0:00
23 lipca 2022

Czy faktycznie „za króla Olbrachta poginęła szlachta”? Sprawdzamy

W powiedzeniu „Za króla Olbrachta poginęła szlachta” kryje się zarówno historyczne przekłamanie, jak i opowieść o polskich zakusach na – newralgiczną także dzisiaj – strefę wpływów nad Morzem Czarnym 

Wydrukuj

Na głównym zdjęciu: reprodukcja obrazu Feliksa Sypniewskiego z 1856 roku "Zasadzka" [pod Koźminem]. Domena publiczna

Jan I Olbracht (1459-1501) został wybrany na króla Polski 530 lat temu. Jego panowanie trwało zaledwie dziewięć lat i w oczach potomnych zdominowała je porażka w bitwie pod Koźminem. Ani nie była jednak ona tak totalna, jak wynikałoby z powiedzenia „Za króla Olbrachta poginęła szlachta”, ani rządy władcy nie były tak nieudane.

Nie na darmo prymas i poeta Andrzej Krzycki (1482-1537) podsumował je następującym epitafium: „Któż tu leży?/ Król wielkiej cnoty i geniuszu/ Żył w majestacie, dzierżąc polskich krajów tron./ Tu leży Olbracht, leży ten, który miał wszystko:/ Potęgę, berło, wodzów – tylko szczęścia nie”.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Tajemnica trumny na Wawelu

Miejscem pamięci pechowego władcy jest jedna z dziewiętnastu kaplic katedry wawelskiej. Znajduje się tam nagrobek króla. Na tumbie wykonanej z czerwonego marmuru widzimy Jagiellona z insygniami królewskimi, w zbroi i płaszczu. Niewykluczone, że wykonał ją syn Wita Stwosza, Stanisław.

Nagrobek króla Jana Olbrachta na Wawelu. Foto: Poznaniak - Praca własna, CC BY-SA 2.5

Kaplica nie wzbudza specjalnego entuzjazmu turystów, aczkolwiek kilka miesięcy temu wybuchła sensacja.

„W czasie trwającej konserwacji przyległej do południowej nawy świątyni kaplicy króla Jana Olbrachta (zm. 1501) ekipa archeologów pracująca pod kierunkiem Tomasza Wagnera odkryła pod posadzką i warstwą zasypki grób, przypuszczalnie miejsce spoczynku polskiego monarchy!

Pochówek króla nie tylko nie był dotychczas badany przez archeologów, ale nie znano nawet jego położenia. Sądzono, że znajduje się pod posadzką na środku kaplicy. Okazuje się, że przesklepiona nisza grobowa kryła się od przeszło pół tysiąca lat z boku pomieszczenia, przy południowej ścianie” – poinformował 31 marca Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa.

"To nie koniec sensacyjnych ustaleń. W sklepieniu grobu odkryto niewielki otwór, będący zapewne efektem uszkodzenia konstrukcji przez rzemieślników wznoszących w kaplicy zachowany do dziś barokowy ołtarz. Przez otwór widać niewielki fragment wnętrza grobu, a w nim przysypane gruzem i pyłem elementy drewniane (być może pozostałości po szalunku).

Za zgodą władz konserwatorskich otwór w sklepieniu zostanie wykorzystany do przeprowadzenia endoskopowego badania wnętrza, które pozwoli ustalić, czy spoczywają tam szczątki polskiego monarchy”.

Czyli zwłoki władcy nie leżą wcale bezpośrednio pod sarkofagiem, jak często wyobrażają sobie zwiedzający. I, za zgodą władz kościelnych, naukowcy zamierzają wykonać odwierty, by wpuścić do krypty endoskop – przewód ze źródłem świata i kamerą – by wykonać zdjęcia trumny.

"Krypta jest w dobrym stanie, ma stabilne warunki, podobnie jak i znajdująca się w niej drewniana trumna" – zapewniał portal RMF24 prof. Andrzej Betlej, dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu oraz konserwator Wzgórza Wawelskiego.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, odkrycie może przyczynić się do wzrostu zainteresowania osobą króla, za którego panowania rzekomo „poginęła szlachta”. W jego życiorysie znajdziemy sporo zarówno ciekawostek i anegdot, jak i istotnych przedsięwzięć, częstokroć zapomnianych lub przykrytych przez historyczne uproszczenia i manipulacje.

Wszystkie kłopoty na głowie władcy

Jan Olbracht, czyli Albrecht, był jednym z trzynaściorga dzieci Kazimierza Jagiellończyka oraz spokrewnionej z Piastami habsburskiej księżniczki Elżbiety Rakuszanki. Nie na darmo nazwano ją „matką królów”: czterech jej synów zostało królami (Władysław, Jan, Aleksander i Zygmunt), córki wydano za królów i książąt, dochowała się także biskupa, a nawet świętego (Kazimierz, patron Polski i Litwy).

Jan Olbracht

Olbracht święty nie był. Zadziorny, często widywany z przypasanym mieczem, wdawał się w uliczne bójki. Chętnie sięgał po trunki. „Namiętnościom i chuciom jako człowiek wojskowy folgował”, pisał kronikarz Maciej z Miechowa (1457-1523) zaznaczając, że monarchę widywano w towarzystwie „bardzo swobodnych kobiet wszystkich stanów, nie licującego z królewską godnością”.

Możliwe, że ów hulaszczy tryb życia był efektem kolejnych niepowodzeń i zakrętów w życiu Olbrachta. On i pozostali synowie Kazimierza Jagiellończyka wychowywani byli dość skromnie, a nawet surowo.

„Gdy bywało lament dzieci karanych dolatywał uszu królewskich, mawiał ojciec uradowany: »Niech płaczą! Nie masz dla mnie milszej muzyki nad płacz moich dzieci pod rózgą nauczycielską«“ – opisywał XIX-wieczny historyk Karol Szajnocha.

Kiedy Olbracht przeszedł pod opiekę włoskiego nauczyciela, poety i humanisty Filipa Kallimacha (1437–1496), rygory poluzowano (vide obraz Jana Matejki „Nocne przygody Jana Olbrachta z Kallimachem”).

Nocne przygody Jana Olbrachta z Kallimachem, fragment obrazu Jana Matejki

Lecz królewicz miał też swoje niespełnione ambicje. Zaczęło się od tego, że począwszy od 1490 roku przez parę lat bez powodzenia walczył z najstarszym bratem, Władysławem, o koronę węgierską.

Gdy Olbracht objął po zmarłym ojcu polski tron (pierwotnie mający przypaść drugiemu starszemu bratu: przedwcześnie zmarłemu Kazimierzowi, późniejszemu świętemu), to wydawało się, że karta się odwraca. Szlachta podczas elekcji zagłosowała za nim niemal jednogłośnie, choć – jak podkreślał Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów" – wybór był »trudny i burzliwy«.

Olbracht musiał bowiem pokonać w głosowaniu swoich braci Jagiellonów oraz księcia mazowieckiego Janusza II, polskiego lennika.

Wygrał, aczkolwiek… został de facto władcą tylko Polski. Na Litwie samodzielnie rządził jego brat Aleksander, unia polsko-litewska chwilowo praktycznie przestała istnieć, choć państwa pozostawały w sojuszu, m.in. przeciw Tatarom i Turcji.

Mołdawskie marzenie króla

Ambitny Olbracht skierował swoje oczy na strategiczny (tak wtedy, jak i dziś) rejon Europy Południowo-Wschodniej: na Mołdawię, przez którą wiodły drogi handlowe do Morza Czarnego. Rozciągające się tam Hospodarstwo Mołdawskie formalnie było polskim lennem. Tamtejszy władca Stefan III złożył hołd Kazimierzowi Jagiellończykowi, jednak jego następcy nie ufał.

Nauczył się lawirować między Polską, Węgrami i napierającą od południa Turcją, by nikomu nie przyszło do głowy, by go obalić.

Kiedy Turcy opanowywali czarnomorskie porty i umacniali pozycję w regionie, to wpływało na handel w Polsce, zwłaszcza zaś osłabiało Lwów. Jan Olbracht postanowił uderzyć na Turcję i odbić porty – właśnie przez terytorium granicznego Hospodarstwa Mołdawskiego.

Stefan III zaczął się jednak bać, że Jagiellon postanowił w pierwszej mierze zrzucić go z tronu i zastąpić swoim młodszym bratem Zygmuntem (notabene, później nazywanym Starym), by całkowicie podporządkować Mołdawię polskim interesom. Odpowiednio się więc przygotował. Hospodar mógł liczyć na wsparcie Tatarów, Wołochów, Turcji, a nawet możnowładców z Węgier – chociaż rządził tam brat Olbrachta.

Tymczasem ruszyły polityczne przygotowania do wyprawy na Mołdawię. W 1493 roku Olbracht zwołał sejm walny, który pierwszy raz w historii zebrał się formie dwuizbowej – z izbą poselską i senatem. Za poparcie i pieniądze na wojnę obiecał szlachcie niebagatelne nowe przywileje: m.in. zabraniały one mieszczanom obejmowania urzędów, a chłopom – opuszczać wsi. Król spotkał się też z innymi Jagiellonami na zjeździe w Lewoczy (1494).

Szykując się do wojny, zebrał wielką i świetnie wyekwipowaną armię. Liczyła około 60–80 tys. żołnierzy oraz czeladzi. Obok chorągwi szlacheckich znalazło się tam kilkadziesiąt tysięcy pospolitego ruszenia, kilka tysięcy najemników, wojska lenników Polski (600 konnych rycerzy z księstwa mazowieckiego i 500 pancernych Krzyżaków) oraz prawie ćwierć tysiąca dział – w tym dwa tak wielkie, że musiało je ciągnąć 40-50 koni. To była prawdziwa potęga. Co więc poszło nie tak?

Tajemnica lasów bukowińskich

We wrześniu 1497 roku wielka armia Olbrachta stanęła pod murami Suczawy, stolicy Hospodarstwa Mołdawskiego. Oblężenie jednak zakończyło się niepowodzeniem. „Ostrzeliwanie niewielkie przyniosło rezultaty, a brak żywności (odcinanej przez Stefana, który wycofał się na południe) i choroby poczęły niebawem rozprzęgać wojska królewskie” – pisze prof. Dąbrowski w „Dziejach Polski średniowiecznej”.

Chcąc nie chcąc, król zawarł rozejm ze Stefanem III i zarządził odwrót. Nie spodziewał się jednak najwyraźniej, że w lasach bukowińskich, pod Koźminem, czeka na niego pułapka.

Jak pisał kilkadziesiąt lat później historyk Maciej Stryjkowski (1547–1586/1593), wojska przeszły już pół lasu, gdy „oto Wołochowie chłopstwo piesze, ze wszystkich stron wyrwawszy się zdradliwie i z jaskiń leśnych na obóz królewski uderzyli”. Armia Olbrachta była nie tylko zaskoczona, ale i odcięto jej drogę ucieczki.

„Naszych sieką, kolą, mordują, (...) wozy rozbijają, rozmiatają, łupią, a nadto drzewa wielkie, które byli umyślnie spodcinali, snadnie obalają, drogi zawalają” – pisze kronikarz. Wyglądać mogło, że wojsko Olbrachta zostanie całkowicie rozgromione.

Tak jednak się nie stało. Sytuację uratował kontratak gwardii królewskiej: ciężkiej konnicy pod wodzą Jana Tęczyńskiego. To natarcie pozwoliło odrzucić napastników i dało szansę na wycofanie się reszty armii. Jakie były straty?

„Bardzo wiele slachty Polskiej i Ruskiej zginęło, częścią pobitych, częścią poimanych. I dziś jeszcze na tym miejscu widziałem sam mogiłę bardzo wielką i kości spróchniałe, roku 1574” – relacjonuje Stryjkowski.

Pieśń o klęsce bukowińskiej

Powstała nawet „Pieśń o klęsce bukowińskiej”, która zaczynała się – jak wzmiankuje w swojej kronice Marcin Bielski (1495–1575) – właśnie od słów „Za króla Olbrachta poginęła szlachta”.

Jakie jednak były fakty? Z kilkudziesięciotysięcznej armii stracono 10 tys. ludzi, głównie prostych żołnierzy i służby. Wcale nie szlachty. Sformułowanie „Za króla Olbrachta poginęła szlachta” jest więc bardzo przesadzone, zwłaszcza gdy zostaje przekręcone wręcz do słów „Za króla Olbrachta WYGINĘŁA szlachta”. Nic podobnego.

Istotne efekty bitwy w lesie koźmińskim były zupełnie inne. Olbracht nic nie osiągnął, a przywileje dla szlachty zostały, krępując mieszczan i chłopów. W 1498 roku Stefan wyruszył na Polskę z wyprawą odwetową, srogo ucierpiał m.in. Przemyśl. Wrogowie dookoła podnieśli głowy. W Krakowie zaczęto więc dla bezpieczeństwa wznosić barbakan.

Na Mołdawię w kolejnych pokoleniach przyszło Polakom jeszcze wielokrotnie się wyprawiać, ze zmiennym szczęściem. O portach nad Morzem Czarnym musieliśmy jednak zapomnieć.

Dalekosiężne plany

Pokonany Jan Olbracht zmarł parę lat później w Toruniu, gdzie prawdopodobnie szykował się do wyprawy na wciąż krnąbrny Zakon Krzyżacki. Miał wobec niego własne dalekosiężne plany. „Idąc ku Morzu Czarnemu wiódł ze sobą mistrza Krzyżaków, których zamierzał przesiedlić w odległe kraje. Ten fakt pozwala ufać, że zbierając wojsko w Toruniu, również myślał o zupełnym wypchnięciu Zakonu z pogranicza Polski, znad Bałtyku” – stwierdzał Paweł Jasienica.

Nic z tego nie wyszło. Jan Olbracht odszedł z tego świata w 1501 roku, trochę złamany bukowińską porażką i bardzo wymęczony hulankami. Kto wie, czy gdyby przebadano jego grób na Wawelu, to nie odkryto by, że organizm 42-letniego władcy toczył syfilis...

Paradoksalnie jednak klęska pod Koźminem, z którą ten król jest do dziś kojarzony, uświadomiła Polsce i Litwie, jak ważne są bliskie relacje obu krajów. Unia personalna została odnowiona, gdy na polskim tronie zasiadł po Olbrachcie jego brat Aleksander Jagiellończyk.

Udostępnij:

Adam Węgłowski

Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne