0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Odd ANDERSEN / AFPFoto Odd ANDERSEN / ...

27 października 2025 roku Ministerstwo Obrony Narodowej podpisało list intencyjny z firmą Palantir Technologies, zapowiadając współpracę armii z tą korporacją. Jej dokładniejszy zakres poznamy prawdopodobnie w ciągu 2-3 miesięcy, gdy zostaną podpisane umowy wykonawcze.

Chociaż rozmowy, testy i ćwiczenia z udziałem inżynierów Palantira trwały już od grudnia 2023, to zapowiadanej kooperacji nie poprzedziły żadne konsultacje społeczne. Może ze względu na to, że sprawy dotyczące wojskowości z zasady bywają niejawne, a może za sprawą Petera Thiela, jednego ze współzałożycieli spółki, jawnie wyrażającego swój sceptycyzm wobec demokracji.

Mimo to minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz wypowiadał się o planowanej współpracy w samych superlatywach. Podkreślał jej rolę dla bezpieczeństwa państwa. Opowiadał o rozwoju sztucznej inteligencji i utworzeniu Centrum Implementacji Sztucznej Inteligencji w Dowództwie Komponentu Obrony Cyberprzestrzeni.

Rozwiązania od Palantira mają połączyć wszystkie rodzaje sił zbrojnych w jeden system, a systemy informacyjne i bazy danych stanowią najcenniejszą walutę. Dzięki niej – twierdzi polityk – nowe zdolności operacyjne polskiej armii uczynią ją liderem wśród państw NATO, którego nikomu nie opłaci się zaatakować.

W takim podejściu wybrzmiewa sporo racji – problemu nie stanowi jednak to, co wicepremier powiedział, lecz to, co pominął. Palantir Technologies nie jest tak kryształową firmą, jak to może wynikać ze słów Kosiniaka-Kamysza. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

„Cień [...] może tylko przedrzeźniać, nie stwarzać” – powiedział J.R.R. Tolkien ustami Frodo Bagginsa, nie wiedząc wtedy jeszcze, że wiele lat później jego twórczość zostanie instrumentalnie wykorzystana przez twórców amerykańskiej korporacji, specjalizującej się w zastosowaniach AI do celów wojskowych.

Przeciętnemu człowiekowi spoza bańki technologicznej Palantir nie kojarzy się z big techami, a właśnie z uniwersum Władcy Pierścieni. O ile o Marku Zuckerbergu czy Elonie Musku słyszał już chyba każdy, za sprawą Facebooka, Instagrama, X (Twittera) i omawianych w mediach kontrowersji, o tyle Peter Thiel i Alex Karp pozostają raczej w cieniu zainteresowania polskiej opinii publicznej.

Założony przez nich w 2003 roku Palantir Technologies nie prowadzi popularnych platform społecznościowych, z których korzystają zwykli zjadacze chleba. Oferuje usługi dla dużych graczy z sektora państwowego i prywatnego. Z usług firmy korzystają m.in. producent samolotów Airbus, producent elektroniki i podzespołów półprzewodnikowych Fujitsu czy NHS – brytyjska służba zdrowia.

Przeczytaj także:

Cztery podstawowe usługi

Korporacja znana jest z 4 podstawowych usług.

Platforma Apollo ułatwia wdrażanie oprogramowania i łączenie ze sobą różnych danych.

Artificial Intelligence Platform (AIP) służy do „integrowania sztucznej inteligencji z procesem podejmowania decyzji”.

Foundry to platforma do zarządzania danymi przedsiębiorstwa. W ciągu kilku dni firmy mogą przetworzyć ilość informacji, której przetworzenie zwykle zajęłoby tygodnie, umożliwiając optymalizację decyzji w całym przedsiębiorstwie.

Gotham – przedstawiany jako główne oprogramowanie firmy ma świadczyć usługi analityczne dla organów ścigania, ma wykrywać działania, „które mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa”.

Reklamowany też jest hasłem „przewaga bojowa oparta na AI”, jako system do namierzania celów, podejmowania decyzji, „koordynacji siły bojowej” i ogólnie „wspierania żołnierzy na polu walki”. Stosuje go m.in. niemiecka policja.

Firma na swoich stronach przedstawia się w samych superlatywach. Jej rozwiązania mają znacznie ułatwiać i przyspieszać pracę, być konkurencyjne, dbać o prywatność (zapewniają, że „nie są brokerem danych”, ale prześwietlenie ich bloga wtyczką Rentgen informuje o wysyłaniu danych do medium.com i google.com) i zapewniać bezpieczeństwo.

Twórcy twierdzą, że stworzyli Palantira, aby „wspierać Zachód”. Wykorzystując skojarzenia z baśniowym światem stworzonym przez Tolkiena, mieli nawet określać swoją pracę jako „ratowanie Shire”.

„Ratowanie Shire” przy pomocy CIA

Czy sam Tolkien pobłogosławiłby pomysł, by jego twórczość reklamowała amerykańską korporację technologiczną? Zwłaszcza że za przedsiębiorstwem „ratującym Shire” stoją nie tylko Peter Thiel i Alex Karp. Chociaż firma deklaruje, że nie angażuje się w inwigilację i szpiegostwo, to jej powiązania z CIA nie są żadną tajemnicą.

In-Q-Tel, firma będąca inwestycyjnym ramieniem CIA, włożyła na wczesnym etapie w Palantir Technologies 2 mln dolarów. Sam Karp podkreślał, że docelowym klientem była właśnie amerykańska agencja wywiadowcza, a współpraca między inżynierami CIA i Palantira pozwoliła udoskonalić produkty korporacji.

To jednak niejedyne kontrowersje.

Firma była powiązana z kampanią przeciwko dziennikarzowi Glennowi Greenwaldowi czy aferą Cambridge Analytica. W USA od lat głośno mówi się o jej współpracy z amerykańskimi służbami imigracyjnymi. Jeden z najnowszych sukcesów firmy to kontrakt na 30 mln dolarów na stworzenie dla rządu platformy ułatwiającej identyfikację i deportację imigrantów.

Krytykuje się też współpracę korporacji z izraelskim wojskiem, czy samego Petera Thiela, znanego z konserwatywnych poglądów i poparcia dla Donalda Trumpa.

Na europejskim gruncie

Z naszego punktu widzenia ważniejsza jest jednak rola, jaką Palantir odgrywa w Europie, w której zadomowił się już na dobre. Na problem zwracały uwagę m.in. Euractiv czy niemiecki portal Heise.de.

Już od 2013 roku firma próbuje przekonać Europejczyków do korzystania z jej usług. Służbom specjalnym i policyjnym oferuje system Gotham do analityki śledczej, który, napełniony raportami policyjnymi, rejestrami karnymi czy protokołami z przesłuchań świadków, ma pomóc w wyszukiwaniu przestępców. Na ofertę przedsiębiorstwa zgodziły się już Europol, duńska i norweska policja, kilka niemieckich landów, a także siły wywiadowcze Francji, W. Brytanii, Danii i Niderlandów.

Prawdziwe żniwa dla firmy przyniosła jednak pandemia COVID-19. Politycy szukali rozwiązania, które pomogłoby im w zarządzaniu sytuacją kryzysową i firma Thiela i Karpa wykorzystała sytuację. Zaoferowała swoje usługi, kusząc europejskie rządy darmowymi lub tanimi wersjami swoich produktów, niczym tolkienowska „szklana kula” przyciągająca swoją tajemniczą siłą ciekawskiego hobbita.

Francji, Niemcom, Austrii i Szwajcarii zaproponowano oprogramowanie Gotham, innym państwom – platformę Foundry. Nie wszystkie rządy się skusiły, ale niektóre – tak.

Grecja, Niderlandy i W. Brytania postawiły na współpracę z korporacją. W zamian za udostępnienie jej danych dotyczących zdrowia obywateli otrzymali narzędzie do sprawnego zarządzania epidemią, które pozwoliło skrócić kolejki, monitorować na bieżąco obłożenie przychodni czy szpitali i decydować, gdzie najbardziej przyda się specjalistyczny sprzęt.

NHS – brytyjska publiczna służba zdrowia była tak zadowolona z pomocy firmy Thiela, że – mimo kontrowersji – zdecydowała się na kontynuowanie współpracy już po zakończeniu pandemii. W 2023 roku podpisała z korporacją siedmioletni kontrakt o wartości 330 milionów funtów.

Wielka Brytania stawia na rozwiązania Palantira nie tylko w ochronie zdrowia – miesiąc temu umowę z firmą podpisało tamtejsze Ministerstwo Obrony.

Palantirowi zaufały także watykański szpital, duński wywiad czy polska administracja. W 2022 roku, po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, polski rząd skorzystał z usług firmy, tworząc platformę do szukania pracy przez ukraińskich uchodźców.

Ostatnio głośno jest o kolejnych niemieckich landach, które wprowadzają oprogramowanie Gotham do wyposażenia swojej policji.

Gdzie leży problem?

Udostępnianie danych zachodnim korporacjom to dla Europejczyków chleb powszedni. Indywidualni użytkownicy bezrefleksyjnie opowiadają o sobie w social mediach (a dziś dzielą się swoją prywatnością z chatbotami), a instytucje masowo korzystają z produktów np. Microsoftu. Korporacje mają środki na lobbing, a użytkownicy przyzwyczaili się już do ich wszechobecności – korzystanie ze znanego oprogramowania jawi się jako po prostu wygodne.

Trudno się więc dziwić, że w sytuacji, w której chodzi nie tylko o wygodę, ale bezpieczeństwo i społeczną panikę, emocje biorą górę i europejscy politycy sięgają po rozwiązania „od sojuszników” równie bezrefleksyjnie, jak Pippin spogląda w Palantir we „Władcy Pierścieni”.

Tymczasem ryzyk i niebezpieczeństw związanych z firmą Thiela jest tyle, że trudno je wszystkie wymienić.

Nie potrzeba dogłębnej analizy, aby stwierdzić, że udostępnianie danych brytyjskich pacjentów czy ukraińskich uchodźców, współfinansowanej przez CIA firmie, prowadzonej przez jawnego zwolennika Donalda Trumpa, jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnym pomysłem.

Nawet pomijając aspekt powiązań z obcym wywiadem, idea, aby łączyć w jednych rękach kwestię opieki nad chorymi cywilami, przesłuchiwania świadków i sprawców przestępstw oraz zabijanie wrogów na polu bitwy budzi niepokój.

Jak słusznie zwróciła uwagę Constanze Kurz w swoim artykule, amerykańska ustawa CLOUD Act z 2018 roku zezwala organom USA za pośrednictwem amerykańskich firm na dostęp do danych – także tych przechowywanych poza jurysdykcją Stanów Zjednoczonych. Innymi słowy: przechowywanie akt medycznych czy policyjnych na serwerach znajdujących się fizycznie w Europie w żaden sposób nie chroni ich przed dostępem obcych służb.

Władze USA i poszczególnych krajów europejskich współpracują ze sobą na mocy oddzielnych przepisów. Zdarza się, że poproszone przez kolegów zza granicy europejskie służby udostępnią dane Europejczyków – wymaga to jednak stosownych procedur i odpowiedniej argumentacji. Mówiąc wprost: europejskie państwo będzie nieraz (słusznie!) bronić swojego obywatela przed zakusami obcych władz, zwłaszcza wiedząc, że ingerencja ma charakter polityczny.

CLOUD Act pozwala Amerykanom obejść międzynarodowe umowy i za jego pomocą uzyskać informacje, których w innym wypadku europejskie organy by im nie udzieliły.

Palantir może umożliwić obcym służbom wgląd w intymne szczegóły życia nieświadomych tego faktu Europejczyków.

Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której w niepowołane ręce wpada wiadomość o „wstydliwej” chorobie dziennikarza, który krytykował prezydenta Trumpa, tudzież o aborcji dokonanej przez żonę konserwatywnego polityka, który miał akurat prowadzić negocjacje ze stroną amerykańską.

An activist of the group Campact! dressed as US President Donald Trump (L) stands next to a wooden horse symbolising a Trojan Horse with the lettering "Palantir" in front of the Chancellery in Berlin, where is taking place the German cabinet's weekly meeting on October 8, 2025. Activists protested against the German Interior Ministry's intention to pave the way for the nationwide use of the data mining Palantir software, that was developed by a company co-founded and chaired by Trump supporter Peter Thiel. (Photo by Tobias SCHWARZ / AFP)
Protest przed Kancelarią kanclerza Niemiec w Berlinie przeciwko współpracy z firmą Palantir przedstawionej jako drewniany Koń Trojański, jeden z demonstrantów stojący przed tym koniem, ucharakteryzował się na Donalda Trumpa. 8 października 2025 roku. Foto Tobias SCHWARZ / AFP

Co z cyfrową suwerennością?

Katarzyna Szymielewicz, prezeska Panoptykonu, w artykule „Dlaczego cyfrowa suwerenność nie jest taka prosta? O problemach z platformami z USA” słusznie zwraca uwagę, że amerykańskich firm technologicznych, lojalnych wobec swojego rządu, nie można w Europie traktować jako godnych zaufania dostawców infrastruktury krytycznej. Dobry przykład to problemy Bundeswehry z oprogramowaniem CISCO, o których pisałam w zeszłym roku na portalu Techpresso.cafe.

Z polskiego podwórka pamiętamy wymianę tweetów między Elonem Muskiem a Radosławem Sikorskim w kwestii udostępniania walczącej Ukrainie łączności z pomocą sieci satelitów Starlink, opłacanych przez polski rząd. Dzięki tej sprawie nawet przeciętni ludzie, nastawieni dotąd bezkrytycznie wobec amerykańskich korporacji, mogli zdać sobie sprawę, jak niebezpieczne może być uzależnienie państwa od zagranicznych dostawców, czyli czasem kaprysów jednego wpływowego człowieka. Szefowie koncernów z USA są lojalni przede wszystkim wobec własnych polityków, a nie europejskich klientów.

Już same bliskie powiązania Petera Thiela z Donaldem Trumpem są dla wielu Europejczyków wystarczającym powodem, by interesów z Palantirem nie prowadzić. Obecności firmy w Europie sprzeciwiają się też obrońcy praw podstawowych czy prywatności.

Ochrona prywatności zagrożona

Specjaliści zajmujący się ochroną danych od lat wskazują, że współpraca z Palantirem może potencjalnie naruszać RODO i uderzać w prywatność obywateli. Europejski Inspektor Ochrony Danych już w 2018 i 2019 roku zwracał uwagę na specyficzną strukturę Gothama, uniemożliwiającą określenie, w jaki sposób wprowadzono dane.

W praktyce groziło to ryzykiem przetwarzania danych ofiar i sprawców przestępstw w ten sam sposób. Ostatnio berlińska inspektor ds. ochrony danych, Meike Kamp, podkreślała niezgodność stosowanych rozwiązań z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego.

Także w Wielkiej Brytanii, współpraca z firmą spotkała się z oporem. Sprzeciw budzi nie tylko kwestia ochrony danych i prywatności. Społeczna kampania „No Palantir in our NHS” porusza mniej uchwytny w przepisach, ale ważny dla przeciętnego obywatela problem zaufania do służby zdrowia. Pacjent, rozmawiając o swoich problemach z lekarzem czy pielęgniarką, woli mieć pewność, że informacje pozostaną w zaufanych rękach i nie zostaną powierzone podejrzanej firmie.

Obawy budził już sam proces zawierania i podpisywania umów – daleki od demokratycznych standardów. W 2020 roku, gdy rząd brytyjski zdecydował się powierzyć zespół danych Covid-19 Data Store Palantirowi i innym amerykańskim korporacjom, miał to zrobić bez przeprowadzenia przetargu czy konkursu.

Dziennikarze brytyjskiego „The Guardian” zwrócili uwagę, że w 2019 roku, gdy delegacja unijna udała się do Waszyngtonu, spotkała się z amerykańskimi władzami i z tylko jedną amerykańską firmą – Palantirem. Ze spotkania przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen i prezesa Palantira Alexa Karpa nie sporządzono notatki.

Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób otrzymało mail od swojego amerykańskiego odpowiednika, CDC, w którym europejskiej instytucji reklamowano firmę Palantir.

W Grecji zwlekano z poinformowaniem opinii publicznej 9 miesięcy. Umowa greckiego rządu z Palantirem nie została zarejestrowana w systemie państwowym. Jak zauważył Eleftherios Chelioudakis, prawnik i obrońca praw cyfrowych, z pierwotnego dokumentu usunięto wymóg pseudonimizacji danych, dając tym samym amerykańskiej firmie dostęp do danych wrażliwych, bez należytej oceny ryzyka.

Brytyjskie instytucje także nie spieszyły się z poinformowaniem społeczeństwa – zrobiły to dopiero w obliczu groźby pozwu sądowego ze strony obrońców danych.

Niemiecka policja stosowała Gotham bez stosownej podstawy prawnej.

Przestępcy i ofiary przestępstw

Niemiecka organizacja Gesellschaft für Freiheitsrechte (GFF), broniąca praw podstawowych, złożyła skargi do sądu konstytucyjnego, w związku z „analizowaniem przez policję ogromnej ilości danych osób niepowiązanych z przestępstwami”. Sprawy dotyczą Bawarii i Nadrenii Północnej-Westfalii. Wcześniej sąd sprzeciwiał się już automatycznej analizie danych, w związku z działaniami policji w Hesji czy Hamburgu.

Constanze Kurz w swoim artykule dla netzpolitik.org zwraca uwagę na szerszy kontekst. Problem stanowi nie tylko Palantir, ale sama idea i biznes Big Data.

Pomysł, by tworzyć tak duże i dokładne bazy danych, by łączyć je na taką skalę, by umożliwić gromadzenie i analizę informacji z wielu różnych zbiorów czy wyśledzenie drobiazgowych powiązań bez wiedzy samych zainteresowanych, budzi wiele etycznych i prawnych wątpliwości.

Policyjny system może uderzyć szczególnie w osoby z grup marginalizowanych, ale także w osoby, których praca wiąże się z zachowaniem tajemnicy zawodowej. W praktyce policyjnej analizie mogą zostać poddane rozmowy lekarzy z ich pacjentami, prawników z ich klientami czy dziennikarzy z ich źródłami.

Idea, aby za pomocą jednej bazy danych znaleźć dowolnego przestępcę, wydaje się kusząca. Chyba większość osób zna, jeśli nie z autopsji, to przynajmniej ze słyszenia, sytuację, w której ktoś padł ofiarą oszustwa, pobicia czy kradzieży, a sprawcy nie wykryto. Nie mówimy jednak o monitorowaniu wyłącznie przestępców.

Do systemu Palantira ofiary przestępstw trafiałyby na równi z przestępcami.

A to rodzi pytanie, jak wiele władza powinna o nas wiedzieć i jak może te informacje wykorzystać. Czy świadek przestępstwa lub wypadku będzie mógł się zgłosić na policję bez obaw, że policja od razu weźmie pod lupę jego wpisy w mediach społecznościowych czy przejście na czerwonym świetle? Czy ktoś zalegający z mandatem za przekroczoną prędkość odważy się zgłosić przemoc domową u sąsiadów?

Każda władza chętnie wykorzysta społeczny strach, by nadać sobie więcej uprawnień do kontroli nad obywatelami – ale żadna tej kontroli nie odda, gdy emocje społeczne opadną.

Przeciwnicy obecności Palantira w Europie zwracają też uwagę na kolejne problemy. Oprogramowanie firmy jest drogie i zamknięte – przez co trudniej je dostosować do rodzimych systemów. W praktyce Europie grozi długofalowe i kosztowne uzależnienie od komercyjnej zagranicznej firmy, której biznesowe i polityczne cele i działania pozostają niepewne, a w przyszłości mogą się jeszcze bardziej przesunąć na niekorzyść Starego Kontynentu.

Środki zainwestowane w Palantir Technologies można by przeznaczyć na budowanie własnych rozwiązań, zwłaszcza że – jak wynika z dziennikarskiego śledztwa – rozwiązania firmy nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Dokumenty Europolu wskazują na opóźnienia, problemy z wydajnością czy wizualizacją dużych zbiorów danych. Europol miał nawet rozważać pozwanie Palantira.

Tym bardziej dziwi więc upór, z jakim czy to brytyjska służba zdrowia, czy niemiecka policja, czy wreszcie polska armia, upierają się przy oprogramowaniu amerykańskiej korporacji. Pod tym względem przypomina nie elfickie kamienie do odczytywania umysłu, a raczej bardziej znany artefakt z uniwersum Tolkiena – Jedyny Pierścień, który wielu próbowało wykorzystać w „słusznych” celach, ignorując zagrożenia, jakie się z tym wiązały.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Joanna Cisowska
Joanna Cisowska

Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.

Komentarze