0:000:00

0:00

Prawa autorskie: fot. Robert Kuszyński / OKO.pressfot. Robert Kuszyńsk...

6 marca 2023 Rzecznik Praw Obywatelskich poinformował o podjęciu interwencji w głośnej sprawie odebrania syna antyrządowej aktywistce Angelice Domańskiej. Przypomnijmy, że kobieta w mediach społecznościowych, pod jednym postów policji napisała, że jako matka Brunona, dziecka z niepełnosprawnością, codziennie ma myśli o "samobójstwie rozszerzonym". "To nie takie proste zmusić się do życia" - pisała.

Tego samego dnia policja zabrała ją do szpitala Bielańskiego w Warszawie na badania psychiatryczne. Lekarze nie stwierdzili powodów do hospitalizacji. Uznali, że jej stan "kategorycznie przeczy zamiarom samobójczym". Mimo to sąd, na wniosek policji, zdecydował o umieszczeniu jej pięcioletniego syna z głębokim autyzmem i wadą serca w pieczy zastępczej.

Przeczytaj także:

Kobieta może stracić opiekę nad Brunonem na długie miesiące. Twierdzi, że ona i jej rodzina - Angelika samotnie wychowuje też 17-letnią córkę - padli ofiarą prześladowań politycznych. Chłopiec, w orzeczeniu o niepełnosprawności, ma zapis o całkowitej niezdolności do samodzielnej egzystencji, ze wskazaniem na całodobowego opiekuna. Ale - jak relacjonuje matka - w domu dziecka, w którym przebywa, na dziewiątkę dzieci są trzy opiekunki. Angelika Domańska ma prawo do codziennych wizyt, ale trwających zaledwie godzinę.

Teraz RPO sprawdzi, czym kierował się sąd, wydając decyzję o umieszczeniu dziecka w pieczy zastępczej, oraz czy warunki, w których przebywa chłopiec, odpowiadają jego indywidualnym potrzebom. O szczegółach sprawy rozmawiamy z naczelnikiem wydziału prawa rodzinnego BRPO, Michałem Kubalskim.

Anton Ambroziak, OKO.press: Sprawa wywołuje duże emocje: niektórzy mówią o nękaniu aktywistki, inni o zasadnej interwencji w obronie dziecka. Jak pan ocenia działanie służb?

Michał Kubalski: Nie mamy jeszcze oficjalnej odpowiedzi od sądu, dlatego mogę opierać się tylko na doniesieniach medialnych. Moim zdaniem sama treść wpisu w mediach społecznościowych jak najbardziej uzasadnia podjęcie działań sprawdzających.

Co to znaczy?

Sąd rodzinny w takich sytuacjach ma za zadanie zweryfikować, czy dziecku faktycznie zagraża niebezpieczeństwo. Uważam, że samo zainteresowanie służb było zasadne. Natomiast można mieć wątpliwości co do formy podjętych działań.

Nie da się pominąć politycznego kontekstu sprawy. Nie wiemy, czy miał on jakikolwiek wpływ na to, w jaki sposób działały policja i sąd - RPO będzie to sprawdzać.

Chcemy też przyjrzeć się temu, dlaczego dziecko zostało skierowane do pieczy zastępczej, pomimo pozytywnej opinii lekarzy psychiatrów o stanie zdrowia matki.

Wniosek policji do sądu rodzinnego wpłynął już po badaniu lekarskim, gdy wiadomo było, że nie ma powodów do hospitalizacji. Ale sąd twierdzi, że wydając decyzję miał tylko informację o stanie zdrowia małoletniego. Czy to znaczy, że policja zataiła wyniki badania aktywistki przed sądem? Nie powinna o tym poinformować?

Nie wiemy, jak wyglądał ten proces – to właśnie będziemy chcieli ustalić. Niezawisły sąd, wydając decyzję w każdej sprawie, w tym tak delikatnej, musi oczywiście mieć dostęp do wszelkiej uzyskanej i istniejącej dokumentacji. Niezawisły sąd ma też prawo do własnej oceny zebranego materiału – oceny, z którą nie zawsze musimy się zgadzać.

W tej sytuacji równie ważne jest pytanie,

dlaczego dziecko zostało skierowane do pieczy instytucjonalnej, a nie rodzinnej.

Od ponad 10 lat, od daty wejścia w życie ustawy z 9 czerwca 2011 roku o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, żaden pięciolatek nie powinien trafiać do placówki. Na mocy przepisów tej ustawy do placówek mogą trafiać dzieci powyżej 10. roku życia. W drodze absolutnego wyjątku, jeśli do placówki typu interwencyjnego trafi dziecko poniżej 10. roku życia, „zostaje niezwłocznie przeniesione do jednej z rodzinnych form pieczy zastępczej” – to cytat z samej ustawy.

Rzecznik jest świadomy, że w Polsce dramatycznie brakuje rodzin zastępczych, szczególnie takich, które są gotowe na przyjęcie dzieci z niepełnosprawnościami. Do tego dochodzi problem rejonizacji - powiaty są niechętne przyjmowaniu do „naszych” rodzin zastępczych nie „naszych” dzieci, czyli z innego powiatu. Za to dyrekcja domu dziecka nie ma właściwie wyboru i musi przyjąć każde dziecko „z interwencji”.

To nie znaczy, że powinniśmy usprawiedliwiać takie decyzje. Chodzi przecież o pięcioletnie dziecko, które ma szczególne potrzeby. I tu dochodzimy do ostatniej kwestii, czyli warunków bytowych dziecka w placówce. Trzeba sprawdzić, czy chłopiec ma zapewnioną rehabilitację fizyczną, a także opiekę psychologiczną, której potrzebuje. Rzecznik skierował pytania w tych kwestiach do kierownictwa placówki, w której został umieszczony małoletni Bruno.

Wiele osób zastanawia się, gdzie jest granica interwencji państwa.

Jestem przekonany, że w takich sytuacjach najważniejsze jest skoncentrowanie się na dziecku. W pierwszej kolejności oznacza to jego zabezpieczenie. Zarzut dotyczył de facto groźby zabójstwa. Nie lubię określenia "samobójstwo rozszerzone", gdyż znika w tym określeniu ofiara zabójstwa. Wolę mówić o samobójstwie połączonym z zabójstwem. Oczywiście, każda interwencja państwa może być emocjonalnie trudna dla dziecka i opiekuna. Dlatego forma pomocy powinna być dostosowana do ich indywidualnych potrzeb.

W tej konkretnej sytuacji sąd mógłby rozważyć np. szeroki dostęp matki do dziecka. Skoro podjął decyzję o umieszczeniu chłopca w placówce, mógł dopuścić także w trybie zabezpieczenia do dłuższych, kontrolowanych wizyt. W ten sposób wykluczyłby podstawowe zagrożenie - kontakt odbywa się pod nadzorem lub w obecności pracowników, a jednocześnie emocjonalne skutki umieszczenia dziecka w placówce są łagodniejsze.

Pojawił się zarzut, że w takich sprawach polskim sądom brakuje wrażliwości.

Polskie sądownictwo rodzinne ma wiele problemów systemowych. Jednym z podstawowych jest długotrwałość postępowań. W tej sytuacji interwencja została podjęta bardzo szybko i sprawnie. I co? I też źle. Mam problem z wypowiadaniem się w ten sposób o działalności sądów i sędziów. Niestety są oni często "chłopcami do bicia". Albo nie zareagują wystarczająco szybko i słyszmy: "Gdzie był sąd?", albo zareagują bardzo szybko i pojawia się pytanie: "Jak można odebrać rodzicom dziecko?".

Musimy pamiętać, że sądy rodzinne z mocy prawa nie mogą udzielać kompleksowych, wyczerpujących informacji o postępowaniach, które prowadzą. Muszą kierować się dobrem osób, których sprawy dotyczą, dlatego jawność postępowania jest w sprawach rodzinnych najczęściej wyłączona. Odpowiadanie w tej sytuacji na zarzuty w mediach tradycyjnych, czy społecznościowych jest w zasadzie niemożliwe. Postępowania rodzinne zawierają najbardziej wrażliwe i osobiste dane.

Nie można nimi handlować, by przekonać do siebie opinię publiczną.

Mówi pan o systemowych problemach sądownictwa rodzinnego.

Poza przewlekłością postępowań system ma kilka słabych ogniw. Na opinie opiniodawczych zespołów sądowych specjalistów, w zależności od regionu, można czekać od kilku tygodni, do kilku miesięcy. Wielu obywateli, także w pismach do RPO, skarżyło się, że nie ma pełnego wglądu w proces opiniowania, a więc nie może dyskutować z wnioskami biegłych.

Wciąż nie doczekaliśmy się też jednolitej ustawy o zawodzie biegłego sądowego. W skład takich zespołów na pewno muszą wchodzić psychologowie, szczególnie dziecięcy, ale nie mamy też de facto wdrożonej w życie ustawy o zawodzie psychologa. Zawód może pełnić każdy, kto skończył kierunek psychologiczny. Nie powstał samorząd zawodowy psychologów, zatem nie ma żadnego wewnętrznego ciała, które może sprawować nadzór nad ich pracą, a więc i wyciągnąć odpowiedzialność zawodową. Gdy w zasadzie dowolna osoba zostaje biegłym, można mieć wątpliwości co do jej ekspertyzy. I koło się zamyka.

Jaki model ochrony dzieci jest najlepszy? W Polsce największym straszakiem są rozwiązania z skandynawskie, gdzie państwa mają szerokie uprawnienia i często podejmują decyzje w sytuacjach, które - z punktu widzenia naszej średniej - wydają się "przesadzone".

Nie da się przenieść żadnego indywidualnego modelu na nasz grunt, bo każdy system powinien działać w oparciu o konkretną rzeczywistość społeczno-prawną. To, co w jednym państwie jest akceptowane, w innym może być uznane za działanie uderzające w obywateli, rodziny czy dzieci. Przy tym nie chodzi mi o akceptację przemocy w rodzaju „tradycyjnych form karcenia”, bo to jest niedopuszczalne. Raczej o to, że model oparty w założeniach na szerokiej współpracy obywateli i organów państwa może się w naszym społeczeństwie, delikatnie mówiąc, nie sprawdzić. Trzeba więc szukać różnych rozwiązań.

Anna Krawczak, badaczka dzieciństwa na Uniwersytecie Warszawskim, od lat podnosi konieczność monitorowania spraw, w których doszło do samobójstwa dziecka, czy zaniedbania dziecka prowadzącego do jego śmierci [red. - Mechanizm analizy śmiertelnych przypadków krzywdzenia dzieci, ang. Serious Case Review]. Takie postępowania powinni być dokładnie prześwietlane, by system był coraz bardziej skuteczny w zapobieganiu takim sytuacjom.

To znaczy, że dziś nie wyciągamy wniosków z tragedii?

Moim zdaniem idziemy cyklem: od tragedii do tragedii.

Możemy dyskutować, czy zmiany legislacyjne napędzane są nieszczęśliwymi incydentami. Nie udaje nam się na pewno iść drogą prewencji. Zatrzymujemy się na reagowaniu, a po jakimś czasie temat „przysycha”.

Przykład? Temat kontaktu małoletnich z rodzicami. Gdy kilka lat temu na warszawskim Bemowie w domu zabaw, mimo obecności kuratora, rodzic zabił swoje dziecko, a następnie siebie, w mediach zawrzało. Do tej tragedii w ogóle może by nie doszło, gdyby ktoś wysłuchał kuratorów sądowych, którzy od lat alarmowali, że ich obecność w trakcie wizyt jest niewystarczająco uregulowana. Kurator może bowiem nadzorować wykonywanie władzy rodzicielskiej, ale przy kontakcie ma być tylko "obecny", co nie jest jasne tak dla rodziców, jak i kuratorów. Wielu z nich nie wie, czy mogą przerwać kontakt, kierując się dobrem dziecka. Nie wiedzą, czy taka interwencja jest zgodna z prawem, gdy dochodzi do przemocy werbalnej, psychicznej, czy powinni przerwać spotkanie tylko, gdy pojawia się przemoc fizyczna. Niektórzy to robią, inni nie, a jeszcze inni robią, ale boją się konsekwencji.

Kiedyś dziecko było jednoznacznie biologiczną własnością rodzica. W takim rozumieniu każda interwencja państwa w życie rodzinne jest niepożądana. Czy ta mentalność się zmienia?

Coraz silniej przebijają się głosy o konieczności podmiotowego traktowania dziecka i zmiany myślenia w kategoriach „władzy rodzicielskiej” na myślenie o „odpowiedzialności rodzicielskiej”.

W systemie prawa rodzinnego widać to w dyskusji o roli wysłuchania dziecka. Z badań Instytut Wymiaru Sprawiedliwości sprzed kilku lat wynikało jednak, że w tej kwestii sądy nie mają jednolitego postępowania. Spotkałem się na przykład z aktami sądowymi, w których

protokół wysłuchania sześciolatki był podpisany chwiejną rączką tego dziecka.

Może to był wynik dobrego podejścia sądu: luźnego, zabawowego i podmiotowego podejścia, a może był to wynik nadmiernego formalizmu, wymagającego potwierdzenia wypowiedzianych słów nawet od kilkulatka.

Czyli wciąż są sprawy, w których dziecko nie zabiera głosu?

Czasami, tak. Są też różne szkoły myślenia. Niektórzy uważają, że sąd powinien mieć bezpośredni kontakt z dzieckiem - jego rolą jest wszak zadawanie pytań i wysłuchanie. Inni uważają, że kontakt powinien odbywać się za pośrednictwem specjalistów, szczególnie psychologów dziecięcych, by dodatkowo nie traumatyzować małoletnich.

Mimo że dziś system nie działa idealnie, wydaje mi się, że zmienia się w dobrą stronę. Tylko dzieje się to za wolno i w sposób fragmentaryczny, nierozwiązujący problemów systemowych.

;

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i usługach publicznych.

Komentarze