W Ameryce trwa cichy zwrot: kraj, który zamyka granice przed Syryjczykami, Afgańczykami i obywatelami krajów Ameryki Łacińskiej, otworzył je szeroko dla białych Afrykanerów — przedstawianych dziś przez administrację Trumpa jako ofiary „rasowej dyskryminacji”. Ten afrykanerski wyjątek odsłania nową logikę polityki migracyjnej.
To selektywne współczucie, oparte nie na zagrożeniu życia, lecz na tożsamości, kolorze skóry i ideologicznym podobieństwie.
W ostatniej strzelaninie w Waszyngtonie, w której zginęło dwoje członków Gwardii Narodowej, jedną z ofiar była 20-letnia Sarah Beckstrom z Wirginii Zachodniej, biała dziewczyna z klasy robotniczej, czyli trzonu elektoratu Trumpa. Od razu stała się męczennicą prawicy. Sprawca to Rahmanullah Lakanwal.
Przyjechał do Stanów Zjednoczonych z Afganistanu w ramach programu Operation Allies Welcome, stworzonego z myślą o Afgańczykach współpracujących z Amerykanami podczas wojny. Wiadomość o tym uruchomiła reakcje administracji Trumpa i części republikanów, którzy zaczęli obwiniać Joe Bidena, twierdząc, że program nie powinien istnieć albo że administracja zbyt słabo weryfikowała jego beneficjentów.
Fakt pozostaje jednak faktem: śmierć Beckstrom to tragedia. Tymczasem pomoc, jakiej udzielali Afgańczycy objęci programem Operation Allies Welcome, ocaliła życie wielu amerykańskim żołnierzom — znacznie więcej niż jedno.
Drugi zarzut republikanów, że za tragedię odpowiada Biden, również nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Z programu skorzystało około 120 tysięcy osób; jeśli jedna z nich okazała się niebezpieczna, oznacza to skuteczność weryfikacji na poziomie ponad 99,999%. Poza tym, ze względu na łatwy dostęp do broni, w Stanach co chwilę zdarzają się podobne zbrodnie i popełniają je ludzie o wszelakich profilach etnicznych i demograficznych.
W reakcji na wydarzenia ruszyła jednak lawina gestów ksenofobicznych i na nowo rogowała debata o imigracji. Dyrektor USCIS (Amerykańska Służba ds. Obywatelstwa i Imigracji) Joseph Edlow zapowiedział przegląd wszystkich zielonych kart wydanych osobom z „krajów budzących obawy” — czyli z niemal identycznej listy, którą administracja Trumpa określiła w 2020 roku: od Afganistanu, Czad i Libii, po Somalię, Laos, Togo i Wenezuelę.
Donald Trump poszedł dalej, zapowiadając całkowity zakaz imigracji z państw „Trzeciego Świata” — terminu przestarzałego i obraźliwego.
Wiceprezydent J.D. Vance, występując na wydarzeniu Turning Point USA, zdołał zamienić pytanie o terapię hormonalną w długi wywód o rzekomej „dzikości” rdzennych Amerykanów, którzy mieli praktykować „ofiary z dzieci”, i o tym, że Kolumb „uratował” ich, przynosząc chrześcijaństwo — mimo, że żadne plemię na ziemiach dzisiejszych USA nigdy nie składało ofiar z ludzi, a to Europejczycy byli w tej historii po pierwsze imigrantami, po drugie prawdziwymi przemocowcami.
Ktoś obsługujący w święto konto na X Ministerstwa Bezpieczeństwa Krajowego zamieścił wpis: „W to Święto Dziękczynienia nie ma miejsca przy stole dla najeźdźców”, co przy amerykańskiej historii osadnictwa brzmi jak naprawdę niesmaczny żart.
Senator Tommy Tuberville, jeden z najbardziej otwarcie bigoteryjnych polityków Partii Republikańskiej, wezwał do zakazu całej imigracji muzułmańskiej i deportacji muzułmanów już mieszkających w USA.
Poparli go inni republikanie — Mary Miller z Illinois i Chip Roy z Teksasu. Oczywiście istnieją grupy imigrantów wymagające dodatkowej weryfikacji, ale odmalowanie całej religii jedną aż tak grubą kreską nie jest żadną polityką — to wyłącznie odruch bigoterii.
W tym samym czasie Trump, zamiast ogłosić świąteczne życzenia, wygłosił w swoim medium społecznościowym pełną resentymentu tyradę.
Utrzymywał, że imigranci „zalewają kraj”, żyją z zasiłków i w krajach ojczystych siedzieli w więzieniach, należeli do gangów i pochodzą z „upadłych państw”. Twierdził, że odpowiadają za „społeczną dezintegrację Ameryki”, że Somalijczycy „przejmują Minnesotę”, a somalijskie zorganizowane milicje rzekomo polują na mieszkańców. Obraził gubernatora Tima Walza, nazywając go „poważnie upośledzonym”, i powtórzył teorię spiskową, jakoby związana z frakcją Alexandrii Ocasio-Cortez kongresmenka Ilhan Omar miała dostać się do USA nielegalnie, bo „poślubiła brata”, oraz że pochodzi z „zacofanego, przestępczego nie-państwa”.
Jego twierdzenia, jakoby większość Amerykanów urodzonych za granicą „żyła z socjalu” i ma za sobą wyroki nie ma żadnego oparcia w danych. O ironio to Trump jest osobą skazaną prawomocnym wyrokiem. Prezydent znów też dał do zrozumienia, że pragnie powrotu do Ameryki lat pięćdziesiątych — czyli, mówiąc otwarcie, chce uczynić Amerykę białą ponownie.
Tymczasem w ciągu ostatniego roku większość mediów i agencji przeoczyła, że obecny prezydent USA jedną grupę potencjalnych imigrantów jednak traktuje z empatią i szacunkiem, co stawia jego całą imigracyjną doktrynę w specyficznym świetle. 7 lutego Donald Trump podpisał dekret wykonawczy (executive order) zatytułowany Addressing Egregious Actions of the Republic of South Africa. Ogłosił w nim zawieszenie wszelkiej pomocy dla Republiki Południowej Afryki oraz wprowadził specjalny program przesiedleńczy dla Afrykanerów, określonych jako „ofiary rządowej dyskryminacji rasowej”.
Trump zarzuca rządowi w Pretorii, że nowa ustawa o wywłaszczeniach (Expropriation Act 13 z 2024 r.) umożliwia przejmowanie ziemi rolników afrykanerskich bez odszkodowania. W preambule dekretu stwierdza się, że przepisy te są częścią „serii działań rządu mających na celu likwidację równości szans w zatrudnieniu, edukacji i biznesie”, a towarzysząca im retoryka władz „podsyca przemoc wobec rasowo nieuprzywilejowanych właścicieli ziemskich”.
Dokument zawiera również zarzuty o charakterze politycznym. RPA miała – według Białego Domu – „zajmować wrogie stanowisko wobec Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników”, w tym „oskarżyć Izrael, a nie Hamas, o ludobójstwo przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości” oraz „nawiązać ożywione relacje handlowe, militarne i nuklearne z Iranem”.
Ministrowie spraw zagranicznych i bezpieczeństwa krajowego zostali zobowiązani do przygotowania planu, który pozwoliłby Afrykanerom uzyskać priorytet w ramach amerykańskiego programu przyjmowania uchodźców.
W praktyce dokument ten oznacza, że administracja Trumpa po raz pierwszy od dziesięcioleci uzależniła relacje dyplomatyczne z afrykańskim państwem nie tylko od jego polityki wewnętrznej, lecz także od stosunku wobec Izraela i zachodnich sojuszników. Jednocześnie wprowadziła uprzywilejowane traktowanie jednej grupy etnicznej w ramach programu uchodźczego, co wywołało gwałtowną debatę w Stanach Zjednoczonych i za granicą.
Dekret Trumpa stał się punktem wyjścia do jednej z najbardziej osobliwych decyzji polityki imigracyjnej w historii współczesnych Stanów Zjednoczonych. W marcu 2025 roku Departament Stanu poinformował o uruchomieniu programu „Mission South Africa”, w ramach którego rozpoczęto przyjmowanie białych Afrykanerów jako „uchodźców” z Republiki Południowej Afryki. Już pierwszego dnia do ambasady amerykańskiej w Pretorii wpłynęło kilka tysięcy zapytań.
W maju do Waszyngtonu przyleciała pierwsza grupa: 59 osób, witanych na lotnisku przez urzędników i kamery telewizyjne.
Wszyscy mówili po angielsku, część miała już krewnych w Stanach. MSZ USA podkreślał, że to o „ofiary dyskryminacji rasowej”, choć dane ONZ i Amnesty International temu przeczą. W istocie był to polityczny spektakl: pokazowy gest wobec konserwatywnego elektoratu, któremu Trump od lat obiecywał, że „będzie bronił prześladowanych chrześcijan i białych rolników”.
Administracja Trumpa potraktowała Afrykanerów jak szczególną kategorię uchodźców — ludzi o „bliskiej cywilizacyjnie kulturze”, którzy „łatwo zintegrują się z Ameryką”. To uderzające, bo w tym samym czasie zamknięto granicę dla Syryjczyków, Afgańczyków i Jemeńczyków uciekających przed wojną. W ten sposób pojęcie azylu, ugruntowane w prawie międzynarodowym, zostało rozciągnięte i odwrócone: z uniwersalnego prawa człowieka przekształcono je w przywilej dla białych chrześcijan, mówiących po angielsku.
Najbardziej symboliczny dla tej sprawy był moment majowej wizyty prezydenta RPA Cyrila Ramaphosy w Białym Domu. Trump pokazał mu zdjęcia i nagrania mające rzekomo dokumentować „ludobójstwo białych rolników”. Część materiałów, jak szybko ustalili dziennikarze, pochodziła z Demokratycznej Republiki Konga, inne z blogów o charakterze propagandowym. Ramaphosa, zachowując spokój, nazwał zarzuty „fałszywymi i obraźliwymi”.
Amerykańska polityka zagraniczna zaczęła posługiwać się kategorią „białej krzywdy” jako argumentem moralnym.
Afrykanerzy, potomkowie kolonizatorów i beneficjenci apartheidu, zostali przedstawieni jako pokrzywdzeni, a cały program – jako „gest humanitarny”. W rzeczywistości stał się on narzędziem w politycznej grze, której stawką jest nie pomoc uchodźcom, lecz ideologiczny przekaz: że chrześcijański Zachód powinien chronić sam siebie.
Jak zauważają eksperci z Harvard Kennedy School, administracja Trumpa nie działa tu z powodu braku możliwości przyjęcia uchodźców: przeciwnie, udowodniła, że potrafi uruchomić procedury w kilka tygodni, gdy tylko uzna to za politycznie wygodne. W przypadku Afrykanerów Stany Zjednoczone nie kierowały się kryterium zagrożenia życia czy łamania praw człowieka, lecz rasą i ideologią.
Polityka Białego Domu odsłania głębszy problem: system ochrony uchodźców został przekształcony z narzędzia ratowania najbardziej zagrożonych w instrument politycznego teatru. Dekret z 7 lutego 2025 roku przełamał dotychczasową zasadę bezstronności, zastępując ją selekcją opartą na tożsamości. Afrykanerzy stali się wyjątkiem w systemie, który równocześnie zamknął drzwi przed setkami tysięcy Kubańczyków, Wenezuelczyków czy Jemeńczyków. Jak podkreślają analitycy z Harvardu, przeszkodą nie są możliwości techniczne, lecz wyłącznie decyzja polityczna.
„Mission South Africa” tworzy niebezpieczny precedens: prawo azylowe staje się narzędziem propagandy, a kategorią uprzywilejowaną — nie najsłabsi, lecz ci, którzy przypominają wyborców Trumpa. W drugiej kadencji prezydenta imigracja przestała być kwestią liczb, a stała się kwestią symboli. Gest ma znikome znaczenie demograficzne, ale ogromne emocjonalne. Dla zwolenników Trumpa to moralny rewanż na epoce Obamy i Bidena, która rzekomo „rozmywała tożsamość Zachodu”.
Współczesna amerykańska polityka migracyjna przechodzi zatem przemianę zarazem subtelną i głęboko niepokojącą: nie chodzi już tylko o dominację i wykluczanie, lecz o zawłaszczenie języka ofiary przez grupę dominującą.
Na pierwszy rzut oka figura „prześladowanych białych rolników” wydaje się odwróceniem dotychczasowego porządku opowieści o krzywdach – w rzeczywistości jednak stanowi wyraz głębokiego zwrotu w retoryce nacjonalistycznej. Dawniej podstawą tej narracji było „my silni wobec innych”, dziś – „my skrzywdzeni, musimy reagować”.
Tak jak niegdyś ideologie imperialne i kolonialne wykorzystywały mit „cywilizacyjnej misji” Zachodu, który miał „nieść światło” i „podnosić” ludność podbitą, tak teraz ten sam Zachód chętnie obsadza się w roli „gnębionego”, któremu należy współczuć i którego trzeba ratować. W istocie mamy do czynienia z rewizją starego mitu: nie „biali najeźdźcy”, lecz „biali pokrzywdzeni”. Z narracją, zgodnie z którą zawiodła ich nie tylko światowa sprawiedliwość, lecz także instytucje własnego państwa. W połączeniu z radykalnym ograniczaniem przyjmowania uchodźców z krajów dotkniętych realnymi katastrofami humanitarnymi otrzymujemy efekt zarazem groteskowy i groźny. To system ochrony uchodźców przestaje być uniwersalnym wyrazem solidarności, a zaczyna pełnić funkcję narzędzia potwierdzającego własne przywileje i tożsamość.
To przesunięcie – z narracji „o innych” na narrację „o nas jako ofiarach” – tworzy przestrzeń, w której polityka migracyjna nie wyrasta już z lęku przed obcymi, lecz z lęku przed utratą pozycji.
A ten rodzaj niepokoju stanowi dziś fundament nowych ruchów nacjonalistycznych. Program skierowany do Afrykanerów nie jest więc wyjątkiem, lecz sygnałem: logika pomocy, ochrony i prawa została odwrócona. Widać to wyraźnie w idei „białej krzywdy”, która stała się jednym z kluczowych mitów propagandowych nowej prawicy, opisywanej choćby przez Sophie Bjork-James w analizach ruchów tożsamościowych.
Zresztą bigoteria Trumpa staje się momentami niemal satyryczna. Wystarczy przypomnieć sobie „Little Britain” i postać Marjorie Dawes, prowadzącej grupę wsparcia dla osób z otyłością.
Marjorie, jedna z najbardziej toksycznych bohaterek brytyjskiej komedii, regularnie udawała, że nie rozumie wypowiedzi jednej z uczestniczek, Brytyjki pochodzenia południowoazjatyckiego, mówiącej nienagannym angielskim. To miała być przesada, parodia protekcjonalnego rasizmu klasy średniej.
Donald Trump zachował się ostatnio dokładnie tak jak Marjorie, tylko że nie w skeczu, lecz na konferencji prasowej. Gdy zagraniczna dziennikarka zadała mu zrozumiałe, wyraźnie wypowiedziane pytanie, prezydent pozwolił sobie na komentarz w rodzaju: „ładny akcent, ale nie rozumiem, co pani mówi”. Sytuację próbowała ratować skonfundowana prokuratorka generalna Pam Bondi.
Nie był to zwykły nietakt czy gafa przywódcy, lecz gest całkowicie świadomy: demonstracja lekceważenia wobec „inności”, wobec głosu, który nie mieści się w jego anglosaskim, wyobrażonym idiomie „normalności”.
Kiedy prezydent sygnalizuje, że problemem nie jest treść pytania, lecz akcent osoby, która je zadaje, odsłania prawdziwe fundamenty swojej polityki: nie chodzi już tylko o obronę granic, lecz o ich zaostrzanie — symboliczne, kulturowe, językowe. Ksenofobia nie skrywa się tu za retoryką bezpieczeństwa; staje się widowiskiem, w którym obcy głos nie zasługuje na wysłuchanie, a jedynie na napiętnowanie.
Warto zauważyć, że retoryka „białej krzywdy”, dziś tak wyrazista w Stanach Zjednoczonych, znajduje pewne echo także w polskiej debacie publicznej.
Postać Janusza Walusia, skazanego za zabójstwo Chrisa Haniego, działacza niepodległościowego i lidera walki o prawa czarnej większości w RPA, bywa przez część radykalnej prawicy przedstawiana nie jako sprawa kryminalna, lecz jako przykład rzekomej niesprawiedliwości dotykającej „białą mniejszość”. Taka interpretacja, choć marginalna, pokazuje, że także u nas mit „skrzywdzonego białego” może stać się wygodnym narzędziem narracyjnym, oderwanym od rzeczywistych proporcji i faktów.
Mechanizm ten przypomina, w zdeformowanej skali, amerykańskie opowieści o cierpieniu Afrykanerów. Nie chodzi o rzeczywistą pomoc, lecz o potwierdzenie własnej tożsamości poprzez selektywne współczucie.
Polska prawica nie postuluje przyjmowania Afrykanerów. Jednak pewna część jej komentatorów chętnie podziela opowieść o ich domniemanej wyjątkowej krzywdzie. To z kolei pokazuje, jak łatwo cierpienie konkretnej grupy — nawet tej posiadającej skomplikowaną historię udziału w systemie apartheidu — może zostać przekształcone w symboliczny argument polityczny.
W ten sposób zarówno w USA, jak i w Polsce pojawia się pokusa, by opuszczać uniwersalne ramy praw człowieka i solidarności. A zamiast tego kierować empatię wyłącznie ku „swoim”.
To nie jest jeszcze dominująca tendencja, ale sygnał ostrzegawczy: narracja, która uprzywilejowuje jednych, a innych wymazuje, prędzej czy później zaczyna uzasadniać działania polityczne oparte na selekcji, nie na zasadzie równości.
Na zdjęciu głównym – Trump w miejscu detencji migrantów na Florydzie Zwanym „Alligator Alcatraz”, 1 lipca 2025 r. Fot. ANDREW CABALLERO-REYNOLDS / AFP
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze