Priorytetem dla państwa powinny być te formy obywatelskiej partycypacji w wysiłku obronnym, które są dobrowolne. Może za kilkanaście lat odbycie jakieś formy szkolenia wojskowego czy obronnego będzie postrzegane jako typowy i mile widziany element obywatelskiego zaangażowania.
W cieniu trwającej już piąty rok wojny w Ukrainie oraz wciąż napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie toczą się debaty dotyczące obronności Polski. Jedną z nich jest spór o konieczność przywrócenia obowiązkowej służby wojskowej, w obliczu zagrożenia ewentualnym konfliktem z Rosją.
W szczególności znacząca była wypowiedź z początku kwietnia Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych gen Macieja Klisza. W swojej opinii, pierwotnie zamieszczonej na portalu LinkedIn w odpowiedzi na analizę Jarosława Cieślaka z Defence 24 stwierdził on:
„Debata o powrocie poboru do wojska coraz częściej sprowadzana jest do pytania, »czy?«. W mojej ocenie to błąd. To nie jest już kwestia »czy«, ale »kiedy« – i przede wszystkim »w jakim kształcie«. Punktem wyjścia takiej dyskusji nie powinna być ani bieżąca liczebność sił zbrojnych, ani emocje towarzyszące debacie publicznej. Analizę należy zacząć od prognozowanego kształtu zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa.
To one determinują, jakich zdolności potrzebujemy – a dopiero te zdolności przekładają się na model organizacyjny sił zbrojnych (strukturę oraz liczebność), w tym na system uzupełniania zasobów osobowych. Co istotne, nie jest to wyłącznie problem sił zbrojnych. To kwestia całego systemu bezpieczeństwa państwa – obejmującego administrację, gospodarkę, infrastrukturę krytyczną i oporność społeczną w tym inne służby i agencje, a także system ochrony ludności/obrony cywilnej.
Współczesne konflikty pokazują jasno: państwo wygrywa nie tylko armią, lecz także zdolnością funkcjonowania pod presją jako całość. W tej analizie nie można pominąć jednego z kluczowych czynników – demografii. Dane statystyczne są jednoznaczne: Polska się kurczy i starzeje. To oznacza, że tradycyjny model masowego poboru, oparty na szerokiej bazie młodych roczników, staje się coraz mniej realny. Tym bardziej zasadne jest pytanie nie o sam powrót poboru, lecz o jego formę – selektywną, kompetencyjną, być może hybrydową, ściśle powiązaną z systemem rezerw i potrzebami państwa. Jednocześnie należy jasno rozdzielić role.
To nie generałowie decydują o odwieszeniu obowiązkowej służby wojskowej. To decyzja polityczna – wymagająca wyważenia kosztów, akceptacji społecznej i długofalowej wizji państwa. Rolą żołnierzy jest co innego: dostarczenie rzetelnych danych, realistycznych prognoz i uczciwej oceny ryzyka. I od jakości tych danych zależy, czy decyzja – niezależnie od jej kierunku – będzie decyzją odpowiedzialną, a przede wszystkim zapewniającą bezpieczeństwo państwa”.
Nie był to pierwszy głos ze strony wojska. W listopadzie 2025 szef Zarządu Szkolenia Sztabu Generalnego, generał Rafał Miernik stwierdził, że wprawdzie decyzja o odwieszeniu poboru jest decyzją polityczną, ale „biorąc pod uwagę problemy demografii i to, co czeka nas w przyszłości – prędzej czy później staniemy przed taką decyzją”.
Sprawie ewentualnego odwieszenia obowiązkowej służby poświęcona była zorganizowana na początku 2026 roku konferencja w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Rok wcześniej premier Tusk zapowiedział program masowych szkoleń wojskowych, jednak bez szczegółów, a jedynym widocznym jak dotąd dla osób niemających związku z wojskiem efektem są jednodniowe szkolenia „#WGotowości”.
Aby jednak lepiej zrozumieć obecne dyskusje – toczone głównie wśród specjalistów – warto opisać aktualny stan rzeczy i jego genezę.
Samo zjawisko obowiązkowej służby wojskowej w znanym nam kształcie wiąże się z okresem, gdy w Europie powstawały państwa narodowe, a wojna nabierała charakteru przemysłowego i masowego. Pierwszym aktem poboru we współczesnej formie było Levée en masse z okresu Rewolucji Francuskiej. Na skutek dziewiętnastowiecznych zmian politycznych, jak również reform wojska stopniowo kolejne państwa europejskie wprowadzały u siebie armię z poboru. Wyjątkiem była Wielka Brytania.
Obowiązek odbycia służby z punktu widzenia aparatu państwowego miał dwie zasadnicze zalety. Po pierwsze, służba traktowana jako obywatelski obowiązek była czynnikiem, który miał kształtować spójność społeczną w ramach wspólnoty narodowej. Idealnym przypadkiem było oczywiście, gdy obywatel, poddany wcześniejszej socjalizacji i edukacji w pożądanym przez państwo kierunku, chętnie spełniał ten obowiązek, a nie był do tego zaganiany siłą. Na tym polegała siła armii rewolucyjnej Francji a później wojen napoleońskich i dlatego powielano ten model.
Ponadto miał on jeszcze inną, ważną zaletę z punktu widzenia państwa. Jeśli pobór faktycznie był powszechny, oznaczało to, że w jednym miejscu spotkają się ze sobą osoby o różnym pochodzeniu i będą uczyć się funkcjonować jako wspólnota, oczywiście w narzuconych przez państwo ramach.
Oczywiście ten medal miał też drugą stronę.
Aparat państwa dysponujący środkami przymusu mógł wymusić spełnienie obowiązku pod groźbą kary, a sama służba wojskowa bywała także środkiem represji i opresji.
Z punktu widzenia wojskowego pobór miał w dobie masowych armii i przemysłowych wojen szereg zalet. Przede wszystkim istnienie obowiązku oznaczało, że nie trzeba było rywalizować o ochotników, oferując im konkurencyjne wynagrodzenie czy inne zachęty. Te potrzebne były tylko dla osób, które decydowały się podjąć służbę zawodową.
Po drugie, obowiązkowa służba pozwalała przeszkolić żołnierzy, zwolnić ich do cywila i sięgnąć po ten zasób w razie potrzeby. Niewielka armia czasu pokoju mogła więc łatwo rozrosnąć się liczebnie. Wystarczył tylko sprawny aparat administracyjny zapewniający, że miejsce pobytu osoby przewidzianej do mobilizacji jest znane i otrzyma ona odpowiednie wezwanie, czy to bezpośrednio czy dowie się o mobilizacji z plakatów, gazet czy radia. Wreszcie posiadania takiego zasobu pozwalało na uzupełnianie strat w razie wojny.
To właśnie ogromne straty sprawiły, że Wielka Brytania, która początkowo polegała na zaciągu ochotniczym, okraszonym różnymi zachętami, w roku 1916 wprowadziła przymusowy pobór trwający do 1920 roku. Wrócił w roku 1939 i praktykowano go do 1960 roku – a więc przez pierwszą dekadę zimnej wojny.
W przypadku kontynentalnych państw europejskich pobór obowiązywał w okresie zimnej wojny i często rezygnowano z niego po spadku napięcia międzynarodowego i redukcji liczebności armii. Wyjątkiem na tym tle są państwa skandynawskie. Dania, Finlandia i Norwegia nie zrezygnowały z niego w ogóle, Szwecja zaś po zawieszeniu w roku 2010 przywróciła go w 2017. Podobnie sytuacja wygląda w republikach nadbałtyckich, gdzie Litwa zawiesiła pobór w roku 2007 i przywróciła w 2015, Łotwa zrezygnowała z niego w roku 2008 i przywróciła w 2023, a Estonia nie zrezygnowała wcale.
Polska na tym tle nie była wyjątkiem. W okresie zimnej wojny posiadaliśmy dużą liczebnie armię. W roku 1955 po szybkiej rozbudowie z powodu napięcia międzynarodowego w okresie wojny koreańskiej było to 385 tysięcy żołnierzy. W roku 1981 było to 412 tysięcy żołnierzy czasu pokoju, a w razie wojny miało to być 880 tysięcy.
Nieco inaczej wyglądały oficjalne liczby w końcu PRL, gdy stan armii czasu pokoju wynosił 399 tysięcy żołnierzy, a w razie wojny miało być ich aż 930 tysięcy. Same liczby przy tym są niepełne. W okresie stalinowskim kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy – w tym zwłaszcza uznanych za politycznie niepewnych – skierowano do pracy przymusowej w Wojskowym Korpusie Górniczym.
Ponadto poborowi służyli także w formacjach podległych resortowi spraw wewnętrznych, w tym KBW, wojskach ochrony pogranicza a od 1973 także w milicyjnych formacjach ZOMO. Te formacje także na czas wojny zwiększałyby stany osobowe, mobilizując własnych rezerwistów, a do tego należy dodać osoby, które przewidziano do służby w obronie cywilnej lub militaryzowanych gałęziach gospodarki.
Z racji tak dużej liczebności pobór był podstawą funkcjonowania armii. Żołnierze odbywający dwu lub nawet trzyletnią służbę trafiali do piechoty czy wojsk pancernych, ale także do składów obsług broni rakietowej, załóg okrętów czy obsługi naziemnej samolotów. Również najniższe stanowiska dowódcze – dowódców drużyn czy załóg były obsadzane przez żołnierzy służby zasadniczej, którzy przeszli szkolenie podoficerskie. Oprócz zasadniczej służby wojskowej istniał także system szkolenia osób studiujących na uczelniach cywilnych.
Ponadto, na wypadek rozwinięcia mobilizacyjnego istniały przygotowane zasoby sprzętu oraz infrastruktury, czy to będącej w dyspozycji wojska, czy też przejmowanej od organów i przedsiębiorstw cywilnych.
Wojsko składało się z całych dywizji, które mogły być w pełni rozwinięte, a więc wszystkie ich stanowiska były obsadzone, jednostek szkolnych oraz skadrowanych, a więc które były obsadzone personelem tylko częściowo oraz jednostek w pełni skadrowanych, w tym całych dywizji rezerwowych, które nie istniały w czasie pokoju.
Co ważne, system ten nie był przez całe dekady kwestionowany. Z jednej strony, ustrój nie pozwalał na wyrażenie sprzeciwu. Publicznie wyrażane postulaty dotyczące zarówno samego obowiązku służby (w tym składania przysięgi na wierność obcej armii) pojawiły się dopiero w działalności Ruchu Wolność i Pokój w latach osiemdziesiątych.
Ten stan rzeczy zaczął się zmieniać po roku 1990. Pobór był prowadzony do roku 2008, gdy go formalnie zawieszono. Zarazem zmniejszała się liczebność sil zbrojnych.
Z 399 tysięcy żołnierzy 13 dywizji pancernych i zmechanizowanych w roku 1990 wojska lądowe zmniejszyły się do 93 tysięcy żołnierzy zawodowych oraz trzech dywizji w roku 2011.
W tamtych spokojniejszych w porównaniu z obecnymi czasach zakładano, że po pierwsze, ryzyko konfliktu międzypaństwowego będzie maleć a w konfliktach lokalnych i działaniach ekspedycyjnych (np. stabilizacyjnych) zamiast ilości żołnierzy i sprzętu decydujące znaczenie będzie miała jakość. Stąd też zawieszono pobór i armia miała być siłą bazująca na żołnierzach zawodowych oraz niewielkim komponencie rezerwy ochotniczej tzw. narodowych siłach rezerwy, oraz ochotniczej służbie przygotowawczej.
Po roku 2015 ten model został zasadniczo utrzymany, choć w nowej formie. Wzrost liczebności armii czasu pokoju osiągnięto bowiem poprzez rozbudowę armii zawodowej (na przykład tworząc nowe dywizje wojsk lądowych), przebudowę ochotniczego komponentu niezawodowego – czyli tworząc Wojska Obrony Terytorialnej czy rezerwę aktywną oraz wprowadzając nowe programy ochotniczego szkolenia wojskowego, takie jak Legię Akademicką czy Dobrowolną Zasadniczą Służbę Wojskową.
Obecnie bowiem służba wojskowa może być pełniona na kilka sposobów.
Jedyną obecną obecnie pozostałością poboru jest kwalifikacja wojskowa. Obowiązkowa jest dla wszystkich mężczyzn wchodzących w wiek dorosły, obejmuje także kobiety posiadające kwalifikacje zawodowe przydatne dla wojska, na przykład medyczne, lotnicze, morskie, informatyczne czy tłumaczy (oraz te, które do kwalifikacji zgłoszą się ochotniczo).
Nadanie kategorii przydatności do służby nie oznacza więc powołania do służby – jedynie dopuszczalność takiej sytuacji w przyszłości czy to w czasie pokoju (kategoria A) czy tylko w czasie wojny (kategoria D). Co ważne, osobom, które odbyły przeszkolenie i złożyły przysięgę wojskową i przewiduje się, że będą w razie potrzeby powoływane w pierwszej kolejności, nadaje się przydział mobilizacyjny. W razie ogłoszenia mobilizacji i w czasie wojny do służby powołuje się osoby uznane za zdolne do służby, ale bez nadanych przydziałów. Można także ogłosić zaciąg ochotniczy.
Dzięki rozbudowie struktur armii oraz nowym formom odbywania służby zauważalny jest wzrost jej liczebności. Obecnie wojsko liczy 216 tysięcy żołnierzy, z czego 162 tysiące to żołnierze zawodowi, 38 tysięcy żołnierze w służbie terytorialnej oraz 16 tysięcy to osoby odbywające dobrowolną zasadniczą służbę wojskową.
Plany zaś mówią o osiągnięciu do 2039 roku 500 tysięcy żołnierzy, ale 300 tysięcy mają stanowić żołnierze wszystkich form służby czynnej a 200 tysięcy – rezerwa aktywna (ochotnicza).
Jak widać, w obecnych liczbach, jak również w ujawnionych planach kryje się pewna kreatywna księgowość. Liczby te ujmują zarówno żołnierzy zawodowych oraz kilku form niezawodowej służby – w różnej formie. Czy to dużo, czy mało?
Gdyby wojna wybuchła tu i teraz, do walki skierowano by przede wszystkim osoby będące aktualnie w czynnej służbie. Zarówno żołnierzy zawodowych, jak i tych w służbie terytorialnej oraz dobrowolnej zasadniczej. Oczywiście istnieją też rezerwy. Od razu w razie ogłoszenia mobilizacji można sięgnąć po osoby, które w wojsku w przeszłości służyły i mają nadane przydziały mobilizacyjne. Ile ich jest? Nie wiadomo – liczebność armii czasu wojny jest niejawna.
Można natomiast dokonać ostrożnego szacunku. Zasób mobilizacyjny obecnie stanowią osoby, które odeszły z zawodowej służby wojskowej (kilka tysięcy rocznie), te, które zakończyły służbę terytorialną lub zasadniczą dobrowolną oraz dawni żołnierze z poboru. Ten ostatni zasób jest największy, ale się kurczy. Dawne roczniki poborowych liczyły po kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Ponieważ ostatnie osoby z poboru odeszły do cywila w roku 2009, najmłodsi rezerwiści z tej grupy mają po 36-37 lat. Ustawową granicą obowiązku służby jest 60. rok życia lub 63. dla oficerów i podoficerów. Oznacza to, że najstarsze osoby służące w korpusie szeregowych, które teoretycznie można powołać to osoby odbywające służbę pod koniec lat osiemdziesiątych.
Te wszystkie grupy nie mogą być opisane tylko przez kryterium wieku i faktu odbycia służby. W każdej grupie będą osoby, które z puli mobilizacyjnej ubędą z powodu śmierci lub pogorszenia stanu zdrowia. Następnie należy odliczyć osoby, które z innych powodów nie mogą pełnić służby (np. sprawują opieki nad dziećmi) lub pełnią ją w innej formie.
Nie podlegają mobilizacji osoby, które są funkcjonariuszami służb mundurowych innych niż wojsko (jak policja) lub nadano im przydziały w związku z pracą w przedsiębiorstwie lub instytucji przewidzianej do militaryzacji (np. strategicznych dziedzinach gospodarki). Do tego dochodzą osoby, które na stałe wyjechały za granicę i mogą, ale nie muszą zgłosić się do służby.
Licząc z grubsza, że potencjalnie można sięgnąć po ostatnie dziesięć roczników poborowych (powoływanych w latach 1998-2008), i licząc z grubsza, że do dyspozycji będzie po piętnaście tysięcy osób, mamy potencjalnie 150 tysięcy rezerwistów. Jeśli dodać do tego byłych żołnierzy zawodowych z ostatnich 15 lat przy założeniu, że w puli jest po pięć tysięcy osób odchodzących rocznie – jest to 75 tysięcy. Służba dobrowolna, Legia Akademicka i WOT to najnowsze źródła rezerwy, ale można ostrożnie szacować, że dać mogą one 25 tysięcy osób.
To oznacza, że zasobem mobilizacyjnym jest ćwierć miliona ludzi.
O ile odejścia z wojska będą tę pulę zasilać, dawni poborowi będą coraz mniej liczni.
Nietrudno zauważyć, że powyższa (choć bardzo ogólna i obarczona marginesem błędu) kalkulacja daje 250 tysięcy żołnierzy uzupełniających wspomniane 216 tysięcy w służbie czynnej. Czterysta sześćdziesiąt sześć tysięcy to już niewiele mniej od planowanej na 2039 rok półmilionowej armii czasu pokoju, wśród których znaczną część mają stanowić żołnierze niezawodowi, w tym rezerwiści.
Nie jest przy tym wiadome, jaki ma być stan osobowy przyszłej armii czasu wojny, a jest to kluczowe, by określić zapotrzebowanie na osoby w rezerwie pasywnej. Dodatkowym czynnikiem komplikującym dalsze rachunki jest fakt, że należy mieć na uwadze także, że wojsko nie jest jedyną częścią systemu obrony państwa i będzie występować zapotrzebowanie na osoby choćby w odtwarzanej obronie cywilnej. Z drugiej strony nie jest jasne, w jakim zakresie uda się w najbliższych latach uzupełnić lub zastąpić ludzi w niektórych specjalnościach wojskowych urządzeniami bezzałogowymi.
Co więcej, obecne planowanie strategiczne jest prowadzone w niekorzystnych warunkach. Nie ma bowiem uaktualnionej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego – próba określenia więc po co i jakich sił zbrojnych potrzebuje Polska, jest prowadzona nieco po omacku.
Prawdopodobnie odwieszenie poboru może nastąpić, gdy wzrośnie prawdopodobieństwo lądowej inwazji Rosji na państwa NATO, w tym Polskę lub okaże się, że ochotniczy nabór do wojska nie zapewni osiągnięcia planowanej liczebności czasu pokoju.
Oczywiście możliwy jest także inny scenariusz. Pobór bowiem może być traktowany jako narzędzie nie tyle wojskowe, ale wpływu na społeczeństwo. Można sobie niestety wyobrazić, że za kilka lat jakiś prawicowy, konserwatywno-nacjonalistyczny rząd uzna, że obowiązkowa służba będzie „robić z chłopców mężczyzn” i odwiesi ją z czysto ideologicznych przesłanek.
Sam pobór formalnie można przywrócić łatwo – aż za łatwo. Wystarczy wniosek Rady Ministrów skierowany do Prezydenta i decyzja zwierzchnika sił zbrojnych. Nie jest potrzebna żadna zgoda czy opinia parlamentu. Nie jest też formalnie wymagany żaden inny próg decyzji, na przykład stwierdzenie zaostrzania sytuacji międzynarodowej lub cokolwiek innego. Pozostaje mieć nadzieję, że jeśli kiedyś pobór zostanie odwieszony, to odbędą się wcześniej jakieś – choć formalnie niewiążące społeczne konsultacje, lub w tej sprawie zostanie podjęta uchwała Sejmu – znów prawnie niewiążąca, ale przynajmniej dająca szansę wypowiedzenia się w tej sprawie przez parlament.
Otwartym pytaniem jest też stan infrastruktury wojskowej i możliwość przyjęcia i szkolenia poborowych, zwłaszcza że szybka rozbudowa armii w ostatnich latach wykazała problemy, związane choćby z dostępnością budynków czy obiektów szkoleniowych. Prawdopodobnie przed przywróceniem poboru należałoby stworzyć taką infrastrukturę od nowa oraz sformować wyspecjalizowane w szkoleniu poborowych jednostki, w czasie pokoju będące przede wszystkim ośrodkami szkolenia a w razie wojny będące podstawą jednostek bojowych, obsadzonych mobilizowanymi rezerwistami. Należałoby także zadbać o zakupy wyposażenia i uzbrojenia dla rezerw. Nie można nie zauważyć, że obecnie występują problemy z zakupem nowoczesnego umundurowania i wyposażenia dla żołnierzy zawodowych, więc można obawiać się, czy system podoła wyposażeniu poborowych.
Nie ma sensu odwieszać poboru, jeśli osobom powołanym do służby nie będzie zapewnione przyzwoite wyposażenie, nowoczesne uzbrojenie, realistyczne i adekwatne do warunków współczesnego pola walki szkolenie.
Bez tego będzie to po prostu strata czasu i środków i tak będzie także postrzegana przez osoby objęte tym obowiązkiem.
Problem jest tym bardziej istotny, że taki przeciwnik jak Rosja jest zdolny do wystawienia armii dużej liczebnie i nieliczenia się ze stratami. Wyścig ilościowy nie ma sensu i podstawą powinna być jakość, a nie liczebność sil. Rosjanie zawsze będą mieli więcej żołnierzy, ale kiepsko wyposażonych i wyszkolonych. Z perspektywy Polski priorytetem powinna być przewaga jakościowa uzupełniana ilościową
Przywrócenie obowiązku służby wojskowej ma jednak szerszy wymiar niż tylko wojskowy. Będzie miało poważne konsekwencje społeczne – wszak mowa o nałożeniu obowiązku poddania się rygorom wojskowym a w razie wojny narażania zdrowia i życia. Według ustawy obecnie w razie odwieszenia poboru służba ta trwałaby dziewięć miesięcy. Nie jest także określone, czy ograniczona byłaby do wybranych specjalności wojskowych, czy też nie.
Szczególnie ważne jest także to jak inkluzywny i powszechny były pobór. Już obecnie widać na razie retoryczne różnice pomiędzy osobami deklarującymi, że w razie wojny w Polsce zostaną a tymi, które deklarują wyjazd. W większości są to tylko słowa. Ale pobór może zamienić te słowa w czyny.
Nie można nie zauważyć, że jeśli powtórzyłoby się zjawisko znane z niedalekiej przeszłości, kiedy unikanie poboru było łatwe i prowadziło do podziałów klasowych (klasa ludowa do wojska szła, klasa średnia mogła się łatwo wymigać) – to będzie to recepta na katastrofę. Taki niesprawiedliwy podział obowiązków będzie zwyczajnie sprzeczny z samą ideą obowiązkowej, obywatelskiej służby wojskowej.
Kwestia inkluzywności i powszechności oznacza także kwestię płci. Obecnie obowiązkowa kwalifikacja wojskowa dotyczy wszystkich mężczyzn oraz niektórych kobiet. I w razie odwieszenia poboru to tylko te osoby mogłyby zostać objęte obowiązkiem służby (lub powołane na ćwiczenia). Ponadto wszystkie osoby, które nie zostały objęte obowiązkiem służby lub nie były poddane kwalifikacji wojskowej, mogą zgłaszać się ochotniczo w czasie mobilizacji i wojny w ramach zaciągu ochotniczego. Jednocześnie otwarte dla kobiet są wszystkie formy ochotniczej służby wojskowej. Można sobie wyobrazić pójście drogą Danii, Norwegii czy Szwecji i prowadzenie poboru neutralnego płciowo, co de facto oznaczałoby objęcie wszystkich kobiet obowiązkiem kwalifikacji wojskowej i to byłby na razie jedyny krok, jaki można by wykonać.
Wśród osób objętych obowiązkiem służby są też osoby LGBT. W sytuacji, gdy państwo broni się rękami i nogami przed uznaniem związków zawartych w innym państwie UE, a ustawy o związkach partnerskich brak – niesprawiedliwością jest oczekiwanie, że osoba będąca w związku, którego państwo nie widzi, powinna pójść do wojska i ewentualnie na wojnę, a wszelkie uprawnienia (choćby w razie śmierci) należą się obecnie tylko małżeństwom heteroseksualnym. Do tego osoby transseksualne na razie nie mogą służyć w ogóle – z góry są wykluczone i otrzymują kategorię E.
Otwarte są także inne kwestie. W szczególności, czy jeśli faktycznie obowiązek służby ma być wprowadzony dla poprawy obronności państwa, to czy powinien dotyczyć tylko służby wojskowej? Z jednej strony bowiem nie każda osoba chce pełnić służbę wojskową z bronią, a z drugiej wymogi odporności państwa nakazują zapewnić obsadę dla choćby obrony cywilnej. Można potencjalnie rozważyć wprowadzenie innych form przeszkolenia, na przykład pozwalających zdobyć kwalifikacje do działań ratowniczych, obsługi schronów czy choćby odbudowy infrastruktury krytycznej. Podobnie w przypadku wojska można podzielić rodzaje służby według specjalności i zapewnić, aby w miarę możliwości kierować poborowych według już posiadanych kwalifikacji albo chęci ich zdobycia.
Preferencje powinny być także brane pod uwagę w przypadku osób zgłaszających się ochotniczo. To z kolei oznacza kolejny krok. W społeczeństwie obywatelskim najważniejszą motywacją nie powinien być sam przymus. Motywacja powinna być pozytywna – brzmi to górnolotnie i idealistycznie, ale obrona społeczeństwa obywatelskiego przed mrocznym opresyjnym agresorem zza wschodniej granicy taka jest. To oznacza, że priorytetem dla państwa powinny być te formy obywatelskiej partycypacji w wysiłku obronnym, które są dobrowolne. Można sobie wyobrazić sytuację, w której za kilkanaście lat, jeśli sytuacja międzynarodowa się nie zmieni, odbycie jakieś formy szkolenia wojskowego czy obronnego będzie postrzegane jako typowy i mile widziany element zaangażowania obywatelskiego – ale dobrowolnego.
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Adiunkt w Instytucie Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się problematyką bezpieczeństwa narodowego, w szczególności zagrożeń hybrydowych, militarnych oraz kultury strategicznej Polski. Autor książki "Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1990-2010 w kontekście kultury strategicznej Polski" (2022), stały współpracownik magazynu „Frag Out” członek Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego
Komentarze