0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: FOT . Agencja GazetaNIESZKA SADOWSKA / Agencja Wyborcza.plFOT . Agencja Gazeta...

W maju 2026 roku wejdzie w życie nowelizacja Standardu Organizacyjnego Opieki Okołoporodowej. Zgodnie z jej zapisami, rodzące będą mogły – przynajmniej w teorii – liczyć m.in. na nieprzerwany, co najmniej dwugodzinny kontakt skóra do skóry z noworodkiem; możliwość spożywania posiłków podczas porodu (dotychczas wcale nie było to takie oczywiste!) czy większe wsparcie w karmieniu piersią.

Zmianie nie ulegną natomiast zapisy związane z porodami domowymi. Rodzenie poza szpitalem w asyście położnej – choć bezpieczne i powszechnie praktykowane w wielu europejskich krajach – zdaje się nadal nie leżeć w gestii zainteresowań Ministerstwa Zdrowia.

Przeczytaj także:

Poród w domu nie jest nieodpowiedzialny

Podkreślmy: planowe porody domowe są w Polsce legalne. Każda ciężarna ma prawo wybrać miejsce, w którym będzie rodzić i – jeśli nie ma ku temu przeciwwskazań – wcale nie musi być to szpital.

W Niderlandach nawet co piąta ciąża kończy się porodem domowym. W Wielkiej Brytanii NHS (brytyjski odpowiednik NFZ) zapewnia kobietom refundację porodu w warunkach domowych, w szpitalu, jak i centrach narodzin.

A w Polsce?

W Polsce rodzenie w domu jest dostępne jedynie dla wąskiej, uprzywilejowanej ekonomicznie grupy kobiet. Możliwość wyboru miejsca do porodu, choć zagwarantowana w ministerialnym rozporządzeniu, w przypadku decyzji o porodzie domowym wiąże się z koniecznością opłacenia takiego rozwiązania z własnej kieszeni. Koszty różnią się w zależności od regionu. W Warszawie i okolicach ceny oscylują w granicach 6-7 tysięcy złotych.

Jak komentuje doktor nauk o zdrowiu Agnieszka Szyszko-Perłowska, położna przyjmująca porody domowe od 12 lat: „Przepisy dotyczące porodów domowych są bardzo mało szczegółowe. Polskie prawo zapewnia kobiecie – przynajmniej w teorii – wybór miejsca porodu. Lekarz lub położna prowadząca ciążę powinna przedstawić pacjentce wszystkie możliwości – od szpitala przez dom narodzin, aż po poród domowy. W praktyce bywa z tym różnie”.

Ministerstwo Zdrowia nie planuje zmian

Zapytana, czy uważa refundację porodów domowych za dobry pomysł, dr Szyszko-Perłowska odpowiada: "To byłoby spełnienie marzeń nie tylko wielu położnych, ale przede wszystkim pacjentek. Obecnie już samo prowadzenie ciąży w polskich warunkach wiąże się z dużym nakładem finansowym. Lekarzy, którzy prowadzą ciąże na NFZ, nie jest wielu. Takich, którzy robią to rzetelnie, wzbudzają zaufanie i odpowiadają na potrzeby ciężarnych – jeszcze mniej.

Jeśli nie ma się odpowiednich zasobów finansowych, można znaleźć się w sytuacji, w której ta ciąża będzie prowadzona po prostu byle jak".

Tymczasem Ministerstwo Zdrowia w odpowiedzi na zadane przez OKO.press pytania przyznaje, że aktualnie nie są prowadzone prace mające na celu wprowadzenie finansowania porodów domowych ze środków publicznych.

Informuje, że w 2023 roku 1109 porodów w Polsce odbyło się w miejscu innym niż szpital i… izba porodowa. Dość zaskakujące rozgraniczenie, biorąc pod uwagę fakt, że ostatnia izba porodowa w naszym kraju została zamknięta w 2008 roku.

Co istotne – rządzący nie rozgraniczają w tych statystykach planowych porodów domowych od tych nagłych. Takie działanie może z kolei w niekorzystny sposób zniekształcać statystyki. W przypadku porodu odbywającego się poza szpitalem jedynie z przypadku – i bez asysty położnej – rośnie bowiem ryzyko komplikacji. To z kolei sprawia, że porody domowe wciąż są uważane za ryzykowne. I koło się zamyka.

Dr Szyszko-Perłowska komentuje: „Nie potrafię zrozumieć, dlaczego jest taki opór ze strony Ministerstwa Zdrowia. Dlaczego rządzący są w stanie zapłacić niejednokrotnie sporo większą kwotę za poród szpitalny, a jednocześnie nadal nie ma żadnych prac nad wprowadzeniem możliwości rodzenia w domu na NFZ. W innych krajach położne prowadzą ciąże od początku do końca, przyjmują porody w domach, a potem zapewniają kobietom kompleksową opiekę poporodową. W Polsce jesteśmy w tej kwestii daleko w tyle”.

Problemy z refundacją

Przyjmująca porody domowe położna Claudia Nil Atmaca, autorka podcastu „Porodnik” zauważa z kolei dwie strony medalu (braku) refundacji porodów domowych. Z jednej strony dostrzega potrzebę zapewnienia równego dostępu do opieki okołoporodowej wszystkim kobietom – niezależnie od ich sytuacji finansowej.

Z drugiej: obawia się, że w przypadku ujęcia porodów w domu w koszyku świadczeń gwarantowanych Narodowy Fundusz Zdrowia wyceniłby takie rozwiązanie nieadekwatnie nisko – ograniczając koszt porodu do roboczogodzin spędzonych w bezpośrednim kontakcie z pacjentką, a pomijając na przykład potrzebę kilkutygodniowej gotowości do pracy i związanej z nią konieczności dostosowania prywatnych planów pod pracę.

Opowiada: – „Tak naprawdę, nawet gdy fizycznie nie jest się w pracy, nadal ponosi się ogromną odpowiedzialność. Rola położnej domowej to nie tylko przyjęcie porodu. To też etap kwalifikacji, obserwacji wyników badań, ciągłości opieki. U mnie poród domowy kosztuje aktualnie 6 tysięcy złotych i jest to dosyć standardowa, rozsądna stawka w obecnych realiach. Być może częściowe dofinansowanie rodzenia w domu przez Narodowy Fundusz Zdrowia byłoby jakimś – nieidealnym, ale chociaż częściowym – rozwiązaniem”.

Indywidualne podejście

Dr Szyszko-Perłowska zaznacza: „Badania dowodzą, że odsetek powikłań przy porodach domowych i przy porodach szpitalnych jest bardzo podobny – zakładając oczywiście, że mówimy o zdrowej kobiecie w fizjologicznej ciąży”.

Podkreśla, że poród w domu może być (i jest!) bezpiecznym sposobem zakończenia ciąży pod warunkiem, że odbywa się z asystą położnej, a rodząca przejdzie uprzednio szczegółową kwalifikację. Położna dodaje: „Żadna z nas nie jest wróżką. Bazujemy na konkretnych danych – wynikach badań, historii położniczej danej pacjentki i – co istotne – obustronnej szczerości”.

Ekspertka tłumaczy: „Do tego wszystkiego trzeba podejść trochę zdroworozsądkowo, bo na przykład w przypadku cukrzycy ciążowej sama diagnoza niewiele nam mówi. Zupełnie inaczej patrzymy na pacjentki, które są w stanie cukrzycę ciążową utrzymać w ryzach bez leków – tylko za pomocą diety i aktywności, a inaczej patrzymy na kobiety, u których konieczne jest wdrożenie leczenia farmakologicznego. Albo takie, u których pojawia się większe ryzyko powikłań, jak dystocja barkowa, hipertrofia noworodka czy – później – problemy z utrzymaniem prawidłowego poziomu glikemii u dziecka”.

Podobnego zdania jest Claudia Nil Atmaca: „Granice są płynne i bardzo indywidualne. Zdarza się, że jedna położna dyskwalifikuje pacjentkę, która z inną położną bez problemu urodzi w domu. Ja też po latach pracy przyjmuję porody dziewczyn, których wcześniej w życiu bym nie zakwalifikowała, bo słyszałam, że takie są zasady. Teraz już wiem, że to zależy. Czasami wystarczy zrobić dodatkowe USG czy badania krwi, by wyjaśnić sytuację”.

Również w tym aspekcie dostrzega ryzyko utrudnień w przypadku wprowadzenia refundacji: "Co do zasady, porody w domu powinny być porodami z ciąż fizjologicznych z jakimiś ewentualnymi małymi odstępstwami.

Obawiam się, że gdyby rodzenie w domu było refundowane, ta elastyczność byłaby o wiele mniejsza, a lista kategorycznych przeciwwskazań dłuższa od listy przypadków, w których poród domowy byłby dozwolony.

Okazałoby się pewnie, że ostatecznie bardzo niewiele osób by się kwalifikowało i – paradoksalnie – zamiast ułatwień refundacja mogłaby ograniczyć dostęp do porodów domowych i związać części położnych ręce".

Co daje poród domowy?

Zapytana o to, co poród domowy oferuje kobietom, a czego nie otrzymają one w szpitalu, dr Agnieszka Szyszko-Perłowska wymienia kolejno: respektowanie planu porodu, poszanowanie godności, możliwość wyboru dogodnej pozycji w poszczególnych etapach porodu, intymność, nieprzerwany kontakt skóra do skóry i/lub kangurowanie przez ojca dziecka.

Te elementy, choć wynikają ze standardu opieki okołoporodowej, nadal nie we wszystkich szpitalach są respektowane.

Ekspertka zwraca uwagę na korzystny wpływ domowej flory bakteryjnej, braku pośpiechu i często zbędnych procedur. Zauważa, że rodzina decydująca się na poród domowy zapoznaje się ze swoją położną odpowiednio wcześniej, co pozwala omówić wszelkie szczegóły.

Dodaje: – „Położna niejako podąża za rodzącą; za jej potrzebami. Ma pod opieką tylko tę jedną kobietę, więc może się na niej skupić”.

Opowiada:

"Jak pacjentka w porodzie domowym czuje, że potrzebuje odpocząć, a jej skurcze słabną, to po prostu idzie na półgodzinną drzemkę, po której wracają jej siły i może urodzić na swoich zasadach.

W szpitalu w analogicznej sytuacji w najlepszym wypadku włącza się takiej kobiecie stymulację oksytocyną, a często diagnozowany jest brak postępu porodu, który staje się przyczyną cesarskiego cięcia”.

Claudia Nil Atmaca podkreśla z kolei: „Należy odróżnić chęć do rodzenia w domu od strachu przed rodzeniem w szpitalu. Sam strach przed szpitalem nie jest, moim zdaniem, dobrą motywacją do porodu domowego. Gdy ktoś podczas kwalifikacji mówi, że nie bierze pod uwagę scenariusza transferu w żadnej sytuacji, to nie jest to dobry znak. Musimy być w kontakcie z nauką i medycyną”.

Dr Agnieszka Szyszko-Perłowska zauważa: „Poród w domu nie jest porodem bez kontroli. Położne domowe są specjalistkami w swoim fachu. Sprawdzamy tętno płodu, obserwujemy parametry stanu ogólnego rodzącej. Jeśli mamy jakieś wątpliwości, wykonujemy zapis KTG. To pozwala nam odpowiednio zareagować w przypadku nieprawidłowości i – jeżeli zaistnieje taka potrzeba – zorganizować transfer do szpitala”.

Kto rodzi w domu?

Zapytana, kto tak naprawdę decyduje się na poród w domu, Claudia Nil Atmaca wymienia kilka często pojawiających się grup – osoby, którym nie po drodze z szeroko rozumianym systemem (w tym, mówiąc wprost, antyszczepionkowcy); ludzie religijni albo wręcz odwrotnie – wierzący tylko w naturę.

Jednak rodzenie w domu nie jest wyłącznie domeną antysystemowców. Część osób wybierających poród w warunkach domowych to kobiety, które mają za sobą doświadczenie porodu w szpitalu i wiedzą, że to nie dla nich.

Co istotne: niektóre dochodzą do takiego wniosku również po bardzo dobrych porodach szpitalnych – chcąc tym razem pójść o krok dalej w stronę braku medykalizacji.

Czasem pewnego rodzaju czynnikiem motywującym jest też chęć uniknięcia rozłąki ze starszym dzieckiem, które bawi się lub śpi w najlepsze w pokoju obok, albo po prostu bezpośrednio uczestniczy w narodzinach brata czy siostry.

Dr Agnieszka Szyszko-Perłowska zauważa, że o ile sporą część osób decydujących się na poród domowy stanowią kobiety – lub pary – podważające dorobek medycyny, o tyle dużo osób rodzących w domu ma za sobą wcześniejsze traumatyczne doświadczenia z porodów szpitalnych.

Zaznacza jednak, że w warunkach domowych rodzą też po prostu kobiety wiedzące, czego oczekują od tego wydarzenia. „Nie tylko antyszczepionkowcy czy zwolennicy teorii spiskowych” – podkreśla.

Brak zrozumienia w środowisku

Brak refundacji czy nieprecyzyjne przepisy nie są jednak jedynymi problemami związanymi z porodami domowymi. Położne decydujące się na obranie tej ścieżki niejednokrotnie spotykają się z brakiem zrozumienia również ze strony innych medyczek czy medyków – w tym położnych.

Claudia Nil Atmaca opowiada: „Położne domowe nie mają lekko w środowisku zawodowym. Najłatwiej dostrzec to w internecie. Każdego dnia pojawiają się komentarze oceniające i położne, i kobiety decydujące się na poród w domu. Możliwość pisania anonimowo dodaje takim komentatorom – również innym położnym – odwagi. Na żywo rzadko kiedy sobie na nią pozwalają. Sama usłyszałam jedynie kilka razy »No, odważna jesteś. Ja to bym się bała«. Przy czym słowo »odważna« nie było tu komplementem”.

Taki stan rzeczy ma wiele przyczyn. Nie bez znaczenia pozostaje tu wszechobecna medykalizacja zarówno ciąży, jak i samego porodu. Jak komentuje dr Agnieszka Szyszko-Perłowska:

„Pytania »A co, jeśli…?« zadają zazwyczaj osoby, które nigdy w życiu nie widziały naturalnego porodu – to znaczy nie tylko drogami, ale przede wszystkim siłami natury.

Nie dziwi mnie, że lekarze czy położne pracujące w szpitalach o III stopniu referencyjności obawiają się porodów domowych. Pewnie sama bym się ich obawiała, gdybym na co dzień przebywała w miejscu, w którym rodzi się masa dzieci z ciąż z powikłaniami. Jednak takie porody w domu się po prostu nie odbywają. A o ile z patologii fizjologii nie jesteśmy w stanie zrobić, o tyle fizjologię zbędną medykalizacją można bardzo łatwo zamienić w patologię".

Położne to samodzielne specjalistki

„Podstawą porodu domowego jest to, że działa w nim natura; że nie ma przymusu, nie ma farmakologii, nie ma zabiegów; nie ma tych wszystkich elementów, które mogą zaburzać jego przebieg i sprawić, że jedna patologia będzie wynikała z drugiej” – tłumaczy dr Szyszko-Perłowska.

To również wpływa na fakt, że sama refundacja – częściowa lub pełna – porodów domowych, choć z pewnością stanowiłaby krok w kierunku holistycznej, dopasowanej do potrzeb rodzących opieki okołoporodowej, nie rozwiązałaby wszystkich problemów.

Kluczową rolę odegrałoby również znalezienie odpowiednio dużej grupy położnych chętnych, by w takim systemie pracować. "W kwestii prowadzenia fizjologicznych porodów położne są samodzielne. Natomiast każda samodzielność wiąże się z wzięciem na barki odpowiedzialności. Nie każdy jest na to gotowy.

Nadal wiele położnych nie jest w stanie wyjść ze swoich przyzwyczajeń; pozwolić pacjentkom rodzić wertykalnie, zrezygnować z rutynowego nacinania krocza. Takie osoby kompletnie nie odnalazłyby się w porodach domowych.

To wynika trochę z systemu medycyny patriarchalnej, w której ta 20-30 lat temu rodząca nie miała nic do powiedzenia. Nikt nie pytał jej o zdanie. Miała nie dyskutować z lekarzami czy położnymi i koniec" – komentuje dr Szyszko-Perłowska.

Nadzieja w młodym pokoleniu położnych

Obie ekspertki dostrzegają nadzieję w młodym pokoleniu położnych. Claudia Nil Atmaca opowiada: „Sporo studentek mówi, że poszło na te studia z konkretnym planem przyjmowania porodów domowych. Jeszcze kilka lat temu takie deklaracje nie padały – a przynajmniej nie tak bezpośrednio. To może być interesująca zmiana”.

Agnieszka Szyszko-Perłowska dodaje z kolei: „Jest mnóstwo młodych położnych, które będąc na praktykach – szczególnie w dużych ośrodkach – widzą to, co się dzieje, a co nie powinno mieć miejsca i zgłaszają się do położnych przyjmujących porody domowe, pytając, czy mogą im asystować. Widzę to po swoich studentkach, które są zafascynowane opowieściami o rodzeniu w domu i zdają sobie sprawę, że to, co widzą na salach porodowych, często jest niezgodne ze standardem i że tak nie powinno się postępować”.

Atmaca zauważa, że o ile oficjalnie w polskim systemie kształcenia położnych nie ma praktyk zawodowych przy porodach w domu, o tyle wiele studentek i młodych położnych stara się zdobyć ten rodzaj doświadczenia na własną rękę – szukając zawodowych mentorek, którym mogą asystować w pracy.

Wspomina: „Sama byłam kiedyś w podobnym punkcie. Podczas studiów kompletnie nie widziałam się na sali porodowej. Gdy obserwowałam różnice między tym, co słyszałam na uczelni a tym, co widziałam w szpitalu, doszłam do wniosku, że moje podejście jest właśnie bardzo domowe. Ta myśl dojrzewała we mnie przez dłuższy czas; w międzyczasie pracowałam na innych oddziałach i w pewnym momencie poczułam, że jestem gotowa do wzięcia spraw w swoje ręce – dosłownie i w przenośni”.

Ministerstwo widzi to, co chce widzieć

Pracownicy ministerialnego biura komunikacji powtarzają, że przepisy dopuszczają możliwość wyboru przez kobietę miejsca porodu w warunkach szpitalnych lub pozaszpitalnych. Zaznaczają, że poród w warunkach pozaszpitalnych precyzują przepisy rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 16 sierpnia 2018 roku w sprawie standardu organizacyjnego opieki okołoporodowej (Dz.U. z 2023 r. poz. 1324).

Przepisy w tym zakresie zostały również odzwierciedlone w rozporządzeniu Ministra Zdrowia w sprawie standardu organizacyjnego opieki okołoporodowej.

W nowelizacji tego rozporządzenia doprecyzowano – jak zaznacza resort zdrowia – że podjęcie decyzji o porodzie w warunkach pozaszpitalnych musi być poprzedzone omówieniem czynników ryzyka. Leży to w kompetencjach osoby sprawującej opiekę nad ciężarną. Jej rolą jest również ustalenie sposobu postępowania w przypadku pojawienia się komplikacji. Informacje w tym zakresie powinny być odzwierciedlone w planie porodu.

A co z omówieniem czynników ryzyka związanych z rodzeniem w szpitalu? Co z kaskadą interwencji medycznych? Co z niepokojąco wysokim odsetkiem cesarskich cięć i równie niepokojącą liczbą nacięć krocza? Tych problemów Ministerstwo zdaje się nie widzieć.

;
Na zdjęciu Oliwia Gęsiarz
Oliwia Gęsiarz

Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

Komentarze