0:00
0:00

0:00

Nad tym, jak walczyć z dezinformacją, zastanawiają się naukowcy na całym świecie. Dotychczas wypracowali dwie metody przeciwdziałania:

  • prebunking, czyli zapobieganie rozpowszechnianiu dezinformacji przed jej pojawieniem się w infosferze;
  • oraz debunking, znany powszechnie jako fact-checking, a więc ujawnianie fałszu w już rozpowszechnionym przekazie.

Metody są, ale mimo to zagrożenie dezinformacją wcale nie maleje. W czym więc tkwi problem?

Grupa polskich naukowców Uniwersytetu Warszawskiego pod kierunkiem prof. Przemysława Sadury postanowiła to zbadać i eksperymentalnie sprawdzić, która z tych metod działa lepiej. Jednocześnie zbadano tak zwaną „dietę informacyjną” Polaków oraz ich podatność na dezinformację. Wyniki opublikowano w styczniu. Raport nosi wiele mówiący tytuł: „Wiem, że to manipulacja, ale i tak się denerwuję”.

Na pierwszy rzut oka ustalenia polskich naukowców mogą budzić niepokój.

Dowiedli bowiem, że żadna znana dziś metoda zwalczania dezinformacji nie jest w pełni skuteczna.

Zanim jednak zaczniemy się martwić, przyjrzyjmy się bliżej samemu zagrożeniu.

„Wirusowe” problemy

Dezinformacja ma charakter wirusowy, dlatego można ją sobie wyobrażać jako specyficznego „wirusa poznawczego”. Ponieważ niemal każdy ma osobiste doświadczenie w zwalczaniu chorób wirusowych (choćby takich jak grypa, opryszczka czy koronawirus), szybko zauważy, że związane z nimi problemy pasują także do zjawiska dezinformacji.

Wyliczmy te najważniejsze:

  1. Wirus łatwo się rozprzestrzenia między ludźmi, a także mutuje, czyli przekształca się w nowe formy, co utrudnia walkę z nim.
  2. Szczepionkę antywirusową trzeba regularnie modyfikować, żeby uwzględnić zmutowane postacie wirusa. To sprawia, że nie da się zaszczepić raz na całe życie.
  3. Nawet najlepsza szczepionka nie chroni w pełni przed zachorowaniem, ale po zaszczepieniu ewentualną infekcję przechodzimy łagodniej.
  4. Najczęściej nie ma leków zwalczających wirusa, dlatego leczymy objawy i czekamy, aż organizm sam sobie poradzi z chorobą.
  5. Poza szczepionką przez zachorowaniem najlepiej chroni profilaktyka, dzięki której nasz organizm jest w dobrej kondycji psychofizycznej.

I choć powyższe punkty dotyczą wirusów komórkowych, te „poznawcze” funkcjonują podobnie. Żeby podjąć skuteczną walkę z dezinformacją, musimy wiedzieć, czy obecnie stosowana „szczepionka” przeciw dezinformacji spełnia funkcję ochronną oraz jak działają znane „leki objawowe”. I tym właśnie zajęli się naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego.

Co naprawdę działa?

Badacze podczas eksperymentu wykorzystywali treści dotyczące ETS2, czyli nowego Europejskiego Systemu Handlu Emisjami, który ma wejść w życie w 2027 r. Celem ETS jest ograniczenie emisji. Temat ten, jak niemal wszystkie kwestie klimatyczne, generuje dużą liczbę fake newsów. Było więc co badać.

Przeczytaj także:

W pierwszej części eksperymentu badani oglądali filmy. Jeden zawierał fałszywe przekazy, a drugi wyjaśniał wykorzystane w tym pierwszym materiale metody dezinformacji. W zależności od grupy badawczej zmieniano moment wyświetlania drugiego materiału. Raz był on pokazywany uczestnikom przed nagraniem z dezinformacją (wtedy pełnił funkcję prebunkingu), w innych przypadkach pokazywano go później – i wówczas odgrywał rolę debunkingu.

„Główny wniosek z eksperymentu można podsumować następująco: efekty nie były spektakularne, ale debunkingi działały lepiej niż prebunkingi”

– tak naukowcy podsumowali pierwszą część eksperymentu.

To dość zaskakujący wynik. Od kilku lat wśród osób zajmujących się badaniem dezinformacji panuje przekonanie, że reagowanie z wyprzedzeniem na fałszywe przekazy, jeszcze zanim te staną się popularne w infosferze, jest skuteczną metodą walki z fake newsami (choć nie zawsze możliwą do zrealizowania). To właśnie tak rozumiany prebunking uznawano za właściwą „szczepionkę”, czy, jak częściej mówią naukowcy, metodę inokulacji, chroniącą przed dezinformacją.

Paradoksalny efekt

Jeśli prebunking to szczepionka, debunking, a więc reagowanie już po wystąpieniu dezinformacji, można porównać do leczenia objawowego. Od jakiegoś czasu wśród ekspertów ma on gorsze notowania, ponieważ często nie działa. A jednak w polskim eksperymencie wykazano, że

to właśnie ta metoda przyniosła lepsze rezultaty – choć też nie zawsze była skuteczna.

Ku zaskoczeniu samych naukowców szybkie dostarczenie informacyjnego „leku na objawy”, zaraz po pojawieniu się dezinformacji, dało skutek paradoksalny. Wydawało się, że jeśli badani obejrzą dwa filmy, jeden po drugim, najpierw ten z fake newsami, a potem drugi, który wyjaśnia, że informacje w pierwszym filmie były fałszywe, badani nie uwierzą w dezinformację. A wtedy ich poparcie dla ETS2 nie zmieni się, w porównaniu do poparcia przed emisją filmów. Może nawet wzrośnie? Wyniki były jednak inne. Okazało się, że w takiej sytuacji poparcie dla ETS2 wśród badanych wyraźnie… spadło.

„Uczestnicy zostali zaskoczeni dwoma sprzecznymi przekazami w krótkim czasie, co mogło wywołać dezorientację” – tak tłumaczą ten efekt naukowcy. I dodają, że ostatecznie debunking zadziałał, a poziom poparcia się wyrównał. Tyle że

potrzebny był czas, by badani mogli otrząsnąć się ze stanu dezorientacji.

Inaczej było, gdy osoby biorące udział w eksperymencie najpierw zobaczyły film z fałszywymi informacjami, a dopiero tydzień później obejrzały ten drugi, wyjaśniający użyte metody dezinformacji. Wtedy efekt debunkingu okazał się najlepszy. Drugi materiał zatrzymał negatywny trend, a dezinformacja straciła moc. Tyle że efekt był krótkotrwały.

„Szczepionka” potrzebuje czasu

Sprawdzono też dokładnie działanie „szczepionki”, czyli prebunkingu. W tym przypadku badani najpierw oglądali film uprzedzający o możliwości wystąpienia dezinformacji, a potem ten z fałszywymi danymi. Kiedy uczestnicy eksperymentu dostawali „szczepionkę” razem z dezinformacją (czyli oglądali jeden film po drugim), nie zaobserwowano efektów ochronnych prebunkingu. Natomiast gdy dwa filmy dzielił od siebie tydzień – ochrona się pojawiła. Najwyraźniej ta

„poznawcza szczepionka” na dezinformację także potrzebowała czasu, by zadziałać i by mózg zdążył wytworzyć swoiste „przeciwciała” na fake newsy.

Niestety, ten efekt nie dotyczył wszystkich form dezinformacji, a tylko tych, które zostały użyte w danym przekazie. To dokładnie tak jak z typowymi, medycznymi szczepionkami przeciwko chorobom wirusowym – działają na znaną postać wirusa, ale już nie na wirusa, który zmutował.

Przy okazji okazało się, że prebunking spełnia dodatkowe funkcje: chroni nie tylko przed wiarą w fałszywy przekaz, ale też przed odczuwaniem chaosu informacyjnego, wypalenia, irytacji, a nawet przed wzrostem niepewności.

Jak więc walczyć z dezinformacją?

„Nie ma jednej najlepszej interwencji. Wybór strategii powinien zależeć od kontekstu, celów (…), grupy docelowej i horyzontu czasowego” – odpowiedzieli autorzy badania. – „Prawdopodobnie najlepszą metodą jest połączenie kilku podejść, czyli z jednej strony uczulanie na dezinformację (prebunking), z drugiej obalanie konkretnych mitów (precyzyjny debunking)”.

A więc niezbędne jest działanie wielotorowe, a nie jednorazowy strzał.

Pierwotny mechanizm

Niska, przyznajmy wprost, skuteczność obu metod przeciwdziałania dezinformacji, wykazana przez naukowców, każe postawić kolejne pytania. Otóż widać wyraźnie, że w tych metodach czegoś brakuje. Z moich doświadczeń – analityczki i trenerki, zajmującej się problemem dezinformacji już prawie dziesięć lat – wynika, że ów błąd tkwi w nieuwzględnieniu źródła oddziaływania dezinformacji na człowieka.

Otóż powodem, dla którego zagrożenie to jest tak poważne i jednocześnie tak zakaźne, są emocje.

Pierwsza reakcja każdego człowieka na docierające do niego informacje to reakcja emocjonalna, a nie analityczna i odwołująca się do wiedzy. Tak działa automatyczny mechanizm poznawczy, którego celem jest przetrwanie. Od początku istnienia gatunku homo sapiens jesteśmy przystosowani do tego, by błyskawicznie ocenić, czy jakaś informacja jest dla nas ważna z perspektywy życia i śmierci. Od tej umiejętności przez tysiąclecia zależało ludzkie bezpieczeństwo.

Człowiek pierwotny (i nie tylko), jeśli źle odczytał dane, zareagował za późno na pierwsze symptomy zagrożenia, często ginął. Dlatego mechanizm poznawczy został skonstruowany tak, by informacje najpierw „skanować” emocjonalnie, a dopiero potem, jeśli jest czas i sprzyjają temu okoliczności, analizować intelektualnie.

Emocje na manowcach

Ten mechanizm działa do dziś. Jednak żyjemy w czasach, gdy na co dzień borykamy się z nadmiarem newsów i ogromnym chaosem informacyjnym. Dlatego emocjonalne skanowanie informacji często zwodzi nas na manowce. Jednocześnie brakuje nam przestrzeni, by nad każdą informacją głęboko się zastanawiać. Prowadzi to do łatwego ulegania dezinformacji.

Osoby, które świadomie manipulują i upubliczniają fałszywe przekazy, wiedzą, że

ludzie zwracają uwagę przede wszystkim na newsy wywołujące strach, niechęć, wstręt i zagrożenie.

Starają się więc tak konstruować swoje treści, aby jak najsilniej poruszyć odbiorców. W ten sposób fake newsy i manipulacje rozchodzą się szeroko i bez przeszkód.

Co z tego wynika dla szukania metod walki z fałszywkami? Przede wszystkim to, że metody oparte na wiedzy będą zawsze miały niską skuteczność. Potrzebujemy dotrzeć do źródła, a więc zaopiekować się emocjami i kondycją psychiczną odbiorców informacji. Dopiero wtedy będziemy mogli skutecznie zwalczać dezinformację.

Mówiąc najprościej: spokojny człowiek nie uwierzy od razu w bulwersującego newsa, lecz chwilę się nad nim zastanowi i zweryfikuje podstawowe rzeczy.

Osoba zestresowana, pobudzona, będzie na każdy informacyjny bodziec reagować gwałtownie, nie zostawiając sobie czasu na namysł. A to jest pożywką dla fake newsów.

„Sociale to bzdury, ale wszystko tam jest”

Doskonale pokazała to druga, jakościowa część opisywanego badania. Naukowcy rozmawiali z czternastoma osobami, a każda z nich prowadziła też dodatkowe obserwacje. Dzięki temu sprawdzono między innymi jak Polacy konsumują informacje. Potwierdzono po raz kolejny, że dziś o tym, co się dzieje na świecie, dowiadujemy się z internetu. Sieciowe materiały to aż 70-99 procent wszystkich przekazowe, jakie do nas codziennie docierają. Przy czym źródłami najczęściej wcale nie są wiarygodne portale newsowe czy stacje radiowe online, lecz platformy społecznościowe.

Jak ujęła to jedna z badanych: „Sociale to bzdury, ale wszystko tam jest”. Media tradycyjne – radio, telewizja – pełnią dziś rolę tła. A zapotrzebowanie na zaangażowanie i silne emocje zaspokajają właśnie internetowe platformy.

„Siedzę ze smartfonem, scrolluję, czytam, a telewizja gdzieś tam sobie gra” – opowiadała uczestniczka badania.

Inny uczestnik przyznał, że o tym, co się dzieje na świecie, dowiaduje się z… memów. Opowiadał: „To może głupie, ale bardzo często po prostu widzę coś śmiesznego i nagle mówię: <A o co chodzi?>, i dochodzę do źródła. Ewentualnie słucham radia lub śledzę różne grupy na Facebooku, tam często ktoś coś poleci i sobie to wtedy oglądam.”

„Badani deklarują wysokie zaufanie do mediów tradycyjnych (telewizja, znane portale), ale te stanowią ułamek ich codziennej diety informacyjnej.

Ufamy mediom, których nie oglądamy, wiedzę czerpiemy z tych, którym nie ufamy” – podsumowali autorzy raportu.

„I tak się denerwuję”

Naukowcy analizowali także, czy badani weryfikują informacje, które do nich docierają. Deklaracje były budujące – wszyscy zapewniali, że zawsze sprawdzają newsy przed udostępnieniem, a nawet, że weryfikują je w kilku źródłach. Co więcej – rzeczywiście potrafili to zrobić. W czasie eksperymentu, a więc w warunkach laboratoryjnych, znakomicie rozróżniali choćby treści neutralne od krzykliwych nagłówków, za którymi mogła kryć się dezinformacja.

„W codziennej praktyce wygląda to zupełnie inaczej” – stwierdzili jednak naukowcy. –

„Większość nie weryfikuje informacji wcale, a jeśli już to robią, to powierzchownie i selektywnie.

Na przeszkodzie stają: brak czasu – najczęściej wymieniana bariera; w warunkach presji czasu i deficytu uwagi weryfikacja wymaga wysiłku przekraczającego ich siły – i zmęczenie informacyjne.”

W efekcie laboratoryjnie wykazywane umiejętności weryfikowania informacji nie wystarczały, by nie ulegać fałszywym przekazom. Doskonale było widać, że silniejsze okazują się emocje niż wiedza. Jak to ujęła uczestniczka badania: „Wiem, że to manipulacja, ale i tak się denerwuję”.

Wypaleni informacyjnie

„To, że badani rozpoznają »czerwone flagi«, nie znaczy, że im nie ulegają. Kiedy je identyfikują, emocjonalne reakcje są już uruchomione. Nawet jeśli wiedzą, że to clickbait, algorytmy już dostarczyły im kolejną dawkę treści dostosowanych do ich lęków i frustracji” – podkreślają naukowcy.

Konsekwencją może być apatia, bezradność czy wręcz wypalenie informacyjne. Część badanych przeszła nawet na „detoks” od newsów, tak trudne było dla nich poradzenie sobie z nadmiarem tego rodzaju bodźców.

W trakcie badania dowiedziono także, że grupą wiekową najbardziej podatną na dezinformację były… osoby młode.

Prawdopodobnie wynika to z faktu, że młodzi nie mają jeszcze ugruntowanych poglądów, a ich opinie łatwo zmieniają się pod wpływem przekazów medialnych. A te w ich przypadku pochodzą niemal wyłącznie z platform społecznościowych. Silniej na dezinformację reagowały też kobiety, a prebunking i debunking chroniły je słabiej niż mężczyzn.

Chodzi o proste nawyki

Co wynika z naukowego eksperymentu? Badacze pokusili się o stworzenie listy rekomendacji, adresowanych przede wszystkim do instytucji, zajmujących się systemowym przeciwdziałaniem dezinformacji. Na pierwszym miejscu znalazła się edukacja, w tym rozwijanie praktycznych umiejętności, a nie tylko przekazywanie wiedzy. Zaraz za nią – budowanie zdrowych nawyków.

Takie zautomatyzowane, rutynowe działania mogą stanowić świetną osłonę przed nadmiernie emocjonalną reakcją na informację.

Z mojej praktyki wynika, że chodzi o proste rzeczy. Zdrowym nawykiem w tym zakresie może być:

  • szybka, podstawowa weryfikacji newsów,
  • sprawdzanie kontrowersyjnych informacji na portalach fact-checkingowych,
  • robienie sobie krótkiej przerwy przed rozpowszechnieniem emocjonalnej informacji (aby opadły emocje i wróciło krytyczne myślenie).

Do tego warto dołożyć: dbanie o odpoczynek (także od przestrzeni cyfrowej) i kondycję psychiczną, a także obniżanie poziomu stresu w swoim życiu. Choć brzmi to dość banalnie, przynosi konkretne, pozytywne efekty.

Rób… mniej

Naukowcy podkreślili w raporcie, że potrzebne są także długoterminowe kampanie społeczne i stworzenie łatwych, szeroko dostępnych narzędzi do weryfikacji przekazów.

I chociaż większość tych zaleceń zaadresowano do decydentów i instytucji, część z nich może wdrożyć każdy indywidualnie. Taka profilaktyka jest w zasadzie podobna do profilaktyki antywirusowej, o jakiej przypominamy sobie co roku jesienią. Wtedy lekarze powtarzają: szczepienie, więcej witamin, więcej ruchu, unikanie osób zarażonych i adekwatne do pogody ubieranie się.

W przypadku dezinformacji zalecenia opierają się raczej o hasła „mniej” i „wolniej”:

  • Wolniej reaguj na newsy,
  • Daj sobie czas na krytyczne ich odczytanie,
  • Ogranicz liczbę godzin spędzanych na scrollowaniu,
  • Rozpowszechniaj mniej informacji i tylko te, które zostały potwierdzone.

Czy to trudne? Teoretycznie nie. A jednak… łatwo nie jest.

Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z raportu: „Wiem, że to manipulacja, ale i tak się denerwuję” Polacy w epoce dezinformacji, Fundacja Pole Dialogu, autorzy: Przemysław Sadura, Przemysław Gliński, Bartosz Matyja, Tomasz Oleksy, Anna Pruszyńska, Anna Wnuk.

;
Na zdjęciu Anna Mierzyńska
Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.

Komentarze