Komisja Europejska chce, by 2040 roku prawie połowa zużywanej w UE energii była tą elektryczną. Oznacza to o wiele mniej importu paliw kopalnych, za to o wiele więcej samochodów elektrycznych, pomp ciepła i magazynów energii. To dobry kierunek. Jest tylko jedno „ale”: to praktycznie niemożliwe
Szykują się wielkie zmiany w naszych życiach. A dokładniej: być może się szykują.
Komisja Europejska chce uwolnić wspólnotę z roli zakładnika paliw kopalnych, które dziś są w zdecydowanej większości importowane. Droga do tego prowadzi przez elektryfikację, czyli przechodzenie na energię elektryczną wszędzie tam, gdzie jest to tylko możliwe. Oznacza to, że prąd ma zasilać nie tylko nasze telefony, telewizory czy lampki nocne – ma też napędzać nasze auta, ogrzewać nasze pomieszczenia i pomagać produkować nasze rzeczy.
Plany są jednak równie potrzebne i ambitne, co nierealne. Zacznijmy od tego pierwszego, czyli potrzeby.
„Elektryfikacja to przyszłość, za którą trzeba podążać” – powtarza od dawna ogrom naukowców, ekspertów i organizacji pozarządowych zajmujących się transformacją energetyczną.
Przez wiele lat przedstawiali jednak argumenty, które do polityków nie trafiały. Z jednej strony chodziło o długoterminową ochronę klimatu, bo energia elektryczna pozyskiwana z czystych źródeł pozwala odejść od emisyjnych paliw kopalnych. Z drugiej – o racjonalność, bo wytwarzanie prądu jest zdecydowanie najbardziej efektywnym sposobem pozyskiwania energii (np. auto elektryczne ma efektywność energetyczną na poziomie nawet 90 proc. Spalinowe – ok. 20-30 proc.).
Problem w tym, że polityczne decyzje częściej zapadają z perspektywy jednej kadencji niż całych dekad. Politycy nie słyną też z zapobiegania pożarom, lecz raczej z desperackich prób ich gaszenia. Wojna w Iranie wywołała jednak trzeci w ciągu sześciu lat globalny kryzys energetyczny (po wojnie w Ukrainie i pandemii). Rola strażaków wymęczyła polityków na tyle, że w końcu chcą z niej zrezygnować.
Przynajmniej na poziomie unijnym.
W ostatnim roku przed pandemią niskoemisyjne źródła (energetyka odnawialna i jądrowa) dostarczały zaledwie jedną trzecią prądu w UE. Dziś jest to już 70 proc. Zmiana jest więc ogromna. Polityków nie przekonała do niej troska o klimat czy efektywne zarządzanie energią, lecz szoki cenowe na rynkach i zagrożone bezpieczeństwo energetyczne.
To zagrożenie jednak nie minęło, bo Europa wciąż pozostaje silnie zależna od importu paliw kopalnych. Państwa UE sprowadzają łącznie 95 proc. wykorzystywanej we wspólnocie ropy, 90 proc. gazu i 67 proc. węgla kamiennego. W rezultacie w 2024 r. Unia importowała aż 57 proc. energii. W skrócie: niezależność energetyczna wspólnoty nie istnieje (podobnie zresztą jak Polski, o czym piszemy dalej).
W czasach eskalacji geopolitycznych konfliktów i nieustannych kryzysów energetycznych oznacza to dwie rzeczy: niepewność i koszty.
„Od zamknięcia Cieśniny Ormuz zapłaciliśmy w Europie ponad 50 mld euro więcej za naszą energię. To ponad 50 mld euro więcej, bez otrzymania dodatkowej energii, ani jednej dodatkowej molekuły” – podkreśla Dan Jørgensen, unijny komisarz ds. energii.
To właśnie dlatego UE chce postawić na elektryfikację i generację prądu z lokalnych, czystych źródeł energii.
O ile unijnym państwom coraz lepiej idzie eliminowanie paliw kopalnych z energetyki, tak zupełnie nie radzą sobie z tym w innych kluczowych sektorach. W efekcie już od ponad dekady elektryfikacja w UE utrzymuje się na podobnym poziomie poniżej 25 proc. Najnowsze dane mówią o 23 proc. w zużyciu energii końcowej (czyli tej, którą po „stratach po drodze” faktycznie zużywamy). Stąd ogromna zależność od importowanych paliw.
Dlatego Komisja Europejska chce, by do 2040 r. odsetek ten wzrósł do 46 proc. Dzięki temu import ropy i gazu ma spaść odpowiednio o 40 i 70 proc., a wydatki na import paliw mają zmaleć nawet o 260 mld euro rocznie. To bardzo dużo, bo w 2025 r. państwa członkowskie przeznaczyły na ten cel 337 mld euro. Do tego były to pieniądze zasilające nie unijne przedsiębiorstwa, lecz inne gospodarki.
„Elektryfikacja niesie ze sobą znaczące korzyści dla gospodarki UE, przedsiębiorstw i obywateli w postaci niższych cen energii, większej konkurencyjności, silniejszego bezpieczeństwa energetycznego i odporności” – przekonuje KE, która w drugiej połowie lipca zaprezentowała Plan Działania na rzecz Elektryfikacji.
„Najlepszym sposobem na zmniejszenie zależności Europy od paliw kopalnych jest zasilanie naszej gospodarki energią elektryczną z czystych, krajowych źródeł. Dlatego proponujemy uczynienie Europy pierwszym na świecie elektrycznym kontynentem” – komentuje Ursula von der Leyen, przewodnicząca KE.
Elektryfikacji potrzebuje też Polska. Jak informuje Forum Energii, również nasz kraj jest silnie uzależniony od importu paliw. W 2024 r. (najnowsze dostępne dane)
sprowadziliśmy aż 46 proc. zużywanej energii, w tym 98 proc. ropy i 82 proc. gazu.
Wychodzi jednak na to, że Polska nie wyciąga podobnych wniosków, co Komisja Europejska. Zgodnie z przedstawionymi w Brukseli dokumentami, nasz rząd zakłada, że poziom elektryfikacji wzrośnie z obecnych 17 proc. do 22 proc. w 2030 r. i 26 proc. w roku 2040. „Byłby to najniższy poziom ambicji w zakresie elektryfikacji w UE, utrwalający zależność kraju od importu paliw i energii” – zaznacza Forum Energii.
Organizacja przekonuje przy tym, że istnieje ścieżka przyspieszonej elektryfikacji przemysłu, transportu i ogrzewnictwa, która pozwoli zbliżyć się do nakreślonego przez KE celu. A przede wszystkim – która zwiększy odporność Polski na zagraniczne szoki cenowe oraz obniży zużycie energii o 15 proc. Żeby elektryfikacja w Polsce osiągnęła poziom 43 proc., według Forum Energii należy m.in.:
Również inni eksperci z Polski przekonują, że odchodzenie od paliw kopalnych na rzecz niskoemisyjnego prądu to konieczność.
– Elektryfikacja gospodarki to budowanie bezpieczeństwa ekonomicznego i energetycznego, upowszechnianie nowoczesnych technologii, a także tworzenie nowych „silników” dobrobytu. A efekty dla klimatu, czyli obniżanie emisji, to bardzo pozytywne skutki uboczne – uważa Marcin Korolec, prezes Instytutu Zrównoważonej Gospodarki.
– Elektryfikacja pomoże Polsce i Europie uniezależnić się od importowanych paliw kopalnych, co w obecnej sytuacji geopolitycznej jest kluczowe. By tak się stało, należy zapewnić obywatelom i firmom tańszą energię. Propozycje Komisji Europejskiej idą właśnie w tym kierunku – dodaje Halina Jagielska, ekspertka Instytutu Reform.
W jaki sposób KE chce przeprowadzić tak szeroką elektryfikację? Plan koncentruje się na kilku głównych barierach. To m.in. ceny energii elektrycznej, dostęp do infrastruktury oraz wsparcie dla innowacji i technologii.
Po pierwsze – prąd ma być tańszy. Choć Komisja chce wspierać to źródło energii, to jednak dziś w krajach wspólnoty jest ono średnio ok. 2,5-3 razy droższe niż gaz. Komisja proponuje więc obniżyć podatki i opłaty na energię elektryczną. W połączeniu z rosnącymi w kolejnych latach opłatami za emisje CO2 ma to sprawić, że gaz nie będzie już tańszy. Relatywnie tańszy prąd ma zaś stanowić naturalną zachętę dla ludzi, by przestawiali się na technologie oparte właśnie na tym źródle.
Bruksela chce jednocześnie wprowadzić dodatkowe systemy zachęt, które dalej spopularyzują m.in. pompy ciepła, pojazdy elektryczne i magazyny energii. To np. przyspieszenie montowania inteligentnych liczników, które pozwolą gospodarstwom lepiej zarządzać domową energią – i wykorzystywać ją wtedy, gdy jest najtańsza. Innym proponowanym narzędziem jest społeczny wynajem. Rozwiązanie to okazało się hitem we Francji, która wprowadziła leasing „elektryków” w atrakcyjnej cenie dla słabiej zarabiających rodzin.
Bardzo ważną częścią planu jest też przyspieszenie modernizacji i rozbudowy sieci elektroenergetycznych. Podobnie jak dążenie do skrócenia czasu wydawania pozwoleń na inwestycje i przyłączania nowych mocy OZE do systemu.
To wszystko ma wspierać dalsza rozbudowa niskoemisyjnych źródeł energii, przede wszystkim OZE. A rezultatem mają być nie tylko postępy w odchodzeniu od paliw kopalnych, ale i miliony nowych miejsc pracy.
„Sektory związane z niskoemisyjną elektryfikacją zatrudniają już 4 mln osób w UE w całym łańcuchu dostaw. Zwiększając popyt na pojazdy elektryczne, pompy ciepła i inne technologie, możemy tę liczbę zwielokrotnić” – przekonuje Jørgensen.
Propozycja KE będzie teraz negocjowana z Parlamentem Europejskim i państwami członkowskimi. Jak zauważa „Politico”, Komisja nie dyktuje przy tym, jak kraje miałyby wdrażać tę strategię. Zamiast tego chce ustanowić ogólne zasady i wytyczne, które ułatwią krajowym regulatorom „mądrzejszą konsumpcję, elastyczność i bardziej efektywne zarządzanie siecią”.
Rodzą się jednak wątpliwości, czy zaplanowany plan jest w ogóle realny.
„Od epoki kamienia aż do teraz osiągnęliśmy 23 proc. elektryfikacji, a teraz chcemy podwoić ten odsetek w ciągu 14 lat. To nie jest drobna sprawa – ale jest to konieczne i naszym zdaniem zarówno wiarygodne, jak i realistyczne” – zapewnia komisarz Jørgensen.
Czy jednak aby na pewno?
Michael Liebreich to przedsiębiorca zajmujący się czystą energią i transformacją energetyczną. Jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ekspertów w europejskiej debacie na ten temat, a także założycielem Bloomberg New Energy Finance. Zdaniem Liebreicha elektryfikacja jest niezwykle ważna. Problem w tym, że Komisja Europejska przyjęła wskaźniki, które mogą wprowadzać ludzi w błąd – i które w rzeczywistości mogą okazać się niemożliwe do osiągnięcia.
„Załóżmy, że posiadasz dwa samochody, jeden elektryczny i jeden benzynowy. Myślisz, że masz 50 proc. elektryfikacji? Nie, jeśli jako wskaźnika używasz końcowego zużycia energii. Energia końcowa dla samochodu benzynowego to zawartość energii w kupowanej przez ciebie benzynie. W przypadku samochodu elektrycznego liczy się zawartość energii w kupowanej energii elektrycznej. Jeśli samochód elektryczny ma efektywność na poziomie 90 proc., a benzynowy na poziomie 20 proc., oznacza to, że zużycie energii końcowej przez samochód benzynowy jest 4,5 razy wyższe niż przez elektryczny. Twój poziom elektryfikacji wynosi więc 18 proc.” – tłumaczy Liebreich na swej stronie.
Co to oznacza w praktyce?
Że aby osiągnąć 46 proc. elektryfikacji w myśl założeń KE, nie wystarczy mieć 46 proc. pojazdów elektrycznych czy pomp ciepła. Potrzeba ich znacznie, znacznie więcej.
Jak wylicza Liebreich, oznacza to, że do 2040 roku 80 proc. wszystkich pojazdów powinno być elektryczne, a 75 proc. wszystkich budynków powinno być ogrzewane pompami ciepła. Nie chodzi przy tym o sprzedaż, lecz o łączny odsetek aut na drogach i pomp w budynkach. Pisząc inaczej: już teraz, praktycznie z dnia na dzień, wszyscy w UE powinni kupować niemal wyłącznie te technologie.
„Potrzebujemy, aby ludzie, którzy wyznaczają cele, rozumieli te kwestie. Nie chodzi o politykę, aspiracje czy technologię. Z pewnością nie chodzi o to, czy powinniśmy elektryfikować. To po prostu arytmetyka i potrzeba wyznaczania celów, które każdy zrozumie, które będzie można rozłożyć poszczególne sektory i które zostaną dowiezione” – podsumowuje Liebreich.
Uwagę na podobne problemy zwraca też Polski Instytut Ekonomiczny. Według niego plan KE wskazuje właściwy kierunek, ale „można wątpić” w prawdopodobieństwo realizacji założeń.
„Osiągnięcie przewidywanego tempa elektryfikacji, zwłaszcza w świetle niewielkich zmian tego wskaźnika w ostatnim ćwierćwieczu w UE, wymagałoby głębokiej modyfikacji wybranych elementów rynku energii elektrycznej” – komentuje PIE.
Komisja Europejska szacuje, że dzięki elektryfikacji codzienne korzystanie z samochodu może być o 80 proc. tańsze, a codzienne ogrzewanie – o 60 proc. I choć realizacja założeń Brukseli jest trudna do wyobrażenia, nie oznacza to, że nie należy podążać w tę stronę. Co jednak kluczowe – coraz większemu przestawianiu się gospodarki i społeczeństw na energię elektryczną powinno towarzyszyć ograniczanie produkcji prądu z paliw kopalnych. Jeśli tak się nie stanie, UE wciąż będzie zależna od importu (i wciąż będzie emitować znaczne ilości CO2).
„Elektryfikacja to nasza przepustka do niezależności energetycznej. Ale sama elektryfikacja nie jest strategią dekarbonizacji, musi być połączona z ambitnymi celami dotyczącymi energii odnawialnej i efektywności energetycznej" – podkreśla Arnaud Van Dooren, ekspert WWF.
„Zastąpienie niestabilnych, zanieczyszczających paliw kopalnych czystą energią elektryczną jest kluczowe dla konkurencyjności, bezpieczeństwa i dobrobytu Europy. UE oczyściła swoją energetykę, ale teraz musi wprowadzić tę czystą energię do transportu, budynków i przemysłu, aby zerwać z uzależnieniem od importowanych paliw kopalnych” – dodaje Clem Perry, ekspert Światowego Instytutu Zasobów.
Z kolei Fundacja Instrat zwraca uwagę, że „elektryfikacja nie jest powolnym, kosztownym projektem dla bogatych krajów”. A rozwiązania innych państw pokazują, że szybka zmiana jest możliwa, a cena nie jest jedyną zachętą do elektryfikacji.
„Kraje dysponujące ułamkiem budżetu europejskich gospodarek albo mierzące się ze znacznie większymi wyzwaniami elektryfikują transport szybciej niż wiele krajów UE” – zauważa Instrat. „Etiopia zakazała importu samochodów spalinowych, by nie wydawać cennych rezerw walutowych na import paliwa i postawiła na rodzimą energię elektryczną; Ukraina odbudowuje swoją energetykę w oparciu o rozproszoną generację, bo zdecentralizowaną sieć trudniej się bombarduje. Bezpieczeństwo energetyczne jest dziś kluczową kwestią także w Europie, a UE powinna mówić o nim równie głośno, co o kosztach” – podsumowuje think tank.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Redaktor serwisu Naukaoklimacie.pl, dziennikarz, prowadzi w mediach społecznościowych profile „Dziennikarz dla klimatu”, autor tekstów m.in. dla „Wyborczej” i portalu „Ziemia na rozdrożu”.
Komentarze