Prawa autorskie: AFPAFP
18 czerwca 2022

Czy Zachód jest gotów zdradzić Ukrainę? Sprawdzamy, ile jest prawdy w tych oskarżeniach

Czy polityką Zachodu wobec Ukrainy kierują interesy z Rosją czy strach przed eskalacją wojny? A może jednak stopniowo dorasta do coraz większej jedności wobec Kijowa? Analizujemy

Na zdjęciu: Od lewej, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Włoch Mario Draghi i kanclerz Niemiec Olaf Scholz w podkijowskim miasteczku Irpin, gdzie wojska rosyjskie rozstrzeliwały i torturowały mieszkańców, 16 czerwca 2022. Foto: Ludovic MARIN / POOL / AFP

Na początek warto przypomnieć punkty mało sporne. Wojnę w Ukrainie poprzedziły długie lata mylnej polityki (głównie europejskiego) Zachodu, gdzie często lekceważono – wysuwane m.in. przez Polskę także w czasach przed rządami PiS - ostrzeżenia wobec planów ekspansji Rosji.

Uznawano je za wyolbrzymiony efekt traum historycznych Europy Środkowo-Wschodniej. Strategicznym wizjom wspólnej „strefy pokoju od Lizbony do Władywostoku” (przykładowo we Francji) czy też – to przypadek Niemiec – deficytom głębszego myślenia strategicznego (to efekt wielu dekad krycia się pod parasolem bezpieczeństwa USA) towarzyszyły również duże interesy gospodarcze z Rosją.

Posłuchaj także:

Nie pomagało, wciąż gdzieniegdzie zakorzenione, niedocenianie praw i obaw narodów mieszkających między Zachodem a Rosją. A ponadto w krajach z historią kolonialną część polityków z większą cierpliwością spoglądała na pewne „wstrząsy wtórne” po rozpadzie ZSRR jak w przypadku agresji Rosji na Gruzję. Przecież np. w Afryce frankofońskiej dekolonizacja też nie przebiegała gładko.

Z drugiej strony nie sposób – jeśli robi się to bez złej woli – podważać najnowszy przełom, jakim jest poparcie Francji, Niemiec, Włoch dla przyznania Ukrainie statusu kandydata do UE.

Zaledwie przed paru miesiącami duża część państw Zachodu obstawała przy poglądzie, że UE w ogóle nie powinna się rozszerzać dalej na wschód. Nie dlatego, że Ukraina albo Mołdawia „jeszcze nie są gotowe”, że – podobnie jak Turcja – w przewidywalnej przyszłości nie mogą być gotowe, ale dlatego, że po prostu unijna „Europa ma swe limity”.

Nowa propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. W cyklu „Sobota prawdę ci powie” znajdziecie fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Niemcy płacą za polską broń dla Ukrainy

Oczywiście, pierwszym ogromnym przełomem była przystąpienie do dozbrajania Kijowa, w tym ze wspólnego funduszu krajów Unii (obecnie 2,5 mld euro dla Ukrainy, wydane już ponad 2 mld). Dodajmy, że w tym Europejskim Funduszu Pokoju największym płatnikiem są Niemcy (decyduje klucz PKB jak przy budżecie unijnym).

A największe faktury za dostawy dla Ukrainy przekazuje Polska i - prawdopodobnie - dostaje z tego funduszu najwięcej spośród krajów członkowskich. Ile konkretnie - nie wiadomo, dane nie są oficjalne.

A zatem m.in. za dostawy polskich czołgów dla Ukraińców w dużym stopniu zapłacili Niemcy.

Skutki sankcji przeciw Rosji są bardzo kosztowne dla Europy, ale wspólny cel, by „na długo przed 2030 rokiem” (Bruksela celuje w 2027 r.) uniezależnić się od surowców energetycznych z Rosji, nie jest teraz powodem znacznych tarć w Unii.

Jak tłumaczą m.in. Niemcy, to kwestia nie tylko Ukrainy, lecz – może przede wszystkim – własnego bezpieczeństwa energetycznego, które nie może zależeć od woli Kremla.

Spór o definicję zwycięstwa

Jednak to wszystko nie przekreśla faktu podziałów na Zachodzie co do celów pomocy dla Ukrainy (oprócz oczywistego utrzymania niepodległości), od czego zależy tempo i sposób dozbrajania Kijowa.

W zasadzie można to sprowadzić do sporu o sposób zakończenia wojny rozpętanej przez Rosję. Czy to ma być pełne zwycięstwo Ukrainy, to znaczy wycofanie rosyjskich wojsk i powrót do stanu sprzed 24 lutego?

Kanclerz Olaf Scholz unika tego sformułowania - woli mówić, że „Rosja nie może zwyciężyć”. Być może zostawia furtkę, by jednak uznać pewne podboje terytorialne Rosji w tej wojnie podczas negocjacji pokojowych.

Podobnie było z prezydentem Emmanuelem Macronem, który o ukraińskim zwycięstwie zaczął otwarcie mówić dopiero w tym tygodniu.

Państwa z największym poczuciem zagrożenia ze strony Rosji, czyli m.in. Polska bądź kraje bałtyckie, najgłośniej domagają się natychmiastowego i poważnego zwiększenia dozbrajania Ukraińców.

Przekonują, że Rosjanie muszą zostać jak najdotkliwiej pokonani, by to odstraszyło reżim na Kremlu od kolejnych napaści na sąsiadów.

Jednak na Zachodzie słychać, że nierealistyczne jest oczekiwanie, by Ukraina mogła całkowicie wypchnąć Rosjan na pozycje sprzed 24 lutego, kiedy zaczęła się obecna wojna.

A taka prognoza prowadzi do obaw przed eskalacją, czyli zwiększeniem ryzyka bezpośredniego starcia między Rosją a niektórymi z krajów NATO, albo nawet użycia taktycznej broni jądrowej w Ukrainie.

I choć największą pomoc wojskową dla Kijowa dostarcza Waszyngton, to również USA – najwyraźniej z powodu ryzyka eskalacji – ogranicza rodzaje broni ofensywnej wysyłanej Ukraińcom. To przecież opór Białego Domu ostatecznie zablokował przekazanie Ukrainie myśliwców w Polski.

Wyprawa na Kijów

Z powodu tych różnic nawet przy okazji kijowskiej podróży przywódców Francji, Niemiec i Włoch, od których dołączył prezydent Rumunii, pojawiły się ostrzeżenia, że zamierzają tam namawiać Zełenskiego do szybkich rozmów o zawieszeniu broni, co musiałoby oznaczać – już w najbliższym czasie - pozostawienie pod okupacją rosyjska dużych terenów Ukrainy.

I stanowiłoby zachętę dla Moskwy, by po przegrupowania, dozbrajaniu znów zaatakować. I również z tego powodu z ostrą krytyką spotykają się telefony Macrona do Putina - choć zawsze koordynowane z Zełenskim - bo przy każdej takiej rozmowie wśród krytyków Francji pojawiają się obawy, że idzie o negocjacje co do zawieszenia ognia wbrew Kijowowi.

Nie pomagają naciągane analogie historyczne związane z I wojną światową, w których tkwi zarówno Scholz, jak i Macron.

Kanclerz, zdaniem niemieckich mediów, miał nieraz w nieoficjalnych rozmowach powtarzać, że nie chce stać się drugim cesarzem Wilhelmem, który – w jego interpretacji – miał przyczynić się swą nieostrożnością do rozlania się Wielkiej Wojny po Europie.

Z kolei Macron uparcie powraca do postulatu „nieupokarzania” Rosji, nawiązując do traktatu wersalskiego jakoby upokarzającego dla Niemiec i w efekcie – ta teza jest podważana przez wielu historyków - prowadzącego do rewizjonizmu i faszyzmu.

Oleksij Arestowicz, doradca w Kancelarii prezydenta Zełenskiego, zaprzeczał w piątek pogłoskom o naciskach gości na podjęcie rozmów pokojowych z Rosją i na zawarcie rozejmu, nawet kosztem pozostawienia pod kontrolą okupantów terytoriów opanowanych po 24 lutego.

Być może jednak był to propagandowy unik, by ta sprawa nie przesłoniła głównego przekazu Kijowa po wizycie - uzyskania obietnicy szybkiego przyznania statusu kandydata do UE.

Ludzie z otoczenia Zełenskiego przekonują, że za miesiąc - dwa w ogóle nie będzie mowy o negocjacjach z Rosją. Ich zdaniem ona już praktycznie nie ma rezerw i zacznie się wycofywać sama. Na ile to realistyczny scenariusz, zobaczymy w końcu lata.

A jeśli USA nie będzie się angażować?

Na pewno u podłoża obaw Berlina, Rzymu i Paryża leży pytanie, jak długo USA - obecnie główny napęd i koordynator jedności Zachodu wobec Rosji - będą angażować się tak mocno na Starym Kontynencie.

I kiedy Europa, która od Rosji geograficznie nie ucieknie, będzie musiała wziąć – gospodarczo i militarnie - większy ciężar troski za swe bezpieczeństwo, do czego potrzeba będzie długotrwałego wsparcia swych wyborców.

O ile Francja wzywała od lat pod hasłami "autonomii strategicznej" do przygotowań na malejącą obecność USA w Europie, to przykładowo w polityce Berlina - pomimo antyeuropejskiego czyśćca za czasów Trumpa - nie było widać myślenia o ryzyku, że transatlantyckie status quo może zmienić się na stałe.

A gdyby do tego doszło np. po odejściu Joe Bidena, to wyborcy dotknięci kosztami sankcji, wysokich cen energii mogliby zacząć bardziej wsłuchiwać się w głosy demagogów nawołujących do odwilży z Moskwą.

Również stąd bierze się powściągliwość Europejczyków przed eskalowaniem konfliktu z Rosją aż po pełne "zwycięstwo" Ukrainy.

"Scholz, Macron i Draghi za zamkniętymi drzwiami namawiali Zełenskiego do rozpoczęcia w najbliższych miesiącach - po spodziewanym upadku Donbasu - negocjacji z Rosją i do porozumienia pokojowego"
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

I znów geografia - co naturalne - bywa tu źródłem różnic między władzami i społeczeństwami bardziej przejętymi agresywną Rosją w Europie Środkowo-Wschodniej, a mniej na drugim końcu kontynentu, który nigdy nie był częścią rosyjskiego imperium.

Wyniki skomplikowanego splotu wspólnych celów oraz jednoczesnych różnic między graczami w Europie i USA nie są stałe, lecz ewoluują wraz z przebiegiem wojny w Ukrainie.

Sam Zełenski, któremu – owszem – pole ruchów określa i będzie określać skala zachodnich dostaw broni, od lutego w różny sposób publicznie definiował warunki dla rozmów rozejmowych z Rosją – od odzyskania kontroli nad całym terytorium Ukrainy po wycofanie się Rosji na „kompromisowe terytoria”, czyli zapewne w granice Donbasu sprzed 24 lutego.

Natomiast stała u Zełenskiego i ogólnie Ukrainy pozostaje zdolność do „rozmowy” z zachodnią opinią publiczną, za pomocą czego oddolnie Kijów popycha m.in. władze Niemiec do aktywniejszego wsparcia m.in. w kwestii broni, a także – jak w tym tygodniu - kandydatury do UE.

Udostępnij:

Tomasz Bielecki

Korespondent w Brukseli od 2009 r. z przerwami na Tahrir, Bengazi, Majdan, czasem Włochy i Watykan. Wcześniej przez parę lat pracował w Moskwie. A jeszcze wcześniej zawodowy starożytnik od Izraela i Biblii Hebrajskiej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne