Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska/OKO.pressil. Iga Kucharska/OK...

Katarzyna Przyborska: W swojej książce „Czułe oczy Lewiatana. Archiwa akcji »Hiacynt«, biopolityka i queerowy słaby opór”, postawiłaś za Leo Bersanim pytanie: czy gej może być dobrym obywatelem? Czy udało ci się pracując nad książką znaleźć odpowiedź w trakcie badań w archiwach, rozmów z represjonowanymi w akcji „Hiacynt”? Czy gej może być dobrym obywatelem?

Ewa Majewska*: Oczywiście w pierwszym odruchu możemy chcieć odpowiedzieć na to pytanie: tak, oczywiście, gej może być dobrym obywatelem. Ale czy państwo chce, żeby gej w ogóle był obywatelem? Gej w Polsce w latach 80., ale i teraz, nie dostaje nawet bazowego pakietu praw obywatelskich. Książka „Homos”, z której wzięłam to pytanie, wyszła w 1995 roku i jest wyliczanką sprzeczności, marginalizacji i dyskryminacji gejów w USA, co szerzej możemy przełożyć na sytuację osób LGBTQIA. Co to w ogóle znaczy „obywatel gej”? Słyszymy zgrzyt.

„Obywatel gej” brzmi trochę jak oksymoron, trochę jak jakaś niemożliwość.

W Polsce można być gejem bezkarnie od 1932 roku, wtedy wykreślono homoseksualność z kodeksu karnego. A jednak ta mniejszość nadal jest dyskryminowana. Akcja „Hiacynt” była prowadzona w latach 85, 86 i 87, a „strefy wolne od LGBT” to już zupełnie niedawne dzieje.

W 2005 miała miejsce tzw. afera gejbombera, w kilkunastu miejscach w Warszawie podłożono atrapy ładunków wybuchowych. Maile do redakcji mediów podpisane przez „PowerGay” i „Silny Pedał” tłumaczyły, że to akcja przeciw Lechowi Kaczyńskiemu, który zakazał marszu równości. Ewakuowano centrum Warszawy.

To się działo kilka dni przed wyborami samorządowymi, w Warszawie wygrał wtedy Lech Kaczyński.

Cała akcja okazała się kompletną fikcją. Sprawę umorzono, ale oczywiście próbowano ją powiązać ze środowiskiem gejowskim.

Przeczytaj także:

Sprawa wciąż rozwojowa?

Przez miesiące policja nachodziła gejów, przesłuchiwała ich. Mówiono o nowej akcji „Hiacynt”. Pytanie, czy to rzeczywiście coś nowego? W swojej książce pokazujesz, że akcja „Hiacynt” nigdy formalnie nie została zakończona, że jej akta są wciąż w użyciu. Jak udało ci się to ustalić?

Podobnie jak inni badacze, którzy byli przekonani, że w związku z ustawą dokumenty operacji „Hiacynt” powinny z automatu zostać przekazane z komend policji do IPN, najpierw poszłam do IPN. I – jak inni badacze – trafiłam jedynie na dokumenty w zbiorach białostockiego IPN-u, ale dotyczące Olsztyna, Suwałk, Wągrowca, Warmii i Mazur oraz tak zwaną Teczkę Szczecińską, która jest relatywnie kompletna. Chodziłam do IPN-u w 2015 roku i potem w 2022 roku, już bardzo skwapliwie szukając dokumentów z akcji „Hiacynt”, i cały czas wyskakiwał mi tylko ten Szczecin i Białystok.

Dlaczego? Pytałam Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, ale tam twierdzili, że nie ma i nie było. Komenda Główna Policji też twierdziła, że nie mają nic w zbiorach, choć do nich przecież sprawozdawał Szczecin, a zatem najprawdopodobniej i 48 pozostałych ówczesnych województw. Wyjaśnienie znalazłam, kiedy wpadłam na przebojowy pomysł, żeby nawiązać kontakt bezpośrednio z komendami wojewódzkimi Policji.

Zaczęłam żmudną korespondencję za pomocą platformy ePUAP ze wszystkimi aktualnymi 17 komendami wojewódzkimi, osobne mają Kielce i Radom, stąd 17 komend na 16 województw. Tylko ze Szczecina dostałam jasną informację, że całość archiwaliów z akcji „Hiacynt” przekazali do IPN-u. Natomiast pozostałe Komendy Wojewódzkie twierdzą, że dokumenty akcji „Hiacynt” nadal mają w swoich zbiorach. Na moje pytanie, czy mogłabym je skonsultować archiwalnie jako badaczka, dostawałam za każdym razem odpowiedź, że nie.

Jakie były uzasadnienia odmowy?

Swoją książkę traktuję też jako zasób dla osób, które chciałyby doprowadzić do podsumowania, zamknięcia i archiwizacji tej operacji, dlatego skrupulatnie wymieniam w niej kilkanaście różnych dokumentów prawnych, na które powołują się komendy: ustawa o policji, o ochronie danych osobliwych, RODO, rozporządzenie Komendanta Głównego, rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych, dotyczące dokumentów albo działania policji.

Na ustawę o IPN powołała się tylko komenda w Szczecinie, która swoje archiwum odesłała. Niepokojący przypadek miał miejsce w Poznaniu, skąd napisano mi, że wybrakowano, czyli po prostu zniszczono część dokumentacji. Dzięki wsparciu Adama Bodnara udało mi się dotrzeć do dokumentów z Komendy Głównej Policji w Warszawie, która uznała jednak, że ocenzuruje niektóre dokumenty, które w IPN są dostępne w całości.

Tylko w Łodzi jakaś uprzejma pani, która ze mną korespondowała, stwierdziła, że skoro część dokumentów jest jawna, to powinnam się skontaktować z archiwum i ten kontakt nawiązaliśmy. Wtedy jednak włączył się ówczesny łódzki komendant wojewódzki, który oświadczył, że utajnia zbiory, bo jawne i niejawne są przemieszane i on po prostu nie życzy sobie, żebym miała do nich dostęp.

Dostawałam różne odpowiedzi, ale za każdym razem słyszałam, że dokumenty nie zostały zarchiwizowane, bo są częścią aktualnych operacji policyjnych.

W użyciu po 40 latach? Nawet przestępstwa się przedawniają, najpoważniejsze po 30 latach, a tu mówimy o zbieranych informacjach.

Ustawa o policji, ustawa o narodowym zasobie archiwalnym i o archiwach wyznaczają limit przechowywania dokumentów w zbiorach aktualnych na dwadzieścia lat. A tu mamy w zastrzeżonym zasobie dotyczącym bieżących operacji dokumenty sprzed lat czterdziestu. I żadna komenda nie udzieliła mi przekonującej odpowiedzi, dlaczego nie zostały zarchiwizowane. Wyraźnie jest problem z zamknięciem tej operacji. Akcja „Hiacynt” trwa.

Co to może oznaczać? Włos się jeży na głowie. To są bardzo wrażliwe dokumenty. Robert Biedroń, kiedy był posłem na Sejm RP, napisał w 2006 roku do marszałka Sejmu Ludwika Dorna w związku z dyskusjami o ustawie o IPN, że archiwum akcji „Hiacynt” należałoby jak najprędzej zniszczyć. Ówczesny Rzecznik Praw Obywatelskich, dr Jacek Kochanowski, odpowiedział mu, że archiwa akcji „Hiacynt” mogą stanowić dowody na naruszenia praw obywateli przez PRL. List Kochanowskiego potwierdza moje przekonanie, które podziela również Adam Bodnar, że akcja „Hiacynt” naruszyła prawa człowieka również w ramach porządku prawnego PRL i w związku z tym dokumenty powinny znaleźć się w IPN-ie.

Tysiące na komendzie

Ile osób było represjonowanych w ramach akcji „Hiacynt”? Pada liczba 11 tysięcy, ty podajesz, że 15 tysięcy.

Liczba 11 tysięcy pojawia się w liście marszałka Sejmu Mikołaja Kozakiewicza do generała Czesława Kiszczaka, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. Kozakiewicz pisze, że geje chcieliby założyć organizację społeczną, zarejestrować ją i działać legalnie. Jako jeden z powodów wskazuje właśnie akcję „Hiacynt”, jako naruszającą ich prawa, oraz epidemię HIV/AIDS.

Ministerstwo Zdrowia też wsparło wtedy tę inicjatywę – są na to dokumenty w IPN-ie. Z kolei w akcie oskarżycielskim, który został złożony do IPN w 2007 roku przez trzech aktywistów gejowskich: Jacka Adlera, Szymona Niemca i Waldemara Zboralskiego mowa o 12 tysiącach. Tam też pojawia się termin „teczka geja” i „karta homoseksualisty” – ja na takie dokumenty nigdy nie trafiłam.

Natomiast moja liczba to 14 521. Podaję ją na bazie dokumentu, który stanowi rodzaj sprawozdania z ogólnokrajowej akcji „Hiacynt” w 1987 roku. Zaokrąglam do 15000, bo akcje „Hiacynt” prowadzono też w 1986 i 1985 roku, więc zapewne osób, jakie objęła, było nieco więcej, niż w samym 1987 roku.

Tu mowa o wszystkich, którzy byli w ramach akcji przesłuchiwani, inwigilowani. A ile osób poszło na współpracę z resortem albo zostało do niej zmuszonych?

Nie tylko u Michała Witkowskiego w „Lubiewie”, ale też w wielu wypowiedziach gejów, z którymi rozmawiałam, pojawia się temat, że „cioty sypały”, że mężczyźni homoseksualni byli jakoś bardziej podatni na milicyjną perswazję czy właściwie szantaż. Mam wrażenie, że nie musiało wcale tak być. Nie wszyscy wytypowani na potencjalnych TW szli na współpracę. Z tych nielicznych sprawozdań, do których udało mi się dotrzeć, wynikałoby, że dotyczyło to mniej niż procenta.

Inna sprawa, że małe, hermetyczne środowiska, takie jak gejowskie, zwłaszcza wtedy, w latach 80., nie wymagały jakiejś wielkiej siatki szpiegowskiej. Żeby przynieść na tacy milicji czy służbom dużo informacji wystarczył jeden gadatliwy człowiek. Ale też nie robiłabym z gadatliwości od razu zarzutu. Przystanie na współpracę to nie jest to samo, co opowiadanie jakichś tam ploteczek.

Pan Waldek wypchnięty z szafy

Operacja „Hiacynt” przeprowadzana była trzy razy. W 1985, 1986 i 1987. Trwała za każdym razem po kilkadziesiąt godzin. W 1987 od rana 15 do północy 16 listopada. W 1986 roku 26 i 27 września i w 1987 16 i 17 października. Ustaliłaś, że była też operacja Komendy Stołecznej Policji bez nazwy, która trwała od lipca go grudnia 1987 roku. W tym czasie wszystkie komendy w kraju zajmowały się ściganiem, spisywaniem i przesłuchiwaniem gejów. Jakie były podstawy tych działań?

Kluczowe dokumenty powstają w Komendzie Głównej Milicji w Warszawie – to plany ramowe każdej z trzech operacji „Hiacynt”. W tych planach są wskazane trzy główne przesłanki operacji. Jedna to morderstwa i inne przestępstwa na gejach, gdzie nie wykryto sprawców i trzeba było zwiększyć skuteczność policji. Druga to przeciwdziałanie HIV-AIDS. Trzecia przesłanka jest najbardziej szemrana, bo mówi o tym, że polscy geje kontaktują się z gejami za granicą i że to zagraża PRL-owi. To podejrzenie jest bardzo mocne, bo zdrada państwa to jedno z najpoważniejszych przestępstw, jakich obywatel może się dopuścić. IPN w 2008 roku odmówił Waldemarowi Zboralskiemu, Jackowi Adlerowi i Szymonowi Niemcowi wszczęcia sprawy przeciwko władzom PRL o akcję „Hiacynt”, uzasadniając, że to była akcja milicyjna, a nie służb. Tymczasem przecież szpiegów nie ścigali zwykli milicjanci, tylko wywiad i służby, a w każdej wojewódzkiej komendzie był wydział bezpieczeństwa, w którym działali funkcjonariusze SB. A to poważna przesłanka, żeby do takiej sprawy powrócić.

Są też oskarżenia o demoralizację młodzieży.

W 1986 roku Komenda Główna uszczęśliwiła polską milicję i służby dodaniem nieletnich do obserwowanych w ramach akcji „Hiacynt”. Czytałam 40-stronicowy raport z obozu młodzieży socjalistycznej z Sieradza, gdzieś w górach. Jak to młodzież: pili wódkę, chodzili po krzakach, jakiś seks miał miejsce. Iluś milicjantów dzielnie to obserwowało, zapisując rozległe stroniczki.

To brzmi zabawnie, ale deprawacja młodzieży to jest bardzo poważne przestępstwo, o które stereotypowo oskarża się gejów w większości ogólnych dokumentów akcji „Hiacynt".

Cała grupa ludności została narażona na brutalną operację milicyjną bez żadnego dobrego powodu, bez jasnych przesłanek. Bo założenia, że każdy gej to kryminalista roznoszący choroby, deprawujący młodzież i jeszcze szpieg, są tyleż bezpodstawne co stygmatyzujące. Te stereotypy są wciąż żywe. Politycy PiS twierdzili, że orientacją seksualną można się zarazić oraz że można ją „wyleczyć”; oskarżenia o deprawację zostały wzmocnione oskarżeniami o pedofilię. Jakie jeszcze dokumenty widziałaś?

Rozkaz wykonania akcji „Hiacynt” wychodził za każdym razem z Warszawy, z Komendy Głównej Milicji, 49 jego kopii szło do każdego ówczesnego województwa, ze stołecznym włącznie, a stamtąd na komisariaty. Tak, jak akcja „Znicz” jest realizowana przez każdy najmniejszy komisariat od wielkiego miasta po wioskę, tak samo było z akcją „Hiacynt”, poza tymi wyjątkami, gdzie milicja, komisariaty mówiły, że nie mają aktywnych gejów. Tych dokumentów musi być bez liku. Ciekawe, że w IPN znajdują się akta innych operacji MO, jak właśnie „Znicz”, więc nie ma chyba powodu, by nie przenieść tam również dokumentów „Hiacynta”.

Dotarłam do zeznań osób, które przepytywano na komisariatach. Milicja ściągnęła ich tam, by zeznawali w różnych sprawach – o kradzież, o włamanie, o napaść na geja, o morderstwa na gejach. Osoba zeznaje czasem w bardzo rozbudowany sposób, jest pytana o to, czy jest gejem, z kim sypia, ilu ma partnerów, nawet o pozycje seksualne. I to wszystko dlatego, że jest uważana za świadka jakiegoś przestępstwa.

Już na poziomie tego ogólnego dokumentu z Komendy Głównej Milicji pojawiają się sformułowania, które sugerują, że bycie gejem samo z siebie może prowadzić do patologii.

Z województwa szczecińskiego przyszły do IPN-u, widziałam to w 2015 roku, całe listy nazwisk, adresów, PESEL-i mężczyzn podejrzewanych przez milicję o to, że są gejami. W roku 1985 to 450 nazwisk, w następnym 500, i w kolejnym 650. Za każdym razem komendant wojewódzki milicji w Szczecinie z dumą pisał do Warszawy, że mają więcej i dalej tropią tych gejów. Wydaje się zatem, że w Szczecinie komendant uznał, że głównym zadaniem akcji „Hiacynt” jest inwigilacja środowiska.

Dostałaś wgląd w dane tak wrażliwe, jak nazwiska, PESEL-e i adresy?

Założenie jest takie, że ja jako badaczka nie zrobię z tego złego użytku, ale też pytanie, czy ja jako badaczka powinnam to oglądać. Ostatecznie uważam, że dobrze, że to zobaczyłam, bo mogę zeznać nawet pod przysięgą, że widziałam całe płachty zapisane nazwiskami domniemanych gejów.

Mówiłaś, że dla porównania przeglądałaś dokumenty akcji „Znicz” w IPN-ie. Jest jednak istotna różnica między tymi akcjami. Akcja „Znicz” co roku jest ogłaszana. A akcja „Hiacynt” nie została ogłoszona.

I dlatego zapanował kompletny popłoch. Wszyscy geje, z którymi rozmawiałam i ich znajomi pamiętają moment, kiedy 15 listopada 1985 zaczęła się akcja „Hiacynt”, i nagle znajdują się na komisariatach, spotykają jakichś znajomych, bądź nieznajomych, o których zaczynają myśleć, że to są pewnie takie osoby jak oni. Ale nikt nie wie, o co chodzi. Rozdzwoniły się telefony i przekonanie jest takie, że „najpierw nas spiszą, potem nas zgarną, a potem wykończą”.

Jak wprowadzono stan wojenny, zamiast Teleranka pojawił się gen. Wojciech Jaruzelski, ogłosił delegalizację Związku Zawodowego Solidarność, godzinę policyjną, internowania, nowe reguły. Oczywiście część osób, w tym mój ojciec i bardzo wielu innych działaczy i działaczek Solidarności, niezależnej kultury i polityki polskiej, postanowiła, że będzie naruszać te reguły. Ale przynajmniej były one znane.

Na gejów pada blady strach, dlatego, że nikt nic nie wiedział. Milicja ich nachodziła w miejscach spotkań, w kawiarniach, ale i w mieszkaniach.

Byli łapani, zwożeni na komisariaty, przesłuchiwani, wypytywani o życie intymne. Niektórym z nich grożono, że ich orientacja zostanie ujawniona szefom albo żonom.

A przecież podstawową strategią wtedy, w społeczeństwie heteronormy, była mimikra, dostosowanie się, wejście w społecznie przyjęte i oczekiwane role: męża i ojca.

Kiedy pada hasło gej, to wyobrażamy sobie aktywistę, walczącego o prawa dla osób LGBTQIA. Tymczasem tutaj mówimy o facetach typu pan Waldek, pan Zdzisiek, pan Gienek, z których część funkcjonowała jako mężowie, ojcowie rodzin, jako heteroseksualni faceci, którzy w piątek po pracy idą z kolegami na piwo. Ukrywali się przed bliskimi, przed współpracownikami, studentami na uczelni, kolegami ze studiów, wykładowcami, przed sąsiadami każdego dnia. I nagle się okazuje, że milicja ma adresy, wypytuje ludzi. Podobno było wtedy dużo prób samobójczych i samobójstw, choć nie ma statystyki z tamtego czasu, która by podawała przyczynę. W okolicach 1985 roku została też odnotowana większa ilość samobójstw wśród funkcjonariuszy służb mundurowych.

Lęk stanu wyjątkowego

W filmie „Hiacynt Piotra Domalewskiego, dostępnym na Netflixie, wszystko tonie w listopadowym mroku, gubi się w domysłach, wiele rzeczy możemy sobie tylko wyobrazić. To dość dobrze, mam wrażenie, oddaje ten niejasny, wyjątkowy status akcji, rozkręconej na podstawie uprzedzeń, utrzymywanej pomimo przepisów i wciąż pulsującej w mroku, bo jak się okazuje, te uprzedzenia wciąż są politycznie wygodne. Taki niejasny status, wyjątkowy, znamy z „paska” na granicy, wyjętego spod przepisów, na którym nie obowiązują również prawa człowieka. Ty do zrozumienia tej sytuacji przywołujesz termin stanu wyjątkowego.

Stan wyjątkowy to jest typ zarządzania państwem, społeczeństwem, w którym władza tworzy prawo, ale nie podlega mu. Druga zasada jest taka, że istnieje wróg, czyli jakby cała społeczność, cały naród ma się zjednoczyć w afekcie przeciw komuś, a nie racjonalnie. Naród ma czuć strach i nienawiść, do Żyda, geja, kobiety, uchodźców. Nienawiść ma magazynować inne nasze frustracje, wynikające z problemów dnia codziennego. No i trzeci element: w standardowym, demokratycznym społeczeństwie władza jest rozdzielona na: sądową, legislatywę i egzekutywę. Stan wyjątkowy polega na tym, że władza wykonawcza ma dominować. To było bardzo wyraźnie widać już w pierwszym PiS-ie w 2006 roku, kiedy Jarosław Kaczyński próbował wprowadzić ustawę o sytuacjach kryzysowych, w której przewidział, że jeden człowiek, premier, będzie miał kompetencje wprowadzania stanu wyjątkowego.

Jarosław Kaczyński czerpał z myśli Carla Schmitta.

Carl Schmitt, niemiecki prawnik i filozof spopularyzował ten paradygmat. Zbadał to Franciszek Ryszka, komunista, wybitny historyk i teoretyk prawa. Napisał książkę „Państwo stanu wyjątkowego, gdzie pokazuje, jak czerpiąc z teorii Schmitta, przekształcano kolejne elementy porządku prawnego Niemiec, żeby z nich uczynić III Rzeszę. To jest fenomenalna książka. Dla wielu osób, które dzisiaj próbują bronić praw człowieka, praw mniejszości – bezcenna.

Natomiast ja zwracam uwagę, że polityczny stan wyjątkowy zawiera tę sferę nieoznaczoności.

Osoby, które tak naprawdę wcale nie są wrogami, systemowo i stopniowo pozbawiane są praw, godności, własności, wreszcie życia.

Najpierw nie wolno ci gdzieś usiąść, potem pracować, studiować, osiedlić się. Stopniowo stajesz się, jak to ujął włoski filozof Giorgio Agamben, homo sacer, człowiekiem wyjętym spod prawa, zredukowanym do biologicznej egzystencji, którą również można odebrać. Tak stało się w III Rzeszy z Żydami.

Bycie gejem nie było w PRL-u zakazane.

Potem o akcji „Hiacynt” mówiono, że chodzi tylko o zebranie informacji o środowisku, że nie było żadnego napastowania. Ale tu chodziło grupę szczególnie wrażliwą. Gej był osobą, która nie ujawnia esencji swojej tożsamości. Czyli można wobec niego zastosować bardzo poważny szantaż. Te osoby często rezygnują z mieszkania we własnym mieście, tracą kontakty rodzinne, bo nie są akceptowane, mogą być osamotnione. Ich poczucie bezpieczeństwa jest wobec tego mniejsze niż u innych osób, bardziej kruche. Geje nie mogą zalegalizować związku, więc nie mają partnera, który mógłby po nich pójść na komisariat, czegokolwiek się domagać.

Musimy sobie wyobrazić, co przeżył taki gej, kiedy zapukał do niego milicjant, powiedział „panie, wskakuj pan w portki, jedziemy na komisariat” – oni nie byli przecież traktowani podmiotowo. W oczach niektórych milicjantów byli półobywatelami, ćwierćobywatelami. Nie wszystkich oczywiście. Byli też milicjanci, którzy przepraszali za to, że w ogóle muszą w tej akcji uczestniczyć.

Przeciw tej mniejszości państwo mobilizuje wszystkie komisariaty w całym kraju, organizuje kosztowną akcję policyjną, która nie jest publicznie ogłoszona, generuje zatem tę strefę nieokreśloności i nieoznaczoności i geje nie wiedzą, co im się wydarzy. Myślę, że na tym polega też tragedia tej operacji i straszliwa krzywda osób LGBTQIA.

Homofobia jako dyscyplinowanie

Porównujesz prześladowania gejów do prześladowań członków Solidarności. Ale geje nie są gejami w imię demokracji, w publicznej sprawie.

Tak, to porównanie ma krótkie nogi w tym sensie, że w stosunku do osób, które działały w podziemiu solidarnościowym, istniała bardzo duża akceptacja społeczna. Mój ojciec wspomina, że kiedy był w areszcie w 1983-84 roku, przestępcy, prawdziwi kryminaliści, mieli respekt dla tych, którzy się angażowali politycznie. 10 milionów ludzi się zapisało do Solidarności. W przypadku gejów takiej afirmacji i takiej akceptacji oczywiście nie było.

Odwracając perspektywę widać, że już samo istnienie gejów jest zagrożeniem dla autorytaryzmu, podobnie jak bycie w opozycji. Mniejszości, jak wskazują badacze faszyzmu, wśród nich Jason Stanley, osłabiają binarne napięcie potrzebne do generowania wrogości. Jednocześnie, choć mniejszość jest za słaba, by stać się rzeczywistym wrogiem, to można ją docisnąć, zdyscyplinować, pokazując zarazem reszcie, że ich przywilej polega zaledwie na tym, że nie są niszczeni.

Polskie państwo, jak każde państwo, uzbrajało homofobię jako sposób dyscyplinowania całości społeczeństwa. O tym jest bardzo dużo oczywiście w tekstach Michela Foucaulta, który jest jednym z głównych teoretyków, do których się odwołuję.

A władza jest sroga, ale zarazem czuła, opiekuńcza, co analizujesz i co zapowiadasz już w tytule książki. Lewiatan ma czułe oczy.

Po II wojnie państwa zachodnie i wschodnie w Europie stają się opiekuńcze, zaczynają dbać o obywateli, interesować się ich moralnością, przyjemnością, rodzinnością, intymnością, bezpieczeństwem, dobrostanem. Ale oczywiście państwo rozumie ten dobrostan po swojemu, na przykład represyjnie traktując skolonizowane mniejszości albo własne wewnętrzne mniejszości. I tak akcja „Hiacynt” łączy funkcję dyscyplinarną i opiekuńczą. Represjonuje, przesłuchuje, poniża, ale przecież „troszczy się o tych biednych gejów”, którzy roznoszą HIV/AIDS i na niego umierają. W Białymstoku, w Olsztynie są wykłady dla milicjantów o tym, czym jest HIV/AIDS, kim jest gej, że to nie jest przestępstwo.

Żeby zmierzyć się z tą nieokreślonością akcji „Hiacynt”, zbadać ją, przeanalizować i opisać używasz zasobów z bardzo wielu rejestrów. Piszesz o archiwum, o biopolityce, odwołujesz się do teorii, pokazujesz olbrzymi warsztat, ale sięgasz też do zasobów bardzo osobistych. Odwołujesz się do swojej queerowości, do doświadczeń dzieciństwa, a jesteś dzieckiem opozycjonisty, do waszego domu też wkraczała władza. I tych doświadczeń oraz relacji z ojcem, również używasz jako narzędzi.

Mój ojciec, Henryk Majewski, był działaczem podziemnej Solidarności w latach 80., potem w 1990 roku został pierwszym cywilnym wojewódzkim komendantem policji w Polsce, a następnie drugim po zmianie rządów ministrem spraw wewnętrznych RP. W czasach Solidarności dokumentował nadużycia i przemoc milicji i służb, a mając własne doświadczenie internowania i aresztów, zdał sobie sprawę z wagi dokumentowania także tych dobrych chwil, życia rodzinnego, bliskości. Wiedział, że ta prywatność jest podstawą skutecznej polityczności i dostarczał działaczom do więzień zdjęcia ich bliskich.

Podnosząc ich na duchu?

Tak, wzmacniając w nich opór, rezyliencję, o której dzisiaj się tyle mówi w aktywizmie. Nie zapomnę, jak pierwszy raz przyszłam do czytelni IPN w Warszawie i dostałam dokumenty z akcji „Hiacynt”. Pojawił się temat przesłuchań, a ja miałam przebitki z własnych wspomnień, jak milicja i służby przychodziły po mojego ojca do domu, jak się wtedy czułam, jak to wyglądało itd. Uznałam, że w ramach badania naukowego konieczne jest się z tych wspomnień sprawozdać, bo one współtworzą moją perspektywę badawczą. Kiedy rozmawiam z byłym milicjantem i tłumaczę mu, że jestem z solidarnościowego opozycyjnego domu, to profiluje w jakiś sposób naszą rozmowę. Jak rozmawiam z gejem, który był inwigilowany w latach 80., i mówię o moim doświadczeniu dziecka, do którego domu wchodzą uzbrojeni, umundurowani funkcjonariusze i zabierają ojca, to buduje pewien rodzaj wspólnoty.

Twój ojciec pomagał ci dotrzeć do policyjnych archiwów.

I to okazało się w kilku przypadkach szalenie pomocne. To jest człowiek, który zna struktury policyjne, wie, jak się przekształcały. Konsultowałam z nim zagadkowe treści w korespondencji z Komend Wojewódzkich. Ojciec pomagał mi w dotarciu do ekspertów. Mogłam liczyć na wsparcie i na szacunek. On wcześniej nie był szczególnym propagatorem praw osób LGBTQIA. Podobnie Adam Bodnar, były minister sprawiedliwości, który przeprosił za homofobię rządów PiS, co jest przełomem, ale jednocześnie prawa osób LGBTQIA nie były w centrum jego zainteresowań.

Adam Bodnar przytacza we wstępie do twojej książki fragment preambuły Konstytucji „pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane”. Wyraża nadzieję, że Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN wznowi po 18 latach śledztwo w tej sprawie.

Bodnar w tym wstępie wpisuje osoby LGBTQIA w grono ludzi, którym przysługują prawa człowieka. To jest typ powagi i podejścia do tej problematyki, który nie jest dobrze znany w Polsce. Nawet teoretycy queer, czyli ludzie, którzy powinni być reprezentantami interesów osób LGBTQIA, często unikają tego godnościowego języka, mówiąc wyłącznie z pozycji dyskryminowanej mniejszości. A tu o prawach tej mniejszości, która zawsze jest jakoś niecała, niekompletna, traktowana jako właśnie ćwierć, pół obywatel, quasi obywatel, Adam Bodnar mówi jak o pełnoprawnych obywatelach, którym przysługują prawa człowieka. Byłam tym bardzo poruszona.

Czy możemy sobie wyobrazić, że gdyby wtedy tamta akcja została zakończona, zamknięta, zarchiwizowana, jej ofiary przeproszone i potraktowane godnie, jako osoby represjonowane, to dzisiaj nie musielibyśmy już dyskutować na temat związków partnerskich, nie byłoby nagonki na osoby LGBT w 2020 roku? Czy to źródło wyschłoby?

Zgadzam się z Michałem Zadarą, który w Sprawiedliwości powraca do roku 1968 i przywołuje słowa z greckiej tragedii, o tym, że społeczeństwo nawiedzane przez nierozwikłane, niezałatwione zbrodnie, jest społeczeństwem nieszczęśliwym, nie może normalnie funkcjonować. Oczekuję rozliczenia, przeproszenia, wynagrodzenia szkód i zablokowania możliwości robienia takich akcji kiedykolwiek później.

*Ewa Majewska feministyczna teoretyczka kultury, profesorka USWPS w Warszawie, kierowniczka projektu „Publiczni wbrew woli. Wytwarzanie podmiotu w archiwach akcji »Hiacynt«” (NCN 2022-25). Wykładała na UDK w Berlinie, UW i UJ, prowadziła badania na: UC Berkeley, w IWM w Wiedniu, ICI Berlin oraz UW. Jest autorką ośmiu książek, w tym: „The Caring Leviathan? Hiacynt Pink Files, Biopolitics, and the Queer Critical Theory” (Brill, 2026); „Czułe oczy Lewiatana. Archiwa akcji „Hiacynt”, biopolityka i queerowy słaby opór” (IWKiP, 2026); „Słaba awangarda?” (MOCAK, 2026); „Feminist Antifascism” (Verso, 2021), „Kontrpubliczności ludowe i feministyczne” (IWKiP, 2018).

Premiera książki „Czułe oczy Lewiatana. Archiwum Akcji »Hiacynt«, biopolityka i queerowy słaby opór” odbędzie się w środę, 15 kwietnia w centrum edukacyjnym Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza, przy ul. Andersa 20 w Warszawie. Z autorką rozmawiać będą prof. Adam Leszczyński i Dominik Puchała.

Na zdjęciu Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska

Dziennikarka, antropolożka kultury, socjolożka polityczności, mama.

Komentarze