Proponowane Unii Europejskiej zmiany oznaczają niemal nieograniczony dostęp amerykańskich służb do danych naszych obywateli, także tych, którzy nigdy nie byli w USA i nigdy nie zamierzają tego kraju odwiedzić. W kontekście Polski to szczególnie niebezpieczne
nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, w której tzw. “sojusznik” dyktuje Europie, by ta w ramach tzw. “bezpieczeństwa granic” de facto poświęciła dobro i prywatność własnych obywateli tylko dlatego, że USA deklarują analogiczną gotowość
USA planują zaostrzyć wymagania względem osób odwiedzających USA – oraz względem całych państw należących do programu ruchu bezwizowego. Od przyjezdnych będzie wymagane m. in. skorzystanie z mobilnej aplikacji ESTA, podanie 5-letniej historii socialmediów, danych biometrycznych, a także informacji o członkach rodziny, łącznie z ich miejscem urodzenia i numerami telefonów używanymi w ciągu ostatnich 5 lat.
Uwagi do propozycji można składać do dnia 9 lutego 2026 roku. Co więcej – Stany Zjednoczone mają wymagania nie tylko względem pojedyńczych podróżnych, ale względem całych państw – Unia Europejska negocjuje umowę ramową, która dałaby sojusznikom zza oceanu dostęp do europejskich baz danych biometrycznych, dzięki którym amerykańskie służby otrzymałyby dostęp do przechowywanych tam dokładnych informacji osobowych, zdjęć czy odcisków palców.
Lotniska stopniowo pracują nad dostosowaniem się do nowych wymogów. Jak podaje CNN, proponowane zmiany mogą przełożyć się na odstraszenie turystów od odwiedzenia kraju i przynieść miliardowe straty w amerykańskiej turystyce. Według jednego ze scenariuszy mówi się o nawet 23% spadku podróżnych z krajów objętych ESTA w 2026 roku – czyli 4,7mln wizyt, co przekłada się na straty rzędu 15,7 mld dolarów i 150 000 miejsc pracy.
Z naszego punktu widzenia jednak ważniejsze jest, co proponowane zmiany oznaczają dla Europejczyków: niemal nieograniczony dostęp amerykańskich służb do danych naszych obywateli, także tych, którzy nigdy nie byli w USA i nigdy nie zamierzają tego kraju odwiedzić. Dlaczego umowa ramowa, którą USA ma podpisać z UE, budzi tyle kontrowersji?
“Gdy dla tymczasowego bezpieczeństwa zrezygnujemy z podstawowych wolności, nie będziemy mieli ani jednego, ani drugiego” – miał powiedzieć Benjamin Franklin. Jeremy Bentham natomiast stworzył projekt Panoptikonu – więzienia o takiej konstrukcji, która umożliwiałaby strażnikom dyskretną obserwację więźniów. Więźniowie nie wiedzieliby, czy strażnik realnie tkwi na posterunku – sama świadomość, że być może tam jest i obserwuje, miała działać motywująco.
Wspomniane więzienie nigdy nie powstało. Jednak w XXI stuleciu, nazywanym też wiekiem kapitalizmu inwigilacji, pozwalamy budować swojego rodzaju panoptikony nie tylko dla kryminalistów, ale dla całego społeczeństwa. Argumentem jest nasze dobro i bezpieczeństwo.
Na co dzień spotykamy się zarówno z państwowym nadzorem, jak i z prywatnymi podmiotami, które gromadzą i analizują informacje o naszych zainteresowaniach i zachowaniach, aby zaoferować nam spersonalizowane reklamy. Od lat toczą się dyskusje na temat tego, ile wolności i prywatności możemy poświęcić w imię bezpieczeństwa i wygody.
Podczas pracy nad unijnym AI Act (Aktem o sztucznej inteligencji) rozważano, czy i w jakim zakresie powinno się zezwolić organom ścigania na korzystanie z inteligentnego monitoringu, rozpoznającego wzorce zachowań, a społecznicy walczyli w TSUE o zniesienie wymogów pobierania odcisków palców do dowodów osobistych.
Mimo dużych nadziei – bezskutecznie. Unia Europejska daje nam jedne z najlepszych przepisów chroniących prywatność, mimo to, wraz z rozwojem technologii i sektora Big Data, rzeczywistość coraz bardziej przypomina Panoptikon. Taki, w którym strażnikami będą już nie tylko europejscy urzędnicy czy korporacyjni biznesmeni, ale też amerykańskie służby imigracyjne, mające dostęp do informacji o europejskich obywatelach.
W zamian za pozostanie w programie ruchu bezwizowego Stany Zjednoczone wymagają od Unii Europejskiej podpisania umowy w ramach U.S. Enhanced Border Security Partnership (EBSP). Aby wzmocnić “partnerstwo w zakresie bezpieczeństwa granic” UE miałaby zapewnić USA bezpośredni dostęp do europejskich rejestrów biometrycznych, zawierających m. in. dane osobowe czy odciski palców. Termin podpisania umowy upływa 31.12.2026 roku.
Program VWP, czyli Visa Waiver Program, umożliwia obywatelom krajów biorących w nim udział bezwizowy wjazd do USA. Obejmuje 42 państwa – w tym prawie wszystkie państwa członkowskie UE, za wyjątkiem Rumunii, Cypru i Bułgarii.
Polska należy do programu od 11 listopada 2019 roku. Tego dnia wielu Polaków, czy to regularnie podróżujących do USA, czy dopiero planujących taką podróż, odetchnęło z ulgą – nie trzeba już było przechodzić procedury wizowej, która dla wielu była uciążliwa, a jej wynik – niepewny. Od tego dnia można polecieć do USA na 90 dni, bez wizy, zarówno w celach biznesowych, jak i turystycznych. Jednak wszystko ma swoją cenę. Tu są nią ustępstwa na rzecz Stanów Zjednoczonych, aby pomóc im w “zwalczaniu terroryzmu, egzekwowania prawa i egzekwowania przepisów imigracyjnych.”
W praktyce oznacza to, że wprawdzie wizy zniesiono – jednak podróżujący do USA muszą spełnić inne obowiązki. Już w 2006 roku wprowadzono wymóg e-paszportów, zwanych też paszportami biometrycznymi. Od tego czasu podróżni przekraczający granicę Stanów Zjednoczonych muszą więc posiadać dokument z chipem, zawierającym dane biometryczne i umożliwiającym funkcjonariuszom ich odczytanie. Oficjalny argument? Oczywiście bezpieczeństwo.
Z kolei w 2008 roku wprowadzono system ESTA, który bardzo szybko, bo już w styczniu 2009 roku, stał się obowiązkowy. ESTA, czyli Elektroniczny System Autoryzacji Podróży (ang. Electronic System for Travel Authorization) ma stanowić dodatkowe zabezpieczenie, chroniące USA przed wizytą niepożądanych osób. Można się rozwodzić nad jego wadami czy zaletami – ale przez kilkanaście lat wszyscy zdążyli się już do niego przyzwyczaić.
Z systemu można skorzystać zarówno w wersji webowej, jak i aplikacji mobilnej. Starając się o wjazd do USA trzeba podać informacje dotyczące paszportu, podstawowe dane osobowe i kontaktowe oraz informacje dotyczące pracy czy podróży. W 2016 roku, w ramach pilotażu, do formularza ESTA dodano kolejne, ale wtedy jeszcze opcjonalne pole – podróżnych proszono o podanie identyfikatora z socialmediów, co stanowiło furtkę do kolejnych działań.
Teraz władze USA postanowiły ponownie rozszerzyć wymagania – w zakresie, jakiego spodziewalibyśmy się raczej ze strony Chin czy innych państw autorytarnych, niż ze strony podobno największej demokracji świata.
Wedle najnowszych wytycznych aplikacja mobilna ESTA stanie się obowiązkowa – nie będzie można już złożyć wniosku przez wersję webową.
Osoby podróżujące do USA powinny przekazać amerykańskim urzędnikom służbowe i prywatne adresy e-mail używane w ciągu ostatnich 10 lat, dokładne informacje o członkach rodziny – wraz z ich miejscem zamieszkania i urodzenia oraz używanymi w ciągu ostatnich 5 lat numerami telefonów, swoją pięcioletnią historię socialmediów, a także przekazać dane biometryczne – takie, jak zdjęcie twarzy czy skan tęczówki, odciski palców, a nawet DNA
To doskonałe narzędzie kontroli: może Twój roztargniony ojciec często zmienia numery telefonu i nie o każdej takiej zmianie Cię informuje? Albo siostra wdała się w romans 4 lata temu i miała dodatkowy telefon, którym nie pochwaliła się innym członkom rodziny? Wszystko, co powiesz lub czego nie powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko Tobie – lub Twoim bliskim. Nawet, jeśli nie planujesz wycieczki za ocean, twoje życie może być dokładniej monitorowane przez brata czy matkę, którzy chcą udać się do USA. Panoptikon idealny.
Jakby tego było mało, Stany Zjednoczone postanowiły domagać się od państw biorących udział w VWP tzw. EBSP, czyli rozszerzonego partnerstwa w zakresie bezpieczeństwa granic (Enhanced Border Security Partnership). W jego ramach państwa zrzeszone w programie byłyby zobowiązane ułatwić USA kontrolę nad imigracją poprzez...udostępnienie swoich własnych biometrycznych baz danych. Wszystko w imię “bezpieczeństwa publicznego” i walki z nielegalną imigracją.
Informacja o tym dotarła do poszczególnych państw już w 2022 roku, czyli jeszcze za prezydentury Joe Bidena. Mimo, że proponowana umowa ramowa miałaby charakter bilateralny, pomysł wzbudził wiele wątpliwości związanych z ochroną prywatności, sposobem wyszukiwania czy braku realnej wzajemności.
Nie chodzi bynajmniej o polowanie na terrorystów czy osoby skazane za poważne przestępstwa. Do ich danych USA mają już dostęp na podstawie osobnych przepisów (w przypadku Polski będzie to Umowa o wzmocnieniu współpracy w dziedzinie zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, w przypadku innych państw – analogiczne akty prawne, znane szerzej jako PCSC Agreements). Tym razem chodzi o zwykłych ludzi podróżujących do USA, starających się tam o azyl czy w inny sposób trafiających na celownik DHS (amerykańskiego Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego ) “w kontekście kontroli granicznej i imigracyjnej w Stanach Zjednoczonych.” Dostęp do europejskich baz danych miałyby na celu ułatwić kontrolę tożsamości, zwalczanie nielegalną imigrację oraz zapobieganie poważnym przestępstwom czy terroryzmowi.
Do czego dokładnie uzyskałyby dostęp amerykańskie służby? Nie wiadomo. Może chodzić zarówno o unijne rejestry Systemu Informacji Wizowej, CIRczy sBMS, jak i mniejsze zbiory, znajdujące się bezpośrednio pod jurysdykcją poszczególnych państw unijnych. Dokładny zakres umowy – wskazanie zakresu danych, konkretnych baz oraz sposobu ich przeszukiwania – zostanie ustalony dopiero w trakcie negocjacji.
W grudniu 2025 roku, gdy myśli zwyczajnych ludzi krążyły już wokół przedświątecznych przygotowań, zrzeszeni w radzie UE ministrowie zgodzili się na upoważnienie Komisji Europejskiej do negocjowania umowy ramowej z USA. Media zwracały uwagę, że decyzja zapadła “za zamkniętymi drzwiami i bez dalszych dyskusji”. Gdy organizacja FragDenStaat, korzystając z trybu dostępu do informacji publicznej, zwróciła się do Rady UE o więcej szczegółów, otrzymała odpowiedź odmowną. Poinformowanie obywateli miałoby – wedle pisma Rady – osłabić negocjacyjną pozycję KE w rozmowach z USA.
Dysponujemy więc jedynie rekomendacjami dla KE oraz stanowiskiem duńskiej prezydencji, które na swoich łamach opublikowała organizacja Statewatch, działająca na rzecz demokracji i wolności obywatelskich.
Na pierwszy rzut oka dokumenty budzą pewne nadzieje – nie stawiają bowiem państw unijnych w roli podnóżka USA, a równorzędnego partnera. Zwracają uwagę na “techniczne i prawne ograniczenia państw członkowskich” oraz ochronę unijnych interesów. Podkreślają wzajemność wymiany informacji, konieczność monitorowania całego procesu, a nawet możliwość wypowiedzenia przez UE umowy, jeśli USA nie będą jej przestrzegać.
Nowe przepisy musiałyby być zgodne z Kartą praw podstawowych UE, RODO, Law Enforcement Directive (dot. przetwarzania danych) oraz AI Act, uwzględniać “proporcjonalność” oraz wykluczyć masowe przeszukiwanie baz, ograniczając je jedynie do konkretnych podejrzanych podróżnych. Dane przekazywane do USA byłyby tam, wedle rekomendacji, przetwarzane zgodnie z prawem, w ściśle określonych celach i tylko przez organy wskazane w umowie.
Innymi słowy – możemy przeczytać listę ogólników, będących efektem życzeniowego myślenia o polityce i sojusznictwie.
Gdy skupiamy się na ciemnych stronach państw sojuszniczych, cieszą się służby naszych wrogów. Łatwo każdą tego typu sytuację rozdmuchać i wpleść do operacji wpływów narrację: “to nie Rosja, Chiny czy Iran są nową osią zła, to zachodnie demokracje są niebezpieczne”. Łatwo przeoczyć fakt, że to właśnie demokratyczne mechanizmy zachodnich demokracji, jak przejrzystość procesu legislacyjnego czy większa swoboda działalności mediów sprawiają, że wszelkiego rodzaju kontrowersje łatwiej jest wychwycić i nagłośnić.
Nie oznacza to jednak, że powinniśmy siedzieć cicho i bezczynnie, tylko dlatego, że “w Rosji mielibyśmy gorzej”. To właśnie siedzenie cicho może popchnąć demokracje w kierunku autorytaryzmu. Analogicznie nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, w której tzw. “sojusznik” dyktuje Europie, by ta w ramach tzw. “bezpieczeństwa granic” de facto poświęciła dobro i prywatność własnych obywateli tylko dlatego, że USA deklarują analogiczną gotowość. Liczenie na realną wzajemność to polityczna naiwność, która może Europę sporo kosztować.
Po pierwsze – USA nawet nie mają centralnej bazy danych biometrycznych, dostępem do której mogłyby się odwdzięczyć. Co więcej: nawet państwa unijne nie mają wobec siebie nawzajem aż tak szerokich uprawnień – jeśli służby jednego państwa unijnego chcą uzyskać szczegółowe informacje z rejestru innego, muszą złożyć dodatkowy wniosek – i uzasadnienie, co pozwala ograniczyć potencjalne nadużycia.
Po drugie – trudno mówić o wzajemności, skoro amerykańskie służby graniczne dane własnych obywateli kasują po 12 godzinach, a te należące do Europejczyków przechowują przez 75 lat.
Po trzecie, jak nieraz zwracali uwagę krytycy, amerykańskie standardy ochrony prywatności dalece odbiegają od europejskich.
Po czwarte: należałoby wziąć pod uwagę szerszy kontekst, uwzględniający całokształt amerykańskiej polityki migracyjnej – wewnętrznej i zewnętrznej. UE nie zabrania wjazdu amerykańskim społecznikom czy politykom, USA jednak nie okazuje w tej kwestii “wzajemności”. Na amerykańskiej liście z zakazem wjazdu znaleźli się m. in. były unijny komisarz czy działaczki organizacji HateAid, badającej problem nienawiści w internecie.
To nie UE robi problem amerykańskim dziennikarzom. To europejscy, w tym polscy dziennikarze, mają problem na amerykańskich lotniskach. Dobrym tego przykładem będzie przetrzymywanie dziennikarzy OKO.press na lotnisku JFK.
Po piąte: UE nie ma aż tak restrykcyjnych wymogów wjazdu. Nie wymaga 5-letniej historii socialmediów, która, w zestawieniu z państwowymi rejestrami, daje niemal totalną wiedzę o życiu danego człowieka.
Po szóste – USA odwiedza rocznie 70 mln podróżnych. Nie da się fizycznie sprawdzić wszystkich wymaganych przez USA danych, bez powodowania całkowitego paraliżu na lotniskach. Zdobyte informacje musiałyby zostać poddane automatycznej analizie przez systemy bazujące na AI, a te przejawiają tendencje do dyskryminacji.
Nawet, jeśli UE wynegocjowałaby, że Europejczycy nie byliby poddawani decyzjom wydawanym przez systemy autonomiczne, a uzyskane z baz unijnych dane nie posłużyłyby do dyskryminacji – i tak nie bylibyśmy w stanie zweryfikować, czy Amerykanie realnie przestrzegają postanowień. Przynajmniej, dopóki nie pojawi się kolejny sygnalista. A na to bym nie liczyła – Snowden mógł argumentować swoje działania podsłuchiwaniem Amerykanów, a kontrole graniczne na amerykańskich lotniskach wymierzone są przede wszystkim w obcokrajowców.
Czy unijny politycy powinni liczyć na to, że USA nagle zacznie okazywać Europie realną “wzajemność” i traktować po partnersku, jeśli dotąd tego nie robiła?
Jeśli zaś chodzi o wewnętrzną politykę USA, to nie sposób zapomnieć o niesławnym już ICE – amerykańskim urzędzie zajmującym się zwalczaniem nielegalnych imigrantów. Kontrowersyjna agencja już teraz ma gigantyczne możliwości – i z pomocą uzyskaną od państw zrzeszonych w VMP miałaby jeszcze większe. Funkcjonariusze ICE zasłynęli m. in. zatrzymywaniem dzieci wracających ze szkoły, by uczynić z nich przynętę na ich rodziców.
Administracja Trumpa daje służbom imigracyjnym narzędzia, które pozwalają monitorować socialmedia, śledzić ludzi po drodze z pracy do domu czy namierzać większe skupiska “podejrzanych”. Osobom o nieuregulowanym statusie proponuje się ... aplikację do samodeportacji, która zawiera dokładne dane i lokalizację.
Jak pokazuje przypadek Renee Nicole Good, zastrzelonej ostatnio przez funkcjonariusza służb imigracyjnych, amerykańscy obywatele też nie mogą czuć się bezpiecznie. Informacje uzyskane z baz biometrycznych państw zrzeszonych w VWP mogłyby ułatwić ICE namierzanie i identyfikację celów – a Europa miałaby na to przystać tylko dlatego, że “sojusznicy tego chcą”. Pozostaje pytanie, czy – i w jakim stopniu – można jeszcze mówić o sojusznikach.
Tymczasem Umowa ramowa to dopiero początek. To na jej podstawie poszczególne państwa podpiszą oddzielne, własne porozumienia bezpośrednio z USA. Poza unijnymi rejestrami dane biometryczne są przecież przechowywane w różnych krajowych rejestrach. To po stronie państw członkowskich będzie leżało podpisanie nowych umów z sojusznikiem z za oceanu i doprecyzowanie, do czego konkretnie Amerykanie dostaną dostęp. Państwo unijne mogłoby odmówić Amerykanom dostępu do informacji, jeśli ten byłby sprzeczny z jego krajowymi przepisami.
Po pierwsze, nieraz polskie projekty wdrażające unijne prawo szły dużo dalej, niż tego wymagała UE. “Unijny nakaz” był dla wielu polityków doskonałym pretekstem, by przepchnąć niepopularne pomysły.
Po drugie – Polska na tle Europy zawsze była bardziej proamerykańska. Prezydent Nawrocki nie tylko zawetował ustawę wdrażającą DSA, ale nawet wziął symboliczny udział w powołaniu trumpowskiej Rady pokoju. Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że – niezależnie od tego, jaki kształt finalnie przybierze umowa UE z USA, jej polski odpowiednich będzie dużo bardziej inwazyjny i nieprzyjazny dla obywateli.
Jest jeszcze jeden aspekt, który nam umyka.
Donald Trump zapewnił nam politykę spektaklu. Co chwila skupia naszą uwagę na kolejnym problemie – sprawiając, że nie mamy czasu i zasobów, by zgłębić poprzednie. Popisywanie się (prawdziwą lub udawaną) ignorancją zapewnia mu widownię – i usypia naszą czujność. Powoli przyzwyczajamy się, że problemy generowane przez USA, to te stawiane przez Trumpa na świeczniku – i zapominamy o tym, co mniej widoczne.
Stanom Zjednoczonym nie zależy na partnerstwie. Zależy im na dominacji. A skłóconą i zdestabilizowaną Europą łatwiej byłoby sterować. Kierowanie kontrowersyjnych pomysłów i żądań w stronę UE to sposób na to, by państwa europejskie zaczęły się ze sobą spierać. Ich polityka wobec USA nie jest spójna. Każda decyzja podjęta przez polityków na unijnym szczeblu, to mniejsze lub większe spory i kontrowersje na ich rodzimym podwórku.
To nie pierwszy tego typu przypadek – podobnemu celowi służyła m. in. krzemowa kurtyna. Chociaż finalnie ograniczenia wobec części państw unijnych zdjęto, to trudno nie oprzeć się wrażeniu, że USA bohatersko rozwiązały problemy, które same stworzyły.
Sojusznicy z za oceanu dzielą uderzając nie tylko w państwa, ale też w pojedynczych ludzi. Ich polityka kojarzy się z Orwellem nie tylko w związku z zakresem zbieranych danych, ale też sposobu ich zdobywania. “Natomiast dzieci systemowo nastawiano przeciwko rodzicom. Uczono je szpiegować ich i meldować wszelkie odstępstwa od ortodoksji. W efekcie rodzina stała się przedłużeniem myślopolicji.” – pisał Orwell.
Z podobnym mechanizmem mamy do czynienia w przypadku amerykańskich służb, które proszą o szczegółowe informacje rodzinne. Tłumacz, menadżer lub artysta, chcący zawodowo odwiedzić USA, może mieć teraz powody do niepokoju nawet, jeśli trzymał się z daleka od polityki. Wystarczy, że jego ojciec jest dziennikarzem broniącym europejskiej suwerenności, lub że nastoletnia córka wstawiła w socialmediach mem wyśmiewający wiedzę Trumpa o Grenlandii. Czy jakikolwiek amerykański biznesman mający interesy w EU przejmuje się w związku z tym pracą swojego ojca? Lub kłóci się z córką, by ta nie wstawiała do internetu politycznych memówy?
Nie trzeba wyłapać każdej pojedynczej osoby, która krytykuje prezydenta Trumpa. Nie każdy człowiek, który nie utrzymuje kontaktu z przemocowym rodzicem, więc nie zna jego numeru telefonu, będzie miał zablokowany wjazd do USA. Nie każdy menadżer załatwiający sprawy zawodowe w Stanach Zjednoczonych musi się obawiać problemów, gdy współmałżonek-publicysta stanie w obronie Grenlandii. Wręcz przeciwnie – wielu, mimo popełnienia tych “zbrodni”, zostanie do USA wpuszczonych, aby z przekonaniem opowiadać o przyjaznej polityce “przyjaciół” z za oceanu.
W sterowaniu społeczeństwem nigdy nie chodzi o to, aby wyłapać wszystkich, którzy podpadną pod taki czy inny paragraf. Wystarczy ukarać niektórych dla przykładu – by inni zaczęli się bać. By pomyśleli, że bezpieczniej nie pisać nic złego o Trumpie, bo nie wpuszczą nas lub naszych bliskich do USA, że lepiej wymagać od pracującego w mediach współmałżonka, by “dla dobra rodziny” zmienił pracę na bezpieczniejszą, że trzeba zarzucać pretensjami siostrę, która nie pamięta swojego numeru telefonu sprzed 4 lat. Skłóconymi i zastraszonymi ludźmi łatwiej jest sterować i sprzedawać im bajki o “publicznym bezpieczeństwie”.
Reasumując: mamy państwo sojusznicze, powszechnie uważane za lidera demokratycznego Zachodu. Państwo, którego władze mają problem z tym, że w Europie przestrzega się demokratycznych praw. Które nakłada coraz więcej restrykcji na obywateli krajów sojuszniczych – czy to tych, którzy chcą odwiedzić USA, czy tych, którzy po prostu domagają się płacenia podatków i przestrzegania prawa przez big techy.
Państwo, którego prezydent wprost domaga się, aby Europa podarowała mu część swojego, bogatego w zasoby naturalne, terytorium. Kraj, w którym służby imigracyjne strzelają do własnych obywateli, wykorzystują przedszkolaki jako przynętę to wywabienia rodziców i domagają się, by podróżujący do nich Europejczycy wyspowiadali się ze wszystkiego, od historii socialmediów, po miejsce urodzenia ojca. Państwo, które już teraz jest potęgą militarną, gospodarczą i technologiczną – i chce ją rozbudować cudzym kosztem.
Które już dysponuje potężnym aparatem nadzoru, nastawia członków rodzin przeciwko sobie, od podróżnych domaga się gigantycznej ilości danych, a od państw sojuszniczych dostępu do rejestrów biometrycznych. Państwo, które na tej podstawie bez problemu zbuduje sobie gigantyczną bazę danych, z czasem dołączając do niej nawet DNA – czego furtkę stanowią zaproponowane przepisy. Czy naprawdę powinniśmy się na to godzić i im w tym pomagać tylko dlatego, że uważamy USA za sojusznika?
Podobno unijni politycy stawiają na suwerenność. Trudno w to uwierzyć, widząc wycofanie się z podatku cyfrowego czy osłabianie unijnych regulacji. Czy Unia Europejska po raz kolejny klęknie przed USA?
Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.
Publicystka, feministka i świecka humanistka, pisząca o polityce cyfrowej i wpływie technologii na społeczeństwo. Publikowała m. in. na łamach polskich Indymediów czy serwisu techspresso.cafe.
Komentarze