PiS na sztandary walki z układami i dziką reprywatyzacją w Warszawie bierze nieżyjącą działaczkę - walczącą o prawa lokatorów Jolantę Brzeską. Tajemnicę jej zagadkowej śmierci po pięciu latach jeszcze raz zbada prokuratura

„W jednej ze spraw związanych z reprywatyzacją mamy do czynienia z zabójstwem” – mówi szef PiS Jarosław Kaczyński. – „Sprawa Brzeskiej daje do myślenia. Efekty prowadzonego śledztwa wskazują, że mieliśmy do czynienia z rażącymi nieprawidłowościami. Jeżeli sprawę de facto zabójstwa, można było zamieść pod dywan, to również mogło tak być z nieprawidłowościami związanymi z reprywatyzacją” – dodaje minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Obaj politycy odnieśli się do sprawy Jolanty Brzeskiej przy okazji konferencji prasowej zwołanej w sprawie powołania komisji weryfikującej wszystkie przypadki reprywatyzacji w Warszawie. Zamknięte już niemal trzy lata temu śledztwo dotyczące śmierci Jolanty Brzeskiej miesiąc temu zostało podjęte na nowo na polecenie Zbigniewa Ziobry.

„Po analizie postępowania uznano, że ta sprawa była prowadzona w niewłaściwym kierunku. Na początku sprawa była kierowana w stronę samobójstwa Jolanty Brzeskiej. Niewątpliwie kierunkiem postępowania powinno być zabójstwo” – mówi OKO.press rzeczniczka prokuratury krajowej Ewa Bialik.

Zebraliśmy fakty na temat śmierci kobiety. Rozmawialiśmy z osobami, które pracowały przy tej sprawie i doskonale ją znają. Kilka z nich prosiło, ze względu na swoją pracę, o zachowanie anonimowości. Oto, co ustaliśmy.

Urodziła się w 1947 roku w Warszawie. Była córką Franciszka Krulikowskiego, który wraz z ojcem odbudowywał m.in. kamienicę przy ul. Nabielaka. W nagrodę rodzina dostała przydział mieszkania w odbudowanej kamienicy. Brzeska mieszkała tam kilkadziesiąt lat – od 1951 roku – zamieszkała z mężem, później córką Magda, która na świat przyszła w 1969 roku.



W 2006 roku kamienicę odzyskał Marek Mossakowski. Od tego momentu zaczął się dramat Brzeskiej i innych rodzin mieszkających przy Nabielaka. Nowy właściciel, chcąc pozbyć się lokatorów, podnosił czynsze. Mieszkańcy domu poddawali się i porzucali kamienicę. Brzeska walczyła, założyła Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. Opierała się podwyżkom czynszu, procesowała z nowym właścicielem.

Wyczerpany walką umiera mąż Brzeskiej. Ona też przegrywa – za niepłacony czynsz komornik zajmuje jej emeryturę, a ona sama dostaje nakaz eksmisji.

1 marca 2011 roku wychodzi z domu i już do niego nie wraca. Córka zgłasza zaginięcie. Nie wie jeszcze, że 1 marca w Lesie Kabackim znaleziono ciało kobiety. Zwłoki praktycznie nie mają twarzy, spalona jest górna część ciała.

Dopiero po kilku dniach skojarzono charakterystyczne okulary, które nosiła Brzeska z zawiadomieniem jej córki o zaginięciu matki.

Pierwsza wersja śledcza – samobójstwo

Przypadkowy przechodzień, który spacerował po okolicy, robiąc zdjęcia znalazł Jolantę Brzeską, gdy jej ciało wciąż płonęło. Przy zwłokach znaleziono płócienną torbę, a w niej m.in. klucze i okulary. Żadnych dokumentów. Skąd Brzeska wzięła się w środku lasu, kilkanaście kilometrów od domu?

Pies tropiący przeszedł jej śladami zaledwie kilkaset metrów. Dalej trop się urywał. Wiele wskazywało na to, że Brzeska, najpewniej żywa, została na Kabaty przywieziona. Policja nie znalazła jednak żadnego świadka, taksówkarza, który by ją wiózł. Nie było śladu ani na monitoringu, ani w komunikacji miejskiej.

„Było to dziwne, ale prokurator od razu przyjął wersję z samobójstwem. Jeszcze zanim było wiadomo, kim jest denatka” – mówi policjant znający tę sprawę.

„Może gdyby od razu pomyśleli, że to zabójstwo dziś byłoby inaczej. A tak… Wiadomo, inaczej zbiera się ślady, przesłuchuje świadków, gdy w grę chodzi zabójstwo. A inaczej, gdy ktoś sam sobie – mówiła w rozmowie z niżej podpisanym Magda Brzeska, córka Jolanty.



Brzeską widziano żywą ostatni raz o godz. 13:07 w banku. Wróciła do domu, wyjęła mięso na obiad. I zniknęła. Kilka dni później to mięso – tyle że już zepsute, a także dokumenty matki oraz torebkę, bez której kobieta nigdzie się nie ruszała, znajdzie w jej mieszkaniu córka.

„Mieliśmy problem  z mieszkaniem pani Brzeskiej, bo córka w nim posprzątała i nie dało się zrobić oględzin tego miejsca w takim stanie, w jakim opuściła je ofiara. Mogliśmy bazować tylko na tym, co opowiedziała nam córka” – wyjaśniał Paweł Wierzchołowski, były szef mokotowskiej prokuratury.

Wersja druga: zabójstwo

Policjant znający sprawę miał i ma wiele wątpliwości:

„Człowiek zdrowy, przytomny, w pełni władz umysłowych nie może spalić się tak, żeby nie krzyczeć. Brzeska nie miała poparzonych rąk, czyli nie próbowała się gasić, a to odruch.

A mimo to kobieta praktycznie spłonęła żywcem, sekcja zwłok wykazała poparzenia górnych dróg oddechowych. Płonęła i dusiła się dymem. Okrutna śmierć”.

Przy ciele znaleziono rozbitą butelkę, ale nie wiadomo, co zawierała. Początkowo przyjęto, że kobieta oblała się „substancja ropopochodną”. Tyle że ropę trudno jest podpalić, łatwiej zrobić to za pomocą benzyny czy nafty. Przyjęto, że Jolanta Brzeska oblała się ropą, później naftą i dopiero później podpaliła zapałką. Ale skąd miała łatwopalne płyny? Gdzie je kupiła? Dlaczego nie próbowała się odruchowo gasić?



Gdy kobieta paliła się w lesie, nieopodal młodzi ludzie urządzili grilla. Eksperyment procesowy wykazał, że gdyby Brzeska krzyczała z bólu, słyszeliby to. Sekcja nie wykazała także, by kobieta była pod wpływem alkoholu, leków lub narkotyków.

„Zakładaliśmy, że została może uderzona mocno w twarz i podpalona. Spalenie tkanek uniemożliwiło odkrycie obrażeń po ciosie” – mówi oficer policji.

Nie udało się także ustalić, co stało się z aparatem słuchowym Jolanty Brzeskiej. Szukano go nawet na aukcjach internetowych – ale bez skutku.

„Jeśli Brzeska wsiadła do czyjegoś samochodu, być może zrobiła to z własnej woli. Nikt nie widział sytuacji w pobliżu jej domu, by kobieta była siłą wciągana do pojazdu. Ale to też żaden dowód” – zaznacza nasz rozmówca z policji.

Komu zależało na jej śmierci? Od razu pojawiły się dwa nazwiska panów M., właściciela kamienicy i jego współpracownika, którzy próbowali wyrzucić ją z zajmowanego mieszkania. Ale obaj mieli alibi. Nie znaleziono dowodów na to, by kogoś wynajęli. Oni zresztą temu zaprzeczali.

Więc może jednak samobójstwo? Samospalenie jako forma ostatecznej determinacji w walce z tzw. łowcami kamienic? Albo wręcz przerzucenie na nich odpowiedzialności i upozorowanie zabójstwa?

Brzeska mogła mieć i takie powody. Ale po co popełniać ostentacyjne samobójstwo w środku lasu?

Kiedy w 2013 roku umarzano śledztwo w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej, prokuratorzy napisali, że „w zebranym materiale biegli nie znaleźli przesłanek, które przemawiałyby za tym, aby J. Brzeska miała wystarczające motywy do podjęcia decyzji o samobójstwie”, a sprawa została umorzona „w związku z wyczerpaniem się inicjatywy dowodowej” i wobec niewykrycia sprawców.

Córka kobiety nie złożyła zażalenia na tę decyzję.



Dziś prokuratorzy nadal nie mogą brać za pewnik żadnej hipotezy, choć ogromnie ciężko jest uwierzyć, że Jolanta Brzeska targnęła się na życie w tak okrutny sposób. Może dlatego Zbigniew Ziobro, mówiąc wprost o zabójstwie kobiety, zastrzega, że aby postawić kogoś przed sądem, potrzebne są dowody.

Trzeba wierzyć, że policja i prokuratura je znajdą, niezależnie od powodów, dla których sprawa Jolanty Brzeskiej znowu została otwarta.

współpraca Kamil Fejfer


Abonament na wolność słowa

Dziennikarz "Superwizjera" TVN


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym

Wiesz więcej? Skontaktuj się z zespołem śledczym OKO.press i przekaż nam swoje informacje [email protected]