Charków – drugie pod względem wielkości miasto Ukrainy. Oprócz problemów z ogrzewaniem i prądem ciągle cierpi z powodu rosyjskich ataków. W przyfrontowym mieście schronienie znalazło ponad 200 tys. przesiedleńców wewnętrznych. „Nasze zasoby są na granicy wytrzymałości”.
W nocy 3 lutego 2026 r. rosyjskie wojsko przeprowadziło największy od początku roku zmasowany atak na terytorium Ukrainy. Rosjanie wystrzelili ponad 70 rakiet oraz 450 dronów uderzeniowych (trafienia odnotowano w 27 lokalizacjach). Celem znów był ukraiński system energetyczny, który Rosja próbuje zniszczyć.
W tym ataku bardzo ucierpiał m.in. Charków – drugie co do wielkości miasto Ukrainy.
„Cel jest oczywisty: spowodować jak największe zniszczenia i pozostawić miasto bez ogrzewania w czasie silnych mrozów” – pisał w nocy (3 lutego) w mediach społecznościowych Ihor Terechow, mer Charkowa. Zaznaczył wówczas, że służby będą musiały spuścić wodę z systemu ogrzewania 820 budynków, które są zasilane przez jedną z największych elektrociepłowni, „aby zapobiec zamarznięciu sieci”.
„Rozumiem, jak trudne jest to przy dwudziestostopniowym mrozie. Jednak bezprecedensowy atak wroga na infrastrukturę krytyczną nie pozostawia innego wyboru. Nasi specjaliści nie widzą innego wyjścia” – pisał Terechow.
Dzień po zmasowanym ataku rozmawiamy z Maryną Krasnową, menedżerką regionalną Polskiej Akcji Humanitarnej w Charkowie. Nie jest to pierwsza sytuacja, gdy miasto mierzy się z problemami po uszkodzeniach infrastruktury krytycznej – mówi Maryna. Miasto odczuwa je nieprzerwalnie od 2022 roku.
Rosjanie atakowali zwłaszcza obiekty zapewniające ogrzewanie i dostawy prądu.
„Od wczoraj połowa miasta nie ma ogrzewania. W niektórych dzielnicach służby spuściły wodę z systemu ogrzewania w budynkach wielorodzinnych. Do tego dochodzą ciągłe wyłączania prądu – zarówno awaryjne, jak i planowe. W niektórych budynkach występują także problemy z dostawami wody” – opowiada Maryna. Dodaje, że w takich warunkach ludziom trudno jest zaspokoić podstawowe potrzeby i normalnie funkcjonować.
Od trzech tygodni w biurze PAH w Charkowie częściej nie ma prądu, niż jest. Pojawia się na kilka godzin dziennie.
„Mniej więcej od 8:00 rano do 13:00 prądu nie ma, potem jest przez dwie-trzy godziny, a od 16-17:00 znów go nie ma. Mamy generator, dzięki któremu mamy światło. W miarę możliwości utrzymujemy też ogrzewanie. Czekamy na ocieplenie i na to, że przynajmniej pogoda będzie trochę po naszej stronie” – mówi Maryna.
Podkreśla, że lokalne władze szybko reagują, przeprowadzają naprawy zniszczonych obiektów krytycznych, uruchamiają Punkty Niezłomności – m.in. na stacjach metra – miejsca, gdzie można się ogrzać i napić ciepłej herbaty. Według deklaracji mera w Charkowie działa ponad sto Punktów Niezłomności, otwartych 24 godziny na dobę.
Jak zaznacza menedżerka regionalna PAH, funkcjonowanie Punktów zapewniają władze lokalne, natomiast, w razie większej potrzeby charkowski zespół jest gotowy je wesprzeć. Na razie PAH koncentruje się na dotychczasowych działaniach.
PAH działa w Ukrainie od 2014 roku. Najpierw pomagał na terenie obwodów donieckiego i ługańskiego. Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji w lutym 2022 roku biuro z Donecczyzny zostało ewakuowane, a otwarto biura w Charkowie, Dniprze i Mikołajowie.
Charkowski zespół liczy około 40 osób. Pracownicy socjalni i psychologowie codziennie wspierają ludzi w mieście oraz w obwodzie charkowskim, na terenach wyzwolonych (gdzie problemy z ogrzewaniem, z energią elektryczną są jeszcze większe).
W centrach tranzytowych – w Charkowie i Łozowej – rejestrują osoby ewakuowane z miejscowości przyfrontowych, osoby, które ubiegają się o pomoc finansową, wydają dla kobiet paczki z artykułami higienicznymi.
Pracownicy socjalni PAH odwiedzają osoby starsze, pomagają im w gospodarstwie domowym i kupują leki. „Pomagamy właśnie w regionie. Jest duże zapotrzebowanie na takie usługi. Niestety, osoby starsze pozostają blisko linii frontu. Nie mają możliwości finansowych, aby wyjechać. Czasem ze względów moralnych decydują się pozostać – i ta pomoc jest im tam niezwykle potrzebna” – wyjaśnia Maryna.
„Przekażemy właśnie Wełykoburłuckiej hromadzie, która znajduje się przy linii frontu [w rejonie kupiańskim] zestawy higieniczne do domów opieki dla osób leżących oraz osób o ograniczonej sprawności ruchowej i mobilności. Otrzymaliśmy także prośbę o zestawy z rzeczami, które mogą ogrzewać ludzi – czyli śpiwory lub inne podobne wyposażenie. Zastanawiamy się, jak najlepiej możemy pomóc”.
W ramach zimowego programu wsparcia PAH wspomógł 2500 osób w zakupie drewna opałowego i ogrzewania.
W mobilnych zespołach terenowych pracują również psychologowie. Ostatnio, jak mówi Maryna, w związku z trudną sytuacją wzrosło zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną.
„Pracujemy z dziećmi. Nasze mobilne zespoły działają w schronach, w podziemnych szkołach w Charkowie” – dodaje.
Opowiada także o innych projektach, m.in. wsparciu działalności rolniczej w obwodzie oraz o grantach na odbudowę i rozszerzenie działalności. „Dajemy wędkę zamiast ryby” – mówi Maryna. „W zależności od sytuacji osoba może przeznaczyć te środki np. na zakup generatora, utrzymanie gospodarstwa, dodatkowe nawadnianie, nasiona do sadzenia w kolejnym sezonie czy paszę dla zwierząt”.
„Nie zaprzestaliśmy naszej działalności ani jednego dnia, mimo ostrzałów, braku prądu i mrozów” – podkreśla menedżerka PAH.
Działalność w miejscowościach przyfrontowych wiąże się z wieloma wyzwaniami. Przede wszystkim jest to kwestia bezpieczeństwa zespołów wyjeżdżających w teren. Sytuacja jest stale monitorowana, ponieważ może się dynamicznie zmieniać, a dostęp do niektórych obszarów bywa ograniczony.
Po drugie, to są ludzie, którzy pozostają w pobliżu linii frontu – zazwyczaj osoby starsze, chore, w trudnej sytuacji finansowej. Przebywanie blisko działań wojennych wpływa także na ich stan psychiczny i emocjonalny, dlatego potrzebują wsparcia.
„Wyzwaniem jest przymusowa ewakuacja, kiedy ludzie są zmuszeni opuścić swoje miejsce zamieszkania, ponieważ staje się ono niebezpieczne” – opowiada Krasnowa i kontynuuje: „Nasz zespół angażuje się w działania w centrach tranzytowych lub zbiorowych, tzw. akademikach, gdzie zakwaterowani są przesiedleńcy. Pracujemy nad poprawą warunków w tych miejscach – remontujemy łazienki i kuchnie. Obecnie realizujemy projekt, w ramach którego remontujemy pięć wspólnych kuchni w jednym z miejsc wspólnego zakwaterowania w Charkowie. Jedna z nich będzie przystosowana do potrzeb osób z ograniczoną mobilnością”.
„Wyzwania pojawiają się właściwie każdego dnia, ponieważ sytuacja bezpieczeństwa się pogarsza. Obecnie są problemy z ogrzewaniem oraz energią elektryczną. Ponadto Charków jest stale narażony na ostrzał – niestety znajdujemy się bardzo blisko granicy z Rosją. Mimo to nasz zespół pozostaje w mieście i kontynuuje pracę” – mówi Maryna.
Według ostatnich danych w Charkowie mieszka około 1,3 miliona osób. Wśród nich zarejestrowanych jest 206 tysięcy przesiedleńców. Innymi słowy, co szósta osoba w mieście szuka tu schronienia. Są to mieszkańcy z obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego, chersońskiego, z terenów wyzwolonych lub miejscowości objętych walkami.
Sytuacja migracyjna jest dynamiczna: do Charkowa wracają ludzie, którzy wcześniej wyjechali do innych regionów Ukrainy lub do krajów zachodnich, a jednocześnie ewakuują się mieszkańcy obwodu. Wiele zależy od możliwości znalezienia pracy.
„Zdarzają się przypadki, gdy osoby ewakuowane z niebezpiecznych obszarów, np. z rejonów kupiańskiego, słowiańskiego czy kramatorskiego, są zmuszone wracać, ponieważ nie znalazły odpowiednich warunków życia w mieście albo nie poradziły sobie finansowo” – opowiada Maryna. „Przykładowo centrum tranzytowe w Łozowej przyjmuje w ciągu dnia od 70 do 150 osób, w zależności od sytuacji na linii frontu, a w Charkowie – od 50 do 100 osób dziennie.
W zeszłym miesiącu zaatakowano tamę w Starosaltowskiej hromadzie. Miało to ogromny wpływ na logistykę – obecnie trudniej dotrzeć do tamtejszych miejscowości, ponieważ nie ma mostu. Ludzie byli zmuszeni wyjechać, gdyż brakowało zaopatrzenia w żywność i leki. Często jest to już ich drugi lub trzeci wyjazd – wyjeżdżają, wracają, a potem znów muszą się ewakuować. Wszystko zależy od okoliczności”.
W centrach tranzytowych osoba może pozostać do trzech dni, ale – jak mówi Maryna – sytuacje bywają różne i zdarza się, że ludzie zostają dłużej.
„Często ewakuuje się osoby, które nie mają dokumentów. Spłonęły po ostrzale lub zostały zgubione. Zazwyczaj taka osoba pozostaje w centrum, dopóki nie odzyska dokumentów” – wyjaśnia Krasnowa. „Jeszcze trudniejsza jest sytuacja osób mało mobilnych lub przykutych do łóżka. Trzeba znaleźć mieszkanie odpowiadające ich potrzebom i zorganizować logistykę, np. transport do miejsca zakwaterowania w innym regionie Ukrainy”.
Według menedżerki PAH część osób wie, dokąd jedzie – do krewnych lub przyjaciół – i samodzielnie dociera do celu. Są jednak także tacy, którzy trafiają do centrów tranzytowych zagubieni, nie mają planu. Krasnowa pracuje w sferze pomocy humanitarnej niemal od początku wojny Rosji przeciwko Ukrainie w 2014 roku. Od tego czasu widziała wiele tragicznych historii.
„Pamiętam sytuację, gdy do Łozowej przywożono ludzi z Konstantynówki, którzy do samego końca nie wyjeżdżali i siedzieli w piwnicach. Ewakuowali ich wojskowi, a następnie przekazali wolontariuszom.
Ci ludzie byli tak zdezorientowani, że podczas rejestracji po pomoc finansową wciąż pytali, dlaczego zostali wywiezieni” – wspomina Maryna.
„Ewakuowani są przygnębieni – zagubieni, bez pieniędzy, telefonów i dokumentów, zmuszeni zaczynać życie od nowa. Wielu jest w podeszłym wieku lub niezdolnych do pracy. Wszystko to wymaga znacznie większych nakładów, również finansowych, ponieważ niestety są sytuacje krytyczne, z którymi państwo nie jest w stanie poradzić sobie samodzielnie lub pokryć wszystkich kosztów”.
„Niestety, w czwartym roku pełnoskalowej inwazji Ukraina nadal potrzebuje wsparcia. Nasza infrastruktura i zasoby ludzkie są na granicy wytrzymałości. Mimo trudnych warunków Ukraińcy nadal się trzymają, pracują, wspierają gospodarkę i kraj. Straty są jednak ogromne – zarówno ludzkie, jak i w infrastrukturze krytycznej.
Na przykład wczoraj w Charkowie dron Shahed trafił w budynek, spalił całą klatkę schodową, ludzie odnieśli obrażenia. Przedwczoraj dron uderzył w centrum miasta, w jeden z targów. Są ranni, uszkodzone przedsiębiorstwo” – mówi Maryna. „Potrzebujemy wsparcia finansowego, generatorów, stacji słonecznych. Są ludzie, którzy pozostają przy linii frontu i potrzebują pomocy humanitarnej.
Wojna się nie kończy, i ważne jest, że dopóki trzymamy się tutaj, można nas wesprzeć”.
Rosja
Ukraina
agresja Rosji na Ukrainę
Charków
infrastruktura energetyczna
PAH
pomoc humanitarna
Rosja
wojna w Ukrainie
Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.
Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.
Komentarze