Prawa autorskie: AFPAFP
06 sierpnia 2022

Kreml chce kolejnego konfliktu? Fałszywki rosyjskiej propagandy o nowej wojnie na Bałkanach

Zaostrzenie sytuacji między Serbią a Kosowem, do którego doszło 31 lipca, było powiązane z zaskakująco wysoką aktywnością rosyjskich mediów oraz kanałów propagandowych. Suflowany przekaz nie pozostawiał wątpliwości: za chwilę na Bałkanach wybuchnie kolejna wojna

Na zdjęciu: patrol żołnierzy NATO stacjonujących w Kosovie przy barykadzie ustawionej przez Serbów na drodze obok miasteczka Zubin Potok, 1 sierpnia 2022, Foto Armend NIMANI / AFP

Czy rosyjska propaganda była przygotowana do podburzającej narracji na temat Serbii i Kosowa, i to zanim w Kosowie cokolwiek się zadziało?

Przypomnijmy, w niedzielę wieczorem, 31 lipca, doszło do eskalacji konfliktu między Kosowem a Serbią. Niedaleko granicy padły strzały, w kilku miejscach kosowscy Serbowie zablokowali autostrady.

Punkty zapalne tego sporu są znane – chodzi o nowe przepisy, wprowadzane przez rząd w Kosowie, na które nie zgadzają się Serbowie. Nie sam konflikt był jednak zaskakujący, lecz związana z nim wysoka aktywność Rosji.

Rosyjskie MSZ wypowiedziało się oficjalnie zaledwie kilka godzin po tym, jak w kosowskiej Mitrowicy rozległy się syreny, a następnego dnia kontynuowało wyrażanie swego poparcia dla Serbii. Zaś rosyjskie kanały propagandowe w mediach społecznościowych, do tej pory zajęte wojną w Ukrainie, błyskawicznie zaczęły podawać „newsy” o eskalacji sytuacji na Bałkanach.

W niedzielny wieczór z minuty na minutę na rosyjskich kontach przybywało doniesień o bieżącej sytuacji. Pojawiały się kolejne zdjęcia, filmy – mimo że nawet bałkańskie media miały problemy z uzyskaniem informacji o wydarzeniach. Publikowane w sieci materiały były jednak mało wiarygodne: trudne do identyfikacji, jeśli chodzi o czas i miejsce ich powstania, często słabej jakości, co sprawiało, że niewiele było na nich widać. Ale wszystkie opisywano tak, by wywoływać u odbiorców silne emocje, zwłaszcza strach.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Gorący niedzielny wieczór

Źródłem konfliktu była decyzja rządu Kosowa, która nakładała na zamieszkującą ten kraj serbską mniejszość obowiązek wymiany samochodowych tablic rejestracyjnych w ciągu dwóch miesięcy oraz uzyskania dodatkowego dokumentu, niezbędnego do przekroczenia granicy Kosowa.

Obecnie mieszkający w tym kraju Serbowie używają tablic i dokumentów wydawanych w Serbii, przy czym Serbia nie uznaje kosowskich tablic rejestracyjnych. Kosowski rząd chciał więc zastosować wobec Serbów te same zasady, jakie Serbia stosuje wobec obywateli Kosowa. To wywołało gwałtowny sprzeciw.

Trudne relacje między tymi dwoma państwami to pokłosie wojny na Bałkanach z lat 90. XX wieku. Wiele punktów spornych wciąż nie jest rozwiązanych, a w Kosowie nieprzerwanie stacjonują międzynarodowe siły NATO, które stabilizują sytuację.

Nowe przepisy miały wejść w życie 1 sierpnia. Na kilka godzin przed tą datą, 31 lipca wieczorem, doszło do zaostrzenia konfliktu. Serbowie mieszkający w Kosowie w ramach protestu zablokowali ciężarówkami drogi prowadzące do dwóch przejść granicznych, w niektórych miejscach pojawiły się barykady.

Padły też strzały w kierunku przygranicznych patroli policyjnych, ale nikt nie został ranny. Władze Kosowa zamknęły dwa przejścia graniczne. Siły pokojowe NATO poinformowały, że w razie eskalacji są gotowe do podjęcia interwencji, interweniował też ambasadora USA w Kosowie. W efekcie rząd Kosowa odroczył wprowadzenie w życie nowych przepisów o 30 dni.

Następnego dnia wieczorem drogi były już przejezdne, wrócił ruch na przejściach granicznych. Oczywiście sporna sprawa nie została rozwiązana, tylko odsunięta w czasie, ale oba państwa mają teraz przestrzeń na to, by dojść do porozumienia.

Tyle że porozumienie może być trudne, zwłaszcza że w sprawę angażuje się społeczność międzynarodowa: nie tylko NATO czy Unia Europejska (które od lat wspierają proces normalizacji stosunków na linii Kosowo – Serbia), ale także Rosja.

Kreml od dawna stoi po stronie Serbii, jednak dziś może mieć szczególny interes w rozpoczęciu kolejnego międzynarodowego konfliktu w Europie. Zmuszałby on instytucje międzynarodowe do podzielenia uwagi między Ukrainę a Bałkany, a tym samym osłabiałby wsparcie Zachodu dla Ukrainy, z korzyścią dla Kremla oczywiście.

Rosja oficjalnie…

Pytanie o udział Moskwy w podgrzewaniu konfliktu jest zasadne także dlatego, iż 31 lipca i 1 sierpnia, w czasie eskalacji, Rosja była wyjątkowo aktywna. Już w niedzielę wieczorem głos zabrała Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

„Rosja wzywa Prisztinę [stolicę Kosowa - red.], Stany Zjednoczone i Unię Europejską, które ją wspierają, do zaprzestania prowokacji i przestrzegania praw Serbów w Kosowie” - powiedziała. - „Przywódcy Kosowa wiedzą, że Serbowie nie pozostaną obojętni, jeśli chodzi o bezpośredni atak na ich wolność i celowo dążą do pogorszenia sytuacji, aby uruchomić scenariusz siłowy”.

Do 1 sierpnia rano rosyjska agencja informacyjna TASS opublikowała jedenaście depesz na temat konfliktu Kosowo-Serbia, podając między innymi, że prezydent Serbii Aleksander Vučic podziękował Rosji za wsparcie i „trafną reakcję”.

1 sierpnia poparcie dla Serbii potwierdził też Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla. Podkreślił, że Moskwa domaga się poszanowania praw Serbów mieszkających w Kosowie i zapewnił, że Kreml „wspiera apele o pokój i konstruktywne rozwiązanie sytuacji”.

Rosja nieoficjalnie…

Tyle że na rosyjskich kanałach w sieci jakoś nie było widać zaangażowania w pokojowe rozwiązanie sytuacji. Wręcz przeciwnie – zrobiono wiele, by podburzać emocje wokół Bałkanów, i to w sposób wyglądający na skoordynowaną akcję.

Zaraz po godzinie 19, gdy pojawiały się pierwsze, niepełne informacje z Kosowa, kanały rosyjsko- i serbskojęzyczne podały informację, że doszło do strzelaniny przy blokadzie drogi prowadzącej w kierunku przejścia granicznego Jarinje i jeden Serb został ranny.

Jak analizowało później Radio Free Europe/Radio Liberty, tego newsa, który okazał się fake newsem (według oficjalnych oświadczeń władz serbskich i kosowskich nikt nie został ranny), opublikował na swoim kanale na Telegramie między innymi Władysław Pozdniakow, działacz rosyjskiej skrajnej prawicy. Jego kanał ma 118 tysięcy obserwujących, fałszywa informacja zaczęła się więc szybko rozchodzić.

Potem na rosyjskich kanałach opublikowano zdjęcie osoby, a właściwie tylko jej nóg, w mundurze wojskowym. Do takiej niewiele mówiącej fotografii dołożono komentarz, że serbska armia stoi w gotowości bojowej na przejściu granicznym między Serbią a Kosowem.

Pół godziny później na Telegramie pojawiła się informacja o zmianie miejsca stacjonowania serbskich samolotów wojskowych – miały się znajdować w pobliżu granicy z Kosowem. Tych informacji nikt nie potwierdzał, same materiały budziły poważne zastrzeżenia co do ich wiarygodności, ale rozchodziły się na Telegramie błyskawicznie.

Na filmach nic nie było, za to ich podpisy!

Około godziny 21:00 czasu polskiego na bieżąco obserwowałam, jak w sieci rośnie liczba materiałów wideo i fotografii z Kosowa. Choć minęło zaledwie kilka godzin od pierwszych doniesień o eskalacji konfliktu, można je było znaleźć już nie tylko na Telegramie, ale też na YouTube i Twitterze.

Co ważne, znaczna większość pochodziła z kont rosyjskich, nie serbskich czy kosowskich. Same filmy i fotografie niewiele mówiły, dokładano do nich jednak budzące emocje podpisy, które w ogóle nie pasowały do tego, co było widać na opisywanych materiałach.

Oto przykłady.

Pierwszy to film, na którym widać ulicę w jakiejś miejscowości (wzdłuż drogi stoją domy). Przejeżdża samochód, potem idzie spokojnie dwóch mężczyzn (cywilów). W oddali widać duży krzyż, obok jakichś ludzi, ale są bardzo niewyraźni, nie wiadomo, ilu ich jest. Na poboczu drogi stoją karetki. Ich kierowcy oraz ratownicy stoją obok, spokojnie rozmawiają. Nie widać żadnego napięcia ani pośpiechu. Nie ma nikogo w mundurze, brak samochodów wojskowych. Tymczasem dodany do filmu podpis (w języku rosyjskim) brzmi: „Armia Kosowa szykuje się do inwazji na Serbię”.

Drugi to sześciosekundowy filmik, na którym widać tylko ciemne sylwetki drzew na tle nieba (film kręcono wieczorem) i słychać strzały. Podpis: „Media piszą o strzelaninach na granicy z Kosowem!”.

Trzeci to jedenastosekundowy film, nagrany w nieznanej miejscowości, widać tylko kilka bloków, niewielki plac, flagę Serbii na maszcie oraz słychać bijący dzwon. Na filmie nie dzieje się zupełnie nic, nie ma ludzi.

Podpis: „W całym północnym Kosowie kościoły i klasztory biły w dzwony przez pół godziny. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, co to oznacza. Tak samo było w 1999 r.”.

Wyjaśnijmy – w 1999 roku NATO rozpoczęło bombardowania Serbii, aby zakończyć prowadzoną przez Serbów czystkę etniczną wobec albańskich mieszkańców Kosowa.

Kolejny to film nagrany po zmroku przez jakiegoś kierowcę siedzącego w samochodzie w momencie, gdy mijała go kolumna kilkunastu aut, jadących na sygnałach. Większość to auta policyjne, dwa lub trzy mogą być wojskowe, trudno to jednak ustalić, wideo jest bowiem bardzo słabej jakości, samochody niewyraźne, nie widać ani numerów rejestracyjnych, ani napisów na samochodach, ani żadnych punktów charakterystycznych w miejscu nagrywania. Nie wiadomo, gdzie i kiedy nakręcono film. Podpis: „Kosowo – specnaz przygotowuje się do odparcia inwazji serbskich agresorów”.

Żaden z tych podpisów nie oddawał w sposób adekwatny tego, co było widać na filmach. W dwóch przypadkach nie było możliwości ustalenia, czy wideo w ogóle nagrano w Kosowie. Mimo braku wiarygodności materiały intensywnie rozprowadzano w sieci.

Taką metodę dezinformacji znamy przynajmniej od kryzysu granicznego między Polską a Białorusią: do neutralnego nagrania dodawany jest nieadekwatny podpis, który w sposób nadmierny i nieuzasadniony interpretuje zarejestrowane obrazy. Całość ma wywoływać silne emocje wśród odbiorców.

Dodano odgłosy strzałów, żeby było dramatycznie?

Innej metody użyto w kolejnym filmie - było to nagranie rejestrujące moment, gdy w kosowskiej Mitrowicy w niedzielę zawyły syreny.

Na początku widać było tylko drzewa i niewyraźne bloki, ale słychać było strzały oraz głos syren. Potem pokazano osiedle mieszkaniowe i ulicę. Cały czas było słychać syreny, strzały ucichły.

Na pierwszy rzut oka film robił dramatyczne wrażenie, budził skojarzenia z wojną, alarmem lotniczym, ostrzałem. Szybka analiza pokazała jednak, że nagranie zmontowano: część ze strzałami i syrenami to jeden film, a widok na osiedle mieszkaniowe - drugi, połączone w całość podczas cyfrowego montażu.

Oglądając tylko drugi fragment można zauważyć, że syreny nie zrobiły większego wrażenia na mieszkańcach: nikt nie uciekał, nie chował się, ludzie zachowali spokój, kierowcy samochodów kontynuowali podróż. Potwierdzały to zresztą inne nagrania dostępne w sieci, publikowane nie przez rosyjskie kanały, lecz przez mieszkańców Kosowa. Dopiero dodanie fragmentu z odgłosami strzałów nadawało całości dramatyzmu.

Kiedy sprawdziłam metadane filmu (czyli dane cyfrowe rejestrujące czas utworzenia pliku i wprowadzane do niego zmiany), okazało się, że plik był modyfikowany za pomocą programu, który umożliwia nie tylko montaż wideo, ale także zmianę ścieżki dźwiękowej. Nie wiadomo więc, czy strzały pierwotnie było słychać w pierwszym fragmencie, czy też dodano je później.

Ten właśnie film już o godz. 18:50 w niedzielę opublikował na Telegrami kanał Władimira Sołowiowa, jednego z najbardziej znanych rosyjskich propagandzistów, pracownika medialnego telewizji Rossija1 i Rossija 24. Jego publikacja dotarła do 635 tysięcy użytkowników Telegramu.

Z Telegramu na inne platformy w ciągu kilku godzin

Jak zidentyfikowali dziennikarze Radia Free Europe/Radio Liberty, kanał Rosich na Telegramie (powiązany z prywatną jednostką wojskową „Grupa Wagnera”) w niedzielę wieczorem podał, że według serbskiego prezydenta armia Kosowa zamierza zaatakować Serbię o północy.

To była absolutnie nieprawdziwa informacja – prezydent Vučić powiedział jedynie, że o północy służby Kosowa mają zacząć wdrażanie nowych przepisów dotyczących dokumentów i tablic rejestracyjnych samochodów. Za kanałem Rosich fake newsa podały inne rosyjskie kanały.

Niestety, niewiarygodne materiały z platformy Telegram natychmiast były rozprowadzane także na innych platformach społecznościowych. Po kilku godzinach były już powszechnie dostępne na Twitterze, YouTube i Facebooku.

Jak podał w poniedziałek portal Balkan Insight, w przeciągu zaledwie kilkunastu godzin na Twitterze powstało ponad 250 tysięcy tweetów na temat Kosowa: „Użytkownicy Twittera, głównie z Ukrainy, Rosji, Turcji, Hiszpanii, Serbii, Kosowa i Albanii, dzielą się dezinformacją o rzekomej »wojnie«, która wybuchła między Kosowem a Serbią lub szerzą propagandę podważającą niezależność Kosowa od Serbii”.

Przy czym nie wszyscy jedynie dzielili się informacjami – prawdziwymi czy fałszywymi. Ukraiński poseł Oleksij Gonczarenko napisał, że jeśli Serbia zaatakuje Kosowo, trzeba będzie bronić jego mieszkańców, zaś „Ukraina jest gotowa do działania”.

Jego tweet zdobył ponad 10 tysięcy polubień, jednak brytyjski ekspert James Ker-Lindsay z London School of Economics zauważył, że taki komentarz jest nieodpowiedzialny, niepotrzebny i jedynie pogarsza sytuację. „Jeśli naprawdę wierzysz w pokój, nie bądź częścią problemu na Bałkanach” – napisał.

Natomiast turecki pisarz Huseyin Hakkı Kahveci stwierdził wprost: „Wybuchła wojna między Serbią a Kosowem. (…) Wojna zaczyna się rozprzestrzeniać na Europę przez Bałkany i na Rosję przez Kaukaz”. To także była nieprawda.

Szykujmy się na kolejna odsłonę akcji

Komentarze takie jak Gonczarenki czy Kahveci doskonale pokazują, w jaki sposób w kryzysowej sytuacji wpływa na ludzi rosyjska propaganda.

Brak dokładnych danych, niepewność, mnożące się na platformach społecznościowych zdjęcia i filmy, opisywane w sposób wywołujący strach - wszystko to silnie pobudza wyobraźnię.

W połączeniu ze świadomością sytuacji w Ukrainie wywołuje natychmiastowe skojarzenia z wojną. Każdy kolejny komentarz potęguje to emocjonalne oddziaływanie. Po zaledwie kilku godzinach niemal wszyscy, do których dotarły tego rodzaju „newsy”, byli przekonani, że właśnie wybuchła nowa wojna.

Choć w rzeczywistości w Kosowie i Serbii przez cały czas było dość spokojnie: protesty i blokady ograniczały się do kilku miejsc, żadna armia się nie przemieszczała, nikt nie został ranny.

W opisywanej sytuacji rosyjskie kanały i media nie zakończyły swojej aktywności w poniedziałek, gdy władze Kosowa na 30 dni zawiesiły wprowadzenie nowych przepisów. Aż do środy na Telegramie pojawiały się wpisy, których celem było wyłącznie podbijanie tematu.

Już dziś możemy się przygotować na następną odsłonę tej akcji, która zapewne będzie miała miejsce 31 sierpnia. Przypuszczam, że rosyjskie kanały w mediach społecznościowych znów będą do niej doskonale przygotowane.

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, specjalizuje się w analizie dezinformacji. Z OKO.press współpracuje od 2017 roku. Autorka książki "Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne