Weekend zapowiada się upalnie. Z tej okazji wyjaśnimy, dlaczego zimny prysznic w takie dni to nie jest dobry pomysł. I podpowiemy naukowo sprawdzone sposoby na to, jak skutecznie schłodzić siebie – oraz mieszkanie
Po chłodnym i deszczowym tygodniu nastały upały. Temperatury w weekend mogą dojść lub przekroczyć trzydzieści stopni w cieniu.
Gdy temperatura powietrza w cieniu wynosi 32 stopnie Celsjusza, pod koronami drzew jest zwykle o kilka stopni chłodniej, około 28 stopni. Drzewa, prócz tego, że zacieniają ziemię, schładzają też powietrze dzięki zjawisku ewapotranspiracji – parowania wody z liści.
Nad nasłonecznionym trawnikiem będzie wtedy około 35 stopni (długość trawy ma tu znaczenie, o czym za chwilę). Nad betonowym chodnikiem ponad 40, zaś nad asfaltową jezdnią ponad 50 stopni. Te dane podaję za opracowaniem „Drzewa – zielony kapitał miast” autorstwa H.B. Szczepanowskiej i M. Sitarskiego (wydanej nakładem Instytutu Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, Warszawa, 2015 rok).
Z powodu asfaltu i betonu miasta są zwykle cieplejsze niż tereny podmiejskie. Pojęcie „miejskiej wyspy ciepła” pojawiło się w latach 50. ubiegłego wieku. Sugeruje, że każde miasto jest cieplejsze od terenów poza nim. Wiele jednak zależy od lokalnych warunków, pory roku oraz pogody.
Na przykład średnia roczna temperatura powietrza w Warszawie (w latach 1961-1980) w centrum miasta była ona o 1,0°C wyższa niż na peryferiach, ustalili badacze w latach 90. ub. wieku. Pomiary prowadzone już w początkach tego wieku wskazywały, że centrum stolicy jest o około 1 do 1,5 stopnia cieplejsze niż obrzeża miasta w miesiącach chłodnych: od jesieni do wiosny.
Latem centrum Warszawy jest średnio 2,5 do 3 stopni cieplejsze niż peryferie. Polskim miastom daleko do Paryża czy Londynu, gdzie bywa o 4 stopnie cieplej. (Tu z kolei korzystałem z opracowania „Miejska wyspa ciepła” wydanego nakładem Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN oraz Wydawnictwa Akademickiego SEDNO, Warszawa 2015.)
Temperaturę, do której może nagrzać się powierzchnia w słońcu, nazywa się po prostu „temperaturą powierzchni”. Jej prognozę wylicza dziś wiele modeli meteorologicznych. Można zobaczyć ją na przykład na stronie internetowej i w aplikacji meteo.pl, prowadzonych przez Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego UW (ICM).
Model wykorzystywany przez ICM do prognoz ma rozdzielczość 4 km, czyli wylicza średnie wartości dla kwadratów o takiej długości boków. To wystarcza, by dość trafnie prognozować pogodę. Jednak w przypadku upałów, niewiele da nam informacja o uśrednionej temperaturze na obszarze aż 16 kilometrów kwadratowych. Pod moim oknem z pewnością jest dużo cieplej niż w parku kilometr dalej.
Dlatego też ICM i szwajcarska firma meteorologiczna uruchomiły wspólnie bardzo dokładny model nagrzewania się polskich miast – o rozdzielczości 10 metrów. Na razie dostępne są mapy „miejskich wysp ciepła” dla Warszawy i Wrocławia. Na tych mapach można zobaczyć, jak bardzo nagrzeje się w upalny dzień nasz blok lub kamienica – i poszukać, gdzie w najbliższej okolicy będzie kilka stopni chłodniej.
Ze zdziwieniem odkryłem, że mój blok i kilka sąsiednich tworzą „wyspę ciepła”, na której jest zwykle o dwa stopnie cieplej. Wiem nawet dlaczego: jeszcze dekadę temu moją ulicę zacieniało dziesięć wysokich topoli. Gdy ze starości pousychały, wycięto je i zasadzono pięć młodych lip. Zaczną zacieniać ulicę i okoliczne budynki najwcześniej za półtorej, dwie dekady.
Z badań prowadzonych w 9 tysiącach miast na całym świecie wynika, że gęste korony drzew zmniejszają efekt miejskiej wyspy ciepła o niemal połowę, co przekłada się na spadek temperatur latem o 0,5 do 1,5 stopnia Celsjusza. To średnia statystyczna: w bezpośredniej okolicy drzew jest o kilka stopni chłodniej. Drzewa w miastach to prawdopodobnie najlepszy sposób na walkę z upałami.
Mapy cieplne miast niewątpliwie przydadzą się nam w przyszłości. Jak powiedziała sekretarz handlu USA Gina Raimondo podczas uruchomienia rządowej strony Heat.gov (czyli Upał.com) w lipcu 2022 roku: „Biorąc pod uwagę naukowe przewidywania, obecne lato z jego dotkliwymi i rozległymi falami upałów jest najprawdopodobniej jednym z najchłodniejszych lat reszty naszego życia”.
Średnie temperatury na ziemskim globie są już 1,37 stopnia wyższe niż dwa stulecia temu. Ten wzrost nie jest jednak równomierny: im dalej od równika, tym wzrost postępuje szybciej. Europa ogrzewa się niemal dwukrotnie szybciej niż średnia, a w Polsce jest już ok. 2,5 st. C cieplej, niż było stulecie temu.
Średnioroczna temperatura w Warszawie w ostatnim półwieczu wzrosła z 7,5 do 10°C, a we Wrocławiu z 8,5 do blisko 11°C, tym samym przekraczając średnioroczną temperaturę typową wcześniej dla Budapesztu.
W latach 1951–90 upalnych dni (definiowany w naszym kraju jako dni z temperaturą 30 st. C lub wyższą) bywało w Polsce średnio poniżej sześciu rocznie. Teraz jest ich średnio już 15. Liczba dni upalnych wzrosła blisko trzykrotnie, ale zdarzają się lata ponad średnią, gdy takich dni bywa ponad 20.
Na razie rekordzistą pozostaje lato 2025 roku, kiedy w Opolu zarejestrowano aż 37 dni z temperaturą 30 stopni lub więcej.
Dane te podaję za portalem Nauka o Klimacie, która zmiany klimatu w Polsce przedstawia także na mapach.
Upały, choć wiele osób je lubi, są dla nas fizycznie i psychicznie męczące. Z prostego powodu. Gdy robi się zbyt ciepło (co w przypadku większości osób następuje, gdy temperatura otoczenia wynosi około 24 stopni) organizm włącza termoregulację. A to, niestety, obciąża organizm.
Rozszerzają się wtedy naczynia krwionośne, by jak najwięcej krwi napływało do skóry, bo ją skutecznie schładza pocenie. Parowanie wody pochłania tyle energii, że przy wilgotności względnej 40-50 proc. (typowej w upalny letni dzień), może schłodzić powierzchnię z 32 do 22-24 stopni Celsjusza (można to policzyć dzięki kalkulatorowi „mokrego termometru” na przykład tutaj). Wyjaśnijmy, mokry termometr różni się od suchego tym, że jego czujnik jest zawinięty w zmoczoną gazę. Porównanie wskazań suchego i mokrego termometru pokazuje wilgotność względną otoczenia.
Niestety rozszerzenie naczyń krwionośnych w skórze sprawia, że spada ciśnienie krwi. Mniej krwi dociera też do organów wewnętrznych, w tym mózgu i serca, które pracują mniej wydajnie. Naukowcy ten stan, gdy organizm musi włożyć wysiłek w chłodzenie, nazywają stresem cieplnym.
W stresie cieplnym mózg musi zajmować się przede wszystkim tym, co może fizycznie zagrozić ciału: nadzoruje mechanizm termoregulacji, który chodzi na wysokich obrotach. Regulacja emocji schodzi na dalszy plan. W wysokich temperaturach rośnie też poziom adrenaliny i kortyzolu, co organizm interpretuje jako sygnał „walcz lub uciekaj”.
Jak wynika z badań, w upalne dni nie tylko jesteśmy rozdrażnieni, częściej też interpretujemy dwuznaczne zachowania innych osób jako agresywne. Nie dość, że sami mamy krótszy lont, to o złe intencje częściej podejrzewamy innych.
Gdy temperatura jest o pięć stopni wyższa od komfortowych 25 stopni, izby przyjęć notują niemal pięcioprocentowy wzrost przypadków wymagających interwencji psychiatry. W gorące dni, co zaobserwowano już w XIX wieku, rośnie też liczba przestępstw z użyciem przemocy.
Te informacje przedstawiałem już w tekście „Czy upały kosztują nas zdrowie (psychiczne)” i tam znajdą Państwo linki do naukowych źródeł.
Pocenie może nas schłodzić tylko do pewnego stopnia. Gdy jest zbyt gorąco, temperatura wnętrza ciała rośnie mimo obfitego pocenia się skóry. Gdy osiągnie niebezpieczne 40 stopni, naczynia krwionośne są już tak rozszerzone, że niebezpiecznie spada ciśnienie krwi. Mówi się wtedy o porażeniu słonecznym.
Osobę w takim stanie należy umieścić w zacienionym i przewiewnym miejscu, można schładzać też okładami i podać wodę lub napój (jeśli jest przytomna). Bez obniżenia temperatury ciała może dojść do udaru słonecznego. Jest stanem groźnym dla życia i wymaga hospitalizacji. Jego objawem jest, między innymi, ustanie pocenia, czyli suchość skóry.
Jest wiele danych, które wskazują na wzrost śmiertelności podczas upałów. Zwykle przedstawia się, że ofiarami fal upałów są głównie osoby starsze i z chorobami układu krążenia.
Niesłusznie, bo wśród nich są także dzieci (mają jeszcze niedojrzałe układy termoregulacji) oraz, co zaskakujące, młodzi dorośli między 18. a 34. rokiem życia. Są bardziej niż dzieci odporni fizjologicznie na przegrzanie, jednak w ich przypadku w grę wchodzą czynniki społeczno-ekonomiczne. To młodzi ludzie częściej uprawiają sport na otwartym powietrzu, częściej wykonują prace na zewnątrz i są statystycznie mniej zamożni od starszych, a co za tym idzie, rzadziej mają klimatyzację w domach.
(O tym oraz o szerzącej się wśród młodych tajemniczej chorobie nerek o nieznanej etiologii, która okazała się wynikiem odwodnienia, pisałem na łamach OKO.press w sierpniu ub. roku.)
Nie ma ani grama przesady w stwierdzeniu, że wśród zjawisk naturalnych najbardziej zabójcze jest słoneczne promieniowanie podczerwone. W wyniku upałów umiera więcej osób niż w wyniku innych klęsk żywiołowych łącznie.
Powodem, dla którego lekceważymy zagrożenie upałami, jest to, że wywołane nimi śmierci nie są gwałtowne, nie skupiają się też w jednym miejscu ani godzinie.
Nie jest tak, że straszę czytelników, bo nie lubię upałów. Ten temat analizują naukowcy, bo wpływ upałów na zdrowie publiczne przekłada się na wydatki na opiekę zdrowotną.
W lipcu 2025 roku w „Science Advances” ukazała się praca, której autorzy analizowali zapadalność na wszelkie choroby pod kątem temperatur. Mierzono ją pośrednio, licząc liczbę przyjęć na oddziały specjalistyczne i ratunkowe szpitali. Okazało się, że liczba hospitalizacji zaczyna wzrastać już, gdy temperatury przekroczą 22-24 stopnie.
Nie oznacza to automatycznie, że nawet tak umiarkowane temperatury nasilają objawy chorób przewlekłych, w tym chorób układu krążenia. Jest to częściowo efekt statystyczny: w ciepłe dni częściej podejmujemy aktywność na zewnątrz, a niemal każdy wysiłek fizyczny niesie za sobą pewne ryzyko wypadków i urazów.
Z analizy tej wynika natomiast, że liczba hospitalizacji rośnie liniowo wraz z temperaturą powietrza. To już raczej nie jest to statystyczny efekt tego, że im cieplej, tym więcej ludzi wychodzi na rower albo pobiegać. To już wynik niekorzystnego wpływu wysokich temperatur na zdrowie.
Autorzy wyliczają, że w Kalifornii do 2050 roku można spodziewać się 1,5 miliona dodatkowych przyjęć na oddziały ratunkowe związanych z wpływem rosnących temperatur.
Populacja Polski (36,65 mln) jest nieznacznie mniejsza niż Kalifornii (39,3 mln), więc powinniśmy spodziewać się niemal 1,4 miliona dodatkowych hospitalizacji. To dodatkowe 100 tysięcy wizyt na SOR-ach każdego roku.
Upał jest groźny tylko dla najmłodszych, najstarszych i przewlekle chorych. Młodzi ludzie dobrze znoszą upały.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Co robić, gdy jest tak gorąco?
Podstawowa zasada postępowania z upałami jest prosta. Unikać otwartych przestrzeni w godzinach, gdy jest najcieplej, a ekspozycja na słońce największa, czyli mniej więcej między 10 a 18.
Co zrobić w mieszkaniu (jeśli nie mamy klimatyzacji)?
I na to są sposoby.
Przed upałem mury chronią równie skutecznie, co przed zimnem. Budynki mają pewną bezwładność cieplną, która wynika z tego, że powietrze jest stosunkowo dobrym izolatorem, a materiały konstrukcyjne charakteryzuje ograniczona przenikalność cieplna.
Współczynnik ten określa ilość ciepła (energię) przenikającego przez jednostkę powierzchni przegrody w jednostce czasu, przy założeniu, że różnica temperatur między dwiema stronami przegrody wynosi jeden stopień (kelwina lub stopień Celsjusza). Przenikalność cieplną materiałów budowlanych regulują normy. Dla najnowszych budynków nie może być ona wyższa niż 0,30 wata na metr kwadratowy, co oznacza, że przy różnicy temperatur rzędu 10 stopni przez metr kwadratowy ściany nie może przenikać więcej niż 3 waty – czyli przez ścianę o powierzchni 10 metrów kwadratowych 30 watów. To znikoma ilość w porównaniu z ciepłem słońca (o czym dłużej już za chwilę).
Najlepszym sposobem, żeby zachować umiarkowane temperatury w gorące dni, jest przewietrzyć gruntownie mieszkanie nocą lub rankiem, gdy jeszcze jest chłodno, po czym pozamykać i pozasłaniać okna.
To nie jest jednak wcale proste w mieszkaniu, gdzie nie da się otworzyć okien na przestrzał i zrobić przeciągu (z oknami na jedną stronę). Jeśli akurat nie mamy okien od nawietrznej, nie możemy liczyć na to, że otwarcie okien na noc skutecznie schłodzi nam mieszkanie.
Z badań wynika, że różnica temperatur ma zadziwiająco mały wpływ na wymianę powietrza (oto link do notki prasowej Uniwersytetu w Cambridge, gdzie znajdą państwo omówienie badań i link do pracy opublikowanej w „Buildings and Environment”).
Bez efektu mieszania powietrza w pomieszczeniu, przy suficie pozostaje warstwa nagrzanego powietrza, które nie ucieknie, jeśli w pokoju nie ma otworu wentylacyjnego. Takie otwory w pokojach to dziś rzadkość (czasem bywają jeszcze w budynkach, gdzie były kiedyś piece kaflowe). Do schłodzenia mieszkania przydać się może wentylator pozostawiony w otwartych drzwiach balkonowych lub oknie.
A i wtedy może okazać się, że bez uchylenia drzwi na klatkę schodową temperatura szybko nie spadnie.
Do powierzchni Ziemi dociera średnio 1000 watów energii słonecznej na każdy metr kwadratowy. Słońce wpadające przez otwarte okno ogrzewa nam podłogę niczym grzejnik o takiej mocy (tysiąca watów) na każdy metr kwadratowy słońca na podłodze.
Szyby wbrew pozorom nie są w stu procentach przezroczyste, zatrzymują też sporo promieniowania podczerwonego. Wiele zależy od rodzaju okna, ale można przyjąć, że większość okien zatrzymuje 50-60 procent energii. Nadal mamy więc, choć mniej więcej o połowę słabszy, grzejnik (mniej więcej 500 watów na metr kwadratowy podłogi).
Jeśli chcemy ten grzejnik wyłączyć (co w upalny dzień wydaje się całkiem rozsądne) musimy zasłonić okna – ale na zewnątrz.
Żaluzje czy rolety wewnętrzne zatrzymają kilkanaście do 20 procent ciepła. Podobną ilość (w zależności od materiału i jego grubości 10-20 procent) zatrzymają zasłony. Resztę energii słonecznej pochłoną i będą oddawać w postaci promieniowania podczerwonego do wewnątrz pomieszczenia.
Najlepiej, jeśli promieniowanie słoneczne zatrzymamy jeszcze na zewnątrz, na przykład za pomocą okiennic, żaluzji lub rolet zewnętrznych.
Jeśli nie mamy okiennic (żaluzji, rolet) zewnętrznych, rozwiązaniem może być termiczna folia ratunkowa (dostępna w aptekach). Zatrzymuje 80-90 procent promieniowania widzialnego i podczerwonego. Najskuteczniej zadziała przyklejona do ramy na zewnątrz okna, bo nie nagrzeją się szyby (które pochłaniają połowę promieniowania słonecznego i potrafią się solidnie nagrzać).
Jeśli już chcemy czymś zasłonić okno od wewnątrz, lepszy będzie materiał, który się nie nagrzewa i nie oddaje ciepła do wewnątrz. Może być to na przykład styropian.
[Zignorowaliśmy tu trygonometrię. Kąt padania promieni słonecznych na okienne szyby jest inny niż kąt ich padania na podłogę. Zmienia się jednak w ciągu dnia, a suma tych dwóch kątów wynosi zawsze 90 stopni. Średni stosunek tych kątów w ciągu dnia (oraz nagrzewanych powierzchni) wynosi jeden, bo taką ma wartość tangens 45 stopni. Ignorujemy też fakt, że okna mogą wychodzić na różne strony świata.]
Klimatyzatory są drogie, nie wszędzie można je zainstalować, a do tego podnoszą rachunki za prąd. Jak schłodzić się bez nich?
Najtaniej – co wymyśliła ewolucja, gdy biegaliśmy za zdobyczą po sawannie – przez odparowanie wody. Ciepło parowania to doprawdy potężne narzędzie w walce z upałem dzięki prawom fizyki. Spośród wszystkich cieczy woda pochłania najwięcej ciepła przez parowanie. Odparowanie kilograma wody pochłania z otoczenia 2 400 kilodżuli (kJ), czyli tysięcy dżuli energii cieplnej.
Pokój o powierzchni 20 metrów i wysokości 2,5 metra ma 50 metrów sześciennych (poza meblami w większości wypełnia go powietrze).
Pojemność cieplna metra sześciennego powietrza wynosi około 1,2 kilodżula na stopień Celsjusza lub Kelwina. Żeby obniżyć temperaturę 50 metrów sześciennych powietrza o jeden stopień, potrzebujemy usunąć zeń około 60 kilodżuli energii cieplnej. By ją obniżyć o dziesięć stopni – 600 kilodżuli. Tyle energii pochłonie odparowanie zaledwie jednej czwartej litra wody!
Są to rachunki bardzo mocno uproszczone, które nie biorą pod uwagę wielu czynników. Przede wszystkim w powietrzu o wilgotności względnej 50 procent i temperaturze 26 stopni jest około 12 gramów pary wodnej w metrze sześciennym (oto kalkulator), czyli w rozważanym przez nas pokoju jest jej już 600 gramów. Dodanie dodatkowych 250 gramów oznacza, że będzie jej łącznie już 850 gramów, a wilgotność względna wzrośnie do 70 procent. Zanim zdołamy schłodzić pomieszczenie o dziesięć stopni, wilgotność wzrośnie, parowanie zacznie zachodzić coraz słabiej, a my poczujemy się niekomfortowo.
W praktyce, żeby takie chłodzenie wodą było skuteczne, musimy rozprowadzić wodę na dużej powierzchni lub w objętości (rozpylić), odciąć dopływ ciepła z zewnątrz (zasłonięcie okien jest kluczowe) i do tego wszystkiego jeszcze zapewnić dopływ suchego powietrza z zewnątrz i odpływ wilgotnego powietrza na zewnątrz.
Nie ma jednak ani grama przesady w tym, że przetarcie podłóg na mokro, upranie dywanu albo rozwieszenie prania schłodzi nam mieszkanie.
Wiedzieli o tym starożytni Persowie, którzy budowali systemy podziemnych kanałów, transportujących wodę z gór na niziny, zwanych kanatami. Woda przepływała kanatami przez piwnice domów, co pozwalało czerpać chłodne powietrze z podziemi budynków (ciąg powietrza zapewniały kominy). W bogatszych domach powietrze chłodziły salsabile, niewielkie fontanny. Wykorzystywano też nieszkliwione ceramiczne naczynia, których ściany są porowate i pozwalają na parowanie wody. Stawiano je w przeciągu, by schładzały powietrze.
Można nawet zbudować „lodówkę” z dwóch ceramicznych naczyń i wilgotnego piasku. Zeer, bo tak się te naczynia nazywają po arabsku, stosowane są do dziś w krajach arabskich i Iranie.
Nawiasem mówiąc, z dokładnie tego samego powodu: parowania wody przez aparaty szparkowe, drzewa schładzają bezpośrednią okolicę.
Dostępne na rynku klimatyzatory ewaporacyjne (zwane czasem klimatorami, by odróżnić je od klimatyzatorów działających na zasadzie sprężania czynnika chłodniczego) to wentylatory, które przepuszczają powietrze przez wilgotną membranę, najczęściej wełnę drzewną lub sztywne polimerowe gąbki. Parowanie wody obniża temperaturę powietrza, które następnie rozprowadza wentylator.
Przy wilgotności względnej 40 proc. (typowej dla naszego klimatu w upalny letni dzień), parowanie wody z wilgotnej powierzchni może schłodzić ją z 32 do 22 stopni (owszem, powtarzam ten sam przykład, co przy poceniu, ale to dokładnie ten sam mechanizm fizyczny i ten sam kalkulator).
Większość takich urządzeń osiąga sprawność rzędu 80-90 procent. Oznacza to, schłodzą powietrze o 80-90 procent różnicy między temperaturą pomieszczenia a temperaturą mokrego termometru (nazwijmy ją dla skrótu Tmt). W powyższym przykładzie różnica między temperaturą powietrza (32 stopnie) a Tmt (22 stopnie) wynosi 10 stopni (a jednak!), więc chłodzenie ewaporacyjne schłodzi powietrze o 8-9 stopni. Opuszczające klimatyzator ewaporacyjny powietrze będzie miało 23-24 stopnie. To wystarczy, by zapewnić uczucie chłodu.
Jeśli nie chcemy wyliczać temperatury mokrego termometru na internetowych kalkulatorach, przy niskich wilgotnościach powietrza możemy przyjąć, że wynosi ona około dwie trzecie temperatury powietrza. To przybliżenie sprawdzi się w naszym przypadku: z temperatury powietrza 32 stopni otrzymamy 21,3 stopnia. (Przy wyższych wilgotnościach lepszym przybliżeniem jest inna uproszczona metoda: od temperatury powietrza odejmujemy jeden stopień na każde 5 procent wilgotności poniżej stu.)
Nie oznacza to, że w pokoju, w którym takie urządzenie postawimy, temperatura spadnie aż o dziesięć stopni, bo chłodne powietrze z maszyny miesza się z nieschłodzonym i cieplejszym. W upał jednak każdy stopień mniej przyniesie ulgę, a co dopiero kilka.
Jeśli nie zamierzamy kupować klimatyzatora ewaporacyjnego – w końcu upałów mamy raptem kilkanaście dni w roku – możemy zrobić jego namiastkę sami.
Potrzebne będzie duże kamionkowe naczynie, piasek, woda i wentylator. Naczynie wypełniamy piaskiem, wlewamy tyle wody, by był mocno wilgotny, a przed naczyniem stawiamy wentylator. Będzie zaciągał stale wilgotne, a więc schładzane przez parowanie powietrze. (Jeśli mają państwo termometr, mogą wetknąć go w wilgotny piasek i zdziwić się, o ile chłodniejszy będzie od otoczenia.)
Jeśli nie chcemy bawić się w naczynia i piasek, możemy za stojącym na podłodze wentylatorem położyć, na przykład wilgotny ręcznik (nie stawiajmy na nim wentylatora, to urządzenie pod napięciem).
Jeśli zaś chcemy w upał mieć otwarte okna, połóżmy na parapetach mokre ręczniki. Parowanie wody z nich powinno nieco schłodzić wpadające powietrze.
Jeśli natomiast już decydujemy się otwierać okna w upał (co nie jest dobrym pomysłem), skierujmy wentylator w stronę okna. Chodzi o to, by gorące powietrze nie wpadało do mieszkania.
Drzewa schładzają okolicę.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Dla ludzkiej fizjologii krytyczna jest temperatura mokrego termometru wynosząca 35 stopni. W wyższej parowanie nie schładza już skóry, a temperatura wnętrza ciała zaczyna rosnąć. Nawet najzdrowszy człowiek może przeżyć w takich warunkach maksymalnie kilka godzin, potem umiera w wyniku przegrzania.
Szczęśliwie dla Ziemian, nie ma wielu miejsc, gdzie jest aż tak gorąco i wilgotno naraz (pomiary satelitarne sugerują, że zdarza się to czasem chwilowo na tropikalnych wybrzeżach, donosili autorzy pracy opublikowanej w „Science Advances” sześć lat temu). Jednak ów limit to granica wynikająca z praw fizyki. Nasze organizmy poddają się wcześniej.
Z badań wynika, że nawet zdrowi i młodzi ludzie dochodzą do granic wydolności organizmów, gdy temperatura mokrego termometru jest o kilka stopni niższa. Zespół badaczy z Penn State University w USA badał ochotników, którzy połknęli mały czujnik temperatury wnętrza ciała, a w pomieszczeniach, w których przebywali, zwiększano temperaturę i wilgotność.
Wyniki tych badań (publikowane w 2022 roku w „Journal of Applied Physiology”) pokazały, że nawet przy minimalnej aktywności fizycznej temperatura wnętrza organizmu zaczyna niebezpiecznie wzrastać, gdy temperatura mokrego termometru przekracza 30-31 stopni. Tu znów przyda nam się (już po raz trzeci) ten sam kalkulator.
Pozwoli nam wyliczyć, że przy wilgotności powietrza na poziomie 50 proc. granicą bezpiecznej temperatury powietrza jest 40 stopni. Przy wilgotności 60 proc. jest to 37 stopni. Przy wilgotności 70 procent to o kolejne dwa stopnie mniej, 35. Przy 80-procentowej wilgotności powietrza niebezpiecznie robi się już przy 33 stopniach.
Taka wilgotność w Polsce panuje szczęśliwie jedynie po deszczu, nocami oraz jesienią i zimą, gdy wysokie temperatury nie dokuczają, w upalnie dni jest niższa.
Trzeba jednak pamiętać, piszą badacze w pracy, że ta wartość temperatury mokrego termometru krytyczna dla ludzkiej termoregulacji była testowana na zdrowej i młodej populacji, co oznacza, że ryzyko dla pozostałych, bardziej wrażliwych grup, jest jeszcze wyższe, niż wcześniej sądzono. Jak mówił główny autor tej pracy, Daniel Vecelio: „Niczyj organizm nie pracuje na stuprocentowych obrotach”.
Dodatkowo okazało się, że temperatura wnętrza ciała niebezpiecznie rośnie także, gdy jest bardzo gorąco i bardzo sucho, choć wartość mokrego termometru jest dużo niższa niż 31 stopni. W pustynnych warunkach temperatur rzędu 50 stopni przy wilgotności 10 procent, temperatura mokrego termometru wynosi zaledwie 25-28 stopni. Do takiej powinna też spaść temperatura wilgotnej skóry. Jednak przy takiej temperaturze otoczenia ilość energii cieplnej docierającej do ciała jest już zbyt duża, organizm nagrzewa się szybciej, niż schładza go pocenie.
O tym wszystkim warto pamiętać, nawet jeśli twierdzimy, że bardzo lubimy tropikalne upały. Lubić je możemy, nasz organizm ma pewne granice biologicznych mechanizmów termoregulacji. I są one zaskakująco niskie.
Jest to na przykład 35 stopni przy wilgotności rzędu 70-80 procent, czyli podczas upałów w Barcelonie czy Neapolu, nie tylko w Bangkoku kojarzonym z wilgotnym, męczącym upałem.
Na koniec o prysznicach. Są amatorzy chłodnych pryszniców, co w upał wydaje się dość rozsądnym rozwiązaniem. W teorii powinny schłodzić ciało i przynieść ulgę. Nic bardziej błędnego, tłumaczył na łamach „The Conversation”, prof. Adam Taylor, wykładowca anatomii brytyjskiego Lancaster University.
Sęk w tym, że zimna woda spowoduje skurcz naczyń krwionośnych i ograniczy dopływ krwi do skóry. Nasz mechanizm termoregulacji polega właśnie na poszerzeniu naczyń krwionośnych, by zwiększyć dopływ krwi do skóry chłodzonej przez parowanie.
Zimny prysznic zmniejszy więc fizycznie naszą możliwość termoregulacji. Poza tym zimna woda znacznie mniej skutecznie usuwa ze skóry łój (sebum) i bakterie, których nadmiaru zapewne przy okazji chcielibyśmy się pozbyć.
Może zatem paradoksalnie lepiej zrobi nam prysznic gorący, bo naczynia krwionośne rozszerzy? Owszem, ale też dostarczy do wnętrza ciała energię cieplną z gorącej wody. Skoro chcemy się tego nadmiaru ciepła pozbyć, jest to równie niedobre rozwiązanie.
Chłodny prysznic w upał to dobry pomysł.
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Co robić?
Cóż, najlepszy będzie prysznic letni. Prof. Taylor sugeruje temperaturę wody w granicach 26-27 stopni. To pozwoli schłodzić ciało bez sygnału do oszczędzania ciepła i skurczenia naczyń krwionośnych.
Nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie woda o tej temperaturze – jak na basenie – jest jednak zimna.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Komentarze