Sąd Apelacyjny w Rzeszowie orzeka: „Nauczyciele, a w szczególności dyrekcja, mimo pogarszającego się stanu zdrowia uczennicy, odmawiali jej prawa do tego, by można by było do niej zwracać się imieniem Wiktoria, co miało dla niej zasadnicze znaczenie, wręcz fundamentalne”
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyW szkole znali ją wszyscy. Wesoła, charyzmatyczna, mocno zaangażowana w życie szkoły. Jeździła na konkursy, działała w lokalnych organizacjach. Wszędzie jej pełno.
„Miałam czwórki, piątki. I chyba zawsze byłam upierdliwa” – mówi. Na dowód opowiada, jak walczyła o zmianę szkolnego statutu. „Ja po prostu nie lubiłam siedzieć cicho. Przychodzić na lekcje, odbębnić swoje i wrócić do domu? To nie dla mnie. Chciałam działać, pytać, dowiadywać się, zmieniać rzeczywistość” – opowiada.
Nazywam ją Wiktoria. „Znaczy się, zwycięstwo” – żartuje. Na co dzień imię nosi inne, ale prosi, by go publicznie nie podawać. Ironia losu, bo przecież o to imię cała afera.
Wiktoria mieszka dziś w Warszawie. Ma 22 lata. W 2023 roku, na rok przed maturą, pozwała swoją szkołę (położoną blisko granicy z Ukrainą, jedną z najlepszych na Podkarpaciu) o naruszenie dóbr osobistych. Dwa lata później, 18 grudnia 2025 roku, usłyszała w sądzie, że miała rację. Dyrekcja w rozmowie z OKO.press zapowiedziała, że na wyrok złoży skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.
„Płeć psychiczna żeńska, płeć metrykalna męska” – napisał psychiatra w opinii dotyczącej Wiktorii. Dziewczyna rozpoczynała przedostatni rok w szkole średniej. Na maturze chciała podpisać się tak, jak znajomi spoza szkoły mówili do niej od dawna. Odebrać dowód osobisty z literą „K” w polu, gdzie zaznaczana jest płeć.
„Czułam, że to najlepszy moment na prawne zakończenie tej sprawy. Rozpoczęłyśmy z mamą ścieżkę sądową, czekałyśmy na rozprawę, korektę płci, zmianę mojego imienia. Nie chciałam jednak zaczynać terapii hormonalnej bez pewności, że będę w szkole bezpieczna” – wyjaśnia Wiktoria.
Spotkała się więc z pedagogiem szkolnym. Potem z psycholożką i wicedyrektorką. „Poprosiłam tylko o to, by nauczyciele na co dzień mówili do mnie Wiktoria. O nic więcej” – mówi.
Dodaje, że była świadoma, że w dzienniku nadal może być zapisane jej wcześniejsze, męskie imię. Że w sytuacjach oficjalnych i urzędowych to po nie będą musieli sięgnąć nauczyciele. Nie prosiła o osobne zajęcia z WF-u (była jedyną dziewczyną w klasie). Ale liczyła, że na lekcjach, podczas sprawdzania obecności czy odpytywania, będą w stanie zwracać się do niej nowym imieniem.
Mówi: „Mój świat zatrzymał się jakoś w marcu. Wracałam z Pragi, stałam w kolejce na lotnisku, czekając na odprawę. To był pierwszy wyjazd zorganizowany za pierwsze zarobione pieniądze. Dla mnie duża rzecz. Otrzymałam telefon i usłyszałam krótko: dyrektor nie zgadza się na żadne zmiany, dopóki sąd nie orzeknie o korekcie mojej płci i dokumenty oficjalnie zostaną zmienione. Byłam w szoku, bo dotąd miałam poczucie, że szkoła rozumie moje położenie i chce mnie w nim wesprzeć” – wyznaje.
W aktach sprawy czytam, że zanim dyrektor powiedział „nie”, temat poruszono na radzie pedagogicznej – nie informując jeszcze, o którego ucznia chodzi. Na 50 nauczycieli pracujących w szkole, tylko jeden był przeciwny temu, by szkoła była przyjazna dla ucznia transpłciowego. Drugi wstrzymał się od odpowiedzi, a trzeci zanegował pomysł, by ucznia traktować dokładnie tak, jak innych.
Połowa grona nauczycielskiego wskazała, że nie widzi żadnych potencjalnych trudności w pracy z uczniem transpłciowym. Dla szkoły to była nowość – ale nauczyciele deklarowali, że sobie z tą nowością poradzą.
Dziewczyna poprosiła o spotkanie z dyrekcją. Jak mówi, uzbroiła się w argumenty, akty prawne. „Jak grochem o ścianę. Słyszałam tylko, że nie – bo nie” – mówi. Postanowiła sprawy wziąć w swoje ręce.
Napisała wiadomość do wszystkich nauczycieli. „To był mój coming out. Bardzo szczery. Napisałam, że jestem już w trakcie sądowego postępowania, że pracuję nad zmianą dokumentów, ale muszę jeszcze chwilę poczekać. Że bardzo mi zależy, aby mówili do mnie po imieniu” – opowiada.
Odpisały jedynie pojedyncze osoby. A dyrekcja zaproponowała jej indywidualne nauczanie, zarezerwowane dla tych, których stan zdrowia uniemożliwia lub znacznie utrudnia uczęszczanie do szkoły. Dziewczyna odmówiła.
Nie chciała być izolowana, nie rozumiała, dlaczego miałaby uczyć się z domu. Jej koledzy z klasy byli wyrozumiali, nie doświadczyła od nich żadnych przejawów transfobii.
Dyrekcja zaproponowała, że może przystać na zwracanie się do niej per Wiktoria wyłącznie w sytuacjach nieoficjalnych. „Tyle że za sytuację oficjalną uznano właściwie każdą, w której udział brały osoby postronne, czyli koledzy z klasy. Czyli nawet na lekcji, na korytarzu, podczas pracy w grupach czy luźnych rozmowach podczas lekcji byłabym dla nich wciąż nim. To było bez sensu” – opowiada Wiktoria.
„Wiedziałam, że szkoła nie ma racji. I że upiera się przy swoim ze strachu albo z nieznajomości przepisów. Skorzystałam z pomocy prawnej i wysłałam do szkoły wezwanie przedsądowe. Nie po to, by ze szkołą walczyć. Liczyłam, że prawniczy autorytet spowoduje, że dyrektor zapozna się z argumentami i zobaczy, że nie proszę o nic zdrożnego. I że wiele szkół czy uniwersytetów przystaje na taką prośbę ze strony uczniów” – wyjaśnia.
Dziewczyna, nie oglądając się na szkołę, rozpoczęła terapię hormonalną. Był kwiecień 2023. Ze szkołą wymieniła kilka pism, przez prawnika. A potem zamierzała pójść do sądu. Szkołę chciała oskarżyć o naruszenie jej dóbr osobistych. Nie chciała pieniędzy czy odszkodowania. Tylko potwierdzenia, że ma rację.
„Tych kilka tygodni do końca roku szkolnego było absolutnie straszne. Nauczyciele traktowali mnie jak powietrze. Byłam niewidzialna. Zdarzało się, że nawet nie wyczytywali mnie podczas sprawdzania obecności. Nie brali do tablicy. Nie zadawali żadnych pytań. Rzucali tylko: no, chłopaki, ruszajcie tą mózgownicą! Czułam się okropnie” – wspomina Wiktoria.
„Starałam się chodzić do szkoły, ale było to coraz trudniejsze. Raz wytrzymywałam jedną lekcję, raz trzy. A potem po prostu się rozpadałam. Pamiętam, jak raz, z tej bezsilności, po prostu zaczęłam płakać. Ryczałam całą lekcję. Nie zareagował nikt. Ani klasa, ani nauczyciel. Dla nich jako Wiktoria po prostu nie istniałam”.
Dziewczyna odebrała świadectwo i swoje dokumenty. Jeszcze w maju stanęła przed komisją wojskową, która orzekła trwałą i całkowitą niezdolność do służby wojskowej z uwagi na jej transpłciowość. W grudniu sąd dokonał korekty płci w dokumentach. Zezwolił na zmianę danych, numeru PESEL, imienia.
Wiktoria kończyłaby wtedy przedostatni semestr nauki w szkole średniej. Nie doczekała – zmieniła szkołę; maturę napisała już w Warszawie, rok później niż jej klasa z Podkarpacia.
Sąd pierwszej instancji, wydając wyrok 11 października 2024 roku, nie dopatrzył się winy szkoły. Wiktoria odwołała się od tej decyzji. 18 grudnia 2025 roku, po przeszło dwuletniej batalii sądowej, Sąd Apelacyjny w Rzeszowie potwierdza, że podkarpacki ogólniak naruszył dobra osobiste uczennicy. Nakazuje szkole przeprosić dziewczynę i zwrócić jej koszty procesu.
Wymiar sprawiedliwości w bezprecedensowej sprawie Wiktorii (to pierwsze orzeczenie sądu dotyczące uczniów transpłciowych w szkołach!), zwrócił uwagę na rzecz niebagatelną: że nie ma przepisów, które nakazywałyby nauczycielowi korzystanie wyłącznie z danych metrykalnych ucznia. Że przecież ci używają zdrobnień, ksywek uczniów. Dlaczego więc nie mogliby mówić do dziewczyny Wiktoria?
Sąd wskazał, że obowiązkiem szkoły jest kierowanie się dobrem uczniów i troską o ich zdrowie. „Zwracanie się do strony powodowej imieniem Wiktoria było dla powódki absolutnym minimum, by nie zdeptać jej godności, by nie czuła się ona wykluczona z życia klasy” – podniósł.
"Po stronie placówki, jej nauczycieli, dyrekcji brakło zrozumienia, wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka, empatii.
Brakło, by w sposób życzliwy rozwiązać tę trudną sytuację" – czytam w uzasadnieniu.
„Nauczyciele, a w szczególności dyrekcji placówki szkolnej, mimo pogarszającego się stanu zdrowia uczennicy, stali na straży bliżej nieokreślonych przepisów i odmawiali powódce prawa do tego, by można by było do niej zwracać się na lekcjach imieniem Wiktoria, co miało dla niej podstawowe, zasadnicze znaczenie, wręcz fundamentalne” – podniósł sąd, uzasadniając winę szkoły.
„Powódka nie żądała przecież dostępu do damskich toalet czy uczestniczenia w zajęciach wychowania fizycznego wraz z pozostałymi uczennicami. Prosiła jedynie o używanie imienia Wiktoria. Tylko tyle” – zwraca uwagę sąd.
Damian Rhum, obrońca uczennicy: „Wyrok jasno wskazuje, że transpłciowi uczniowie i uczennice mają prawo oczekiwać od szkół i nauczycieli używania preferowanego imienia tożsamościowego oraz zaimków adekwatnych do odczuwanej tożsamości płciowej, nawet jeżeli nie dysponują jeszcze prawomocnym orzeczeniem w sprawie uzgodnienia płci prawnej. Jednocześnie jest to ważny sygnał dla nauczycieli, że nie tylko mogą, ale i powinni to robić” – podkreśla.
„Czujemy się jako środowisko szkolne bardzo pokrzywdzeni” – przekazuje mi dyrektor szkoły na Podkarpaciu, w której uczyła się Wiktoria. „Oczywiście jesteśmy zaskoczeni wyrokiem i będziemy składać skargę kasacyjną” – zapowiada.
W korespondencji z nami dyrektor insynuuje, że Sąd Apelacyjny uległ „bardzo głośnym i aktywnym w swojej działalności stowarzyszeniom i instytucjom”, jak choćby Rzecznik Praw Obywatelskich, Kampania Przeciw Homofobii czy Stowarzyszenie Umarłych Statutów, działające na rzecz praw ucznia.
„Szkoła była osamotniona i w tej sytuacji nie miała żadnych szans” – pisze dyrektor. Dodaje też, że szkoła nie może wprowadzić ani zmienić danych ucznia w dokumentach (o co uczennica nie prosiła), bo byłaby za to ukarana
„W tej konkretnej sprawie Szkoła nie złamała żadnego przepisu, ale i tak została ukarana” – twierdzi dyrektor szkoły.
Mecenas Rhum: "Liczę się z tym, że sprawa trafi do Sądu Najwyższego, a być może nawet do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Smuci mnie jednak fakt, że szkoła po zapoznaniu się ze wszystkimi dowodami i argumentami przytoczonymi najpierw w pozwie, a później w uzasadnieniu wyroku Sądu Apelacyjnego, nadal nie dostrzega, że zrobiła tej uczennicy po prostu krzywdę.
Ten brak refleksji nad realną krzywdą realnych osób jest dla mnie szczególnie zastanawiający, bo po drugiej stronie nie ma żadnego konkurencyjnego dobra prawnego wymagającego ochrony. Posłużenie się tym właściwym imieniem i zaimkami nic nie kosztuje i nikogo nie krzywdzi" – podnosi obrońca.
W myśleniu o edukacji coraz częściej sprowadza się rolę nauczyciela do przekazywania wiedzy z matematyki czy biologii. To trochę tak, jakby dom opisać wyłącznie jako cztery ściany i dach.
„Tymczasem dziś, gdy młode osoby mierzą się z kryzysami relacji rówieśniczych, przemocą i narastającymi problemami zdrowia psychicznego, kluczowa jest rola nauczyciela, który jest uważny na krzywdę, dyskryminację i samopoczucie ucznia” – komentuje Mateusz Trzaska, koordynator rzecznictwa w Kampanii Przeciw Homofobii.
„W historiach takich jak Wiktorii, to właśnie nauczyciel może ustawić standard: pokazać, że szacunek, otwartość i godność są w szkole wartością równie ważną, jak realizacja podstawy programowej. I to nie są tylko symboliczne gesty – badania pokazują, że możliwość używania wybranego imienia wiąże się z niższym poziomem depresji i myśli samobójczych u młodzieży transpłciowej” – zwraca uwagę.
Podobnego zdania jest Łukasz Korzeniowski, który opiniował sprawę Wiktorii z ramienia Stowarzyszenia Umarłych Statutów. „Nie ma oczywiście w Polsce przepisów wprost regulujących takie sytuacje. Mamy za to konstytucyjny obowiązek poszanowania godności każdej osoby, mamy cywilnoprawną ochronę dóbr osobistych. Jeśli chodzi o regulacje prawa oświatowe, to należy wskazać, że każdy nauczyciel ma obowiązek kierowania się dobrem uczniów, troską o ich zdrowie, postawę moralną i obywatelską, z poszanowaniem godności osobistej ucznia” – wskazuje.
W rozmowie z nami Trzaska podnosi, że problem jest dwojaki. Z jednej strony doszło do wykluczenia ze szkolnej społeczności młodej osoby, z drugiej – pokazano pozostałym uczniom, że jeśli jesteś inny, możemy się usunąć.
„To krzywdzi całą społeczność, buduje poczucie strachu, że to ja mogę być następny” – zwraca uwagę Mateusz Trzaska. „Tu znaczącą rolę może odegrać także MEN, wydając jasne rekomendacje, które rozwijałyby ewentualne wątpliwości, także wśród kadry otwarcie wspierającej osoby LGBTQ+” – wskazuje.
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".
Komentarze