Przemysław Czarnek jako kandydat na premiera PiS chce powrotu do węgla i ostrego odwrotu od wykorzystania odnawialnych źródeł energii. Polityk Prawa i Sprawiedliwości jest znany z ostrej retoryki, jednak jego słowa nie zawsze brzmią wiarygodnie
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankiety„OZE-sroze”; „Nie dla ETS” – to chyba dwa najlepiej zapamiętywalne hasła z sobotniego (7 marca 2026) wystąpienia Przemysława Czarnka. Dwa dni później polityk dorzucił do tego krytykę rządu i zarządu Orlenu, który według niego mógłby obniżyć ceny paliw po zwyżkach spowodowanych atakiem USA i Izraela na Iran. Kandydat PiS na premiera daje w ten sposób do zrozumienia, że do „normalnych Polaków”, o których obiecuje zadbać, będzie starał się przemówić, bijąc na alarm w sprawie polityki klimatycznej i cen energii. Czarnek proponuje niezależność energetyczną opartą na węglu i odrzucenie polityki transformacji energetycznej.
Sięga w ten sposób po znane Prawu i Sprawiedliwości triki. Przekonanie, że Polska ma potężne zasoby węgla, na prawicy utrwalał na przykład Andrzej Duda. O tym, że Polsce węgla starczy na 200 lat, mówił już w 2018 roku, podczas szczytu klimatycznego ONZ w Katowicach. W przypadku OZE PiS wydawał się wewnętrznie skonfliktowany. Z jednej strony latami wspierała rozwój mocy fotowoltaicznych, Z drugiej tradycja walki tej formacji z wiatrakami sięga 2016 roku, gdy stawianie farm wiatrowych znacznie utrudnił rząd Beaty Szydło.
Czarnek widocznie zdecydował rozszerzyć ofensywę o panele fotowoltaiczne – niefortunnie, bo sam korzysta z pokaźnej domowej instalacji, którą obiecał rozmontować.
Prawo i Sprawiedliwość od lat wali też w ETS. To mechanizm rynkowy, w którym emitujące duże ilości dwutlenku węgla przedsiębiorstwa wykupują certyfikaty uprawniające do wypuszczania go do atmosfery. Pieniądze z ich sprzedaży trafiają w dużej części do budżetu, który zarabia na nich miliardy. Mimo to PiS od lat stara się przedstawić ETS jako unijny podatek, z którego środki wpadają w próżnię. Zawieszenia tego mechanizmu lub wyłączenia z niego Polski chciał już Mateusz Morawiecki, gdy inflację podwyższała pandemia COVID.
Można więc powiedzieć, że Przemysław Czarnek nastawił zdartą płytę, z której słychać starą śpiewkę. Zaskoczeniem jest jednak, że hasła te wybrzmiewają tak głośno i że dzieje się to w momencie, który ma zdefiniować Czarnka jako kandydata na premiera.
Można przypuszczać, że były minister edukacji uczy się od najlepszych. Na zwijanie odnawialnych źródeł, wbrew rynkowym tendencjom, zapotrzebowaniu i ich sensowności w polityce klimatycznej, postawił ostatnio Donald Trump. Prezydent USA próbuje blokować inwestycje w odnawialne źródła, na które wpływ ma rząd federalny – chciałby uniemożliwić na przykład budowę morskich farm wiatrowych. W styczniu podczas Forum Ekonomicznego w Davos przekonywał, że „tylko frajerzy” stawiają wiatraki, a Europa kupuje je od Chińczyków, którzy nie chcą stawiać farm u siebie. Nie miał wtedy racji, a w OKO.press szczegółowo rozmontowaliśmy jego dalekie od prawdy wypowiedzi.
Teraz przyszedł czas na demontaż słów Czarnka – na szczęście stosunkowo łatwy, bo podobnym wypowiedziom jego kolegów partyjnych przyglądaliśmy się w ostatnich latach wielokrotnie. A co dokładnie powiedział kandydat PiS na premiera w Krakowie?
„Co to państwo zrobić? To państwo ma pojechać do Brukseli i powiedzieć, nie mamy już ETS-u w Polsce. Nie ma żadnego ETS-u. Wypowiadamy to. Nasze firmy nie będą tego płacić. Nie mamy żadnego miksu energetycznego waszego. Nie mamy żadnego zielonego ładu, żadnych OZE-sroze dofinansowanych z dopłatami. My mamy nasz miks węglowy, bo my mamy nasze bogactwa naturalne i wara wam od nich. My mamy nasz węgiel. Nasz węgiel” – wołał z mównicy Czarnek.
Zacznijmy od Czarnkowego „OZE-sroze”. Zapowiedź, że nie będziemy mieć „żadnych OZE-sroze” może nieco zaskakiwać. Jeśli potraktować tę wypowiedź dosłownie, to dzień po objęciu władzy przez PiS powinna ruszyć inicjatywa rozmontowywania nie tylko lądowych wiatraków (od dawna krytykowanych przez PiS), ale i paneli fotowoltaicznych (których za rządów PiS przybywało w rekordowym tempie) oraz wiatraków na morzu (w które zainwestował rządzony przez Daniela Obajtka Orlen).
Czy brać te słowa na poważnie? Z jednej strony być może nie ma powodu, by w nie wątpić – w końcu chodzi o zapowiedzi płynące od kandydata na premiera. Z drugiej strony trudno wyobrazić sobie koszty likwidacji 37 gigawatów zainstalowanej mocy odnawialnych źródeł, setek farm wiatrowych i fotowoltaicznych. Partyjni koledzy Czarnka mieli problem, by wytłumaczyć jego obietnicę. Zapytany o nią w radiowej Trójce Łukasz Schreiber stwierdził, że była to wypowiedź „publicystyczna”.
Schreiber mógł zorientować się, że Czarnka zwyczajnie poniosło, a jego słowa brzmią niewiarygodnie dla osób, które pamiętają, jak mocno rozwinęły się odnawialne źródła za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości. W 2016 roku, gdy partia obejmowała władzę, moc zainstalowana fotowoltaiki wynosiła zaledwie 0,24 gigawata. Na koniec 2022 roku osiągnęła ponad 22 gigawaty.
Wzrost ten nie wynikał jedynie z żarliwego zamiłowania Polaków do ekologii. O sukces fotowoltaiki zadbał sam PiS, wprowadzając wyjątkowo korzystne warunki rozliczenia za prąd wytworzony przez przydomowe panele i oddany do sieci energetycznej w czasie nadprodukcji. W 2019 roku PiS powołał również program „Mój Prąd”, dotujący zakup paneli fotowoltaicznych. Z wypowiedzi Czarnka wynika, że sam skorzystał z dopłaty i rozlicza się z energii na korzystnych zasadach systemu prosumenckiego, opracowanych przez jego partyjnych kolegów (zastąpionych w 2023 roku przez net-billing).
Jednym z największych orędowników inwestycji w OZE był poprzedni prezes Orlenu Daniel Obajtek, który próbował „zazielenić” portfolio energetycznego giganta inwestycjami w stacje ładowania aut elektrycznych czy produkowanego bezemisyjnie wodoru. Co jednak najważniejsze, szef Orlenu z PiS-owskiego nadania postawił na morskie farmy wiatrowe. Obajtek zainicjował współpracę z kanadyjską spółką Northland Power, z którą Orlen buduje morską farmę Baltic Power.
I trzeba przyznać, że PiS z sukcesem blokował powstawanie nowych mocy wiatrowych na lądzie. Politycy partii przez lata upierali się przy oddaleniu ich od zabudowań na granicy 10-krotności wysokości wiatraka, później przybliżając je na 700 metrów od domów (zamiast postulowanych przez branżę i naukowców 500 metrów). Trudno jednak do końca uwierzyć w „OZE-sroze” Czarnka. Jest on przecież przedstawicielem partii, która może przypisać sobie wielkie zasługi dla rozwoju odnawialnych źródeł w Polsce.
O wiele wiarygodniej Czarnek brzmi biorąc na tapet temat ETS-u. Krytyka tego systemu to PiS-owski klasyk, powtarzany przez polityków formacji od lat. Nie można też się dziwić, że Czarnek chce, by polskie firmy przestały płacić za uprawnienia do emisji. Wszyscy pewnie chcieliby, by wydawały na to jak najmniej pieniędzy. Jest na to prosta metoda: przyspieszyć dekarbonizację gospodarki. Czarnek wybrał opcję trudniejszą, zapewne niemożliwą: chciałby pojechać do Brukseli i nawarczeć na Ursulę von der Leyen, a ta miałaby zwolnić polskie firmy z opłat.
Rezygnacja z ETS-u w Polsce byłaby trudna nie tylko ze względu na przewidywalny opór szefowej Komisji Europejskiej. Dlaczego?
Zacznijmy od budżetowych zysków z handlu uprawnieniami do emisji. W skrócie: są duże i każdemu rządowi trudno byłoby z nich zrezygnować. W 2026 roku kwota uzyskana z ich sprzedaży ma wynieść 20,5 mld złotych, w latach 2013-2023 sięgnęła niemal 94 mld. 90 proc. z tej kwoty idzie bezpośrednio do budżetu państwa. Zyski z ETS są przekazywane między innymi na programy osłonowe w przypadku gwałtownych zwyżek cen energii elektrycznej, ale i wsparcie dla odnawialnych źródeł energii i poprawę efektywności energetycznej. Zasilają też unijny Fundusz Modernizacyjny, z którego pochodzą między innymi pieniądze w rządowym programie wymiany pieców „Czyste Powietrze”. Szacowany na ten rok dochód polskiego państwa z ETS starczyłby na pokrycie około połowy kosztów budowy lotniska Portu Polska (czyli dawnego CPK).
Czarnek zdaje się sądzić, że do wyjścia z ETS-u wystarczy kupno biletu do Brukseli, zrobienie groźnej miny przed odpowiednimi komisarzami i tupnięcie nogą. Niestety, nie tak to działa, a na próbie wyjścia z ETS zęby połamał sobie już Mateusz Morawiecki. Były premier zabiegał o ulgowe traktowanie dla Polski w 2021 roku, gdy ceny certyfikatów uprawniających do emisji CO2 poszły ostro w górę. Nic z tego nie wyszło.
System obowiązuje wszystkich członków UE, a wyłączenie z niego jednego państwa mogłoby wywołać słuszne protesty ze strony innych krajów, których gospodarki nadal są napędzane w dużej mierze węglem. Zaburzyłoby to konkurencyjność na wspólnym rynku, na którym muszą panować równe zasady dla podmiotów z wielu państw. Jedynym wyjściem w takiej sytuacji byłoby zarzucenie systemu ETS we wszystkich krajach wspólnoty. Polska byłaby jednak osamotniona w tym postulacie.
Nieco inaczej może być z reformą ETS i planami wprowadzenia systemu ETS 2. W najbliższych miesiącach należy spodziewać się prawicowej ofensywy wymierzonej w ten plan, którą zdecydowanie zapowiadają wypowiedzi Czarnka. Unijna dyrektywa ETS 2 rozszerza grono płatników. Na razie uprawnienia do emisji kupuje wielki przemysł, elektrownie czy elektrociepłownie. ETS w nowej wersji ma dotyczyć również węgla spalanego w domach, handlu gazem ziemnym oraz benzyny i diesla. System w zaktualizowanej wersji ma wejść w życie w 2028 roku. Oznacza to opóźnienie o rok względem pierwotnych planów. Unijni przywódcy mówią też o możliwości rewizji celów ETS 2.
Niezależnie od tego można spodziewać się, że rozszerzenie unijnego systemu będzie podgrzewać emocje w kampanii wyborczej przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Większość krajów UE jest gotowa do wprowadzenia nowych regulacji. Ale większość krajów nie jest też uzależniona od paliw kopalnych w równym stopniu jak Polska.
Według Czarnka i jego otoczenia zwolnienie Polski z ETS obniży cenę energii z węgla, którą pompuje jedynie to obciążenie. Mówił o tym między innymi poseł PiS Radosław Fogiel. Problem w tym, że koszt wydobycia tony węgla wciąż rośnie, mimo że przemysł wydobywczy nie jest objęty ETS-em. Wpływa na nią przede wszystkim koszt wydobycia, który sięga ponad tysiąca złotych (wobec około 800 złotych w 2024 roku).
Drogi węgiel wydobywany jest w nierentownych kopalniach. Strata Polskiej Grupy Górniczej za 2025 rok wyniosła ok. 5 mld złotych. Skarb Państwa w 2026 roku wyda na bezpośrednie dopłaty dla kopalni 5,5 mld złotych. Polski węgiel jest trudno dostępny, zwykle głębokość eksploatacji sięga 700-800 metrów. Jego jakość jest niska, a eksperci wskazują, że w wydobytych ładunkach około 40 proc. wagi stanowi popiół, problemem jest również wysoka zawartość siarki i metali ciężkich.
Na tym tle dobrze wypada jedynie kopalnia Bogdanka na Lubelszczyźnie. Według danych z 2025 roku koszt wydobycia tony wynosił tam od 300 do 500 złotych, głównie przez lepsze warunki geologiczne. Jedna Bogdanka nie wystarczy jednak do podtrzymania systemu energetycznego. Produkcja kopalni sięga 8 mln ton węgla na rok. Zapotrzebowanie na węgiel w Polsce spada, ale nadal wynosi ponad 40 mln ton rocznie.
Dlatego Przemysław Czarnek patrzy z nadzieją na resztę złóż w Lubelskim Zagłębiu Węglowym, którego udokumentowane zasoby rozciągają się na powierzchni 1200 kilometrów kwadratowych. Polityk przekonywał w sobotnim wystąpieniu, że są „łatwo dostępne” i że to węgiel „bardzo dobrej jakości”. Problem w tym, że znaczna ich część znajduje się w Poleskim Parku Narodowym i jego bezpośrednim otoczeniu, nie sprawdzono też w pełni opłacalności jego wydobycia.
Trzeba spodziewać się, że Czarnek będzie forsował węglową rewolucję w regionie, z którego pochodzi. Warto jednak zastanowić się nad tym, dlaczego Lubelskie nie jest do tej pory węglową potęgą, mimo że śląskie kopalnie od dekad nie przynoszą zysków. W końcu może okazać się, że wydobycie tam nie ruszyło, bo w odchodzącej od węgla globalnej gospodarce w końcu i tak przestanie się opłacać. W OKO.press postaramy się odpowiedzieć pytania o lubelski węgiel w najbliższych dniach.
Temat transformacji energetycznej z pewnością będzie jednym z najważniejszych wątków kampanii przed wyborami parlamentarnymi. Przemysław Czarnek zapewne dopiero się rozkręca. Wiadomo, że to niezwykle sprawny retorycznie polityk, który lubi podgrzewać atmosferę. Pytanie jednak, czy ambicje polityka nie rozbiją się o realia, w których energetyka dynamicznie odchodzi od węgla, nie tylko przez unijne wymogi, ale i uwarunkowania rynkowe. OZE wygrywa ceną wytworzenia megawatogodziny, a rola węgla spada. W ciągu pierwszych 6 miesiącach 2025 roku jego udział w produkcji prądu spadł poniżej 50 proc. Na koniec roku wyniósł 52,6 proc. 10 lat temu, gdy PiS poprzednio dochodził do władzy, było to niemal 80 proc.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska, Radiu Kraków i Off Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl. Jeden ze współautorów podcastu "Drugi Rzut Oka". Interesuje się tematyką transformacji energetycznej, transportu publicznego, elektromobilności, w razie potrzeby również na posterunku przy tematach popkulturalnych. Mieszkaniec krakowskiej Mogiły, fan Eurowizji, miłośnik zespołów Scooter i Nine Inch Nails, najlepiej czujący się w Beskidach i przy bałtyckich wydmach.
Komentarze