Jak Bułgaria uratowała Eurowizję, którą polskie jury mogło zepsuć [OKO W WIEDNIU]
70. finał Konkursu Piosenki Eurowizji wygrała Dara z Bułgarii z energetycznym hitem „Bangaranga”. Blisko wygranej, po raz kolejny, był Izrael. Gdyby zwyciężył, Polska na pewno dostałaby podziękowania od izraelskich władz – nasze jury jako jedyne przyznało Izraelowi maksymalną liczbę punktów [WIDZĘ TO TAK]
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
Strefa prasowa Konkursu Piosenki Eurowizji, noc z soboty na niedzielę, krótko przed 1:00. Po emocjonującej prezentacji punktacji właśnie poznaliśmy dwójkę artystów, którzy wciąż mają szansę na wygraną. To Bułgarka Dara (na zdjęciu) oraz izraelski piosenkarz Noam Bettan. Ten drugi przed chwilą uzyskał do tego momentu najwyższy wynik punktowy od europejskiej publiczności. Piosenka nie porywała, Europejczycy w dużej mierze zachowują przynajmniej rezerwę wobec jego kraju, w normalnych warunkach mogłoby to zaskakiwać. Mogłoby, ale na Eurowizji, o czym za chwilę, od kilku lat zupełnie nie zaskakuje.
Sala, w której wyniki obserwowało około tysiąca dziennikarzy światowych redakcji (od eurowizyjnych blogów po New York Times) na chwilę ucichła. I my, siedząc przed gigantycznym ekranem z transmisją liczenia głosów, pobledliśmy. W pewnym momencie w naszą stronę spojrzał jeden z brytyjskich dziennikarzy. „Nie martwcie się, jesteśmy bezpieczni” – rzucił do nas uspokajająco.
Przeczytaj także:
Kilka sekund później z przeciwległego końca hali odezwała się delegacja Izraela, donośnie skandując nazwę swojego państwa. Zakrzyczała ich reszta osób obecnych w strefie prasowej. Gromkie „Bulgaria! Bulgaria!” niosło się przez salę – a krzyczeli pewnie i ci, którzy do tej pory niespecjalnie kibicowali Darze. Jej wysokie miejsce było sensacją, której nie przewidywali ani obserwatorzy konkursu, ani bukmacherzy.
Tuż przed ogłoszeniem ostatecznego wyniku na ekranie pojawiły się dwie postaci – Noam i Dara – oraz dwa słupki punktowe. Ten przyporządkowany do Dary zaczął szybko rosnąć. Gdy urósł powyżej punktacji reprezentanta Izraela, sala oszalała. Ludzie płakali, rzucali się sobie w ramiona, potem w amoku tańczyli (nawet na stołach) do „Bangaranga” Dary – przeboju, od którego w to lato możemy się nie opędzić.
To była deklasacja. Dara zyskała 516 punktów. Noam Bettan – 343. W tym 12 od polskiego jury, zatrudnionego przez TVP. To najwyższa z możliwych not, które jurorzy mogą przyznać krajowi.
Tajniki głosowania
Moment przyznawania punktów jest bardzo emocjonujący. Najpierw widzowie obserwują łączenia ze wszystkimi uczestniczącymi krajami. Tak zwani sekretrze – w przypadku Polski była to dziennikarka Radia 357 Aleksandra Budka – informują, jakie noty przyznały krajowe jury. Każde jury wyróżnia 10 krajów (z 25, które znalazły się w finale), przyznając noty od 1 do 7, a trzem najlepszym punkty 8,10 i 12. Po zliczeniu wszystkich głosów jury, Dara z Bułgarii wyszła na prowadzenie.
Tutaj trzeba zaznaczyć, że polska reprezentantka Alicja Szemplińska zachwyciła jurorów – dostała maksymalne 12 punktów od jury z Niemiec, Austrii, Mołdawii i Belgii. Tylko dwie artystki tego wieczoru dostały cztery dwunastki jurorskie – Alicja i zwyciężczyni, Dara. To uplasowało nas na siódmym miejscu. Izrael był tuż za nami.
Kiedy znamy już klasyfikację jurorską, przychodzi czas na głosy widzów. Te są kumulowane, prowadzący przedstawiają sumę punktów wyliczonych ze wszystkich sms-ów wysłanych z Europy, Australii i tzw. „reszty świata”, czyli krajów nieuczestniczących. Ten moment jest kluczowy, często przewraca tabelę wyników do góry nogami. I tak na przykład szorująca po dnie Mołdawia wskoczyła na ósme miejsce, a Rumunia ustawiona przez jury na 13. miejscu finalnie weszła na podium, kończąc z trzecim wynikiem tego wieczoru. Dara z Bułgarii dostała od widzów aż 312 punktów. Od jury – 204. Po raz pierwszy od 2017 roku (kiedy wygrał Salvador Sobral z Portugalii) zwyciężyła piosenka, która dostała zarówno najwięcej głosów od jury, jak i od publiczności. Zazwyczaj opinie jurorów i widzów się znacząco rozjeżdżają.
Głosowanie SMS-owe ostudziło entuzjazm „polskiego stolika” w centrum prasowym. Alicja Szemplińska dostała jedynie 17 punktów, lądując ostatecznie na 12. miejscu.
To wciąż piękny wynik, z którego możemy być dumni. Nasz kraj reprezentowała wokalistka z jednym z najlepszych i najmocniejszych wokali tej edycji Eurowizji.
Najbardziej jednak nastroje wśród polskich obserwatorów konkursu popsuło głosowanie naszego krajowego jury.
Kto zasiadał w polskim jury?
Kiedy Aleksandra Budka wyczytała 12 punktów dla Izraela, wśród polskich dziennikarzy zapadła grobowa cisza. Wielu spuściło wzrok ze wstydem i rozczarowaniem – takie mieliśmy wrażenie.
Podczas tego finału tylko polskie jury wyróżniło Izrael najwyższą notą.
W składzie jurorskim znaleźli się przede wszystkim młodzi artyści, większość nieznana szerszej publiczności i nie mająca dużego doświadczenia w branży:
- Filip Koncewicz – kompozytor, muzyk, realizator dźwięku, napisał muzykę m.in. do filmu „35 dni w Czarnobylu” i serialu „Szpilki na Giewoncie”;
- Viki Gabor – gwiazda młodego pokolenia, zwyciężczyni Eurowizji Junior;
- Staś Kukulski – młody wokalista, któremu nie powiodło się w preselekcjach do tegorocznej Eurowizji;
- Wiktoria Kida – wystąpiła w programie „Mam talent”;
- Jasiek Piwowarczyk – zwycięzca programu „The Voice of Poland”;
- Maurycy Żółtański – student socjologii, producent muzyczny;
- Eliza Orzechowska z TVP Kultura.
Szybko pojawiły się komentarze, że jest to gest przeprosin za viralowy filmik z Alicją Szemplińską, która zawahała się przed pozdrowieniem fanów z Izraela i w rozmowie z dziennikarką z tego kraju, po szybkiej konsultacji z zespołem PR, dyplomatycznie pozdrowiła „wszystkich fanów Eurowizji”. Opisywaliśmy to w naszej sobotniej relacji:
Po sobotnim głosowaniu, jurorzy musieli zamknąć swoje profile w social mediach albo przynajmniej uniemożliwić komentowanie. Setki fanów konkursu chciały się dowiedzieć, co wydarzyło się podczas przyznawania polskich punktów. Do sprawy odniosła się Aleksandra Budka, odpowiadając na krytykę: „Nie zgadzam się na hejt, który się na mnie wylewa. Jestem rzeczniczką polskiego jury, a nie jego członkinią. Nie brałam udziału w głosowaniu. Wyniki dostaję tuż przed wejściem na wizję, więc nie mogę uzależniać swojej roli od wyników głosowania jury. Nie ma tu miejsca na moje prywatne poglądy. Byłam w tej roli po raz drugi i z chęcią zrobię to ponownie”.
„Prawa człowieka to nie konkurs”
Dlaczego takie głosowanie polskiego jury budzi wątpliwości?
Po pierwsze, udział Izraela w konkursie od momentu rozpoczęcia konfliktu w Strefie Gazy jest przedmiotem kontrowersji, dyskusji i protestów. Po dwóch latach wysyłania piosenek z politycznym podtekstem i wykorzystywania przez rząd Benjamina Netanjahu eurowizyjnej sceny jako narzędzia softpower wielu fanów konkursu liczyło, że edycja 2026 będzie pierwszą bez tego kraju. Pięć państw wycofało się z udziału w Eurowizji, wskazując, że nie chcą występować w konkursie z krajem, który dokonuje ludobójstwa w Gazie. Hiszpania, która zdecydowała się na taki krok, emitowała tegoroczną Eurowizję. Jednak przed finałem na ekranach hiszpańskich widzów pojawił się napis: „Eurowizja jest rywalizacją, ale prawa człowieka to nie konkurs. Nie ma miejsca na obojętność. Sprawiedliwość i pokój dla Palestyny”.
Hiszpania domagała się głosowania w sprawie dalszego udziału Izraela, ale finalnie do niego nie doszło – Europejska Unia Nadawców (EBU) uznała, że w momencie „zawieszenia broni” w Gazie problem sam się rozwiązał. Co więcej, okazało się też, że władze EBU nie widzą problemu z uczestnictwem krajów aktywnie prowadzących wojny. Dyrektor wykonawczy Eurowizji, Martin Green, przyznał, że nie miałby problemu, aby porozmawiać o powrocie Rosji do konkursu.
Podejrzana popularność wśród publiczności
Po drugie, Izrael kolejny rok z rzędu, od momentu ataku na Gazę, otrzymuje rekordowe wyniki głosowania publiczności – mimo że ich piosenki zwykle odbiegają popularnością od największych eurowizyjnych hitów. Można to tłumaczyć „mobilizacją diaspory”, ale obserwatorzy konkursu dopatrują się tutaj nieuczciwych praktyk. Izrael chętnie korzysta z faktu, że z jednego numeru można wysłać 10 (a w ubiegłych latach 20) SMS-ów.
Wystarczy kilkaset zmobilizowanych osób, aby wygrać w danym kraju. Wykazał to w swoim śledztwie „New York Times”, badając, jak to się stało, że w 2025 roku Izrael dostał 12 punktów od hiszpańskiej publiczności, która przecież jest jedną z najbardziej sceptycznych wobec tego kraju. Izraelski nadawca, telewizja KAN, był też wielokrotnie upominany za niezgodne z zasadami promowanie swoich piosenek.
Eurowizja powinna być celebracją
Po trzecie, od pierwszego konkursu po wybuchu wojny w Gazie, czyli finału w Malmö w 2024 roku, Eurowizja stała się wydarzeniem podwyższonego ryzyka. Przez miasta organizujące konkurs przetaczają się protesty antyizraelskie, ściągane są służby antyterrorystyczne, potrzeba silnych zabezpieczeń przed cyberatakami. W Wiedniu mówiło się o wysokim zagrożeniu atakiem terrorystycznym. Widzowie i artyści są więc narażani na niebezpieczeństwo — tylko po to, żeby jeden kraj mógł dalej wykorzystać Eurowizję do propagandy.
Artyści powinni móc celebrować swój udział w konkursie, a nie uważać na słowa w obawie, że zostaną oskarżeni o antysemityzm (jak Alicja, wahająca się przed pozdrowieniem fanów z Izraela). Wreszcie – artyści nie powinni być zmuszani do tłumaczenia się z tego, że chcą reprezentować swój kraj. To, że Izrael występuje, nie jest ich winą i odpowiedzialnością.
Przeczytaj także:
Polskie jury nie żyje w bańce i zna ten kontekst. Zapewne TVP będzie tłumaczyć, że jurorzy dostali dowolność i wybrali najlepszą piosenkę, bo przecież tylko o muzykę tu chodzi. Ale wszyscy wiemy, że to nieprawda. Wiedzą to również przedstawiciele polskiego rządu – przecież ministra kultury Marta Cienkowska publicznie przyznała, że jej zdaniem powinniśmy wycofać się z konkursu, dopóki bierze w nim udział Izrael. Tymczasem TVP w grudniu 2025 nie planowało głosować za wyrzuceniem Izraela, a teraz jeszcze – przypomnijmy, że jako jedyny nadawca – wyróżnił go najwyższą notą.
Eurowizja jest polityczna i oba te gesty TVP należy odczytywać politycznie. Polskie jury dało prezent krajowi, który już i tak ma zapewnioną przewagę w głosowaniu publiczności. Pokazało jednocześnie środkowy palec fanom i obserwatorom konkursu, którzy wiedzą, że wygrana Izraela to koniec Eurowizji, jaką znamy. I którzy nie godzą się na prezenty dla państwa łamiącego prawa człowieka.

Komentarze