0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il.: OKO.press, fot.: Agencja Gazeta; wizualizacja projektów budynku przy ul. Srebrnej 16il.: OKO.press, fot....

Umorzenia śledztwa w sprawie „dwóch wież” można się było spodziewać, a przynajmniej jego wątku oszustwa na szkodę austriackiego biznesmena Birgfellnera, gdyż okoliczności sprawy nie odpowiadały prawnej definicji oszustwa. Można się było też spodziewać oburzenia, jakie to umorzenie wywołało, bo politycy obecnej koalicji rządzącej przez sześć lat (od ujawnienia tematu w 2019 roku przez „Gazetę Wyborczą”) przekonywali opinię publiczną, że Jarosław Kaczyński popełnił oszustwo na szkodę Austriaka. Najgłośniej krzyczał polityk KO i adwokat Birgfellnera Roman Giertych, czemu akurat trudno się dziwić, bo dbał w ten sposób o interes klienta. Gorzej, że inni politycy KO basują mu, brnąc dalej w nakręcanie opinii publicznej, tym razem już nie przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, ale przeciwko prokuraturze.

Przeczytaj także:

Rozmowy u Tuska

Do tego dziennikarze – Mariusz Gierszewski z Radia Zet i Dominika Długosz z „Newsweeka” – podali, że „w ostatnich dniach doszło do rozmów w Kancelarii Premiera dotyczących sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Otoczenie premiera przewidywało, że dojdzie do umorzenia śledztwa w sprawie »dwóch wież«. Zostało to odczytane jako »bunt prokuratorów«”.

Gdyby rzeczywiście przedstawiciele władzy określili jakąkolwiek decyzję prokuratury niezgodną z ich oczekiwaniami „buntem prokuratorów”, znaczyłoby to, że uznają, iż prokuratorzy powinni być im posłuszni. Dokładnie tak, jak uważał rząd PiS i ówczesny Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro.

Giertych atakuję prokuratorkę

„Prokuratura nie przestała być pisowska” – tak Roman Giertych na X zaatakował prokuratorkę prowadzącą sprawę „dwóch wież” Małgorzatę Szeroczyńską (notabene członkinię raczej antypisowskiego Stowarzyszenia Prokuratorów Lex Super Omnia). Napisał, że działa na polityczne zlecenie (czyje?), umarzając sprawy rozmaitych afer PiS, w tym złamania przez policjantów ręki uczestniczce antyrządowego protestu. A także że uchylała mu ponad 80 proc. pytań do Jarosława Kaczyńskiego, „otaczając go czułą opieką podczas przesłuchania”. Ujawnia, że jego pytania dotyczyły przede wszystkim złożonej przez ówczesnego szefa banku Pekao Jarosławowi Kaczyńskiemu obietnicy skredytowania budowy „dwóch wież”.

Giertych nie dodał jednak, że prokurator Szeroczyńska się tym ostatnim tematem nie zajmowała. Może dlatego, że czyn ten nie zawiera cech przestępstwa? Tak przynajmniej widział tę sprawę na swoim blogu „Subiektywnie o finansach” Maciej Samcik, dziennikarz specjalizujący się w tematyce bankowości i finansów.

Jego zdaniem pożyczki na taką inwestycję w centrum Warszawy chętnie udzieliłby każdy bank i nie ma dowodów, że obietnica szefa Pekao łamała procedury.

O sprawie umorzenia wypowiedziała się też na X – w sposób co prawda aluzyjny, ale krytyczny – prokuratorka Ewa Wrzosek, której odebrano tę sprawę. Formalnie stało się to w związku z delegowaniem do Ministerstwa Sprawiedliwości i końcem delegacji do Prokuratury Okręgowej, a faktycznie prawdopodobnie dlatego, że jako osoba emocjonalnie zaangażowana w krytykę działalności rządów PiS spotykała się z zarzutami braku obiektywizmu.

Pod tymi wpisami posypały się antyprokuratorskie komentarze. Odpytywani w mediach politycy rządzącej koalicji wyrażali natomiast niezadowolenie z umorzenia i nadzieję, że sąd, po zaskarżeniu decyzji prokuratury przez adwokatów Birgfellnera, nakaże jednak wznowienie śledztwa. Tworzyli tym wrażenie, że prokuratura działała z pobudek politycznych.

Prokuratorze, uwiarygodnij się sam

Znakomicie ułatwiła takie sugestie sama prokuratura, nie ujawniając uzasadnienia decyzji o umorzeniu do czasu przetłumaczenia jej na język niemiecki i dostarczenia Birgfellnerowi.

W odpowiedzi na głosy krytyki ukazały się dwa oświadczenia: szefowej Prokuratury Regionalnej w Warszawie Małgorzaty Adamajtys i Prokuratora Krajowego Dariusza Korneluka.

Prokuratorka regionalna zaprotestowała przeciwko „nieakceptowalnemu kwestionowaniu prawa prokuratora do podejmowania niezależnych decyzji, jak również poziomowi tych komentarzy, noszących cechy insynuacji” i zapewniła, że „prokurator podejmuje decyzje procesowe w oparciu o zgromadzony materiał dowodowy niezależnie od oczekiwań opinii publicznej, mediów czy polityków”.

Zaś Prokurator Krajowy Dariusz Korneluk „wyraził stanowczy sprzeciw wobec podważania prawa prokuratorów do podejmowania niezależnych decyzji”.

Upomniał się o – blokowane przez rząd Tuska – rozdzielenie prokuratury od rządu, co zwiększyłoby jej niezależność i wiarygodność. A na koniec stwierdził, że „każda próba wywierania presji na prokuratorów poprzez publiczne podważanie ich niezależności lub przypisywanie im motywacji politycznych, bez znajomości materiału dowodowego sprawy, godzi nie tylko w konkretnego prokuratora, lecz także w autorytet całej prokuratury i zaufanie obywateli do wymiaru sprawiedliwości”.

No właśnie: „bez znajomości materiału dowodowego”. W tej sprawie nie poznaliśmy nawet uzasadnienia decyzji prokuratora, nie mówiąc o „materiale dowodowym”. Czyli prokuratura zablokowała prawo do krytyki swojej decyzji?

Dlaczego nie ma oszustwa?

Sprawa oszustwa Jarosława Kaczyńskiego na szkodę Gerarda Birgfellnera powinna była być umorzona już dawno, a przeciągano ją tylko ze strachu przed reakcją opinii publicznej i władzy. Umarzając postępowanie, prokuratura wykazała się w gruncie rzeczy odwagą, bo mogła przerzucić decyzję i ostrze publicznej krytyki na sąd, kierując tam akt oskarżenia.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie ogłosiła, że umorzyła sprawę „wobec stwierdzenia, iż czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego”. Czyli że to, co miało miejsce, nie odpowiada opisowi przestępstwa oszustwa. I nie odpowiada.

Odpowiedni przepis – art. 286 kodeksu karnego – brzmi:

„Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”.

Aby działanie Jarosława Kaczyńskiego uznać za przestępstwo oszustwa, trzeba byłoby założyć, że zamówił u Birgfellnera wykonanie dokumentacji do budowy „dwóch wież”, chociaż wcale nie chciał ich budować. I że nie zamierzał mu za wykonaną pracę zapłacić. Że działał z premedytacją i w celu wyłudzenia do niczego mu w tej sytuacji niepotrzebnej dokumentacji architektonicznej i kosztorysu. Dlaczego miałby działać tak nieracjonalnie?

I jeszcze ważna uwaga: przestępstwa oszustwa nie można dokonać nieumyślnie.

To, że pisowska spółka Srebrna, gdy nie dostała od miasta zgody na budowę wieżowców, odmówiła zapłacenia Birgfellnerowi za pracę, której wartość wycenił na 1,3 mln euro, jest nieuczciwe. Przyznał to na ujawnionych nagraniach Austriaka sam Kaczyński, radząc biznesmenowi, żeby zapłaty dochodził w sądzie. I tak właśnie normalnie robi się w sprawach o zapłatę: oddaje się je do sądu cywilnego, a nie karnego.

Dlaczego nie ma korupcji?

To tyle, jeśli chodzi o zarzut oszustwa. Prokuratura umorzyła też – z powodu braku znamion przestępstwa – wątek przekazania przez Birgfellnera koperty z 50 tys. zł dla Rafała Sawicza, członka Rady fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, do której należy spółka Srebrna. To miała być zachęta, by głosował w Radzie za zgodą na budowę „dwóch wież”.

Żeby to umorzenie ocenić, trzeba znać uzasadnienie. A tego prokuratura nie ujawniła. Z ujawnionych w 2019 roku przez „Gazetę Wyborczą” zeznań Birgfellnera, a potem Sawicza, można się domyślać, że powodem umorzenia był brak wystarczających dowodów na to, że Jarosław Kaczyński miał sugerować Birgfellnerowi przekupienie Sawicza lub że wziął kopertę od Birgfellnera i przekazał ją Sawiczowi.

Wszystko, co o tym wiemy, wiemy z zeznań Birgfellnera. Miały brzmieć następująco (cytat za „Gazetą Wyborczą”): „Zaniosłem kopertę z pieniędzmi na Nowogrodzką, nie pamiętam dokładnie, komu przekazałem kopertę z pieniędzmi, ale przypominam sobie, że Jarosław Kaczyński tę kopertę miał w ręku. Więc mieliśmy już podpisane uchwały, czyli była zgoda”.

Do zeznania Birgfellnera dołączony miał być wydruk z jego konta w Pekao SA z adnotacją o pobraniu 7 lutego 2018 roku 50 tys. zł w gotówce. Zeznanie zaś było przez niego podpisane.

Wiemy też, że Sawicz przesłuchany przez prokuraturę odmówił odpowiedzi na pytanie, czy przyjął 50 tys. zł w gotówce, które miał mu wręczyć Kaczyński, powołując się na to, że odpowiedź mogłaby go narazić na odpowiedzialność karną.

Nie wiemy, co zeznał Jarosław Kaczyński.

Jaki z tego morał?

Afery rządów PiS trzeba rozliczyć. Możliwe, że to rozliczanie utrudniają prokuratorzy „ziobrowi” i tacy, którzy boją się powrotu rządów PiS. A na pewno utrudniają je politycy, podważając wiarygodność prokuratury przez rozniecanie społecznych oczekiwań ścigania i karania za sprawy, które się do odpowiedzialności karnej nie nadają.

Tak jest ze sprawą oszustwa na szkodę Gerarda Birgfellnera. Kończy się atakiem na prokuraturę, która nie spełnia tych oczekiwań. I wybieleniem PiS przez „przykrycie” kompromitującego faktu, że utrzymywana z budżetu państwa partia, która doszła do władzy na hasłach odbierania bogatym i rozdawania biednym, planowała czerpać olbrzymie zyski z wynajmu pomieszczeń w wieżowcach postawionych na działkach w centrum Warszawy, na których uwłaszczyła się dzięki swoim ludziom umieszczonym w spółce i fundacji władających tymi działkami.

A także – to dla zwolenników prokuratury podległej politycznie – obnażeniem braku sprawczości rządzącej koalicji, która nie potrafi wyegzekwować od prokuratury pożądanych decyzji procesowych. A Ziobro potrafił…

Tekst ukazał się najpierw na Blogu Konserwatywnym Ewy Siedleckiej.

Na zdjęciu Ewa Siedlecka
Ewa Siedlecka

Dziennikarka, publicystka prawna, w latach 1989–2017 publicystka dziennika „Gazeta Wyborcza”, od 2017 publicystka tygodnika „Polityka”, laureatka Nagrody im. Dariusza Fikusa (2011), zajmuje się głównie zagadnieniami społeczeństwa obywatelskiego, prawami człowieka, osób niepełnosprawnych i prawami zwierząt.

Komentarze