0:00
25 czerwca 2022

Kanibalizm prozdrowotny. Po co ludzie zjadali sproszkowane zwłoki

Dlaczego preparaty ze sproszkowanych egipskich mumii były przez stulecia popularnym lekarstwem? Jakim cudem pozostawały w sprzedaży jeszcze w XX wieku? Może przez zaniedbania w nauce języków obcych w średniowieczu

Wydrukuj

Naturopatia, homeopatia, „cudowne” leki na raka czy koronawirusa – każdy z nas się z nimi zetknął. A ilu uległo pokusie ich zastosowania, ulegając kłamstwom, półprawdom, fałszywym autorytetom lub naleganiom rodziny i znajomych?

Kiedy się nad tym zastanowimy, z mniej szyderczym uśmiechem potraktujemy historię tego, jak przez wieki ludzie „leczyli się” w sposób iście kanibalistyczny. A mianowicie zjadali sproszkowane zwłoki.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to nowa propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Między nadnaturalnymi zwłokami i naturalnym asfaltem

Egipskie mumie od starożytności fascynowały historyków i podróżnych odwiedzających ten kraj. Uznawane za sacrum, mające przetrwać wieczność, budziły zrozumiałą ciekawość. Dowodem żyjący w V wieku p.n.e. grecki dziejopis i awanturnik Herodot z Halikarnasu – zwany „ojcem historii” i „ojcem geografii”.

W swoich „Dziejach” opisał, jak Egipcjanie traktują zmarłego szykowanego do mumifikacji. „Po oczyszczeniu jamy brzusznej i przepłukaniu jej winem palmowym, jeszcze raz wycierają roztartymi wonnościami. Wreszcie wypełniają brzuch czystą roztartą mirrą, cynamonem i innymi wonnościami” – relacjonował zabiegi, których może nawet osobiście był świadkiem.

Owa wspomniana przez Herodota roztarta mirra, rodzaj wonnej żywicy, po wyschnięciu nabierała ciemnej barwy. Upodabniało ją to pewnej innej substancji, którą pozyskiwano w okolicy Morza Martwego, a której wiele kultur przypisywało dobroczynne właściwości – do bituminu, naturalnego asfaltu, ropopochodnej lepkiej cieczy.

Stosowano go na złamania, rany, wrzody, kaszel, zawroty głowy, zatrucia, kłopoty z potencją. W Persji ceniono ten specyfik niczym złoto. W starożytnym Rzymie opisywali bitumin m.in. grecki farmakolog Pedanius Dioskurydes, żyjący w czasach cesarza Nerona, oraz Pliniusz Starszy (23–79 n.e.), autor słynnej „Historii naturalnej”.

Bitumin określano z grecka jako „pittasfaltos” albo nazywano „smołą żydowską”. Persowie prawdopodobnie używali słowa „mūm”, od którego Arabowie ukuli termin „mummija”. Co przy tym ważne, analogicznie nazywali starożytne egipskie zwłoki, zabalsamowane przy pomocy ciemnej żywicy i mające takąż barwę.

To był pierwszy krok do pomyłki i utożsamienia leczniczego bituminu z „cudowną” substancją używaną do mumifikacji.

A po islamskim podboju Persji i Egiptu w VII wieku n.e., to język arabski stał się kluczowy w regionie.

Zawiniło kiepskie tłumaczenie z arabskiego

Muzułmańscy lekarze, w tym słynny Awicenna (980–1037), zapewniali o korzyściach płynących z „mummiji”. Chrześcijańscy medycy, podpatrujący osiągnięcia medycyny arabskiej, nie mogli tego nie zauważyć. Także rycerze z Zachodu, uczestnicy prowadzonych od XI wieku krucjat, musieli zetknąć się z tym specyfikiem.

Co więcej, na Bliskim Wschodzie i w Europie zaczęło upowszechniać się przekonanie, że każde zmumifikowane ciało może mieć własności lecznicze. Nikt już nie przejmował się różnicą między bituminem a mirrą i innymi egipskimi „wonnościami”.

„Nic zatem dziwnego, że słynący z erudycji niejaki Gerard z Cremony (zmarły w 1187 roku n.e.), po przeczytaniu klasycznych i arabskich zapisków, wysnuł wniosek, że mumia odnosi się do »substancji pochodzącej z kraju, gdzie ciała traktowane są aloesem, z którym mieszają się płyny zmarłego, przekształcając się w coś podobnego do okrętowej smoły«” – pisze publicysta i podróżnik Jarosław Molenda w książce „Mumie. Fenomen kultur”.

„Przez długi czas nikt nie zweryfikował tego błędnego poglądu, szczególnie że niewielu było wówczas tłumaczy z języka arabskiego posiadających odpowiednią znajomość problemu. Stąd fałszywe mniemanie, że »mumia znaleziona w grobowcach egipskich bardzo mało różni się od naturalnego bituminu«, na długo utrwaliło się w umysłach ludzi Zachodu”.

Od tego był już tylko krok do masowego wywożenia mumii z Egiptu do Europy w celach medycznych. A było z czego wybierać. „Egipcjan cechowała wyjątkowa, wręcz obsesyjna gorliwość, z jaką troszczyli się o żywot pozagrobowy – nieporównanie bardziej niż o doczesny. Szacuje się, że w ciągu 3 - 4 tysięcy lat w Egipcie poddano mumifikacji ponad 500 milionów ciał!” – pisze Molenda.

Krzyżowcy, fałszerze, magnaci i aptekarze

Proszek z mumii, po łacinie „pulver mumiae” lub „mumia vera aegyptiaca”, zrobił zawrotną karierę. Zgodnie z zaleceniami dawnych medyków, należało go wdychać lub spożywać doustnie. Jednak proszek z mumii był w Europie lekarstwem bardzo drogim, zarezerwowanym dla bogatych. W średniowieczu sytuacja geopolityczna nie sprzyjała zaś masowemu eksportowi z Bliskiego Wschodu, bo region stał w ogniu wojen religijnych. Potem zaszło jednak wiele zmian, które wszystko zmieniły.

Po pierwsze, ruch krucjatowy wygasł. Skończyły się więc czasy takich specjalistów jak XII-wieczny żydowski medyk z Aleksandrii El Magar, leczący rany rycerzy krzyżowych przy pomocy preparatów z mumii. Sami zaś uczestnicy krucjat przestali zabierać „cudowne leki” ze sobą do Europy. Potrzebny był nowy kanał dystrybucji, inny niż rycerze i pobożni pielgrzymi.

Po drugie, na rynku pojawiły się fałszywki. „W czasach średniowiecza lekarstwo przygotowywane z mumii było towarem tak bardzo poszukiwanym, że egipscy eksporterzy często zastępowali starożytne zwłoki ciałami niedawno straconych przestępców. Wypełniano je bituminem i suszono w promieniach pustynnego słońca, aby przypominały prawdziwe mumie” – pisze Bogusław Kwiatkowski w książce „Mumie. Władcy, święci, tyrani”.

W przekazach kronikarskich można natrafić na plotki, jakoby nawet celowo głodzono i uśmiercano ludzi, by przerobić ich na mumie. Ba, zdarzało się to nie tylko na Bliskim Wschodzie. Taka grupa fałszerzy miała działać w Austrii, a do tworzenia „podróbek” używała zabijanych tureckich jeńców.

Po trzecie wreszcie, w 1517 roku władzę przejęli w Egipcie Turcy osmańscy, którzy z kolejnymi pokoleniami coraz chętniej przyjmowali bogatych podróżnych z Zachodu. Ci woleli zapoznać się z cudami Egiptu na miejscu, bez pośredników. A i tak musieli uważać.

Kiedy bowiem w 1564 roku przybył do Aleksandrii z zamiarem kupna większej partii starożytnych zwłok lekarz króla Nawarry Guy de la Fontaine, zaprezentowano mu do wyboru taki stos ciał, że aż zdębiał. Ich ilość, stan i zapach wzbudziły podejrzenia medyka. Gdy przeprowadził małe śledztwo, okazało się, że większość z tych mumii nie miała nawet czterech lat!

Dwie mumie Radziwiłła

Jednym z takich podróżnych, który postanowił sam wybrać się do Egiptu, był polski magnat Mikołaj Krzysztof Radziwiłł, zwany Sierotką (1549–1616). Podczas swej wędrówki na Bliski Wschód (1582–1584) usiłował nielegalnie wywieźć z egipskiego portu dwie mumie. Nie ma pewności, czy potrzebował ich dla podreperowania własnego zdrowia, czy też chciał po prostu pokazywać te zabytki, wcześniej niewidziane w Rzeczypospolitej (niewykluczone, że i jedno, i drugie).

Jakkolwiek było, taki przemyt jawił się wówczas jako powszechny proceder. Wielu ówczesnych „turystów” plądrowało starożytne zabytki, a potem po przekupieniu tureckich celników wywoziło skarby do Europy. „Odrywałem części ciał, aby zobaczyć, jak stają się medykamentem” – wspominał angielski kupiec i podróżnik John Sanderson, który odwiedził Egipt w podobnym czasie, co Sierotka. – „Zabrałem do domu niejedną głowę, rękę, ramię i stopę”.

Radziwiłłowi się nie udało: gdy na morzu wybuchł sztorm, wyrzucił do morza wiekowe zwłoki, ulegając zabobonowi, że trupy na pokładzie przynoszą pecha.

Uwaga na „ból serca czy żołądka, wymioty i smród z ust”

Brakowało ludzi tak trzeźwo myślących jak francuski chirurg Ambroży Paré (1510–1590). Przekonywał on, że preparaty z mumii są bezużyteczne. Próbował ich bowiem po wielokroć na własnej skórze, by się o tym przekonać. W niczym nie pomogły, za to wywołały „wiele dokuczliwych objawów, takich jak ból serca czy żołądka, wymioty i smród z ust”.

Cóż jednak z tego! Proszku mumiowego, zmieszanego dla smaku z rozmaitymi ziołami, używali beztrosko monarchowie, w tym królowa Anglii Elżbieta I. Współczesny władczyni William Szekspir wspomniał takie preparaty w kilku dziełach, np. „sok z mumii” znajduje się wśród składników używanych przez czarownice w „Makbecie”.

Pod koniec XVI wieku za sprawą lekarza i botanika Wawrzyńca Scholtza (1552–1599) trzy mumie trafiły do wrocławskiej apteki „Pod Murzynem”. Jedna z nich do dzisiaj znajduje się w miejscowym Muzeum Człowieka. Inną pokroił ponoć i sproszkował w XVII stuleciu właściciel apteki Jakub Krause, po czym dodawał do oferowanych preparatów.

Kolejna zaś z mumii jeszcze sto lat temu służyła za reklamę apteki. „Pulver mumiae” oferowano bowiem m.in. w Niemczech jeszcze w latach 20. XX wieku! Jednak mało kto już wierzył w cenne właściwości proszku, bo postęp naukowy przekonał ludzi do lepiej przebadanych terapii.

Lecz obok rozwoju edukacji i wiedzy medycznej ważne było coś jeszcze. „To nie tylko dowody naukowe ostatecznie wyrugowały mumie z głównego nurtu praktyki medycznej. Wydaje się, że padły one także ofiarą ideologii postępu i oświecenia oraz nowego rodzaju wrażliwości, w której ludzkie ciało (żywe lub martwe) o wiele łatwiej wywoływało obrzydzenie” – zaznacza prof. Richard Sugg z brytyjskiego University of Durham, autor artykułu „Corpse medicine: mummies, cannibals, and vampires” z prestiżowego magazynu „The Lancet” (nr 371/2008).

Pytanie, czy „pulver mumiae” był zupełnie bez wartości?

Cóż, do konserwacji oryginalnych mumii używano m.in. mirry, której nie tylko znachorzy przypisują właściwości lecznicze. Uważa się ją za środek o charakterze przeciwbólowym, antybakteryjnym i regenerującym. Na pewno jednak istniały skuteczniejsze metody aplikowania preparatów z mirry niż wdychanie czy jedzenie ludzkich prochów.

A jak ma się do tego bitumin, od którego zaczęła się historia długowiecznego medycznego fake newsa z „pulver mumiae”? Pochodnych ropy naftowej, takich jak parafina czy wazelina, do dziś używa się w przemyśle kosmetycznym. Jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu po naftę chętnie sięgano na ziemiach polskich (m.in. w Galicji) w lecznictwie ludowym, obecnie wciąż stosowana jest przez zwolenników „medycyny naturalnej”.

Z kolei wosk bitumiczny czy też asfalt syryjski – pochodzący ze złóż na brzegach Morza Martwego – stosowany jest w malarstwie, fotografii oraz do „postarzania” i konserwacji mebli. Nikt nie konserwuje już nim ludzi.

Chętni wciąż mogą kupić stare słoje z „pulver mumiae” i „mumia vera aegyptiaca”. Niektóre nadal kuszą zawartością – wbrew temu, co mówią lekarze i co podpowiada zdrowy rozsądek…

Udostępnij:

Adam Węgłowski

Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne