Refren piosenki Reze brzmi: „Dopóki nie przypomnimy sobie, nie przypomnimy sobie. I nocą będziemy spać w cerkwi”. Cerkiew, o której śpiewają mutanci, to nie jest miejsce spokoju. To miejsce, w którym chowają się przed światem, przed prawdą, przed sobą.
W mandze „Chainsaw Man” jest scena, która od razu wydaje się nieoczywista. Na dachu tokijskiej szkoły, w deszczu, dziewczyna nuci prostą melodię. Pada słowo „cerkiew” – po rosyjsku. Psychiatra powiedziałby – klasyczny przykład zaburzenia dysocjacyjnego tożsamości. A dla nas to moment, w którym uświadamiamy sobie, że Reze, urodziwa zabójczyni, nie jest zwykłą postacią, ale wytworem… sowieckich laboratoriów, gdzie dzieci przerabiano na żywą broń.
Dziś, podczas wojny w Ukrainie, Rosja wywozi tysiące ukraińskich dzieci, by przepisać ich tożsamość.
Ta opowieść łączy fikcję z historią – i każe pytać, gdzie kończy się manga, a zaczyna rzeczywistość.
„Dzień mojego spotkania z Jane / Wszystko gotowe / Rano pójdziemy razem do cerkwi / Będziemy pić kawę i jeść omlety w kawiarni / Po spacerze w parku / Pójdziemy do akwarium i zobaczymy ulubione przez Jane delfiny i pingwiny / Po obiedzie odpoczniemy / I tak, co robiliśmy rano / Będziemy o tym mówić, dopóki nie przypomnimy sobie / Nie przypomnimy sobie / I nocą będziemy spać w cerkwi”.
Śpiewają to mutantka w mandze Tatsukiego Fujimoto „Chainsaw Man”, w scenie rozgrywającej się na dachu tokijskiej szkoły, w strugach deszczu. Dziewczyna o imieniu Reze, urodziwa, uśmiechnięta – zabija bez mrugnięcia okiem. W jednej z kluczowych sekwencji nuci tę prostą melodię, dziecinne słowa. Nieoczekiwanie pada „cerkiew”, które wybija nas z komfortu widza rozumiejącego, co ogląda. Uświadamiamy sobie, że Reze śpiewa po rosyjsku. Dźwięk niemal jak kołysanka. Później wyjaśnia się, że Reze nie jest zwykłą dziewczyną. Jest żywą bronią, hybrydą stworzoną w tajnych sowieckich laboratoriach na Syberii, gdzie od dzieciństwa poddawano ją eksperymentom, tresowano na zabójczynię, pozbawiono rodziny i człowieczeństwa.
Brzmi jak fantastyka – i rzeczywiście nią jest, ale jak każda wielka opowieść czerpie z rzeczywistości.
Film „Chainsaw Man – The Movie: Reze Arc” z 2025 roku zbiera entuzjastyczne recenzje. Krytycy z Rotten Tomatoes przyznali mu 96 procent, a box office przekroczył 174 miliony dolarów. Richard Eisenbeis z Anime News Network dał ocenę A, wychwalał animację, wizualizacje, akcję, muzykę i fabułę, podkreślił, że „głęboka słodko-gorzka historia miłosna Denjiego i Reze to to, co czyni film wartym obejrzenia”. Rafael Motamayor z portalu SlashFilm nazwał go przewrotnie, ale bardzo trafnie „najlepszą komedią romantyczną 2025 roku”. Przy czym recenzenci zwracają uwagę na jedną rzecz: wątek sowieckich laboratoriów potraktowano zaskakująco serio. W mandze łowca demonów Kishibe opowiada historię Reze: była radziecką agentką, wychowywaną bez rodziny, szkoloną na narzędzie, pozbawioną prawa do własnego życia.
Fujimoto, jak wielu japońskich twórców, zna historię jednostki 731. Wie też o amerykańskich i sowieckich programach z czasów zimnej wojny. I wie, że mechanizm jest ten sam: reżimy traktują dziecko jako surowiec, jako narzędzie do budowy imperium.
Po II wojnie światowej świat obiecał sobie: nigdy więcej. Powstał Kodeks Norymberski, który po raz pierwszy jasno określił, że na żadnym człowieku nie wolno eksperymentować bez jego świadomej zgody.
Ale zimna wojna miała własne prawa.
Najsłynniejszy program kontroli umysłu to amerykański MKUltra. W latach 50. i 60. CIA wydała miliony dolarów na badania nad praniem mózgu, poszukiwaniem serum prawdy i metod kontrolowania ludzkiej świadomości. Prowadzono je na uniwersytetach, w szpitalach, w więzieniach, często bez wiedzy ofiar. Budżet programu sięgał 6 proc. funduszy CIA, a eksperymenty obejmowały podawanie LSD nieświadomym ofiarom, stosowanie hipnozy, izolacji sensorycznej i elektrowstrząsów.
Choć z perspektywy Japończyka ważniejsza będzie Jednostka 731, utworzona już w 1935 roku w Harbinie w Mandżurii. Była tajnym centrum zbrodniczych badań nad bronią biologiczną i chemiczną, prowadzonych z pogwałceniem wszelkich zasad etyki i prawa wojennego. Na rozkaz cesarza japońscy naukowcy przeprowadzali eksperymenty na żywych ludziach – głównie Chińczykach, a także Koreańczykach, Mongołach i jeńcach radzieckich; wśród ofiar były też dzieci. W archiwach znaleziono zeznania japońskich przestępców wojennych, którzy opisali, jak w bazie istniała „sala hodowlana mogąca wyprodukować dziesięć kilogramów zarazków w ciągu 12 lub 24 godzin przy użyciu czterech inkubatorów”. Te zarazki – dżuma, cholera, wąglik – testowano na ludziach. Więźniów nazywano „maruta”, czyli „kłodami”. Dla oprawców nie byli ludźmi tylko materiałem badawczym. Co najmniej 3 tysiące osób zostało wykorzystanych do eksperymentów, a ponad 300 tysięcy zginęło. Najmłodsze ofiary to jeszcze dzieci.
Równolegle do japońskich zbrodni w Europie naziści prowadzili własne „badania” o równie haniebnym charakterze. W obozach koncentracyjnych – najbardziej znany przykład to Auschwitz – lekarze, wśród nich Josef Mengele, przeprowadzali pseudonaukowe eksperymenty na więźniach, w tym na dzieciach i na bliźniętach: transfuzje krwi, zarażanie chorobami, operacje bez znieczulenia, próby „zmiany” cech dziedzicznych, wreszcie porównawcze autopsje. Inny przykład to eksperymenty Kurta Heissmey’era, który wstrzykiwał żywe bakterie gruźlicy dzieciom , a następnie, by ukryć dowody, kazał je powiesić w piwnicy szkoły Bullenhuser Damm na kilka dni przed wyzwoleniem. Te praktyki były częścią ideologii eugeniki i rasizmu, a ich skala i brutalność doprowadziły bezpośrednio do powstania standardów etycznych po wojnie.
Wracając zaś do Jednostki 731, po klęsce Japonii w 1945 roku Tokio podjęło próbę jej ewakuacji z Chin, ale sprzęt doświadczalny i dokumentacja pozostały. Papiery przejęli Amerykanie. Okazały się dla nich na tyle ciekawe, że w zamian za immunitet dla zbrodniarzy – w tym dla dowódcy Jednostki 731, lekarza i mikrobiologa Shiro Ishii – pozyskali więcej wyników pseudobadań. Trafiły one do amerykańskich laboratoriów. Ale i Sowieci wydarli część archiwów, to oni przesłuchiwali też podczas procesów w Chabarowsku w 1949 roku japońskich naukowców, którzy nie zdążyli uciec. I tak japońska wiedza trafiła do zainteresowanych uczniów.
Co działo się dalej w ZSRR? Bo w końcu Reze została w filmie przedstawiona jako dziecko wyszkolone w syberyjskim laboratorium dla agentów-mutantów.
Przez lata wiedzieliśmy niewiele. Dopiero po upadku Związku Radzieckiego do archiwów dotarli pierwsi badacze. Sowieci wydali na programy kontroli umysłu około miliarda dolarów – dziś byłoby to około 8-9 miliardów USD. Ich programy nie były lustrzanym odbiciem amerykańskich – zamiast chemii stawiali na fizykę. Jeden z nich nazywał się „Psychotronika” i obejmował badania nad falami elektromagnetycznymi, bioenergetyką, telepatią i zdalnym wpływem na ludzki umysł. W odtajnionych dokumentach, które analizował Douglas C. Youvan, fizyk specjalizujący się w analizie sowieckich programów psychotronicznych, pojawia się urządzenie o nazwie „cerpan” – miało ono generować promieniowanie elektromagnetyczne wysokiej częstotliwości, które w teorii mogło wpływać na funkcje poznawcze człowieka.
Wiadomo też, że w latach 60. instytuty w Moskwie testowały biokomunikację – przesyłanie myśli za pomocą fal elektromagnetycznych. W Kijowie Instytut Parapsychologii badał pozazmysłowe postrzeganie. Według raportów CIA z tamtego okresu,
Sowieci wierzyli, że mózg – podobnie jak radio – może zarówno odbierać, jak i nadawać określone sygnały.
W przypadku nieletnich jednym z najbardziej znanych projektów były eksperymenty w latach 60. i 70. Aleksandra Mieszczerjakowa na niewidomych i głuchoniewidomych. Dzieci, pozbawione kontaktu ze światem zewnętrznym, traktowane były jak czyste karty, na których można było zapisać wszystko. Metoda Mieszczerjakowa była nowatorska – opierała się na komunikacji dotykowej i aktywnościach praktycznych, a jej celem było umożliwienie rozwoju, nie zaś proste wykorzystanie pacjenta. W 1977 roku czworo jego uczniów – Aleksander Suworow, Siergiej Sirotkin, Natalia Kryłatowa i Jurij Lerner – ukończyło Uniwersytet Moskiewski z dyplomami z psychologii. Zmarły w 2024 roku głuchoniewidomy Suworow został nawet profesorem na uczelni. To jednak wyjątek na tle systemu, który w swoich badaniach nad dziećmi kierował się przede wszystkim pragmatyzmem państwowym.
Już w epoce głasnosti, czyli po 1987 roku, krytycy pytali, czy sowiecki reżim uszanował autonomię takich dzieci, czy wpływ ideologii – która przedkładała zbiorowe osiągnięcia nad indywidualne prawa – nie skompromitował celowości samej pracy. Niemniej to zajęcia edukacyjne, szkoleniowe i laboratoryjne były kluczem do zmiany ich losu. W mandze Reze dziwi się, że główny bohater, nastolatek Denji, pracujący dla fikcyjnego japońskiego Biura Bezpieczeństwa Publicznego ds. Łowców Demonów, nigdy nie chodził do szkoły. Zabiera go nawet do budynku szkoły. W kontekście sowieckiego systemu wychowania państwowego nabiera to innego znaczenia: dzieci takie jak podopieczni Mieszczerjakowa wyrywano z normalnego życia, umieszczano w zamkniętych placówkach, szkolono ustawicznie – właściwie całe ich dzieciństwo krążyło wokół zajęć. Czy jednak były to zwykłe lekcje?
24 lutego 2022 roku Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę. Wśród tysięcy zbrodni udokumentowanych w ciągu czterech lat walk jest jedna szczególnie makabryczna: masowe deportacje ukraińskich dzieci. Potwierdzono około 20 tysięcy takich przypadków. Rzeczywista liczba może być wyższa – co najmniej 35 tysięcy dzieci. Maria Lwowa-Biełowa, komisarz ds. praw dziecka Federacji Rosyjskiej, twierdzi, że Rosja przeniosła ponad 700 tysięcy ukraińskich dzieci dla ich bezpieczeństwa. Z samego Mariupola wywieziono tysiące.
W związku z tym Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze 17 marca 2023 roku wydał nakazy aresztowania Władimira Putina i Marii Lwowej-Biełowej pod zarzutem nielegalnej deportacji i transferu dzieci z okupowanych obszarów Ukrainy do Rosji – czynów uznanych za zbrodnię wojenną.
Słowo o samej Lwowej-Biełowej. Urodziła się w 1984 roku w Penzie, w wielodzietnej rodzinie. Ukończyła Kolegium Kultury i Sztuk ze specjalnością dyrygent orkiestry dętej estradowej. W 2008 roku założyła organizację publiczną „Kwartał Ludwika” – centrum adaptacji społecznej młodych ludzi z niepełnosprawnościami. W latach 2017-2019 była członkiem Izby Publicznej Federacji Rosyjskiej (organu doradczego, plus minus nasza Rada Dialogu Społecznego), podczas wyborów prezydenckich w 2018 roku została mianowana zaufaną osobą kandydata Władimira Putina w obwodzie penzeńskim. Od września 2020 do listopada 2021 zasiadała w Radzie Federacji, a od października 2021 pełni funkcję komisarz ds. praw dziecka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej.
Gdy wybuchła wojna, zaczęła organizować „ewakuację” dzieci ze strefy konfliktu. Część trafiła do rodzin zastępczych, część do instytucji państwowych, a część została adoptowana. Wielu do dziś nie udało się odnaleźć. Od czerwca 2022 roku jest objęta sankcjami Wielkiej Brytanii, Australii, Kanady, wszystkich krajów Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Później, jak już wspomnieliśmy, trybunał w Hadze wydał na nią nakaz aresztowania. Przedmiotem ścigania nie była ewakuacja – jak twierdzi sama zainteresowana – lecz, zgodnie z zarzutami, faktyczne porwania dzieci.
Lwowa-Biełowa nie kryje się z tym. W wywiadzie po wydaniu nakazu aresztowania skomentowała: „Super, że społeczność międzynarodowa doceniła naszą pracę polegającą na pomocy dzieciom naszego kraju, że nie zostawiamy ich w strefie działań wojennych, że je wywozimy, stwarzamy im dobre warunki, otaczamy kochającymi, troskliwymi ludźmi. Były sankcje wszystkich krajów, nawet Japonii, wobec mnie, teraz nakaz aresztowania, ciekawe, co będzie dalej – a my kontynuujemy pracę”.
To „a my kontynuujemy pracę” brzmi jak scena z mangi. Czarny charakter, na który międzynarodowy trybunał wydaje wyrok, wzrusza ramionami i robi swoje.
Przykłady takich przypadków ilustrują mechanizm. Weźmy Pyłypa Hołownię, szesnastolatka z Mariupola. Mieszkał z ojczymem i jego nową żoną. Gdy Rosjanie zrównali miasto z ziemią, chłopiec poszedł po pomoc humanitarną do supermarketu. Tam zabrali go rosyjscy ratownicy. Trafił do szpitala w Doniecku, potem do dziecięcego centrum socjalnego, a 27 maja 2022 roku – do Rosji. Do sanatorium „Polany” w obwodzie moskiewskim, należącego do Dziecięcego Centrum Medycznego Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej. Później zabrała go do siebie sama Maria Lwowa-Biełowa. Został dziesiątym dzieckiem w jej rodzinie. We wrześniu 2022 roku otrzymał rosyjski paszport.
Paszport to nie tylko dokument. W reżimach totalitarnych to narzędzie przepisania biografii. Ktoś, kto go otrzymuje, przestaje być w rejestrach tym, kim był. Staje się kimś innym – obywatelem państwa, które go zabrało. Pyłyp, urodzony w ukraińskim Mariupolu, w rosyjskich bazach danych istnieje dziś jako Rosjanin. Jego wizerunek wykorzystują rosyjskie media w propagandowych materiałach o tym, jak to „Rosja ratuje ukraińskie sieroty”.
Albo Bohdan Jermochin. Gdy Rosjanie zajęli Mariupol, miał siedemnaście lat. Stracił rodziców, gdy miał osiem. Wychowywała go starsza kuzynka, Waleria. Bohdana wywieziono – najpierw do Doniecka, potem do podmoskiewskiej rodziny zastępczej. Według relacji Walerii Bohdan odpowiadał na wiadomości, ale zawsze jednym zdaniem. Waleria czuła, że jest w niebezpieczeństwie.
W marcu 2023 roku Bohdan próbował uciec do Ukrainy. Złapali go na granicy z Białorusią. Rosyjscy propagandziści mówili, że to ofiara ukraińskich służb specjalnych, które rzekomo chciały go „wyciągnąć” z Rosji podstępem.
Tuż przed osiemnastymi urodzinami dostał wezwanie do wojskowej komisji na 19 listopada. Gdyby poszedł, mógłby trafić na front – walczyć przeciwko własnemu krajowi. Ostatecznie, dzięki mediacji Kataru i UNICEF, udało się go wydostać. W listopadzie 2023 roku, tuż przed osiemnastką, przewieziono go przez Białoruś.
Waleria wspominała: „Dla mnie wszystko było maksymalnie niejasne. Mówili tylko, że spotkanie z Bohdanem odbędzie się gdzieś na terytorium trzeciego kraju. Dosłownie na kilka dni przedtem powiedziano mi, że trzeba będzie jechać do Mińska. Bardzo bałam się jechać na Białoruś. Dla mnie Białoruś była takim samym krajem-agresorem jak Rosja”.
Gdy w końcu zobaczyła brata w Mińsku, pracownicy rosyjskiej ambasady poprosili o wspólne zdjęcie. Mówili, że to tylko do ich wewnętrznego raportu. Oczywiście opublikowały fotografię je różne rosyjskie media pod tekstami o tym, jak to Rosja pomaga ukraińskim dzieciom wracać do domu. Ale Waleria ma inne priorytety: „Nawet się nie gniewam. Dziękuję im za to, że jednak oddali Bohdana”.
Łącząc fakty – widzimy schemat. Dzieci wywożone są z terytoriów okupowanych do Rosji. Trafiają do obozów reedukacyjnych – na Krymie, w obwodzie moskiewskim, w głębi kraju, co najmniej dwa ośrodki są na Syberii. Uczą się rosyjskiego hymnu, rosyjskiej historii, wpajane są im rosyjskie wartości. Często mówi się im, że Ukraina nie istnieje, że rodzice ich nie chcą, że Rosja to ich nowa ojczyzna.
Jak bardzo metody Lwowej-Biełowej przypominają sowieckie praktyki? Choć analogie mają charakter strukturalny, a skala i kontekst różnią się, mechanizm pozostaje ten sam.
Po pierwsze – izolacja. W ZSRR dzieci były odrywane od rodzin i umieszczane w zamkniętych instytutach, gdzie poddawano je reedukacji w całkowitej separacji od świata zewnętrznego. Dziś ukraińskie dzieci trafiają do sanatoriów i obozów, gdzie uczy się je, że Ukraina to strefa wojny, z której trzeba je było uratować. Mechanizm analogiczny: oderwać od korzeni, by łatwiej przeszczepić nową tożsamość.
Po drugie – traktowanie dziecka jako surowca. W sowieckiej psychologii dominowało przekonanie, że dziecko można ukształtować tak, jak państwo, czy też jego włodarze zechcą. Dziś Moskwa formuje ukraińskie dzieci na małych Rosjan. To nie jest adopcja, to inżynieria społeczna.
Po trzecie – militaryzacja. W ZSRR dzieci z domów dziecka trafiały do wojska, do zakładów pracy, do kołchozów – były zasobem, nie podmiotami. Dziś Bohdan Jermochin dostał wezwanie do wojskowej komisji. Gdyby nie udało się go wydostać, mógłby walczyć po stronie Rosji przeciwko Ukrainie.
Po czwarte – ideologia. W ZSRR dzieci wychowywano w kulcie państwa, partii, wodza. Teraz Moskwa robi to samo, tylko że zamiast Stalina mamy Putina, zamiast komunizmu mamy „ruskij mir”. Dziecko ma być posłuszne, wdzięczne, oddane, ma nie myśleć samodzielnie, ma być trybikiem w machinie imperium.
Po piąte – usuwanie śladów. W ZSRR dokumenty niszczono, świadków izolowano, prawda wychodziła na jaw dopiero po latach, gdy sprawcy już nie żyli. Dziś Rosja nie niszczy dokumentów – działa jawnie, ale w białych rękawiczkach. Lwowa-Biełowa pokazuje się z dziećmi na konferencjach prasowych, bo według rosyjskiego prawa nie robi nic złego. Tyle że to prawo jest pisane przez agresora.
W literaturze naukowej za doświadczenia traumatyczne w dzieciństwie uznaje się przemoc emocjonalną, fizyczną lub seksualną oraz zaniedbanie emocjonalne lub fizyczne, których osoba doznała przed osiemnastym rokiem życia. W efekcie trauma u dziecka to nie tylko zmiany biologiczne – w strukturze i funkcjonowaniu mózgu, w układzie nerwowym. To przede wszystkim szereg mechanizmów psychologicznych: zaburzona regulacja emocji, unikanie wszystkiego, co może przypominać traumatyczne przeżycia, oraz dysocjacja, czyli rozszczepienie świadomości, odłączenie od własnych myśli, uczuć i ciała; dokładnie taką dysocjację widzimy w scenie, gdy Reze śpiewa o cerkwki.
Dzieci, które doświadczyły przemocy, często nie pamiętają jej wprost. Pamięć zostaje wyparta, rozszczepiona, schowana tak głęboko, że przestaje być opowieścią, a staje się czymś fizycznym – tikiem nerwowym, bezpodstawnym lękiem, milczeniem. Współczesne terapie, takie jak EMDR, pomagają przepracować te ślady, przywracając pacjentom dostęp do wypartych wspomnień i uczuć. Tu podkreślmy, że samo EMDR (Eye Movement Desensitization and Reprocessing) jest uznawaną metodą leczenia traumy i PTSD według wytycznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego (APA) i WHO, choć APA zaleca je jako leczenie drugiego rzutu z rekomendacją warunkową. Oznacza to, że korzyści przewyższają ryzyka, ale nie ma wystarczająco silnych dowodów, by uznać je za metodę pierwszej linii. Nadal trwa dyskusja naukowa, co dokładnie w niej działa najmocniej – ruchy gałek ocznych czy proces ekspozycji i przetwarzania wspomnień.
W mandze Reze nie pamięta swojego dzieciństwa. Zostało ono wymazane, zastąpione programem, szkoleniem, misją. I dopiero gdy zaczyna przypominać sobie drobne rzeczy – smak kawy, zapach morza, dotyk drugiego człowieka – budzi się w niej człowiek. I wtedy sama ginie.
Zdanie „Dopóki nie przypomnimy sobie, nie przypomnimy sobie” brzmi jak tautologia, ale gdy się w nie zagłębić, staje się jednym z najgłębszych zdań o traumie dziecka. Dopóki nie zmierzymy się z tym, co się stało, dopóki nie przyznamy, że to się wydarzyło naprawdę – będziemy skazani na powtarzanie. Na absolutne mijanie się ze swoją osobowością.
Zaznaczmy jednak: nie wolno stawiać znaku równości między wątkami z mangi a rzeczywistymi eksperymentami. Nie ma jednoznacznych dowodów na to, że w Związku Radzieckim kształcono dzieci dokładnie tak, jak przedstawiono to w „Chainsaw Man”. Faktem jest natomiast, że psychika i umysł dziecka były przez Sowietów przedmiotem systemowych projektów badawczych. Podobnie jak w przypadku nazistowskich Niemiec czy cesarskiej Japonii – to, co łączy te reżimy, to strukturalna instrumentalizacja dziecka, traktowanie go jako materiału, a nie podmiotu.
A co z ukraińskimi dziećmi wywiezionymi do Rosji? Wróciło około tysiąca. To najwyżej 5 procent uprowadzonych. Tysiące innych wciąż czekają. W rosyjskich sanatoriach, obozach, rodzinach zastępczych. Ich stare biografie zostały anulowane.
Ta tragedia nie dotyczy jednak wyłącznie Ukrainy. Jak się zdaje – zamiast rozszerzać opiekę nad dziećmi, świat zaczął na nie polować. W Strefie Gazy od początku wojny zginęło co najmniej 21 tysięcy dzieci, a kolejne umierają nawet podczas zawieszenia broni – około stu od października zeszłego roku, mniej więcej jedno dziennie. W Iranie podczas amerykańsko-izraelskiego ataku zbombardowano szkołę podstawową dla dziewcząt w Minab – zginęło co najmniej 120 uczennic. Łącznie śmierć poniosło 180 osób poniżej osiemnastego roku życia; najmłodsza ofiara miała rok. Każde z tych dzieci mogłoby być Pyłypem albo Bohdanem.
Refren piosenki Reze brzmi: „Dopóki nie przypomnimy sobie, nie przypomnimy sobie. I nocą będziemy spać w cerkwi”. Cerkiew, o której śpiewają mutanci, to nie jest miejsce spokoju. To miejsce, w którym chowają się przed światem, przed prawdą, przed sobą.
Może płynie z tego prosta konkluzja. Każdy kraj, który atakuje dzieci – niezależnie od tego, czy robi to w sowieckim laboratorium, w obozie koncentracyjnym, w jednostce 731, czy za pomocą rakiet wystrzeliwanych na szkoły – nosi w sobie to samo zło. Mechanizm jest ten sam: dziecko przestaje być człowiekiem, staje się materiałem, celem, przeszkodą do usunięcia, ewentualnie – pomyłką, błędem w trajektorii, za który co najwyżej można przeprosić tych, którzy „poczuli się urażeni”.
Więc oglądając „Chainsaw Mana”, trudno nie pomyśleć, że politycy dopuszczający do krzywdy dzieci to demony w ludzkiej skórze, na które trzeba nasłać bezlitosnych łowców, zanim pochłoną więcej niewinnych dusz.
Duet pisarski, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Duet pisarski, akronim MAGowie. Ich inspiracją jest Wschód, który jak Średniowiecze Fernanda Braudela wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. „Naukowcy spod czerwonej gwiazdy", „Grażdanin N.N}. i „Inżynierowie Niepodległej", a także „Naznaczeni przez rewolucję bolszewików" (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.
Komentarze