Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Lionel BONAVENTURE i JIM WATSON / AFPFoto Lionel BONAVENT...

22 stycznia 2026 została zawarta umowa, zgodnie z którą TikTok w USA przestał operować pod chińskim właścicielem. Większość udziałów wykupiła grupa amerykańskich, ale i emirackich inwestorów, wśród których główną rolę ma amerykański gigant technologiczny Oracle Corporation. Ten ostatni miał chrapkę na aplikację jeszcze od czasów pierwszej kadencji Trumpa.

Platformę przejęła nowa firma: TikTok USDS Joint Venture, której 80,1 proc. posiadają nowi udziałowcy, a 19,9 proc. – ByteDance, chiński twórca i dotychczasowy właściciel aplikacji.

Nowi właściciele to nie zwykli inwestorzy. Według Trumpa była to „Największa na Świecie grupa Wspaniałych Amerykańskich Patriotów i Inwestorów”. Nie jest tajemnicą, że szefostwo Oracle od dawna należy do stronników obecnego prezydenta USA.

To właśnie ta firma staje się rozgrywającym w kontekście amerykańskiego TikToka. Oracle będzie odpowiadać za funkcjonowanie aplikacji zgodnie z prawem dotyczącym bezpieczeństwa, a także za amerykańską wersję algorytmu TikToka, który będzie przechowywany „w amerykańskiej chmurze Oracle”, jak czytamy w notce prasowej.

Choć to sformułowanie jest dość efemeryczne, oznacza, że amerykański algorytm będzie działał na bazie tego chińskiego, ale kontrola nad nim zostanie przekazana Amerykanom, którzy będą go rozwijać tylko na bazie danych z USA.

Jak to wpłynie na użytkowników? Prawdopodobnie w ogóle.

Przeczytaj także:

AAAsprzedam TikToka

Transakcja jest skutkiem długotrwałej i dość dezorientującej batalii, która rozpoczęła się w 2020 roku od dekretu Trumpa wzywającego ByteDance do sprzedaży aplikacji. W przeciwnym wypadku groził zakaz funkcjonowania w USA. Do tego jednak nie doszło, ponieważ do władzy doszedł Joe Biden, który groźby odwołał. Potem role się odwróciły. Pod koniec kadencji Bidena w Kongresie przegłosowano prawo, które, ponownie wzywało do zmiany właściciela TikToka, ale gdy do Białego Domu wrócił Trump, stwierdził, że aplikacja jednak mu się podoba i może zostać.

Prawdopodobnie wpływ na tę decyzję miało otoczenie Trumpa, a także niedawna jego osobista popularność na TikToku. Nowy-stary prezydent kilkukrotnie przedłużał termin, w którym ByteDance było zobligowane do sprzedaży TikToka, a nawet ogłosił, że będzie to robił tak długo, dopóki nie znajdzie się kupiec.

I znalazł się. Nie było to jednak oczywiste, bo chińscy właściciele długo się opierali. Chińskie prawo zakazuje sprzedaży zaawansowanych technologii, takich jak algorytmy, bez zgody rządu. Algorytm TikToka jest zaś znany ze swojej skuteczności i umiejętności rozpoznania zainteresowań użytkownika już chwilę po rozpoczęciu użytkowania aplikacji.

We wrześniu 2025 roku przedstawiciele chińskiego rządu zaczęli jednak sugerować, że są skłonni sprzedać Amerykanom licencję do algorytmu. Stawka była wysoka, bo Stany Zjednoczone są największym rynkiem TikToka: w Chinach funkcjonuje chińska wersja aplikacji, Douyin, a Indie zakazały TikToka po geopolitycznych sporach z Chinami.

Praktycznie od razu po dokonaniu transakcji zaczęły się ogromne kontrowersje związane z domniemaną cenzurą postów krytycznych wobec amerykańskiego rządu i masowym zbieraniem danych przez nowych właścicieli.

FILE - A TikTok sign is displayed on top of their building in Culver City, Calif., on Dec. 3, 2024. (AP Photo/Richard Vogel, File)
Reklama TikTok na budynku w Culver City w Kalifornii, 3 grudnia 2024. AP Photo/Richard Vogel

W Polsce nadal chińska wersja

Żadna z tych rzeczy nie dotyczy jednak użytkowników TikToka w Polsce. Nasza wersja TikToka dalej jest chińska.

W interesie ByteDance nie leżała sprzedaż całości aplikacji. Zmiana ograniczyła się do minimum wymaganego przez amerykańskie prawo, które powstało w odpowiedzi na wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa danych użytkowników w USA. Ustawodawcy chcieli zapobiec możliwości, by pracownicy ByteDance w Chinach – według chińskiego prawa są zobowiązani do udzielania informacji chińskim służbom bezpieczeństwa – mieli dostęp do danych Amerykanów. Przejęcie TikToka miało załatwić sprawę.

Ale czy rzeczywiście załatwiło? I czy rzeczywiście zaczęła się cenzura?

Z TikToka w TrumpToka

Zabójstwo w Minneapolis 24 stycznia Aleksa Prettiego, 37-letniego pielęgniarza protestującego przeciwko działaniom amerykańskiego Urzędu Celno-Imigracyjnego (U.S. Immigration and Customs Enforcement, ICE), zbiegło się w czasie z pierwszymi dniami amerykańskiego TikToka pod nowym kierownictwem. Zbulwersowani Amerykanie zaczęli wyrażać złość na TikToku. A przynajmniej próbowali. Wielu użytkowników zwróciło uwagę na fakt, że ich filmiki albo się nie ładują, albo nie wyświetlają innym ludziom.

W tej sytuacji było wiele analogii do sprawy zabójstwa George’a Floyda w 2020 roku, które przeszło do historii nie tylko jako przykład okrucieństwa amerykańskiej policji, ale też, na mniejszą skalę, jako moment, w którym TikTok zaczął być polityczny. Był jednak wtedy polityczny w zupełnie inny sposób: filmiki z hasłem Black Lives Matter osiągały szczyty popularności, przełamując obraz TikToka jako aplikacji dla tańczących nastolatków.

Nagle TikTok zaczął być miejscem dyskusji o systemowym rasizmie, a chwilę później, wraz z rozpoczęciem kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi w USA, silną linią oporu wobec Trumpa.

Ale od tego czasu trochę się zmieniło.

W obliczu coraz bardziej prawdopodobnego zakazu w Stanach Zjednoczonych, na przełomie 2024 i 2025 roku TikTok obrał wyraźnie protrumpowską linię. Wysyłał nawet swoim wszystkim amerykańskim użytkownikom kilka sławetnych powiadomień, w których dziękował Donaldowi Trumpowi za działania na rzecz dostępności aplikacji w Stanach.

Nic więc dziwnego, że niektórzy ludzie próbujący upubliczniać haniebne działania ICE w Minneapolis, sugerowali, że nowi właściciele wprowadzili w TikToku cenzurę. Wśród oskarżycieli znaleźli się między innymi piosenkarka Billie Eilish i gubernator Kalifornii Gawin Newsom, który zapowiedział śledztwo w sprawie cenzurowania postów krytykujących Donalda Trumpa.

W tym samym czasie miało jednak miejsce jeszcze jedno wydarzenie: potężne ochłodzenie i śnieżyce w USA. TikTok USDS Joint Venture zatweetował 26 stycznia: „Od wczoraj pracujemy, aby przywrócić nasze usługi po przerwie w dostawie prądu w amerykańskim centrum danych, która dotknęła TikToka i inne aplikacje, którymi zarządzamy. Pracujemy z naszym centrum danych, aby ustabilizować nasze usługi. Przepraszamy za problemy i mamy nadzieję, że niedługo je rozwiążemy”. Innymi słowy, to śnieżyca stała się odpowiedzialna za problemy ze wstawianiem filmików krytykujących ICE.

Chociaż wiadomość napisano trochę nieskładnie, jest duże prawdopodobieństwo, że to wytłumaczenie jest zgodne z prawdą. Jak zauważa dziennikarz technologiczny Jacob Ward w rozmowie z publiczną stacją PBS, problemy dotyczyły nie tylko filmików na temat ICE, ale również tych na tematy niepolityczne.

„W tym momencie nie wydaje się, żeby była to celowa cenzura. Myślę, że nowi właściciele zarządzają aplikacją za krótko, żeby się do czegoś takiego posunąć. Ale nie należy tego mylić z wnioskiem, że nie są w stanie czegoś takiego zrobić” – opowiadał Ward.

Dane oddane?

Z założenia transakcja miała pomóc chronić dane użytkowników TikToka. Ci ostatni jednak zauważyli, że po zmianie właściciela oddają aplikacji nie mniej, a więcej swoich danych. Po przejęciu kontroli nad platformą przez TikTok USDS Joint Venture zmieniono jej politykę prywatności. Wśród nowych zapisów można było znaleźć chociażby zbieranie informacji na temat dokładnej lokalizacji użytkowników. Z oczywistych powodów wzbudziło to ich niepokój.

Po co Trumpowi moje dane? Taki zapis wydaje się przecież dystopijny: grupa stronników prezydenta dostaje nagle dostęp do informacji na temat dokładnej lokalizacji ⅔ populacji Stanów Zjednoczonych – bo szacuje się, że liczba użytkowników aplikacji w USA wynosi około 200 milionów.

Jednak i to nie jest tak bardzo podejrzane, co nie znaczy, że dobre. Zarówno Ward, jak i nieprzychylny Trumpowi publicysta „The Guardian” Blake Montgomery, przyznają, że nowe zmiany w polityce prywatności są dość standardowe dla innych mediów społecznościowych. Co więcej, śledzenie lokalizacji użytkowników będzie można wyłączyć.

To nie zmienia faktu, że poprzeczka dopuszczalnego zakresu zbierania danych jest postawiona bardzo nisko: inni giganci technologiczni, tacy jak Google czy Meta, zbierają po prostu ogromne ilości danych. Amerykański TikTok stara się za nimi nadążyć. W rozmowie dla BBC ekspert od cyberbezpieczeństwa Patrick Johnson z firmy Disconnect nazwał politykę prywatności TikToka „ekstremalnie inwazyjną”.

Ale czy przynajmniej zebrane przez TikToka dane pozostaną w USA? Niekoniecznie, choć w tym wypadku możemy już tylko spekulować.

To nie jest pierwszy raz, kiedy Oracle Corporation wchodzi we współpracę z TikTokiem. Już wcześniej dane użytkowników TikToka z USA były przechowywane właśnie na serwerach Oracle – aby amerykańskie dane pozostawały na amerykańskiej ziemi.

Chińczycy nadal mają dostęp

To rozwiązanie zostało jednak uznane za niewystarczające. Jednym z powodów do niepokoju było odkrycie, że chińscy pracownicy ByteDance i tak mają dostęp do tych danych za sprawą licznych luk w systemach bezpieczeństwa, o czym pisała m.in. dziennikarka Forbesa Emily Baker-White w książce „Every Screen on the Planet”.

A nowy amerykański TikTok nie jest przecież aż tak amerykański. ByteDance nie został całkowicie pozbawiony udziałów w TikTok USDS Joint Venture – ma w nim prawie ⅕ udziałów, czyli więcej, niż którykolwiek inny udziałowiec. Oracle ma tylko 15 procent.

Co więcej, Shou Zi Chew, szef światowego TikToka, wszedł do siedmioosobowego zarządu USDS Joint Venture, w związku z czym wpływ chińskiego właściciela na funkcjonowanie aplikacji w Stanach pozostaje istotny.

Nie oznacza to, że na pewno nic się nie zmieni. Nie jest jednak pewne, czy zmiana będzie znacząca. Może spełnić się scenariusz przewidywany od początku drugiej kadencji Trumpa: w gruncie rzeczy nie aż tak przełomowa zmiana zostanie uznana przez prezydenta za wystarczającą.

TikTok będzie mógł dalej funkcjonować w USA, a ludzie prezydenta z udziałami w ByteDance – jak Jeff Yass – będą mogli spać w spokoju. Tyle tylko, że nocą nie usłyszą miarowego tik-tok, tylko porządne, amerykańskie tick-tock.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Maciej Grzenkowicz
Maciej Grzenkowicz

Badacz TikToka na Uniwersytecie w Groningen (Niderlandy). Zajmuje się fact-checkingiem na platformie w kontekście taktyk argumentacyjnych dziennikarzy. Pisał m.in. dla „Gazety Wyborczej", Działu Zagranicznego, czy Ha!-Artu, prowadził też audycje muzyczne i podróżnicze w Radiu Nowy Świat. Autor reportażu „Tycipanstwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone" (Wydawnictwo Poznańskie 2021).

Komentarze