Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Iga Kucharska / OKO.pressIl. Iga Kucharska / ...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

W grudniu 2025 roku w „Environmental Health” ukazała się praca, której autorzy twierdzili, że mieszkańcy stanu Massachusetts zapadają częściej na nowotwory, jeśli mieszkają w pobliżu elektrowni jądrowej.

Ci sami autorzy, ze szkoły zdrowia publicznego Uniwersytetu Harvarda, w ostatnim tygodniu lutego w „Nature Communications” opublikowali pracę, w której twierdzą, że podobną prawidłowość zauważyli w całych Stanach Zjednoczonych. Im bliżej elektrowni jądrowej ktoś mieszka, tym wyższe ma ryzyko zgonu z powodu nowotworu.

Pojawiły się też opinie, że to pochopnie wyciągnięte wnioski. Także takie, że straszenie energią jądrową może mieć opłakane skutki dla zdrowia publicznego. Bo zamykanie elektrowni jądrowych oznacza, że część ich mocy muszą zastąpić elektrownie na paliwa kopalne. A te zanieczyszczają powietrze i przyczyniają się do znacznie większej liczby nowotworów.

W popiołach z elektrowni węglowych jest więcej promieniotwórczości niż w odpadach z elektrowni jądrowych o równoważnej mocy (co wiemy już od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku).

To częsta w nauce sytuacja. Jedni badacze twierdzą, że jest tak, inni – że zgoła przeciwnie. Co począć?

Zgłębić temat, by zrozumieć, kto się mógł pomylić.

Przeczytaj także:

Promieniowanie wokół nas

Elektrownie jądrowe teoretycznie mogą zwiększać ryzyko zapadnięcia na nowotwór. Reaktory jądrowe emitują promieniowanie jonizujące. Promieniowanie jonizujące może uszkodzić komórki.

Zacznijmy od tego, że jak w przypadku większości rzeczy, także w przypadku promieniowania jonizującego wszystko zależy od przyjętej dawki. Nie szkodzi nam na przykład niewielka dawka promieniowania jonizującego, którą stale otrzymujemy z otoczenia. Jego źródłem są ziemia i powietrze.

Skały zawierają niewielką ilość radioaktywnych pierwiastków: toru-232 oraz uranu-238. W wyniku rozpadu tego drugiego powstaje też inny promieniotwórczy pierwiastek – radon. Jest gazem, więc obecny jest w śladowych ilościach w powietrzu. Cięższy od powietrza, gromadzi się przy powierzchni ziemi i w piwnicach.

Jest jeszcze obecny w glebie potas-40. Ten ostatni jest przyswajany przez rośliny i zwierzęta. Powstała nawet – pół żartem pół serio – jednostka zwana „równoważnikiem banana”. Banany zawierają sporo potasu, a część z niego to jego radioaktywny izotop, potas-40. Zjedzenie jednego banana stanowi około 1 procenta dawki promieniowania, którą dziennie otrzymujemy z otoczenia.

Inne promieniotwórcze izotopy pierwiastków powstają pod wpływem promieniowania kosmicznego, którego niewielka część przedostaje się przez ziemską magnetosferę. Jest ich jednak niewiele.

W ochronie przed promieniowaniem stosuje się jednostki zwane siwertami (Sv). Zwykle otaczające nas dawki są tak małe, że podaje się je w milisiwertach (mSv) lub wręcz mikrosiwertach (µSv), mili – oznacza jedną tysięczną, mikro – jedną milionową.

Średnia dawka promieniowania tła w Polsce nie przekracza 0,1 µSv/h (mikrosiwerta na godzinę), wynika z pomiarów Państwowej Agencji Atomistyki. Rośnie w czasie deszczu, który spłukuje radon (i radioaktywne produkty jego rozpadu) na ziemię, ale nie jest to powód do niepokoju.

Latanie samolotem oznacza narażenie na wyższe dawki. Godzina lotu samolotem to 10 µSv. Podobną dawkę otrzymamy podczas wykonania pantomogramu (panoramicznego zdjęcia rentgenowskiego szczęki i żuchwy).

Na nieco wyższą dawkę promieniowania narazi nas mammografia albo tomografia – to kilka milisiwertów (kilka tysięcy mikrosiwertów). To nadal nie jest powód do niepokoju. Średni poziom dawki promienio­wania tła w Polsce to 2,5 mSv (milisiwerta) rocznie, podaje Agencja Atomistyki.

I to nie jest nadal powodem do zmartwienia. Roczna dopuszczalna dawka promieniowania dla przeciętnych ludzi została określona na poziomie jednego milisiwerta. Ustalono ją jednak z bardzo dużym zapasem. Jak dużym?

Osoby, które są zawodowo narażone na promieniowanie (na przykład lekarze i technicy radiolodzy) mają te normy na znacznie wyższym poziomie, aż 20 mSv rocznie. Dopuszcza się nawet do 50 mSv rocznie, o ile suma dawek w ciągu kolejnych 5 lat nie przekroczy 100 mSv (jak możemy przeczytać na przykład na stronie Centralnego Instytutu Ochrony Pracy).

W niektórych rejonach Norwegii i Szwecji promieniowanie ze źródeł naturalnych wynosi od 10 do 35 mSv/rok. Rekordowy jest zaś Ramsar w Iranie, gdzie roczna dawka promieniowania sięga nawet 132 mSv/rok. Mieszkającym na tych terenach ludziom bacznie przyglądają się eksperci, jednak nie stwierdzili zwiększonej liczby nowotworów, ani przypadków chorób genetycznych – dodaje Państwowa Agencja Atomistyki.

Panuje ogólna zgoda, że dawki do 100 mSv rocznie nie mają niekorzystnego wpływu na organizm. Pewien związek z podwyższoną zapadalnością na nowotwory wykazują dopiero wyższe dawki promieniowania (możemy przeczytać o tym np. w tej pracy opublikowanej przez Akademię Nauk USA).

Ile promieniowania szkodzi? To zależy

Maksymalna dawka promieniowania pochłonięta przez mieszkańców Fukushimy po awarii tamtejszej elektrowni atomowej wyniosła około 68 milisiwertów. Prawdopodobnie nic im się nie stało i nie stanie.

Chorobę popromienną (i śmierć połowy populacji w ciągu 30 dni) wywołuje dopiero kilka tysięcy milisiwertów (kilku siwertów) pochłonięta w bardzo krótkim czasie. Jak bardzo istotny jest czas, pokazuje przykład Alberta Stevensa.

Podczas pracy nad amerykańską bombą atomową (w Projekcie Manhattan) badano także wpływ promieniowania na zdrowie. Nie zawsze etycznie. W maju 1945 roku śmiertelną dawkę radioaktywnego plutonu wstrzyknięto Albertowi Stevensonowi, który (jak sądzono) miał ostatnie stadium raka żołądka.

Podczas operacji rzekomy nowotwór okazał się jednak wrzodem żołądka. Wycięto go, a Stevens przeżył kolejne 21 lat, choć przez ten czas pluton w jego ciele naraził go na około 64 siwerty promieniowania.

Stevens nie był jedyną osobą, której podawano radioaktywne izotopy bez jego wiedzy i zgody. Było ich około trzydziestu, podaje strona Atomic Heritage Foundation.

(Dane dotyczące dawek w Fukushimie i dawki śmiertelnej podaję za anglojęzyczną Wikipedią).

Dziesięć razy dalej – sto razy słabiej

Wraz ze wzrostem odległości od źródła promieniowania, jego natężenie maleje odwrotnie do kwadratu odległości. Dwukrotne zwiększenie odległości zmniejsza promieniowanie czterokrotnie, czterokrotne zwiększenie odległości – szesnastokrotnie i tak dalej.

Jeden obraz jest wart tysiąca słów, zatem oto grafika, która ilustruje dlaczego:

Grafika ilustruje, jak maleje natężenie promieniowa z kwadratem odległości. Źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/File:Inverse_square_law.svg

Gdy w 2013 roku z elektrowni Bełchatów zaginęły dwa pojemniki z radioaktywnym kobaltem-60, Państwowa Agencja Atomistyki wyliczała, że w bezpośrednim sąsiedztwie pojemnika (10 cm od niego) groźną dla zdrowia dawkę promieniowania otrzyma się w czasie poniżej minuty. W odległości jednego metra (100 cm) czas ten wydłużał się do ponad godziny (donosiła „Wyborcza”).

Jak wyjaśniał wtedy autor bloga „Promieniotwórczość wokół nas”, nawet nieznaczne odsunięcie się od źródła promieniowania gwałtownie zmniejsza dawkę, jaką otrzymujemy. Największy spadek, aż o 90 procent, następuje na pierwszych dziesięciu centymetrach od źródła.

Miał on okazję zwiedzić reaktor w Świerku pod Warszawą i zmierzyć tam poziom promieniowania. Dane podawał w rentgenach. Jak pisze, pomiary wyglądały następująco: zaraz za śluzą na hali – 0,046 mR/h, podchodzimy bliżej – 0,161 mR/h, na szczycie przy wizjerze – 18,295 mR/h (milirentgenów na godzinę).

Rentgen jest miarą tego, jak bardzo promieniowanie gamma i rentgenowskie jonizuje powietrze. Jest to pewna miara natężenia promieniowania (choć nie jest doskonała). Siwert jest zaś miarą skutków zdrowotnych pochłoniętego promieniowania. Zależność między tymi jednostkami jest skomplikowana, ale zwykle przyjmuje się, że jeden rentgen to 115 siwertów, czasem zaokrąglając to do 100 siwertów. Tak zróbmy i my.

Zmierzone wyżej wartości po przeliczeniu na siwerty wynosiłyby: za śluzą na hali 0,00046 milisiwertów na godzinę, bliżej 0,00161 mSv/h, przy wizjerze 0,18295 mSv/h.

Przeliczając to na dawki roczne (mnożymy przez 24 godziny, 365 dni w roku i zaokrąglam do liczb całkowitych) to odpowiednio 4 mSv, 14 mSv oraz 1600 mSv rocznie. Widzą Państwo, jak drastycznie spada poziom promieniowania? Przy wizjerze reaktora to ponad półtora tysiąca milisiwertów (i przebywając tam bez przerwy przez rok, moglibyśmy dostać objawów choroby popromiennej), w pewnej odległości od niego już sto razy mniej.

Ta prawidłowość dotyczy dowolnego rodzaju promieniowania: czy to promieniowanie gamma, rentgenowskie, ultrafioletowe, widzialne, podczerwone czy radiowe. I jest to powód, dla którego nie szkodzą nam anteny nadajników radiowych, masztów telekomunikacyjnych, używanie telefonu komórkowego ani kuchenek indukcyjnych (wyjaśniałem w OKO.press w czerwcu 2023 roku w tekście “Czy fale elektromagnetyczne szkodzą zdrowiu”).

Ile przeciętnie emituje elektrownia jądrowa?

Bezpośrednie promieniowanie reaktora jądrowego ma zupełnie znikomy wpływ na poziom promieniowania w okolicy elektrowni. Jeśli metr od niego wynosi x, to kilometr, czyli 10 tysięcy metrów dalej, to natężenie musi być – co wynika z praw fizyki – sto milionów razy (10 tysięcy do kwadratu) słabsze. Nawet gdyby od reaktora dzieliło nas powietrze (a nie grube betonowe ściany).

Problemem mogą być natomiast radioaktywne pierwiastki uwalniane do otoczenia. Pochodzą z uszkodzonych prętów paliwowych, powstają w wyniku napromieniowania pierwiastków rozpuszczonych w wodzie chłodzącej reaktor oraz tworzących rury, zawory i pompy układu chłodzenia.

To ryzyko jest minimalizowane na wiele różnych sposobów, a tych emisji jest niewiele. Jednak są – i dobrze wiemy, ile ich jest.

25 krajów, trzy czwarte wszystkich krajów posiadających reaktory jądrowe, dobrowolnie przekazują dane, dostępne na portalu DIRATA (Database on Discharges of Radionuclides to the Atmosphere and Aquatic Environment, czyli “Bazy danych o emisjach radionuklidów do atmosfery i środowiska wodnego”).

Jest to prowadzona przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (International Atomic Energy Agency, IAEA) centralna baza danych zawierająca historyczne i bieżące informacje o zrzutach substancji promieniotwórczych do atmosfery i wód z obiektów jądrowych, takich jak elektrownie.

Ta baza danych jest dostępna publicznie i powstała specjalnie po to, by rządy, odpowiednie instytucje i zwykli obywatele wiedzieli, ile i czego uchodzi do środowiska z elektrowni i innych instalacji jądrowych. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej szacuje na podstawie przekazywanych danych, że przeciętna elektrownia atomowa zwiększa poziom promieniowania w otoczeniu o około jedną dziesięciotysięczną milisiwerta rocznie (0,0001 mSv/rok).

To dziesięć tysięcy razy mniej niż wynosi norma dla ogółu (1 mSv), dwieście tysięcy razy mniej niż norma dla radiologów (20 mSv). Oraz milion razy mniej niż doświadczają mieszkańcy irańskiego Ramsaru.

Czy po katastrofie w Czarnobylu przybyło przypadków nowotworów?

Po katastrofie elektrowni jądrowej w Czarnobylu w 1986 roku jej skutki usuwało kilkaset tysięcy osób (według różnych źródeł od 200 do 600 tysięcy) nazwanych likwidatorami. Były narażone na różne dawki promieniowania, od 10 milisiwertów do jednego siwerta. Średnio statystycznie było to około 120 milisiwertów.

Różne badania prowadzone przez lata wśród osób z tej grupy nie wykazały zwiększonej zapadalności na nowotwory. Nie było tego widać ani w badaniach z 2001 roku prowadzonych na 60 tysiącach likwidatorów, ani w badaniach z 2006 roku prowadzonych na 10 tysiącach.

Problemem był natomiast promieniotwórczy jod-131, który uniósł się w powietrze. By zapobiec jego wchłonięciu, podawano dzieciom roztwór jodu (płyn Lugola). Jod gromadzi się w tarczycy, a radioaktywny jod może zwiększyć ryzyko jej nowotworu.

Taki wzrost liczby przypadków nowotworów tarczycy rzeczywiście zaobserwowano, donosił UNSCEAR. To Komitet Naukowy ONZ do spraw Skutków Promieniowania Atomowego, stały komitet ONZ powołany w celu monitorowania zmian poziomu promieniowania jonizującego na Ziemi.

Ten sam UNSCEAR wyliczał jednak, że nie zaobserwowano wzrostu liczby przypadków nowotworów po katastrofie elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi w 2011 roku, choć ta katastrofa również uwolniła porównywalne ilości radioaktywnego jodu-131. Badanie ponad 180 tysięcy osób potencjalnie narażonych na radionuklidy po tej katastrofie nie wykazało żadnych skutków zdrowotnych (przeczytamy też na stronie 49 tego raportu japońskiego rządu).

Trudno uznać, że elektrownie atomowe szkodzą. Nawet ich katastrofy miewają zaskakująco niewielkie skutki zdrowotne.

Zgrzyt pierwszy, czyli elektrownie nie szkodzą młodym

Mimo to wspomniana na początku opublikowana w „Nature Communications” praca wskazuje, że jest związek między odległością miejsca zamieszkania od elektrowni jądrowej a ryzykiem zgonu z powodu nowotworu.

Co pocieszające, z analizy tej wynika, że ten wpływ jest niemal żaden wśród osób przed 45. rokiem życia. Zaczyna być widoczny w starszych grupach wiekowych, przy czym najsilniejszy jest wśród kobiet w wieku 55-64 oraz wśród mężczyzn w grupie 65-74 lata. Potem znów słabnie.

Jest to jednak dość dziwne. Gdyby elektrownie jądrowe zwiększały ryzyko wystąpienia nowotworów, należałoby oczekiwać, że ten wpływ będzie widoczny we wszystkich grupach wiekowych.

Owszem, wśród osób starszych to ryzyko powinno nieco rosnąć, bo z wiekiem słabną zdolności organizmu do naprawy (na przykład ewentualnych uszkodzeń wywołanych promieniowaniem). Nie powinniśmy jednak widzieć ostrej granicy między osobami przed i po 45. roku życia. Ani żadnego spadku po 75. roku.

Coś tu się nie klei.

Bliskość elektrowni czy gęstość zaludnienia?

Pewna rzecz zafrapowała mnie w tej pracy szczególnie.

Zerknijcie Państwo na mapę średniej ważonej odległości od elektrowni jądrowej, zamieszczoną przez badaczy w tej pracy. Duże skupisko najniższych wartości na południowy zachód od Jeziora Michigan, porównywalne na północy Wschodniego Wybrzeża.

A potem zerknijcie na dowolną mapę gęstości zaludnienia w USA. Na przykład jedną lub drugą. A na koniec na mapę gęstości zaludnienia z zaznaczonymi miastami. Bardzo podobne, prawda?

Mapa odległości od elektrowni jądrowych, zamieszczona w rozważanej przez nas pracy, jest zbliżona do mapy lokalizacji wielkich aglomeracji. Widać na niej i Chicago, i megalopolis ciągnące się wzdłuż wschodniego wybrzeża od Nowego Jorku przez Filadelfię po Baltimore i Waszyngton. Widać na niej nawet trójkąt Oklahoma City, Tulsa, Dallas. I gęste zabudowania od Atlanty do Charlotte.

Nie ma w tym nic dziwnego.

Elektrownie jądrowe nie powstają na pustkowiach. Powstają tam, gdzie potrzebna jest energia i gdzie można znaleźć wykwalifikowaną kadrę do ich obsługi. Elektrownie jądrowe powstają niedaleko dużych aglomeracji.

To prawda, powstają raczej z dala od centrów wielkich miast, ale nadal w obrębie lub na obrzeżach szeroko rozumianych aglomeracji miejskich. Jedyny polski reaktor jądrowy nie działa w Bieszczadach ani na Pojezierzu Zachodniopomorskim, a w Świerku pod Warszawą. Planowana elektrownia jądrowa Lubiatowo-Kopalino również powstanie 30 km od Wejherowa, które leży już w aglomeracji trójmiejskiej i 40 km od Rumi, która graniczy z Gdynią.

Cóż, uprawianie statystyki to trudna rzecz. Badacze nie wykluczyli zmiennej, jaką jest gęstość zaludnienia. W aglomeracjach miejskich jest większe zanieczyszczenie powietrza, większy stres, częściej niezdrowo się odżywiamy. Tak, istnieje statystyczna zależność między gęstością zaludnienia a liczbą nowotworów na milion mieszkańców (na przykład wykazała to praca opublikowana w 2014 roku). Mieszkańcy wielkich aglomeracji chorują na nowotwory częściej niż mieszkańcy mniejszych miast, a ci częściej niż mieszkańcy wsi.

Mieszkańcy miast żyją też przeciętnie dłużej. Ponieważ zapadalność na nowotwory rośnie z każdą dekadą życia, w miastach jest więcej zgonów z powodu choroby nowotworowej niż poza nimi.

Wpływ gęstości zaludnienia można było usunąć z danych. Bez tego nie mamy szczególnej pewności, czy ta praca tak naprawdę dowodzi związku elektrowni jądrowych, czy wielkich miast, ze śmiertelnością z powodu nowotworów.

Co tu poszło nie tak? Oj, wiele

Nie muszą państwo polegać na mojej intuicji. Błędy w tej pracy wyłapali szybko specjaliści od energii jądrowej oraz epidemiologii.

Jak pisał „Atomic Newswire” (biuletyn American Nuclear Society, organizacji zrzeszającej naukowców, inżynierów i specjalistów z branży inżynierii nuklearnej i pokrewnych), autorzy tej pracy:

(1) Nie mierzyli nigdzie poziomów promieniowania. Oparli się jedynie na odległościach od elektrowni. Nie jest to żadne badanie naukowe, a jedynie symulacja.

(2) Podali zbiorcze dane dotyczące wszystkich rodzajów nowotworów, ale tylko wśród dorosłych. Wykluczyli nowotwory występujące u dzieci i młodzieży.

(3) Analizowali zbiorcze dane z hrabstw. To bardzo mała rozdzielczość modelu. Przeciętne hrabstwo w USA liczy statystycznie prawie 3200 km kwadratowych. Tyle ma kwadrat o boku niemal 180 kilometrów. Dla porównania polska gmina liczy statystycznie około 120 km kwadratowych, powiat bliżej tysiąca.

(4) Przyjęli średnią odległość danej lokalizacji od kilku najbliższych elektrowni jądrowych, przyjmując przy tym implicite, że ilość ewentualnych promieniotwórczych emisji z każdej jest identyczna. Ignoruje to różnice konstrukcji między elektrowniami, przeważające kierunki wiatrów czy ukształtowanie terenu.

(5) Wyliczają odsetek przypadków przypisanych narażeniu (attibutable fraction of population lub population attributable fraction, PAF), czyli zakładają implicite, że istnieje związek przyczynowy między narażeniem na czynnik (bliskość elektrowni), a jego skutkiem (wyższą liczbą zgonów z powodu nowotworów) – choć mieli w tej pracy to dopiero udowodnić.

(6) Nie uwzględnili (dość częstych w USA) zmian miejsca zamieszkania. Jeśli ktoś sprowadził się do hrabstwa położonego nieopodal elektrowni jądrowej, a przedtem mieszkał z dala od niej przez 40 lat, wpadał do kategorii “blisko elektrowni”.

(7) Wreszcie nie uwzględnili czasu, jaki upływa zwykle między narażeniem na niskie dawki promieniowania a rozwojem nowotworu, choć jest to zwykle czas liczony w dekadach.

Zdaniem ekspertów wypowiadających się dla „Atomic Newswire” ta praca nie jest wiele warta. W zasadzie nie dowodzi niczego.

Biuletyn cytuje na przykład Amy Berrington de Gonzalez (profesor epidemiologii klinicznej w Instytucie Badań nad Rakiem w Londynie), która zauważa, że wykazane w pracy zależności zupełnie nie odpowiadają wzorcom rzeczywistej śmiertelności z powodu nowotworów, która stale rośnie z wiekiem. A do tego obserwowany efekt jest dużo silniejszy, niż można by wnioskować z rzeczywistych poziomów promieniowania wokół elektrowni. (O tym już wcześniej wspominałem).

Prawda czy fałsz?

Im bliżej mieszkasz elektrowni jądrowej, tym większe ryzyko choroby nowotworowej

Sprawdziliśmy

Nie ma takiego związku. Emisje promieniotwórcze z elektrowni jądrowych są dużo mniejsze niż naturalne promieniowanie z otoczenia, które zupełnie nam nie szkodzi.

Uważasz inaczej?

Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.

„Model shopping”, czyli wybierz, co ci pasuje do wniosków

Jeśli są Państwo zainteresowani głębszym rozbiorem błędnej metodologii obu prac, polecam szczególnie lekturę analizy opublikowanej przez „Breakthrough Institute”, która rozprawia się z nimi krok po kroku.

Pokazuje, że autorzy ulegli zjawisku „model shopping”, wyboru modelu, który pasuje do założonej tezy. W tym przypadku był to model przekrojowy, ale takie modele mają niewielką wartość. Wskazują na możliwe korelacje, a nie związki przyczynowe.

Wskazuje też, że w obu pracach brak jest próby kontrolnej. Bez niej nie da się wykazać, że nie istnieje inna możliwa przyczyna zjawiska (na przykład właśnie bliskość aglomeracji miejskich albo starzenie się populacji).

Najpoważniejszym zarzutem wobec obu tych prac jest jednak fakt, że zakładają, iż bliskość elektrowni jądrowej automatycznie oznacza narażenie na szkodliwe emisje radioaktywne. Jednak ich autorzy nigdzie nie przedstawiają dowodu prawdziwości tej przesłanki – bo ani takich emisji nie mierzyli, ani nie badali ich ewentualnych skutków zdrowotnych, ani też nie cytują prac, które tego dowodzą.

Żeby mówić o skutkach narażenia zdrowia, trzeba dowieść, że istnieje czynnik tego narażenia i dowieść jego szkodliwości. Żadna z tych dwóch prac tego nie robi. To po prostu żonglowanie liczbami.

Jak to porządnie zbadać?

Jak powinno wyglądać dobre badanie, czy istnieje związek bliskości elektrowni jądrowej z zapadalnością na nowotwory? Powinno (przynajmniej, są to warunki brzegowe) wykazać, że:

(a) badani byli narażeni na promieniowanie, czyli zmierzyć jego poziom;

(b) wykazać, że zmierzone dawki mogły mieć wpływ na liczbę nowotworów;

(c) wykazać, że zmierzone dawki miały wpływ na liczbę nowotworów, zaś niższe dawki nie miały.

Spełnienie tych trzech warunków pozwala stwierdzić, czy zmierzona w pobliżu elektrowni dawka promieniowania może mieć wpływ na zdrowie.

Dopiero taka praca naukowa obala hipotezę zerową, która brzmi: związek między odległością od elektrowni a nowotworami jest wynikiem przypadku lub innych czynników niż odległość.

To szkodzą, czy nie? Nie ma na to dowodów

Nie ma dowodów na to, że elektrownie jądrowe są źródłem istotnych emisji radioaktywnych. Są dowody na to, że są źródłem niewielkich emisji radioaktywnych, wielokrotnie słabszych niż promieniotwórczość naturalna wokół nas.

Promieniotwórczość naturalna, choć wielokrotnie silniejsza, nie ma wpływu na zdrowie. Nie mogą mieć takiego wpływu słabsze o rzędy wielkości emisje z elektrowni jądrowych.

Co w takim razie wykazują te dwie prace? Że istnieje jakiś związek między odległością od elektrowni jądrowej i liczbą zgonów na nowotwory. I najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest, że wykazują związek pośredni. Tak się składa, że elektrownie jądrowe powstają blisko dużych miast, a w miastach wyższa jest zapadalność na nowotwory. Także dlatego, że mieszkańcy miast żyją statystycznie dłużej.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Michał Rolecki
Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.

Komentarze