0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto AFPFoto AFP

Sprawa MV Hondius to nie jest typowa historia o „grypie żołądkowej” na wycieczkowcu. To przypadek znacznie rzadszy i bardziej niepokojący, bo dotyczy hantawirusa – a dokładniej wirusa Andes (ANDV), który jako jedyny znany hantawirus może w ograniczonym stopniu przenosić się między ludźmi.

Według danych WHO z rejsem powiązano 8 przypadków zachorowań, w tym 3 zgony (stan na 8 maja 2026). Pięć z ośmiu przypadków zostało potwierdzonych laboratoryjnie. WHO zaznaczyła przy tym wyraźnie, że choć incydent jest poważny, ogólne ryzyko dla zdrowia publicznego ocenia jako niskie. Na razie.

Wirus, który wsiadł na pokład razem z pasażerami

MV Hondius wyruszył 1 kwietnia 2026 roku z Ushuaii w Argentynie. Na pokładzie było 149 osób z 23 państw, w tym z 9 krajów Unii Europejskiej i Europejskiego Obszaru Gospodarczego – tak wynika z raportu Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC).

Holandia zgłosiła 2 maja 2026 przez unijny system EWRS (System wczesnego ostrzegania i reagowania UE) klaster ciężkich chorób układu oddechowego na statku pływającym pod holenderską banderą. Ale pierwsze sygnały pojawiły się znacznie wcześniej.

Pierwszy chory, 70-letni Holender, poczuł się źle już 6 kwietnia – gorączka, ból głowy, biegunka. Jego stan pogarszał się przez kolejne dni. Zmarł 11 kwietnia po rozwinięciu niewydolności oddechowej, gdy statek znajdował się daleko od jakiegokolwiek dużego ośrodka medycznego, między wyspami południowego Atlantyku.

Ciało mężczyzny zabrano ze statku dopiero 24 kwietnia na Wyspie Świętej Heleny – tej samej, na której zeszła z pokładu jego 69-letnia żona. Kobieta była już chora. Podczas lotu do Republiki Południowej Afryki jej stan się pogorszył. Zmarła 26 kwietnia w szpitalu.

To właśnie w tej chronologii tkwi sedno problemu. Między pierwszymi objawami, śmiercią pierwszego chorego, zejściem części pasażerów na ląd i pełnym rozpoznaniem zagrożenia minęły całe dni – a w tym czasie ludzie jedli razem, przemieszczali się po statku, korzystali z tych samych przestrzeni i opuszczali pokład, zanim uruchomiono pełną procedurę izolacji.

Skąd wirus w ogóle trafił na statek?

Jedna z hipotez prowadzi do Ameryki Południowej, gdzie ANDV jest endemiczny u gryzoni. Argentyńskie służby badały możliwość, że pierwsi chorzy mogli zakazić się jeszcze przed wejściem na pokład – prawdopodobnie podczas obserwacji ptaków w terenie, gdzie mogło dojść do kontaktu z wydalinami gryzoni.

Argentyna przekazywała materiał genetyczny wirusa i zestawy diagnostyczne kilku państwom, by ułatwić wykrywanie kolejnych zakażeń.

Schemat zakażenia hantawirusem. Źródło: https://www.scientificanimations.com/

Dlaczego akurat statek?

Wycieczkowce są – jak celnie ujął to epidemiolog Vikram Niranjan z Uniwersytetu w Limerick – „tymczasowymi miastami na morzu”. Przez wiele dni pasażerowie dzielą restauracje, windy, korytarze, teatry, kabiny, spa i przestrzenie rekreacyjne. Dla podróżujących to wygoda. Dla wirusa – gotowa sieć połączeń. Wystarczy jedna osoba w fazie inkubacji albo z łagodnymi objawami, by patogen zaczął przemieszczać się przez kolejne grupy kontaktów, niewidziany i niezatrzymany.

Najprostszy przykład to norowirus – klasyczny „wirus statków wycieczkowych”. Powoduje ostre zapalenie żołądka i jelit: biegunkę, wymioty, bóle brzucha i gorączkę. Rozprzestrzenia się przez ręce, zainfekowane powierzchnie, skażoną żywność i bezpośredni kontakt z chorymi. Na statku ma idealne warunki: bufety, wspólne sztućce, poręcze, klamki, toalety, windy i – co nie mniej ważne – pasażerów, którzy nagminnie zwlekają ze zgłaszaniem objawów, bo nie chcą stracić wakacji na izolację w kabinie.

CDC podkreśla, że choroby żołądkowo-jelitowe mogą błyskawicznie szerzyć się w środowiskach zamkniętych i półzamkniętych, takich jak statki wycieczkowe. Jednocześnie dane z lat 2006-2019 pokazują, że ogólny odsetek takich zachorowań stopniowo spadał, prawdopodobnie dzięki lepszym standardom sanitarnym, kontrolom przesiewowym pasażerów i załogi przed wejściem na pokład oraz stacjom do mycia rąk.

To istotne zastrzeżenie: statki nie są pozbawione procedur, a wiele rejsów odbywa się bez żadnego incydentu. Problem polega na tym, że gdy zakażenie już się pojawi, sama geometria statku działa na korzyść patogenu.

This aerial view shows health personnel assisting patients onto a boat from the cruise ship MV Hondius, while stationary off the port of Praia, the capital of Cape Verde, on May 6, 2026. Evacuations were taking place on May 6, 2026 from a cruise ship stricken with a deadly outbreak of hantavirus, the World Health Organization said, as experts confirmed a rare strain that can be transmitted between humans.Three people, two crew members and one other person, thought to be infected with the virus were being taken off the MV Hondius, anchored off Cape Verde, the WHO said. (Photo by AFP)
Personel medyczny wywozi zakażonych pacjentów kutrem ze statku MV Hondius, opodal portu Praia, stolicy Zielonego Przylądka, 6 maja 2026. Fot. AFP

Epidemie na wycieczkowcach nie są rzadkością

CDC prowadzi specjalny Vessel Sanitation Program (VSP), który monitoruje ogniska ostrych chorób żołądkowo-jelitowych na statkach zawijających do portów USA. Ognisko zostaje opublikowane, gdy statek znajduje się w jurysdykcji programu i co najmniej 3 proc. pasażerów lub załogi zgłasza objawy choroby przewodu pokarmowego personelowi medycznemu. Program może też odnotowywać inne ogniska o znaczeniu dla zdrowia publicznego.

Samo spojrzenie na liczby z ostatnich lat mówi wiele. W 2026 roku CDC odnotowało cztery ogniska chorób żołądkowo-jelitowych na statkach objętych programem: na Caribbean Princess, Insignia, Star Princess i Seven Seas Mariner – sprawcami były norowirus i E. coli.

Rok 2025 roku był jeszcze bardziej wymowny: w rejestrze znalazło się ponad 20 ognisk, w zdecydowanej większości wywołanych norowirusem.

W 2024 – 18 ognisk, w 2023 – 14.

Wśród przykładów z 2024 roku są rejsy, podczas których zachorowało ponad 300 osób, jak na Queen Mary 2, gdzie CDC odnotowało 346 przypadków wśród 2565 pasażerów, czyli 13,5 proc. podróżnych.

Rejestr CDC nie obejmuje wszystkich statków świata, lecz jednostki w określonej jurysdykcji; dotyczy głównie ostrych chorób żołądkowo-jelitowych, a nie pełnego spektrum infekcji; nie mówi też, że wszyscy chorzy zachorowali jednocześnie. Mimo tych zastrzeżeń trend jest jednoznaczny: wycieczkowce regularnie pojawiają się w raportach epidemicznych, bo ich społeczna i techniczna konstrukcja zwyczajnie ułatwia transmisję patogenów.

Przeczytaj także:

Jeden statek, wiele dróg zakażenia

Wirus nie ma jednej drogi przez statek. Każdy patogen korzysta z nieco innego skrótu – i każdy z nich trafia w inne słabe punkty pływającego miasta.

Norowirus lubi ręce, powierzchnie i jedzenie. Dla niego idealne są bufety, wspólne szczypce, zatłoczone toalety, poręcze i – co kluczowe – osoby wracające do wspólnych przestrzeni zbyt wcześnie po ustąpieniu objawów. Wystarczy niewielka liczba cząstek wirusa, by doszło do zakażenia, a chorzy mogą zakaźnie wydalać wirusa jeszcze przez pewien czas po subiektywnej poprawie samopoczucia.

Wirusy oddechowe – grypa, SARS-CoV-2, RSV – korzystają z powietrza, bliskich rozmów i długotrwałego przebywania w zamkniętych pomieszczeniach. Restauracja, bar, teatr, sala ćwiczeń albo ciasny korytarz mogą stać się miejscem wielokrotnych ekspozycji. Dołóżmy do tego fakt, że wiele rejsów trwa dłużej niż kilka dni i obejmuje pełny cykl: zakażenie, inkubacja, wystąpienie objawów – wszystko w tym samym środowisku, z tymi samymi ludźmi.

Bakterie i patogeny środowiskowe mają z kolei słabość do instalacji wodnych. Choroba legionistów, wywoływana przez pałeczki Legionella, nie szerzy się zwykle bezpośrednio między ludźmi – człowiek zaraża się przez wdychanie aerozolu z zanieczyszczonej wody: z pryszniców, jacuzzi czy instalacji. To inny rodzaj ryzyka niż norowirus, ale równie charakterystyczny dla dużych, złożonych obiektów z rozbudowaną siecią wodną.

ANDV z MV Hondius jest jeszcze innym przypadkiem. Zwykle do zakażenia hantawirusem dochodzi po kontakcie z wydalinami zakażonych gryzoni – ich moczem, kałem lub śliną. CDC wskazuje, że ANDV jest jedynym typem hantawirusa, u którego udokumentowano transmisję człowiek-człowiek, zazwyczaj ograniczoną do bliskich kontaktów z chorym.

To sprawia, że przypadek MV Hondius jest tak osobliwy.

Nie chodzi o klasyczny scenariusz „brudnego bufetu”. Chodzi o sytuację, w której rzadki patogen znalazł się w środowisku pełnym długotrwałych, intensywnych kontaktów – i zaczął korzystać z możliwości, które to środowisko mu stworzyło. Dlatego właśnie to ognisko wzbudziło takie zainteresowanie badaczy. Epidemia hantawirusa na statku wycieczkowym, jak czytamy w Science, wprowadza naukowców na „niezbadane terytorium” – tego rodzaju zdarzenia po prostu nie mieszczą się w standardowych modelach epidemiologicznych.

Czy statek może być „oazą mutacji”?

To najciekawsze i zarazem najbardziej ryzykowne pytanie. Czy wycieczkowiec może stać się miejscem, w którym wirus nie tylko się szerzy, ale też ewoluuje, nabierając cech zwiększających jego potencjał epidemiczny?

Odpowiedź brzmi: teoretycznie tak.

Wirusy mutują podczas namnażania. Im więcej zakażonych organizmów, im dłuższy łańcuch transmisji, im więcej kopii wirusa powstaje w kolejnych gospodarzach, tym więcej okazji do przypadkowych zmian genetycznych. Statek może wirusowi zapewnić kilka sprzyjających temu warunków naraz: zwartą populację, powtarzalne kontakty między tymi samymi osobami, ograniczoną wymianę powietrza w części pomieszczeń, opóźnioną identyfikację pierwszych przypadków i realną trudność w pełnym odseparowaniu ludzi od siebie.

Nie oznacza to jednak, że każdy wycieczkowiec jest biologiczną fabryką nowych wariantów. Do powstania wariantu o większym potencjale epidemicznym potrzebny jest nie tylko czas i odpowiednia liczba zakażeń, ale też właściwy patogen, konkretna presja selekcyjna i możliwość dalszego rozprzestrzeniania się poza ognisko.

W przypadku norowirusa regularne wybuchy na statkach nie oznaczają automatycznie, że właśnie tam rodzą się groźniejsze odmiany. Częściej statek po prostu wzmacnia transmisję wariantu, który już krąży w szerszej populacji.

Inaczej wyglądało to w czasie pandemii COVID-19, gdy statki stały się modelowym przykładem błyskawicznego szerzenia się wirusa oddechowego w zamkniętej społeczności. Warto wspomnieć przypadek Diamond Princess: w 2020 roku 619 pasażerów i członków załogi uzyskało dodatni wynik testu na SARS-CoV-2. Modele sugerowały, że izolacja i kwarantanna ograniczyły liczbę przypadków, ale wcześniejsza reakcja pozwoliłaby zmniejszyć skalę wybuchu jeszcze bardziej.

W przypadku MV Hondius obawa dotyczyła czegoś subtelniejszego. ANDV nie przenosi się tak łatwo, jak SARS-CoV-2, i nie jest wirusem „statkowym” w żadnym potocznym sensie. Ale jeśli rzeczywiście dochodziło tam do transmisji między ludźmi, statek mógł stworzyć warunki do obserwowania, jak rzadki patogen zachowuje się w gęstej sieci kontaktów – i do wyciągnięcia wniosków o granicach jego transmisji. To nie musi oznaczać, że wirus zwiększy swój potencjał epidemiczny. Może jednak dostarczyć danych, które wcześniej były niemożliwe do zebrania.

Problem nie jest biologiczny – jest logistyczny

Epidemia na statku to zawsze medycyna połączona z logistyką, prawem morskim, polityką graniczną i zarządzaniem kryzysowym. Kto powinien przyjąć statek? Gdzie ewakuować chorych? Jak odróżnić osoby realnie narażone od tych, które miały jedynie przelotny kontakt? Jak przetransportować pasażerów do krajów ich pochodzenia bez tworzenia kolejnych ognisk na lotniskach i w samolotach?

WHO poinformowała, że po zgłoszeniu sytuacji 2 maja 2026 zaczęła koordynować działania z wieloma państwami w ramach Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych. Organizacja wysłała eksperta na pokład, aby wesprzeć ocenę medyczną pasażerów i załogi, oraz zorganizowała dostawę 2500 zestawów diagnostycznych z Argentyny do laboratoriów w pięciu krajach.

To pokazuje coś, o czym rzadko się mówi przy okazji wakacyjnych folderów: nowoczesny statek wycieczkowy jest potencjalnym węzłem międzynarodowej transmisji chorób. Pasażerowie pochodzą z wielu państw, wsiadają w jednym porcie, schodzą w innym, lecą przez kolejne kraje i mogą zacząć chorować dopiero po powrocie do domu. Przy patogenie z długim okresem inkubacji, takim jak ANDV – gdzie objawy mogą pojawić się od jednego do ośmiu tygodni po ekspozycji, jak podaje CDC – okno epidemiologicznej niepewności rozciąga się na całe tygodnie.

Dlaczego starsi pasażerowie są szczególnie narażeni?

Wycieczkowce od zawsze były popularne wśród osób starszych – i to ma konkretne znaczenie epidemiologiczne. Podeszły wiek, choroby przewlekłe, obniżona rezerwa oddechowa, cukrzyca, choroba sercowo-naczyniowa czy leczenie immunosupresyjne zwiększają ryzyko ciężkiego przebiegu wielu infekcji.

Dla młodszej, zdrowej osoby norowirus to dwa dni wymiotów i osłabienia. Dla seniora może oznaczać niebezpieczne odwodnienie, zaburzenia elektrolitowe i hospitalizację. Grypa lub COVID-19 mogą błyskawicznie przejść w zapalenie płuc. ANDV u starszego pacjenta z obciążeniami może prowadzić do szybkiej, ciężkiej niewydolności oddechowej.

CDC podaje, że hantawirusowy zespół płucny jest chorobą ciężką i potencjalnie śmiertelną. Po początkowej fazie z gorączką, zmęczeniem i bólami mięśni mogą pojawić się kaszel i narastająca duszność, gdy płuca zaczynają wypełniać się płynem. Śmiertelność wśród osób z pełnoobjawowym HPS (Hantavirus pulmonary syndrome) wynosi około 38 procent. Nie istnieje swoiste leczenie zakażenia hantawirusem; stosuje się wyłącznie leczenie podtrzymujące, w tym mechaniczne wsparcie oddychania.

Na statku dodatkowym problemem jest ograniczona infrastruktura medyczna. Wycieczkowce mają lekarzy i punkty medyczne, ale nie są pływającymi oddziałami intensywnej terapii. Mogą zapewnić izolację, tlenoterapię i podstawowe leczenie, ale przy ciężkiej niewydolności oddechowej konieczna jest ewakuacja. A ewakuacja z południowego Atlantyku, z dala od dużych portów i lotnisk, to operacja wymagająca koordynacji między wieloma państwami – i czasu, którego krytycznie chorzy pacjenci często nie mają.

Czy można temu zapobiec?

Nie da się całkowicie wyeliminować ryzyka epidemii na statku – tak samo, jak nie da się go wyeliminować w szpitalu, szkole, akademiku czy domu opieki. Można je jednak znacząco ograniczać.

Największe znaczenie mają:

  • szybkie zgłaszanie objawów,
  • natychmiastowa izolacja chorych,
  • sprawna diagnostyka,
  • regularna dezynfekcja powierzchni,
  • ścisła kontrola żywności i wody,
  • dobra wentylacja,
  • wdrożone procedury dla całej załogi
  • i – co równie ważne – uczciwa komunikacja z pasażerami.

W przypadku chorób przewodu pokarmowego niezmiennie kluczowe jest mycie rąk wodą z mydłem. Preparaty alkoholowe pomagają, ale w przypadku norowirusa nie zastępują dokładnego mycia. Przy chorobach oddechowych znaczenie mają szczepienia, unikanie skupisk przy objawach, wentylacja i maseczki w sytuacjach podwyższonego ryzyka. W przypadku hantawirusów – unikanie kontaktu z gryzoniami i ich wydalinami, zwłaszcza podczas wypraw terenowych bezpośrednio przed wejściem na pokład.

Ale najtrudniejszy element jest zawsze społeczny. Pasażer, który zapłacił za kosztowny rejs, może ukrywać objawy, bo nie chce spędzić wakacji w kabinie. Członek załogi może pracować mimo złego samopoczucia, bo boi się konsekwencji. Armator może zbyt długo zakładać, że pierwszy przypadek jest incydentem, a nie zapowiedzią. A wirus jest niezawodnie cierpliwy – korzysta właśnie z takich opóźnień.

Lekcja z MV Hondius

Sytuacja na statku MV Hondius nie oznacza, że każdy rejs jest zagrożeniem ani że ANDV stanie się nową pandemią. WHO powiedziała to wprost: ryzyko dla zdrowia publicznego jest niskie. Ale ten przypadek przypomina coś ważniejszego i trwalszego niż jedna konkretna epidemia.

Statki wycieczkowe są miejscami, w których biologia spotyka się z architekturą, logistyką i ludzkim zachowaniem. Patogen nie potrzebuje złej woli ani katastrofalnych zaniedbań. Czasem wystarczy zamknięty obieg kontaktów, kilka dni zwłoki i kilkuset ludzi podróżujących przez pół świata.

Dlatego wycieczkowce pozostaną dla epidemiologów szczególnym laboratorium – nie dlatego, że same stwarzają epidemie z niczego, ale dlatego, że potrafią powiększyć to, co w innych warunkach mogłoby pozostać małym, lokalnym ogniskiem. Są jak soczewka skupiająca ryzyko: wspólne powietrze, wspólne posiłki, wspólne powierzchnie, wspólny harmonogram i wspólna podróż. A dla wirusa więcej nie trzeba.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Na zdjęciu Marcin Powęska
Marcin Powęska

Biolog, dziennikarz popularnonaukowy, redaktor naukowy Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Autor blisko 10 000 tekstów popularnonaukowych w portalu Interia, ponad 50 publikacji w papierowych wydaniach magazynów „Focus", „Wiedza i Życie" i „Świat Wiedzy". Obecnie publikuje teksty na Focus.pl.

Komentarze