0:00
0:00

0:00

04 stycznia 2026

„Dobrzy migranci z RPA”, czyli jak Trump robi z uprzywilejowanej większości ofiary

przeczytasz w 9 minut

W Ameryce trwa cichy zwrot: kraj, który zamyka granice przed Syryjczykami, Afgańczykami i obywatelami krajów Ameryki Łacińskiej, otworzył je szeroko dla białych Afrykanerów — przedstawianych dziś przez administrację Trumpa jako ofiary „rasowej dyskryminacji”. Ten afrykanerski wyjątek odsłania nową logikę polityki migracyjnej.

Google News
To selektywne współczucie, oparte nie na zagrożeniu życia, lecz na tożsamości, kolorze skóry i ideologicznym podobieństwie.

W ostatniej strzelaninie w Waszyngtonie, w której zginęło dwoje członków Gwardii Narodowej, jedną z ofiar była 20-letnia Sarah Beckstrom z Wirginii Zachodniej, biała dziewczyna z klasy robotniczej, czyli trzonu elektoratu Trumpa. Od razu stała się męczennicą prawicy. Sprawca to Rahmanullah Lakanwal.

Przyjechał do Stanów Zjednoczonych z Afganistanu w ramach programu Operation Allies Welcome, stworzonego z myślą o Afgańczykach współpracujących z Amerykanami podczas wojny. Wiadomość o tym uruchomiła reakcje administracji Trumpa i części republikanów, którzy zaczęli obwiniać Joe Bidena, twierdząc, że program nie powinien istnieć albo że administracja zbyt słabo weryfikowała jego beneficjentów.

Fakt pozostaje jednak faktem: śmierć Beckstrom to tragedia. Tymczasem pomoc, jakiej udzielali Afgańczycy objęci programem Operation Allies Welcome, ocaliła życie wielu amerykańskim żołnierzom — znacznie więcej niż jedno.

Drugi zarzut republikanów, że za tragedię odpowiada Biden, również nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Z programu skorzystało około 120 tysięcy osób; jeśli jedna z nich okazała się niebezpieczna, oznacza to skuteczność weryfikacji na poziomie ponad 99,999%. Poza tym, ze względu na łatwy dostęp do broni, w Stanach co chwilę zdarzają się podobne zbrodnie i popełniają je ludzie o wszelakich profilach etnicznych i demograficznych.

Znaleźli sobie wroga

W reakcji na wydarzenia ruszyła jednak lawina gestów ksenofobicznych i na nowo rogowała debata o imigracji. Dyrektor USCIS (Amerykańska Służba ds. Obywatelstwa i Imigracji) Joseph Edlow zapowiedział przegląd wszystkich zielonych kart wydanych osobom z „krajów budzących obawy” — czyli z niemal identycznej listy, którą administracja Trumpa określiła w 2020 roku: od Afganistanu, Czad i Libii, po Somalię, Laos, Togo i Wenezuelę.

View post on Twitter
Donald Trump poszedł dalej, zapowiadając całkowity zakaz imigracji z państw „Trzeciego Świata” — terminu przestarzałego i obraźliwego.

Wiceprezydent J.D. Vance, występując na wydarzeniu Turning Point USA, zdołał zamienić pytanie o terapię hormonalną w długi wywód o rzekomej „dzikości” rdzennych Amerykanów, którzy mieli praktykować „ofiary z dzieci”, i o tym, że Kolumb „uratował” ich, przynosząc chrześcijaństwo — mimo, że żadne plemię na ziemiach dzisiejszych USA nigdy nie składało ofiar z ludzi, a to Europejczycy byli w tej historii po pierwsze imigrantami, po drugie prawdziwymi przemocowcami.

Ktoś obsługujący w święto konto na X Ministerstwa Bezpieczeństwa Krajowego zamieścił wpis: „W to Święto Dziękczynienia nie ma miejsca przy stole dla najeźdźców”, co przy amerykańskiej historii osadnictwa brzmi jak naprawdę niesmaczny żart.

Senator Tommy Tuberville, jeden z najbardziej otwarcie bigoteryjnych polityków Partii Republikańskiej, wezwał do zakazu całej imigracji muzułmańskiej i deportacji muzułmanów już mieszkających w USA.

Poparli go inni republikanie — Mary Miller z Illinois i Chip Roy z Teksasu. Oczywiście istnieją grupy imigrantów wymagające dodatkowej weryfikacji, ale odmalowanie całej religii jedną aż tak grubą kreską nie jest żadną polityką — to wyłącznie odruch bigoterii.

W tym samym czasie Trump, zamiast ogłosić świąteczne życzenia, wygłosił w swoim medium społecznościowym pełną resentymentu tyradę.

Utrzymywał, że imigranci „zalewają kraj”, żyją z zasiłków i w krajach ojczystych siedzieli w więzieniach, należeli do gangów i pochodzą z „upadłych państw”. Twierdził, że odpowiadają za „społeczną dezintegrację Ameryki”, że Somalijczycy „przejmują Minnesotę”, a somalijskie zorganizowane milicje rzekomo polują na mieszkańców. Obraził gubernatora Tima Walza, nazywając go „poważnie upośledzonym”, i powtórzył teorię spiskową, jakoby związana z frakcją Alexandrii Ocasio-Cortez kongresmenka Ilhan Omar miała dostać się do USA nielegalnie, bo „poślubiła brata”, oraz że pochodzi z „zacofanego, przestępczego nie-państwa”.

Jego twierdzenia, jakoby większość Amerykanów urodzonych za granicą „żyła z socjalu” i ma za sobą wyroki nie ma żadnego oparcia w danych. O ironio to Trump jest osobą skazaną prawomocnym wyrokiem. Prezydent znów też dał do zrozumienia, że pragnie powrotu do Ameryki lat pięćdziesiątych — czyli, mówiąc otwarcie, chce uczynić Amerykę białą ponownie.

Dobry migrant z RPA

Tymczasem w ciągu ostatniego roku większość mediów i agencji przeoczyła, że obecny prezydent USA jedną grupę potencjalnych imigrantów jednak traktuje z empatią i szacunkiem, co stawia jego całą imigracyjną doktrynę w specyficznym świetle. 7 lutego Donald Trump podpisał dekret wykonawczy (executive order) zatytułowany Addressing Egregious Actions of the Republic of South Africa. Ogłosił w nim zawieszenie wszelkiej pomocy dla Republiki Południowej Afryki oraz wprowadził specjalny program przesiedleńczy dla Afrykanerów, określonych jako „ofiary rządowej dyskryminacji rasowej”.

Trump zarzuca rządowi w Pretorii, że nowa ustawa o wywłaszczeniach (Expropriation Act 13 z 2024 r.) umożliwia przejmowanie ziemi rolników afrykanerskich bez odszkodowania. W preambule dekretu stwierdza się, że przepisy te są częścią „serii działań rządu mających na celu likwidację równości szans w zatrudnieniu, edukacji i biznesie”, a towarzysząca im retoryka władz „podsyca przemoc wobec rasowo nieuprzywilejowanych właścicieli ziemskich”.

Dokument zawiera również zarzuty o charakterze politycznym. RPA miała – według Białego Domu – „zajmować wrogie stanowisko wobec Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników”, w tym „oskarżyć Izrael, a nie Hamas, o ludobójstwo przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości” oraz „nawiązać ożywione relacje handlowe, militarne i nuklearne z Iranem”.

Ministrowie spraw zagranicznych i bezpieczeństwa krajowego zostali zobowiązani do przygotowania planu, który pozwoliłby Afrykanerom uzyskać priorytet w ramach amerykańskiego programu przyjmowania uchodźców.

W praktyce dokument ten oznacza, że administracja Trumpa po raz pierwszy od dziesięcioleci uzależniła relacje dyplomatyczne z afrykańskim państwem nie tylko od jego polityki wewnętrznej, lecz także od stosunku wobec Izraela i zachodnich sojuszników. Jednocześnie wprowadziła uprzywilejowane traktowanie jednej grupy etnicznej w ramach programu uchodźczego, co wywołało gwałtowną debatę w Stanach Zjednoczonych i za granicą.

Biedni biali uchodźcy z Afryki

Dekret Trumpa stał się punktem wyjścia do jednej z najbardziej osobliwych decyzji polityki imigracyjnej w historii współczesnych Stanów Zjednoczonych. W marcu 2025 roku Departament Stanu poinformował o uruchomieniu programu „Mission South Africa”, w ramach którego rozpoczęto przyjmowanie białych Afrykanerów jako „uchodźców” z Republiki Południowej Afryki. Już pierwszego dnia do ambasady amerykańskiej w Pretorii wpłynęło kilka tysięcy zapytań.

W maju do Waszyngtonu przyleciała pierwsza grupa: 59 osób, witanych na lotnisku przez urzędników i kamery telewizyjne.

Wszyscy mówili po angielsku, część miała już krewnych w Stanach. MSZ USA podkreślał, że to o „ofiary dyskryminacji rasowej”, choć dane ONZ i Amnesty International temu przeczą. W istocie był to polityczny spektakl: pokazowy gest wobec konserwatywnego elektoratu, któremu Trump od lat obiecywał, że „będzie bronił prześladowanych chrześcijan i białych rolników”.

Administracja Trumpa potraktowała Afrykanerów jak szczególną kategorię uchodźców — ludzi o „bliskiej cywilizacyjnie kulturze”, którzy „łatwo zintegrują się z Ameryką”. To uderzające, bo w tym samym czasie zamknięto granicę dla Syryjczyków, Afgańczyków i Jemeńczyków uciekających przed wojną. W ten sposób pojęcie azylu, ugruntowane w prawie międzynarodowym, zostało rozciągnięte i odwrócone: z uniwersalnego prawa człowieka przekształcono je w przywilej dla białych chrześcijan, mówiących po angielsku.

Najbardziej symboliczny dla tej sprawy był moment majowej wizyty prezydenta RPA Cyrila Ramaphosy w Białym Domu. Trump pokazał mu zdjęcia i nagrania mające rzekomo dokumentować „ludobójstwo białych rolników”. Część materiałów, jak szybko ustalili dziennikarze, pochodziła z Demokratycznej Republiki Konga, inne z blogów o charakterze propagandowym. Ramaphosa, zachowując spokój, nazwał zarzuty „fałszywymi i obraźliwymi”.

Biała krzywda

Amerykańska polityka zagraniczna zaczęła posługiwać się kategorią „białej krzywdy” jako argumentem moralnym.

Afrykanerzy, potomkowie kolonizatorów i beneficjenci apartheidu, zostali przedstawieni jako pokrzywdzeni, a cały program – jako „gest humanitarny”. W rzeczywistości stał się on narzędziem w politycznej grze, której stawką jest nie pomoc uchodźcom, lecz ideologiczny przekaz: że chrześcijański Zachód powinien chronić sam siebie.

Jak zauważają eksperci z Harvard Kennedy School, administracja Trumpa nie działa tu z powodu braku możliwości przyjęcia uchodźców: przeciwnie, udowodniła, że potrafi uruchomić procedury w kilka tygodni, gdy tylko uzna to za politycznie wygodne. W przypadku Afrykanerów Stany Zjednoczone nie kierowały się kryterium zagrożenia życia czy łamania praw człowieka, lecz rasą i ideologią.

Polityka Białego Domu odsłania głębszy problem: system ochrony uchodźców został przekształcony z narzędzia ratowania najbardziej zagrożonych w instrument politycznego teatru. Dekret z 7 lutego 2025 roku przełamał dotychczasową zasadę bezstronności, zastępując ją selekcją opartą na tożsamości. Afrykanerzy stali się wyjątkiem w systemie, który równocześnie zamknął drzwi przed setkami tysięcy Kubańczyków, Wenezuelczyków czy Jemeńczyków. Jak podkreślają analitycy z Harvardu, przeszkodą nie są możliwości techniczne, lecz wyłącznie decyzja polityczna.

Władza zawłaszcza język ofiary

„Mission South Africa” tworzy niebezpieczny precedens: prawo azylowe staje się narzędziem propagandy, a kategorią uprzywilejowaną — nie najsłabsi, lecz ci, którzy przypominają wyborców Trumpa. W drugiej kadencji prezydenta imigracja przestała być kwestią liczb, a stała się kwestią symboli. Gest ma znikome znaczenie demograficzne, ale ogromne emocjonalne. Dla zwolenników Trumpa to moralny rewanż na epoce Obamy i Bidena, która rzekomo „rozmywała tożsamość Zachodu”.

Współczesna amerykańska polityka migracyjna przechodzi zatem przemianę zarazem subtelną i głęboko niepokojącą: nie chodzi już tylko o dominację i wykluczanie, lecz o zawłaszczenie języka ofiary przez grupę dominującą.

Na pierwszy rzut oka figura „prześladowanych białych rolników” wydaje się odwróceniem dotychczasowego porządku opowieści o krzywdach – w rzeczywistości jednak stanowi wyraz głębokiego zwrotu w retoryce nacjonalistycznej. Dawniej podstawą tej narracji było „my silni wobec innych”, dziś – „my skrzywdzeni, musimy reagować”.

Tak jak niegdyś ideologie imperialne i kolonialne wykorzystywały mit „cywilizacyjnej misji” Zachodu, który miał „nieść światło” i „podnosić” ludność podbitą, tak teraz ten sam Zachód chętnie obsadza się w roli „gnębionego”, któremu należy współczuć i którego trzeba ratować. W istocie mamy do czynienia z rewizją starego mitu: nie „biali najeźdźcy”, lecz „biali pokrzywdzeni”. Z narracją, zgodnie z którą zawiodła ich nie tylko światowa sprawiedliwość, lecz także instytucje własnego państwa. W połączeniu z radykalnym ograniczaniem przyjmowania uchodźców z krajów dotkniętych realnymi katastrofami humanitarnymi otrzymujemy efekt zarazem groteskowy i groźny. To system ochrony uchodźców przestaje być uniwersalnym wyrazem solidarności, a zaczyna pełnić funkcję narzędzia potwierdzającego własne przywileje i tożsamość.

Nowy nacjonalizm

To przesunięcie – z narracji „o innych” na narrację „o nas jako ofiarach” – tworzy przestrzeń, w której polityka migracyjna nie wyrasta już z lęku przed obcymi, lecz z lęku przed utratą pozycji.

A ten rodzaj niepokoju stanowi dziś fundament nowych ruchów nacjonalistycznych. Program skierowany do Afrykanerów nie jest więc wyjątkiem, lecz sygnałem: logika pomocy, ochrony i prawa została odwrócona. Widać to wyraźnie w idei „białej krzywdy”, która stała się jednym z kluczowych mitów propagandowych nowej prawicy, opisywanej choćby przez Sophie Bjork-James w analizach ruchów tożsamościowych.

Zresztą bigoteria Trumpa staje się momentami niemal satyryczna. Wystarczy przypomnieć sobie „Little Britain” i postać Marjorie Dawes, prowadzącej grupę wsparcia dla osób z otyłością.

Marjorie, jedna z najbardziej toksycznych bohaterek brytyjskiej komedii, regularnie udawała, że nie rozumie wypowiedzi jednej z uczestniczek, Brytyjki pochodzenia południowoazjatyckiego, mówiącej nienagannym angielskim. To miała być przesada, parodia protekcjonalnego rasizmu klasy średniej.

Donald Trump zachował się ostatnio dokładnie tak jak Marjorie, tylko że nie w skeczu, lecz na konferencji prasowej. Gdy zagraniczna dziennikarka zadała mu zrozumiałe, wyraźnie wypowiedziane pytanie, prezydent pozwolił sobie na komentarz w rodzaju: „ładny akcent, ale nie rozumiem, co pani mówi”. Sytuację próbowała ratować skonfundowana prokuratorka generalna Pam Bondi.

Nie był to zwykły nietakt czy gafa przywódcy, lecz gest całkowicie świadomy: demonstracja lekceważenia wobec „inności”, wobec głosu, który nie mieści się w jego anglosaskim, wyobrażonym idiomie „normalności”.

Ksenofobiczne widowisko i Janusz Waluś

Kiedy prezydent sygnalizuje, że problemem nie jest treść pytania, lecz akcent osoby, która je zadaje, odsłania prawdziwe fundamenty swojej polityki: nie chodzi już tylko o obronę granic, lecz o ich zaostrzanie — symboliczne, kulturowe, językowe. Ksenofobia nie skrywa się tu za retoryką bezpieczeństwa; staje się widowiskiem, w którym obcy głos nie zasługuje na wysłuchanie, a jedynie na napiętnowanie.

Warto zauważyć, że retoryka „białej krzywdy”, dziś tak wyrazista w Stanach Zjednoczonych, znajduje pewne echo także w polskiej debacie publicznej.

Postać Janusza Walusia, skazanego za zabójstwo Chrisa Haniego, działacza niepodległościowego i lidera walki o prawa czarnej większości w RPA, bywa przez część radykalnej prawicy przedstawiana nie jako sprawa kryminalna, lecz jako przykład rzekomej niesprawiedliwości dotykającej „białą mniejszość”. Taka interpretacja, choć marginalna, pokazuje, że także u nas mit „skrzywdzonego białego” może stać się wygodnym narzędziem narracyjnym, oderwanym od rzeczywistych proporcji i faktów.

Mechanizm ten przypomina, w zdeformowanej skali, amerykańskie opowieści o cierpieniu Afrykanerów. Nie chodzi o rzeczywistą pomoc, lecz o potwierdzenie własnej tożsamości poprzez selektywne współczucie.

Polska prawica nie postuluje przyjmowania Afrykanerów. Jednak pewna część jej komentatorów chętnie podziela opowieść o ich domniemanej wyjątkowej krzywdzie. To z kolei pokazuje, jak łatwo cierpienie konkretnej grupy — nawet tej posiadającej skomplikowaną historię udziału w systemie apartheidu — może zostać przekształcone w symboliczny argument polityczny.

W ten sposób zarówno w USA, jak i w Polsce pojawia się pokusa, by opuszczać uniwersalne ramy praw człowieka i solidarności. A zamiast tego kierować empatię wyłącznie ku „swoim”.

To nie jest jeszcze dominująca tendencja, ale sygnał ostrzegawczy: narracja, która uprzywilejowuje jednych, a innych wymazuje, prędzej czy później zaczyna uzasadniać działania polityczne oparte na selekcji, nie na zasadzie równości.

Na zdjęciu głównym – Trump w miejscu detencji migrantów na Florydzie Zwanym „Alligator Alcatraz”, 1 lipca 2025 r. Fot. ANDREW CABALLERO-REYNOLDS / AFP

Radosław Korzycki

Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.

Komentarze