0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska / OKO.pressil. Iga Kucharska / ...

Imiona zmienione na prośbę bohaterek.

Anton Ambroziak, OKO.press: Pamiętacie swoje pierwsze nieśmiałe rozmowy na temat zakładania rodziny?

Ania: Wcale nie były nieśmiałe. Około szóstego miesiąca naszej relacji, gdy podejmowałyśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu, powiedziałam Marcie, że chcę mieć rodzinę i dzieci, i że jeżeli ona tego nie chce, to ja nie chcę się dalej angażować. Byłyśmy wtedy na spacerze z psem w parku. Marta powiedziała, że okej — kiedyś też chce mieć dzieci.

Marta: To było 3,5, 4 lata temu. Nie od razu przeszłyśmy do realizacji planów. Mieszkałyśmy w małej kawalerce z naszym psem. Ania trzymała połowę swoich rzeczy w magazynie „Less mess”. Sama czułam, że nie jestem poukładana ani z pracą, ani z mieszkaniem. Zapytałyśmy się o horyzont czasowy i Ania powiedziała: rok, dwa, a ja – trzy, cztery.

Czy i kiedy – to dylematy stojące chyba przed każdą parą. Ale w waszym przypadku ważne było też pytanie, jak założyć rodzinę. Jakie są w zasadzie drogi?

Marta: Opcji jest wiele. Są drogi pozasystemowe – nazywam je „indie”. Słyszałam o parze, która poszła na imprezę, znalazła gościa, z którym jedna z nich się przespała i tak zaszła w ciąże. To kategoria kontrolowanej wpadki.

Są też strony, na których dziewczyny mogą umówić się z facetami, którzy ogłaszają się, że bardzo chętnie podzielą się swoim nasieniem. To sposób na inseminację domową, która niekoniecznie wiąże się z jakimiś kosztami. Jesteśmy na tęczowych grupach na Facebooku i takich historii jest wiele.

Ania: Zapłodnienie poza klinikami rozwiązuje ekonomiczny aspekt zakładania rodziny. Wszystko, co podpada pod leczenie niepłodności, jest cholernie drogie. Uznałyśmy, że dla nas te metody są ryzykowne, zarówno zdrowotnie, jak i w kontekście potencjalnego bałaganu. Nigdy nie wiadomo, czy mężczyzna, który miał być tylko dawcą, po 10 latach nie zdecyduje się wnieść o ustalenie ojcostwa, bo stwierdzi, że chce uczestniczyć w życiu swojego biologicznego dziecka.

Z drugiej strony jako para jednopłciowa w Polsce nie łapiecie się na procedurę in vitro.

Ania: Nawet samotna kobieta na mocy ustawy o leczeniu niepłodności nie może liczyć na wsparcie, bo wymagany jest partner lub mąż, który w klinice lub przed urzędem Stanu Cywilnego złoży oświadczenie o tym, że przyjmie ojcostwo. Można to obejść i iść do kliniki ze statystą, figurantem. Wziąć przyjaciela i powiedzieć, że to twój partner, ma w rodzinie nowotwór albo chorobę psychiczną i potrzebny jest dawca.

Przeczytaj także:

To był nasz pierwszy pomysł, ale problemów jest kilka. Główny jest taki, że kliniki wymagają albo wewnętrznego poświadczenia przyjęcia ojcostwa, albo kwitów z urzędu. A to naprawdę poważna sprawa, bo chodzi o prawa rodzicielskie. Co więcej, żeby dostać dofinansowanie – leki hormonalne są strasznie drogie – zarówno mężczyzna, jak i kobieta muszą dostać diagnozę niepłodności. A to oznacza, że poruszacie się w szarej strefie – nie łamiecie prawa wprost, ale naginacie zasady.

Druga kwestia to anonimowe dawstwo. Masz wpływ na kolor włosów, oczu, wzrost, odcień skóry, ale niewiele więcej.

Nie widzisz twarzy?

Ania: Twarzy nie widzisz nawet w zagranicznym banku spermy za tysiące euro, ale o tym później. Problem w Polsce jest taki, że nic więcej nie wiesz o tej osobie – jego rodzinie, backgroundzie.

Marta: Kolejna wada dotyczy sposobu przechowywania blastocyst [red. – ostatnia faza laboratoryjnego rozwoju zarodka] po zakończonym procesie. Powiedzmy, że ciąża się udała, dziecko się urodziło, nie chce się więcej. Zostają trzy zarodki – można je mrozić albo oddać do adopcji. Po 20 latach zamrożone zarodki przechodzą do ordynacji państwa. Państwo decyduje za ciebie, co z nimi zrobić.

Ania: Dla nas to wszystko było no-go. Miałyśmy poczucie, że nie chcemy zaczynać całego procesu na jakimś rodzaju kłamstwa. Wiedziałyśmy też, że gdybyśmy obie chciały rodzić, w Polsce nie będziemy mogły mieć tego samego dawcy dla naszych dzieci. Byłyśmy nawet zapisane do kliniki, ale musiałybyśmy przyprowadzić fikcyjnego partnera lub chociaż podać jego dane. Nie chciałyśmy tego przechodzić.

I co dalej?

Ania: Opcje domowe ze względów zdrowotnych i praw rodzicielskich odrzuciłyśmy już dwa lata temu. Latem 2025 roku pożegnałyśmy się też z wizją in vitro w Polsce.

Dalej wciąż jest bardzo dużo możliwości, ale trzeba mieć sporo kasy. Dla osób, które nie mają dużych zasobów ekonomicznych, to będzie granica nie do przeskoczenia.

Sporo kasy, czyli ile?

Marta: 40 tys. zł. Nam się udało, bo pożyczyłyśmy od mojej mamy.

Ania: W najbliższym sąsiedztwie jest sporo opcji. Polki często jeżdżą do Rygi, bo tam jest klinika Bociana. Można zacząć proces w kraju i kontynuować na Łotwie.

Marta: Wiele kobiet jeździ do Czech, ale tam również trzeba wpisywać dane partnera, więc dla nas ta opcja odpada.

Ania: A dalej są Niemcy i Dania. I tu zależy, jakie leczenie ci zaproponują konkretne kliniki. Są różne możliwości. Najtańszy i najprostszy sposób to quasi domowa inseminacja dopochwowa.

W Danii do niedawna można było nawet zamawiać spermę do domu, ale teraz przepisy się zmieniły. Zapraszają cię do specjalnego pokoju, gdzie może dojść do zapłodnienia. Jest też inseminacja domaciczna wykonywana przez lekarza. Cały proces odbywa się w warunkach klinicznych. No i na końcu jest jeszcze procedura in vitro.

Na co się zdecydowałyście?

Marta: Nasze znajome cztery lata temu przeszły ten proces w Kopenhadze. Opowiadały, że ludzie w klinice są nie tylko mili, ale i bardzo liberalni. Od początku traktują cię jak parę, nie musisz niczego udawać.

Ania: Jak weszłyśmy tam pierwszy raz, skierowałyśmy się do recepcji. Przedstawiłam się, podałam swoje imię i nazwisko, a pani bez zająknięcia poprosiła mnie i Martę o dokument tożsamości. Niby pierdoła, ale zdajesz sobie sprawę, że oni naprawdę traktują nas jak małżeństwo.

Marta: To nie jest tak, że jest kobieta w leczeniu i jej przyjaciółka, ale my jako para po ślubie, która wspólnie decyduje się założenie rodziny.

Ania: Wybór metody zależy od zdrowia: normalnie zaczyna się od inseminacji, ale w moim przypadku to byłoby przepalanie pieniędzy, więc wybrałyśmy in vitro.

Jak wybrałyście dawcę?

Marta: Kopenhaga współpracuje z Europejskim Bankiem Spermy. W sieci jest dostępna internetowa wyszukiwarka kandydatów. Wystarczy się zalogować i można przeglądać dawców.

Pierwszy raz otworzyłyśmy tę bazę półtora roku temu i wtedy wpadłam w panikę. To naprawdę dziwne uczucie, bo niby masz przed sobą ogromne możliwości, ale zdajesz sobie sprawę, że gdybyś tylko mogła, zrobiłabyś to zupełnie inaczej. Myślę, że wtedy jeszcze nie byłam gotowa na ten cały proces. Jak wróciłyśmy do szukania dawcy na poważnie, było trochę lżej.

Przejrzałyśmy dosłownie każdy profil, który znajduje się w banku. Zdjęć twarzy nie widać, ale prawie u każdego są zdjęcia z dzieciństwa.

Ania: Niektórzy mają jeszcze rysowane portrety, ale one w większości wyglądają jak kryminalne. Ze zdjęciami z dzieciństwa jest inaczej, one często rozczulają.

Jakie jeszcze kryteria znajdują się w banku?

Ania: Jest wzrost, kolor skóry, kolor oczu, waga, sylwetka, narodowość. Potem jest opis wrażeń osoby, która rozmawiała z dawcą i wpisywała go do bazy. Można przeczytać np., że dawca Alfred jest bardzo tolerancyjny, otwarty, od razu czujesz się przy nim komfortowo, ale jednocześnie może być trochę nieśmiały, gdy zapytasz go o coś intymnego.

Jest też część medyczna, w tym historia chorób w rodzinie oraz data i przyczyna śmierci rodziców lub dziadków. Potem wykształcenie, w tym wykształcenie, czy zawody rodziców. A na koniec podstawowy test na 16 typów osobowości.

Marta: Są też dwie fajne funkcje – można wrzucić w systemie zdjęcie twarzy swojej lub partnera/partnerki i pokazuje osoby, które są najbardziej zbliżone wyglądem. Ta wyszukiwarka działa na podstawie zdjęć dawców, które nie są dostępne do wglądu dla przyszłych rodziców. Można też zrobić test osobowości i wtedy też łączy cię z podobnym typem.

Ania: Możesz też posłuchać kawałka wywiadu z dawcą, dowiedzieć się, jaki ma głos. Jest też odręcznie napisany list od dawcy do przyszłego dziecka. Niektóre są krótkie i brzmią: „Powodzenia!” Inne są wywodami egzystencjalnym o sensie życia, na A4. Spędziłyśmy w tej wyszukiwarce bardzo dużo godzin.

To bardzo dużo informacji – pytanie, czy wszystkie są potrzebne?

Ania: Wiesz, z jednej strony to wszystko może być postrzegane jako nadmiarowe albo nawet zabawne, ale musisz zdać sobie sprawę, że wpuszczasz do rodziny geny, które nie są twoje. Nie znasz tej osoby, to jest bardzo trudne.

Marta: Zdałam sobie sprawę, że te 200 osób, które przeglądamy, to 200 różnych dzieci. A my próbujemy przewidzieć rzeczy, które nie są do skontrolowania, że to nadal w jakimś stopniu loteria.

Ania: Czynnik, który wzięłyśmy pod uwagę, to ID Release, czyli zgoda ze strony dawcy na to, żeby dziecko mogło tę osobę poznać po 18 roku życia. Nie jest to gwarancja, ale dziecko może chociaż skontaktować się z kliniką i zapytać o zgodę.

Marta: Na początku myślałyśmy, że to nie ma znaczenia, miałyśmy wybranego dawcę, który nie chciał kontaktu, ale zmieniłyśmy zdanie. Chcemy, żeby to była decyzja dziecka. To może być trudne, to może być fajne — nie będziemy wiedziały, dopóki to się nie wydarzy, ale po prostu nie chciałyśmy dziecku zamykać takiej opcji.

Ania: Mamy świadomość, że nasze dziecko będzie się wychowywało w rodzinie z dwoma mamami, ale bez ojca. Okej, można powiedzieć, że wiele dzieci w Polsce jest wychowywanych tylko przez matkę albo przez babcię. Tylko że my to robimy z wyboru i chcemy, żeby w dorosłości mogło odpowiedzieć sobie na pytanie, kto jest genetyczną połową mnie.

Naszą rolą za 18 lat będzie obsłużenie tego doświadczenie. To może być cholernie trudne – przecież nie wiemy, kto to jest, czy pozwoli na kontakt, czy w ogóle żyje.

Co jest najtrudniejsze w przygotowaniach do procedury in vitro, którą przechodzicie w innym kraju.

Ania: Dopiero w ostatnich tygodniach zrozumiałam, że gdy jesteś parą dziewczyn, to proces zakładania rodziny jest odarty z intymności. Sam fakt, że rozmawiamy, pokazuje, że to jest temat publicznej dyskusji. Nikt już raczej w prasie nie rozmawia z parami hetero o rodzicielstwie.

Zazwyczaj jest tak, że do momentu zapłodnienia, nie trzeba być na wierzchu ze wszystkim informacjami. To zostaje między partnerami/partnerkami, dopiero potem wychodzi się do świata, żeby powiedzieć, że jest się w ciąży lub nie jest.

U nas od kilku miesięcy zaangażowanych jest wiele osób. Rodzice wiedzą, bo muszą zająć się psem na czas wyjazdu do Kopenhagi. W pracy wiedzą, bo musisz wziąć wolne – i to specyficzne, bo to urlop, o którym dowiesz się pięć dni przed, że teraz akurat będzie dobry czas na pobranie komórek, zapłodnienie i transfer. Musisz mieć zaufanego ginekologa, który wie, że za jakiś czas wrócisz, żeby ocenić progres stymulacji hormonalnej.

Dostajesz receptę z Danii, która ledwo dociera na czas, bo w Polsce są święta, a ty idziesz z drukowaną kartką do apteki i pani w okienku ci mówi, że no niestety, ale z takim świstkiem to nie ma refundacji.

Nie będę przecież tłumaczyć, że nie mogę dostać w kraju dofinansowania, bo mam żonę, a nie męża.

Znajomi wiedzą, bo nie będziemy przecież mówić, że do Kopenhagi jedziemy na wycieczkę. Tych małych momentów, w których trzeba się odsłonić, zrobić kolejny coming out jest bardzo dużo. I to chyba sprawia, że czuję więcej presji.

Procedura jest w liberalnej Danii, obie będziecie wpisane w dokumenty dziecka jako rodzice, jednak po powrocie trzeba będzie zarejestrować urodzenie w konserwatywnej Polsce. A urzędy nadal nie zgadzają się, by w dokumentach figurowały dwie matki.

Marta: Dlatego wzięłyśmy ślub za granicą, żeby móc chociaż połączyć nazwiska. Polska oczywiście nie uznaje naszego małżeństwa, ale ślub był dla nas podstawą do zmiany nazwiska rodowego.

Jak to?

Marta: To taka sama procedura, jak w przypadku, gdy masz obraźliwe nazwisko. Napisałyśmy do Urzędu Stanu Cywilnego w naszym mieście, ale urzędnicy odrzucili wniosek. Urzędniczka odpisała nam, że faktycznie istnieje możliwość zmiany nazwiska, dzieje się to w wypadku ważnego powodu, ale ślub za granicą nie jest ważnym powodem.

Wysłałyśmy też zapytanie do Słupska, bo słyszałyśmy, że tam jest przyjaźnie dla par jednopłciowych i faktycznie się udało. Obie mamy dwuczłonowe nazwiska. To jest swego rodzaju hakowanie systemu, ale fajnie, że się udało. Mamy taką namiastkę małżeństwa w postaci połączonych nazwisk, a też myślę, że to może pomóc w sytuacjach awaryjnych z dzieckiem, np. w szpitalu.

Ania: Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie tego momentu, w którym jesteśmy razem na porodówce, razem wracamy do domu, potem Marta idzie zarejestrować dziecko do Urzędu Stanu Cywilnego, a urzędniczka w rubrykę ojciec wpisuje Jan Kowalski lub Jan Nowak. Bo przecież nie można nie wpisać ojca – nawet jak go nie znamy, trzeba coś zakreślić.

Marta: Są kraje Unii Europejskie, gdzie nasze rodzicielstwo jest uznawane, chociażby w Niemczech, ale w Polsce – podobnie jak nasz ślub – to wciąż nic nie znaczy. W świetle polskiego prawa dla naszego dziecka będę obcą osobą.

A ślub nie był próbą zabezpieczenia się na przyszłość?

Marta: To ciekawe, bo ślub brałyśmy na Maderze. W dniu naszego święta urzędniczka poinformowała nas, że jeśli nie jesteśmy rezydentkami w Portugalii, nie będziemy mogły się rozwieść. Niezły absurd – w Polsce możemy być bigamistkami, każda z nas mogłaby nawet jutro wziąć ślub z mężczyzną, a jednocześnie nie możemy wziąć rozwodu.

Ania: W Polsce jako queerowa para możemy wziąć wspólnie kredyt bez ślubu. O ile jestem przytomna, w szpitalu mogę wpisać Martę jako osobę pierwszego kontaktu. W ubezpieczeniu na życie można wpisać swoją partnerkę. Prywatna opieka zdrowotna rozpozna nas jako parę. To prawodawstwo za tym nie nadąża.

Ślub w kontekście dziecka niewiele nam zmienia. Poza tym, że gdybym ja jako biologiczna matka umarła, to dla Marty ślub będzie jednym z argumentów do udowodnienia, że była realną opiekunką i realnie wychowywała nasze dziecko.

Część par idzie na barykady i pozywa państwo polskie o to, że nie rozpoznaje ich małżeństw, nie pozwala im sformalizować związku.

Ania: Ja już nie mam siły wojować. Rozmawiałam z prawnikiem o tym, ile zasobów czasowych i finansowych trzeba mieć, żeby zdecydować się na taki pozew. Chcę zrealizować w życiu inne plany, to odpuszczam.

A śledzicie polityczną dyskusję o ustawie o statusie osoby najbliższej albo wyroku TSUE w sprawie konieczności uznawania małżeństw zawartych za granicą?

Ania: Śledzimy, bo to wszystko rozbija się o realne życie. Mamy razem mieszkanie. Gdy umrę, moja połowa idzie do moich rodziców, którzy co prawda mogą zrobić darowiznę, ale Marta musi zapłacić podatek.

Albo kwestia rozliczania podatków. Rozliczanie się razem opłaca się tylko, gdy jedna osoba zarabia dużo, a druga bardzo mało albo nic – nikomu nie życzę takiej sytuacji, ale czasem tak się zdarza, a my nie możemy tego zrobić. Chętnie bym przyjęła takie uprawnienia.

Marta: Jak przeczytałam, że prezydentka Świdnicy powiedziała w mediach, że ona zaprasza wszystkie pary na Dolny Śląsk, bo chcą wykonać wyrok TSUE i transkrybować zagraniczne akty małżeństw, to minutę później był u niej na skrzynce mail ode mnie, kiedy mamy przyjechać. Dostałam odpowiedź od rzecznika, że jeszcze nad tym pracują i mamy odezwać się później.

Bardzo bym chciała, żeby przeszła jakakolwiek ustawa, która zabezpieczy nas w skrajnych sytuacjach – na wypadek choroby czy śmierci żony. Jako niebiologiczna matka chciałbym też mieć prawo do urlopu rodzicielskiego. Pracuję na B2B, więc i tak nie przysługuje mi ZUS-owski system, który zresztą skreśliłby mnie z marszu.

W firmowym systemie pojawiła się opcja 63 dni do wykorzystania na drugiego rodzica, więc mam nadzieję, że firma stanie na wysokości zadania i nie będę musiała brać urlopu wypoczynkowego. Na ślub dostałam urlop okolicznościowy, więc jestem dobrej myśli.

Czy kiedykolwiek zastanawiałyście się, czy chcecie wychowywać dziecko w Polsce?

Marta: Spotkałyśmy się ze znajomymi, które mają pięcioletnią córeczkę, mieszkają w dużym mieście, żyją w podobnej bańce. Opowiadały nam, że przez cały ten okres nie miały ani jednej nieprzyjemnej sytuacji. Trudno nie bać się homofobii, ale czuję, że społecznie dużo się zmienia.

Ania: Myślę, że mamy ogromny zasób ludzi dookoła nas. Mieszkamy w dużym, otwartym mieście. Mamy wspierających rodziców, mamy super przyjaciół. Cokolwiek by się nie działo, znajdziemy jakieś rozwiązanie.

10 lat temu taka otwarta dyskusja o zakładaniu queerowych rodzin była nie do pomyślenia. Mając 20 lat, wyobrażałyście sobie, że będziecie kiedyś w takim miejscu?

Ania: Myślę, że mamy inne doświadczenia. Moi rodzice należą do środowiska artystycznego. Od dziecka wiedziałam, że przyjaciel ojca ma partnera, a ten partner ma dziecko z pierwszej relacji i oni wszyscy razem spędzają święta. Nie wychowałam się w poczuciu wstydu, czy osamotnienia.

Marta: Ja odebrałam bardzo katolickie wychowanie. Jeszcze w liceum co niedzielę chodziłam do Kościoła. Moi rodzice niezbyt dobrze przyjęli mój coming out. To się mocno zaczęło zmieniać może z 10 lat temu, a dwa lata temu moja mama nawet dokonała apostazji. I dziś jest naszą największą fanką.

Pamiętam, że zawsze chciałam mieć dzieci, ale w queerowym związku wydawało mi się to niemożliwe. Na wiele lat przestałam o tym myśleć, w zasadzie dopiero po rozmowach z Anią zrozumiałam, że to można sobie poukładać, że to nie musi być nierozwiązywalny problem.

Jest coś, co chciałybyście powiedzieć politykom, którzy twierdzą, że jesteście zagrożeniem dla rodzin, albo debatują nad waszymi prawami – co wam się należy, a co niekoniecznie?

Marta: Ja chyba nie, bo mam wrażenie, że to po prostu paliwo polityczne, które tak długo jak będzie się spalać, tak długo będzie wykorzystywane. Jestem po prostu zła na to, że nasz kraj ma takich polityków, ale z drugiej strony świadomie wybieram życie tutaj, nie chcę wyjeżdżać.

;
Na zdjęciu Anton Ambroziak
Anton Ambroziak

Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.

Komentarze