotyczy mniej.

Większość społeczeństw chce mieć przywódcę, który jest silny, zdecydowany, skuteczny, ale nie chcą czuć dystansu, wobec tego przywódcy. Czyli jesteś twardzielem, ale w moim imieniu. A tu władza pokazała coś zupełnie innego. Dystans między nami jest ogromny. Nas obowiązują inne zasady niż was.

„Twój ból jest lepszy niż mój”.

Właśnie.

Nazbierało się wiele przykładów, kiedy władza coś nakazywała, a sama tego nie przestrzegała.

To naturalnie ma fatalny wpływ na odbiorców.

Choćby taka prosta sprawa – a na prostych sprawach polityka się najbardziej wykłada – jak noszenie maseczek przez ministra. Ludzie się nie znają np. budżecie. Jeśli coś wynosi 10 mld albo 100 mld zł, dla przeciętnego obywatela to i tak jest bardzo dużo i jeśli informacja nie ma kontekstu innej liczby, to nie ma w tym większej różnicy.

Natomiast jeśli ja muszę nosić maseczkę, ja się w tej maseczce duszę, jest mi w niej niewygodnie, czytam, że jak w niej uprawiam sport, to mogę się nabawić zapalenia płuc, a na ekranie telewizora widzimy ministra, który mówi „Ja nie muszę”, to od razu myślimy: „Jak to? To my się nie mierzymy jedną miarą? Wy jesteście lepsi?”

A jak Pani postrzega takie decyzje rządu, że otwieramy przedszkola i żłobki, ale ostatecznie decyduje samorząd? Chodzi tu rzeczywiście o oddanie władzy w ręce ludzi, którzy najlepiej wiedzą jak u nich jest, czy raczej o przerzucenie odpowiedzialności? Bo jeżeli żłobek pozostanie zamknięty i rodzice nie będą mogli wrócić do pracy, to będzie to wina samorządu.

Dla mnie to przerzucenie odpowiedzialności i proszę nie mylić tego z dzieleniem się odpowiedzialnością. Od samego początku epidemii mówiliśmy z lekarzami, że potrzebne są nie tylko wytyczne medyczne, ale równie istotne są wytyczne organizacyjne. Np. w szpitalach. No bo skąd dyrektor w jakiejś małej miejscowości, który nie ma nawet w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od siebie żadnego szpitala zakaźnego, ma wiedzieć, jak się zachować w takim przypadku? Czy za to, że on podzieli zespoły na A, siedzący w domu i B, narażony, ktoś go nie zlinczuje?

Myśmy się nie doczekali tych wytycznych dla szpitali. Nie ma ich zresztą do dzisiaj. Dyrektorzy szpitali zostali pozostawieni absolutnie samym sobie, a zatem całą odpowiedzialność przerzucono na nich. I to się wydarzyło wszędzie – w przedszkolach i żłobkach także.

Sądzi Pani, że szansa na dobrą komunikację choćby w tej jednej sprawie – zagrożenia epidemicznego – została na dobre zaprzepaszczona?

Zrobiono wiele, aby tak było, ale polityka ma najkrótszą pamięć, jaka się zdarza na świecie. Proszę zobaczyć – niektórzy politycy występują w jednej koszulce, potem w drugiej, mówią zupełnie co innego. Ugrupowaniu rządzącemu, zawsze najlepiej sprawdzała się strategia „No i?”. Ale widać też, że ona przestała w kontekście COVID tak dobrze działać.

W polityce wiele jest do odkręcenia czy przykrycia. Można np. znaleźć jednego winnego, wspólnie spalić go na przysłowiowym stosie albo wsadzić kogoś do medialnej zamrażarki i przykryć temat jakąś komisją. Najmniej prawdopodobne jest wykorzystanie skutecznej strategii, której używa się w kontekście ekspertów i profesjonalistów, gdyż pan minister zszedł z tej drogi. Jest nią efekt gafy.

Gdy super ekspert popełnia „gafę”, przypomina się jego zasługi, marginalizuje błąd, ekspert się do tego małego błędu przyznaje i przeprasza, i za chwilę audytorium lubi go jeszcze bardziej, gdyż okazał się taki ludzki. Ale to akurat ani nie mieści się w DNA partii rządzącej, ani gafa nie wygląda gafę, tylko na spory problem.

Strategia „No i?” – co to takiego?

Stosuje ją często młode pokolenie. Np. młody człowiek przez nieuwagę wylewa zupę na dywan, rodzic zaczyna „robić dym”, a on ze spokojem odpowiada „No i?”.

Mam wrażenie, że przedstawicielom tej formacji przez gardło nie przechodzi przyznanie się, że coś robią źle. Dawniej wszystko było winą Tuska, dziś wydrukowanie kart do głosowania to wina opozycji. Na dodatek w sytuacji, gdy z wieloma rzeczami w obliczu epidemii sobie nie radziliśmy, wciąż słyszeliśmy, że inne kraje się na nas wzorują i nam zazdroszczą.

To skuteczna strategia mówić, że inni za granicami nas doceniają. My Polacy zawsze lubiliśmy słuchać jak gdzieś za granicą nas dostrzegają. Do dziś TVP mówi, że wszyscy do nas dzwonią i pytają jak sobie świetnie poradziliśmy z zagrożeniem.

Chyba już nie dzwonią, bo krzywą zakażeń wprawdzie spłaszczyliśmy, ale spadać nie chce. Dziś sytuacja ministra jest znacznie gorsza. Pojawiły się podejrzane operacje finansowe, interesy jego brata, ukrywanie dochodów. Rafał Trzaskowski niedawno pokazał dochody swoje i żony. Gdyby Łukasz Szumowski natychmiast zrobił to samo, byłaby to jakaś riposta. Na razie ma namawiać do tego żonę.

Minister miota się między zuchwałym politykiem twardej ręki, jaki prezentują jego koledzy z PiS, a ekspertem… Wynik jest taki, że ani jedno, ani drugie nie działa i staje się niewiarygodny. Zwlekanie z odpowiedziami jak w przypadku decyzji o wyborach działa na jego niekorzyść i daje pole już nie do spekulacji, ale przekonania, że jednak coś jest nie tak.

W jednym z wywiadów spytano go, czy poda się do dymisji? „Teraz? Gdy jest tak trudna sytuacja?” – odpowiedział. Przyznaję, że wydało mi się to przyzwoite.

Powiedział też, że wcale nie musi być ministrem. Zaprzepaszczono społeczny kapitał zaufania i minister ma teraz wybór jak Antygona. Jak zostanie – ludzie powiedzą, że chce „posprzątać”, coś ukryć. Jak odejdzie, że tak namieszał, że musiał odejść albo że jest dezerterem. Jedno jest pewne - dotychczasowa strategia nie działa.

Nie da się być trochę ekspertem a trochę politykiem i trochę nie wyjaśniać o co chodzi. W medycynie leczenie się na jedną dolegliwość u dwóch lekarzy na przemian, którzy mają inne strategie też raczej nie działa.

Będzie votum nieufności. Zostanie odrzucone, bo taka jest arytmetyka sejmowa. Co dalej?

Do tego trzeba wróżki. Scenariusze są różne, bo sytuacja jest dynamiczna, wieloelementowa. Każdego dnia coś się zmienia, ktoś kładzie nową kartę na stół. I choć kołacze się tu słynny tekst w „Wesela” o złotym rogu, to natrętnie pojawia się też myśl: „Spieszcie się kochać ministra swego, bo możecie mieć gorszego”.

To dobra puenta naszej rozmowy.

*Anna Gołębicka, strateg komunikacji i marketingu, wspierający między innymi Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Porozumienie Rezydentów OZZL, Ogólnopolski Związek Pracowników Fizjoterapii oraz Związek Zawodowy Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych. Partner w dużych projektach komercyjnych i społecznych. Publicystka, ekonomistka.

;

Udostępnij:

Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze