Polska jest niezmiennie jednym z najważniejszych sojuszników Ukrainy walczącej z rosyjską agresją. Jednocześnie jednak zmienia się stosunek Polaków do Ukraińców i Ukrainy. Dawno zniknął entuzjazm z 2022 r. Czy należy się obawiać, że zastąpi go wzajemna niechęć i wrogość?
To pytanie zadają sobie nie tylko Ukraińcy mieszkający w Polsce i doświadczający szykan, a nawet aktów przemocy na polskich ulicach. Ich liczba wzrosła, o czym świadczą doniesienia medialne i policyjne statystyki. Najnowsze, opublikowane pod koniec stycznia badania wzajemnych relacji między Polakami i Ukraińcami opublikowane przez think tank Centrum im. Juliusza Mieroszewskiego pokazują, że w 2025 r. nieżyczliwego stosunku doświadczyło w Polsce 36 proc. Ukraińców.
W 2022 r. odsetek ten wynosił zaledwie 5 proc. W okresie przedwojennym osiągał 13 proc. Najbardziej niepokoi nie tylko liczba, ale i fakt, że systematycznie rośnie od 2023 r., kiedy wynosiła 21 proc. Oczywiście najbardziej zaniepokojeni są sami Ukraińcy, bo zmiana społecznych nastrojów związana jest ze zmianą atmosfery politycznej.
Temat pomocy dla ukraińskich imigrantów mieszkających w Polsce stał się jedną z ważnych kwestii prezydenckiej kampanii w 2025 r. To Rafał Trzaskowski, kandydat strony liberalnej, wprowadził do obiegu pomysł, by wypłatę świadczenia 800 zł na każde dziecko ograniczyć tylko do sytuacji, gdy rodzicie pracują. Inicjatywa nie pomogła wygrać wyborów, na pewno jednak pomogła w zmianie podejścia do tematyki ukraińskiej. Jej polityczna instrumentalizacja i odwoływanie się do rosnącej w społeczeństwie niechęci przestała być domeną prawicy, a stała się kwestią wspólną i polem rywalizacji na kolejne inicjatywy pokazujące „twardość” polityków.
Dość łatwo wytłumaczyć tę zmianę na poziomie politycznym. Politycy rządu koalicji demokratycznej Donalda Tuska sprawujący władzę od 2023 r. obawiają się wzrostu siły prawicy, a w szczególności rosnącego poparcia dla skrajnej prawicy. Jego wyrazem jest zaskakująca pozycja Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, na którą zagłosowałoby według najnowszych sondaży blisko 10 proc. wyborców (np. badanie CBOS ze stycznia).
W takiej sytuacji politycy liberalni odwołują się do teorii „odbierania tlenu” prawicy i próbują przejmować bliskie im tematy, licząc, że jednocześnie przekonają do siebie bardziej umiarkowaną część prawicowego elektoratu. Dlatego też Donald Tusk podkreśla swoje twarde podejście do imigracji, dowodząc, że jego rząd robi więcej w walce z imigracją nielegalną, niż kiedykolwiek zrobił rząd Prawa i Sprawiedliwości. Podobną twardość pokazuje polski premier wobec Niemiec, by nie można mu było zarzucić – co często próbuje robić Jarosław Kaczyński – że jest wykonawcą poleceń Berlina. Nawet polityka europejska i relacje z Brukselą zostały podporządkowane tej logice i to obecny rząd kwestionuje wiele europejskich rozwiązań, jak choćby Zielony Ład czy porozumienie handlowe z Mercosur.
W tej politycznej układance temat ukraiński jest jednym z wielu. Należy o tym pamiętać, żeby nie stracić perspektywy. Czy jednak wraz ze zmianą nastrojów społecznych wobec Ukraińców nie grozi nam trwała zmiana politycznej strategii i Polska przestanie być sojusznikiem Kijowa w takich sprawach jak pomoc wojenna lub poparcie dla europejskiej integracji?
Szukając odpowiedzi na te pytania, warto dokładniej przyjrzeć się wynikom sondaży w Polsce i odnieść je do głębszej wiedzy socjologicznej o zachodzących w społeczeństwie procesach. Dobrym punktem wyjścia są wspomniane badania Centrum im. Mieroszewskiego. Tak, pokazują niepokojącą tendencję – życzliwość wobec Ukraińców systematycznie się zmniejsza, podobnie gotowość pomocy zarówno ukraińskim imigrantom, jak i poparcie dla europejskich aspiracji Ukrainy.
Pozytywny stosunek wobec Ukraińców mieszkających w Polsce deklaruje 39 proc. badanych, negatywny 35 proc. Wyraźnie jednak widać, że na tę ocenę wpływa status imigranta – już bowiem Ukraińcy mieszkający w Ukrainie postrzegani są pozytywnie przez 45 proc. badanych, negatywnie przez 20 proc. To ważna informacja, bo pokazuje, że Ukraińcy w Polsce stali się częścią szerszego procesu wzrostu lęku przed imigracją obserwowanego nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, a także w USA.
W Polsce Ukraińcy są największą grupą wśród imigrantów, więc dla wielu Polaków stali się uosobieniem tego budzącego obawy procesu. Na dodatek Polska bardzo szybko z kraju emigrantów stała się państwem o jednej z najwyższych na świecie dynamice imigracji. Wystarczy przypomnieć 2004, kiedy po przystąpieniu do UE setki tysięcy Polaków ruszyły do Wielkiej Brytanii, Irlandii i Szwecji, które otworzyły jako pierwsze rynki pracy. Potem nastąpił 2014 r. i pierwsza fala imigracji z Ukrainy. 2022 wszyscy doskonale jeszcze pamiętamy.
Każdy socjolog wytłumaczy, że przy takiej dynamice i intensywności ruchu mas ludzkich dojść musi do złożonych reakcji. Te reakcje zależeć będą od wielu czynników: sytuacji na rynku pracy, postrzegania różnic kulturowych, dostępu do usług i świadczeń. Z oczywistych względów nie udało się, jak próbowali to zrobić kilka lat temu politycy Konfederacji, przestraszyć Polaków wizją konkurencji ze strony Ukraińców na rynku pracy. Przeciwnie, ukraińscy imigranci okazali się siłą, która niezwykle pomogła polskiej gospodarce w sytuacji narastającego kryzysu demograficznego i braku rąk do pracy.
Już jednak dostęp do usług publicznych, zwłaszcza służby zdrowia i edukacji, był od lat źródłem niezadowolenia wśród Polaków. Pojawienie się dodatkowych użytkowników tych usług stało się więc naturalną pożywką dla obaw, że Ukraińcy „wypychają” Polaków z kolejek do lekarzy czy przedszkoli. Już jednak bardziej złożona jest kwestia powszechnej, obserwowanej ponad podziałami niechęci do wypłaty imigrantom świadczeń finansowych, takich jak 800 zł dla każdego dziecka (inicjatywę Trzaskowskiego z kampanii popierało 88 proc. ankietowanych w badaniu IBRiS).
Czy jednak ta niechęć była motywowana wyłącznie niechęcią wobec ukraińskich imigrantów? Otóż już podczas kampanii do Sejmu i Senatu w 2023 r. zauważyliśmy w badaniach, jakie robiliśmy w Fundacji im. Stefana Batorego, że w Polsce panuje silna niechęć do bezwarunkowych wypłat świadczeń socjalnych i jest nazywana „rozdawnictwem”. Owszem, Polacy są gotowi pomagać tym, którzy na to zasługują, czyli pracującym. Kto jednak nie pracuje z własnej winy, na wsparcie nie zasługuje. W tej opinii widać wyraźny komponent klasowy – to głównie przedstawiciele klasy średniej, przekonani, że osiągnęli swój status ciężką osobistą pracą, nie są skłonni dzielić się owocami sukcesu z „nierobami” i „pasożytami społecznymi” (to określenia, jakie pojawiały się w wypowiedziach podczas badań fokusowych).
W ocenie obecnych nastrojów nie można też pomijać perspektywy historycznej. Dzisiejsze oceny relacji polsko-ukraińskich odnosimy do niezwykłego 2022 r. Ówczesny entuzjazm i zaangażowanie na rzecz Ukraińców i Ukrainy było rzeczywiście niebywałe zarówno ze względu na skalę, jak i charakter. Ta zaskakująca pozytywna reakcja ciągle prosi się o wyjaśnienie. Czy odpowiedź na kryzys humanitarny wywołany wojną była wyrazem solidarności z Ukrainą? Czy też może raczej wyrażała się w niej empatia pojedynczych Polek i Polaków wobec tragicznego losu konkretnych Ukrainek i Ukraińców?
Solidarność i empatia, choć mogą prowadzić do podobnych efektów, są odmiennymi mechanizmami mobilizacji do działania. Pierwsza bardziej odwołuje się mechanizmów społecznych i racjonalnych, mobilizacja społeczna oparta na solidarności ma zazwyczaj trwalszy charakter. Druga bardziej polega na indywidualnych emocjach, oparte na niej działania szybciej wygasają i podlegają zmianie nastrojów. Zostawmy wyjaśnienie znaczenia tej różnicy dla dynamiki procesu społecznego w Polsce po 2022 r.
Przypomnijmy jednak przywołany kontekst historyczny i wróćmy do pierwszych dni ukraińskiej niepodległości. Polska była pierwszym państwem, które uznało ukraińską deklarację niepodległości. Polskie władze uczyniły to w sytuacji, kiedy pozytywny stosunek do Ukraińców deklarowało zaledwie ok. 10 proc. Polaków, negatywny ponad 60 proc. Wiele lat musiało upłynąć, kiedy oceny pozytywne zaczęły przeważać na negatywnymi. Jeszcze w 2019 r. badanie CBOS pokazało, że dobrze ocenia Ukraińców 31 proc. badanych, źle 41 proc. Te wyniki podpowiadają, że obecna zmiana nie musi oznaczać katastrofy, lecz raczej korektę polegającą na powrocie do historycznego trendu.
Co robić, żeby ten trend miał pozytywny wektor i oznaczał poprawę, a nie pogorszenie? Nie ma prostej odpowiedzi. Ale badanie Centrum im. Mieroszewskiego daje podpowiedź. Otóż rośnie w Polsce przekonanie, że Polska i Ukraina mają wspólne interesy. Jest o tym przekonanych 42 proc. ankietowanych, w 2024 r. odsetek ten wynosił 19 proc. Rośnie też przekonanie, że naszym relacjom zagrażają istotne spory. Uważa tak 61 proc., w 2024 r. odsetek ten wynosił 35 proc.
Paradoksalnie obie te oceny, zarówno dotycząca wspólnych interesów, jak i sporów, i wyrażający się w nich trend niosą dobrą informację. Pokazują bowiem, że Polacy widzą, jak wiele mamy z Ukrainą wspólnego, co może być podstawą do dyskusji o konkretach i konkretnych rozwiązaniach i działaniach. Takim przykładem może być znalezienie formuły dla bardzo ważnej dla Polaków kwestii ekshumacji osób zamordowanych na terenie Ukrainy m.in. podczas rzezi wołyńskiej. W wymiarze współczesnym można przywołać przykłady coraz intensywniejszej współpracy w zakresie wymiany doświadczeń dotyczących bezpieczeństwa i odporności.
W końcu nie należy zapominać, że nawet jeśli obserwujemy fluktuacje nastrojów wyrażające się w uogólnionych statystykach, to poza tymi statystykami nieustannie działają organizacje społeczeństwa obywatelskiego i konkretni ludzie angażujący się nieustannie na rzecz pomocy ukraińskim imigrantom i Ukrainie toczącej wojnę z rosyjskim agresorem. To efektem ich pracy jest kolejna mobilizacja i setki generatorów mocy, jakie ruszyły z Polski do Ukrainy.
Tekst ten został pierwotnie, w wersji dla czytelnika ukraińskiego, został opublikowany w serwisie „Europejska Prawda”. Tu publikujemy wersję, którą Edwin Bendyk umieścił w swoim blogu Antymatrix.
Dziennikarz, aktywista społeczny, pisarz. Od lipca 2020 prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Szef działu Nauka w „Polityce”. Twórca Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas i wykładowca Graduate School for Social Research PAN. Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012), „Jak żyć w świecie, który oszalał” (wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim, 2014). Członek Polskiego PEN Clubu. Sympatyk alternatywnej sztuki, uczestnik wielu inicjatyw oddolnych, entuzjasta lokalnych mikroutopii.
Dziennikarz, aktywista społeczny, pisarz. Od lipca 2020 prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Szef działu Nauka w „Polityce”. Twórca Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas i wykładowca Graduate School for Social Research PAN. Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012), „Jak żyć w świecie, który oszalał” (wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim, 2014). Członek Polskiego PEN Clubu. Sympatyk alternatywnej sztuki, uczestnik wielu inicjatyw oddolnych, entuzjasta lokalnych mikroutopii.
Komentarze