10 września 2022

Dlaczego Polki i Polacy uważają, że warto bić dzieci? Mają siedem argumentów. Sprawdzamy wszystkie

Wielu Polaków akceptuje stosowanie kar cielesnych wobec dzieci i używa argumentów, które są nieprawdziwe, nienaukowe i zwyczajnie szkodliwe. Mają one swoje korzenie w przeszłości i dawnych zapatrywaniach na wychowanie w szkole i w domu.

Mało kto pamięta, że Rzeczpospolita Obojga Narodów uchodzi za pierwszy kraj, który oficjalnie zakazał stosowania kar cielesnych wobec uczniów. W „Ustawach Komisyi Edukacyi Narodowej dla stanu akademickiego i na szkoły” w 1783 roku stwierdzono mianowicie, że nauczyciel „Kary nie na przykrościach na ciele zakładać będzie, ale na umartwieniu umysłu”.

Wcześniej dzieci mógł bezkarnie i dotkliwie karcić praktycznie każdy dorosły, nie tylko nauczyciele. Nawet z zakazem z 1783 roku różnie jednak bywało, bo funkcjonowały też przepisy z nim sprzeczne, a na dodatek po kilkunastu latach i po III rozbiorze Polska znikła z mapy Europy.

W szkołach zaborców kary cielesne jeszcze długo miały się dobrze, podobnie zresztą jak w większości krajów. Z czasem przyzwolenie na takie praktyki jednak gasło. Podobnie rzecz się miała ze stosowaniem kar fizycznych pod rodzinnym dachem. Dziś są de iure zabronione, jednak de facto nadal stosowane. Jakie argumenty mieli i mają zwolennicy kar fizycznych?

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Po pierwsze: Jako rodzic mam prawo

W powszechnym mniemaniu matka i ojciec najlepiej wiedzą, co jest dobre dla ich pociech. Także prawo mówi o władzy rodzicielskiej, jaką sprawują wobec swojego małoletniego dziecka. Z jednej strony państwo nie powinno się więc wtrącać w życie rodzinne, a z drugiej winno dbać, by rodzic miał odpowiedni instrumenty wychowawcze.

Jednak władza dorosłych nad dziećmi nie oznacza, że mają prawo robić z nimi wszystko, co tylko wyda im się przydatne i słuszne.

„Nikt nie może być poddany torturom ani okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu i karaniu. Zakazuje się stosowania kar cielesnych” – mówi art. 40 Konstytucji RP z 1997 roku. Także nowelizacja kodeksu rodzinnego i opiekuńczego z 2010 roku stwierdza, że rodzice i opiekunowie dzieci nie mogą stosować takich kar. W przestrzeganiu tego miała pomóc ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie z 2005 roku.

Przeczytaj także:

A jednak trzy lata temu aż 42 proc. Polaków przyznało w sondażu SW Research dla serwisu Rp.pl, że akceptuje stosowanie klapsów. O jeden procent mniej ankietowanych był przeciwnego zdania, zaś pozostali pozostawali niezdecydowani. Temat stosowania kar fizycznych wobec dzieci wciąż rozgrzewa Polaków do czerwoności.

Bicie, byle z umiarem, dziecku nie zaszkodzi. Rodzicom wydaje się gwarancją zakończenia dyskusji z dzieckiem oraz zapobiegnięcia dalszej eskalacji przemocy werbalnej lub fizycznej.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

Po drugie: Tyłek nie szklanka

Zwolennicy argumentują, że bicie, byle z umiarem, dziecku nie zaszkodzi. Na przykład wspomniany klaps – według definicji słownikowej „uderzenia dłonią na płask, najczęściej w pośladki” – może się wydawać stosunkowo niegroźny. Podobnie jak łagodne pociągnięcie za ucho, prztyczek czy uszczypnięcie.

A zarazem wydają się one dla zmęczonych i sfrustrowanych rodziców gwarancją zakończenia dyskusji z dzieckiem oraz zapobiegnięcia dalszej eskalacji przemocy werbalnej lub fizycznej.

Mimo to raport z akcji Global Initiative to End All Corporal Punishment z 2013 roku jednoznacznie wskazuje jak bezsensowne jest cielesne karanie dzieci.

Może doprowadzić do uszkodzeń ciała, powodować kłopoty zdrowotne, wywoływać szkody psychiczne, zaowocować wzrostem zachowań agresywnych i aspołecznych, hamować rozwój intelektualny dzieci oraz niszczyć ich relacje z rodzicami.

Także analizy międzynarodowej grupy naukowców opublikowane w ubiegłym roku w renomowanym czasopiśmie medycznym „The Lancet” (Physical punishment and child outcomes: a narrative review of prospective studies, w: The Lancet, nr 398, 24 lipca 2021) wskazują, że kary fizyczne nie poprawiają zachowania, tylko je pogarszają, a na dodatek szkodzą rozwojowi dzieci.

Po trzecie: Klaps to nie bicie

Kiedy w 2005 roku w Sejmie trwała debata nad projektem ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, ówczesny poseł PiS poseł Tadeusz Cymański alarmował: „To próba dekompozycji i demontażu polskiej rodziny. Przecież czasem ten klaps, ten właśnie klaps... Na zakaz używania zgody nie ma i nie będzie! I od tego wara!”.

W 2019 roku ten sam polityk w programie „Fakty po Faktach” w TVN24 stwierdził: „Biorę w obronę rodziców, którym zdarzy się czasem stracić panowanie”. Przyznał, że sam kiedyś dał klapsa przewijanemu dziecku. „Nie powiem, że to jakaś recepta. Można się ze mną nie zgadzać, ale proszę o szacunek jako do ojca, który wychował piątkę dzieci” – podsumował swój punkt widzenia.

Trudno zresztą dziwić się jego opinii, skoro nieco wcześniej sam rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” argumentował: „Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym bicie. Przez wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc”.

O wartości klapsa przekonywał też prof. Zbigniew Stawrowski, filozof polityki z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W 2016 roku na łamach „Rzeczpospolitej” przekonywał: „Jest on usprawiedliwiony miłością rodzicielską i obowiązkiem rodziców, by wspierali swe dzieci w stopniowym dorastaniu, aż do momentu, gdy w sposób samodzielny i odpowiedzialny będą same potrafiły kierować swoją wolnością. Wsparcie to polega również na tym, by, kiedy jest to niezbędne, dawać swoim dzieciom jasny sygnał, że pewne zachowania są absolutnie niedopuszczalne.

Klaps nie jest żadnym znęcaniem się nad dzieckiem – znęcanie jest czymś zupełnie innym i nie ma nic wspólnego ani z miłością, ani z wychowaniem.

Właściwie rozumiany klaps jest raczej symbolicznym wyrazem najgłębszej miłości i najlepiej pojętego odpowiedzialnego wychowania w sytuacjach granicznych, wyjątkowych i najtrudniejszych wychowawczo”.

Krytycy wskazują, że przyjęcie takiego stanowiska łatwo mogłoby prowadzić do nadużyć. Jak bowiem określić dopuszczalną siłę i miejsce uderzenia oraz częstotliwość kary? Z jakiej odległości należałoby udzielać klapsów? Przez ubranie czy na gołe ciało? Niemożliwe byłoby określenie jakiegoś standardu i przestrzeganie go. Wszystko byłoby więc w rękach rodziców.

Po czwarte: Sam byłem bity i żyję

„Chłopaki czasem dają w kość, ale nie uderzyłem ich. Jednak sam z estymą wspominam to, że dostałem od ojca w tyłek” – mówił we wspomnianym wcześniej wywiadzie o swoich doświadczeniach jako ojca i syna rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak.

Bez wątpienia taki argument jest popularny wśród rodaków. Zwłaszcza, że nasi dziadkowie wychowywani byli na książkach typu „Staś Straszydło. Złota różdżka. Czytajcie dzieci, uczcie się, jak to niegrzecznym bywa źle” niemieckiego lekarza Heinricha Hoffmanna.

Książka ta została wydan w języku polskim najpierw na początku XX wieku w zaborze rosyjskim, a potem w niepodległej już II RP – równo sto lat temu. Różdżka w podtytule nie odnosiła się do magicznego przyrządu, lecz rózgi do bicia znanej z popularnego wierszyka z jezuickiego elementarza „Kolęda dla małych dziatek” (1830):

Różdzką Duch Święty Dziateczki bić radzi,

Różdzka bynajmniej zdrowiu nie zawadzi,

Różdzka popędza rozumu do głowy,

Uczy paciorka, a broni złej mowy.

Różdzka Rodzicom posłusznymi czyni,

Krnąbrne dziateczki w powolne odmieni.

Zwolennicy kar cielesnych mogą się nawet powoływać na postacie historyczne, które pomimo lania zrobiły karierę. Na przykład król Kazimierz Jagiellończyk, pogromca Krzyżaków w wojnie trzynastoletniej, nakazywał surowo wychowywać swoich synów: Władysława II (przyszły król Czech i Węgier), Kazimierza (święty), Jana Olbrachta (król Polski), Aleksandra (król Polski), Zygmunta (król Polski) i Fryderyka (prymas).

„Gdy cudzoziemcy przypadkiem weszli w progi mieszkania królewiców, pierwszą rzeczą, która ich uwagę na się zwracała, była uległość uczniów dla swoich mistrzów. Tak poważany nauczyciel mógł w razie potrzeby nawet do bolesnych uciec się środków. Gdy bywało lament dzieci karanych dolatywał uszu królewskich, mawiał ojciec uradowany: »Niech płaczą! Nie masz dla mnie milszej muzyki nad płacz moich dzieci pod rózgą nauczycielską«. Toteż nie tylko łzy, lecz i głód i mróz i wszelkie trudy ręczne, nie były obce wychowankom królewskim“ – opisywał praktyki na dworze jagiellońskim XIX-wieczny historyk Karol Szajnocha w swoich „Szkicach historycznych”.

Tyle że, gdyby potraktować to poważnie, wychowanie dziecka należałoby zamienić w istny obóz survivalowy. I za nic mieć to, co mówi np. współczesna psychologia.

Po piąte: Nowinki są złe

Dzieci lano w „przydatnych” i „słusznych” celach od tysięcy lat. W starożytnym Egipcie edukowano je według maksymy „Uszy chłopca są na jego plecach – słyszy, gdy się go bije“.

Kija używali też nauczyciele w starożytnej Grecji. U Spartan wychowywanym do bycia wojownikami chłopcom towarzyszył państwowy urzędnik oraz tzw. „nosiciel bicza”, gotów go użyć w razie potrzeby.

Dochodziło nawet do takich patologii, że chłopcy rywalizowali w świątyni, który z nich zniesie więcej batów. Tym ostatnim Spartanie popisywali się prawdopodobnie już w czasach dominacji rzymskiej, gdy ich własna potęga była przeszłością. Rzymianie – pomimo apeli niektórych myślicieli i polityków, np. Katona Starszego – sami nie stronili od kar cielesnych, więc byli pod wrażeniem.

O podejściu do bicia w średniowieczu tak pisał lekarz i społecznik Gustaw Doliński w pracy „Jak u nas chowano dzieci?“ (1899): „Bat i rózgi odgrywały w domowemu wychowaniu wielką rolę. Ojciec św. Wojciecha rózgi nie żałował. Rózgę i trzciny przyjęły wieki średnie od Rzymian… Istniało nawet przekonanie, że dziecko, które nie odebrało za przewinienia swoje za życia należnej kary, nie znalazło po śmierci wiecznego odpoczynku, jeśli dodatkowo na zwłokach nie wykonano jego zaniedbanej kary”.

Biorąc pod uwagę, jak długa jest tradycja stosowania kar cielesnych wobec dzieci, rezygnacja z nich wydawała się konserwatystom „nowinką”. W XVIII i XIX wieku postępowe prądy i pomysły były tłumione przez pruski dryl, carski zamordyzm i oschłą wiktoriańską moralność.

A jednak nowe idee wybijały się na fali krytyki ponurej rzeczywistości zindustrializowanych społeczeństw, zaprzęgających do pracy nawet dzieci. Swoje zrobił również rozwój nauk psychologicznych w XX wieku, jak też pojawienie się kontrkultury czy spopularyzowanie skandynawskich pomysłów wychowawczych.

Zwolennicy stosowania kar fizycznych – zwykle związani ze środowiskami konserwatywnymi – uważali i uważają nowe idee za wymysły lewicowców, chcących zniszczyć odwieczny „naturalny” porządek świata, ewentualnie jajogłowych naukowców, niemających pojęcia o życiu.

Konserwatyści w Polsce argumentowali wręcz, że zakaz bicia doprowadzi do stworzenia pokolenia „dewiantów wychowywanych bezstresowo”. Czym jednak innym wychowanie bez stresu, a czym innym – bez przemocy.

Przeczytaj także:

Po szóste: Czy dzieci zasługują na więcej?

Warto zwrócić uwagę, że przez wieki coś takiego jak prawa dzieci w praktyce nie istniało. W starożytności porzucano je i sprzedawano w niewolę. W średniowieczu traktowano jak „małych dorosłych”, a więc nie mogły za bardzo liczyć na specjalne względy. Choć wierzono wtedy w niewinność dziecięcą, podkreślaną przez skojarzenie z Dzieciątkiem Jezus, kolejne prądy to zmodyfikowały.

Na przykład protestancki ideolog Jan Kalwin uważał, że dzieci nie są niewinne, bo rodzą się z grzechem pierworodnym i mają naturalną tendencję do zła, chyba że zostaną odpowiednio ukierunkowane. Najczęściej odbywało się to siłą, przy użyciu kar.

Także w szkołach zakonnych, jak widać na przykładzie wierszyka „Różdżką Duch Święty Dziateczki bić radzi”, nie żałowano dzieciom razów w imię ochrony duszy przed grzechem.

Mimo rozwoju psychologii, jeszcze w XX-wiecznych Stanach Zjednoczonych krnąbrnych małoletnich zakuwano w dyby i wystawiano na publiczne szyderstwa. „Przestępca taki musi przez pewien czas zawisnąć na przyrządzie, podobnym do szubienicy, z głową i rękoma włożonemi w otwory, silnie zaciśnięte. Przy tej egzekucyi jest również obecny lekarz. Amerykanie są przekonani, że kary cielesne, zwłaszcza publiczne, są znacznie skuteczniejsze, aniżeli kary więzienia. Bardzo możliwe, że mają i racyę” – donosił w fotoreportażu o więzieniu w amerykańskim Wilmington dziennikarz krakowskich „Nowości Illustrowanych” 13 stycznia 1906 roku.

Podejście do dzieciństwa jako odrębnego – pięknego, ale i wymagającego uwagi opiekunów – etapu życia, mającego swoje szczególne prawa, upowszechniło się właściwie dopiero w ostatnich stu latach.

Po siódme: Religia mi nakazuje

Przewijające się już wcześniej nawiązania do religii nie są przypadkowe. I nie chodzi tylko o to, że przez stulecia edukacja i wychowanie pozostawały w rękach duchownych. Religijne nakazy dyktowały też, co mają myśleć wszyscy rodzice i nawet świeccy nauczyciele. W Biblii skarbnicą takich porad jest Księga Przysłów.

Czytamy w niej m.in.: „Nie kocha syna, kto rózgi żałuje, kto kocha go – w porę go karci" (Prz 13,24); „W sercu chłopięcym głupota się mieści, rózga karności wypędzi ją stamtąd” (Prz 22,15), „Karcenia chłopcu nie żałuj, gdy rózgą uderzysz – nie umrze. Ty go uderzysz rózgą, a od Szeolu [piekła] zachowasz mu duszę” (Prz 23,13-14).

Dlatego nie dziwi wydarzenie z 2015 roku, gdy kontrowersje wywołał papież Franciszek, przywołując przykład pewnego ojca. Miał on stwierdzić, że musi czasem sprawić dzieciom lanie, jednak nigdy nie bije ich po twarzy, ponieważ to by je poniżyło. Papież uznał, że to piękna postawa, świadcząca o poszanowaniu godności dzieci.

Również przez podobne słowa tak trudno jest Polakom zrezygnować z bicia.

Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Adam Węgłowski

Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne