0:00
13 września 2020

Historia "Solidarności" w krzywym zwierciadle. Ignorancja Cenckiewicza walczy o lepsze z manipulacją

40. rocznicę zrywu "Solidarności" prof. Cenckiewicz, zastępca przewodniczącego Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i dyrektor Wojskowego Biura Historycznego, postanowił uczcić próbą kompromitacji ludzi najbardziej zasłużonych dla jej powstania

Wydrukuj

W rozmowie Elizy Olczyk ze Sławomirem Cenckiewiczem, zatytułowanej Śmiertelna wojna liderów Solidarności („Rzeczpospolita”, 30.08.2020), ignorancja walczy o lepsze z manipulacją. Szef Wojskowego Biura Historycznego, mianowany na to stanowisko przez Antoniego Macierewicza, reprezentuje swoisty rewizjonizm – usiłuje przekreślić dotychczasowe ustalenia historyków na temat opozycji demokratycznej, Sierpnia i rewolucji Solidarności, próbując na to miejsce zbudować wizję zupełnie nową, odpowiadającą potrzebom politycznym obozu rządzącego.

Chodzi przede wszystkim o zmianę hierarchii liderów ruchu wolnościowego, o zrzucenie z pomników historycznych przywódców „S” i wyniesienie na to miejsce innych działaczy.

Zrobić to niełatwo, ponieważ hierarchia ta nie jest wynikiem jakiejś arbitralnej decyzji czy spisku „elit”, wspieranych przez „środowiskowych historyków” (jak Sławomir Cenckiewicz określa badaczy, którzy dezawuują jego rewelacje), lecz rezultatem rzetelnych studiów nad historią "Solidarności".

Pozostając w zgodzie z regułami naszego fachu nie da się zastąpić Lecha Wałęsy ani Anną Walentynowicz, ani Lechem Kaczyńskim, ani Andrzejem Gwiazdą. Dyrektor WBH próbuje więc zakwestionować osiągnięcia i postawy – polityczne i etyczne – Lecha Wałęsy, Jacka Kuronia, Bogdana Borusewicza i innych opozycjonistów.

Określa ich pogardliwie (za funkcjonariuszami sowieckimi) jako „opozycję autobusową”, bo cała zmieściłaby by się w jednym autobusie. Za kierownicą owego autobusu miał siedzieć Jacek Kuroń, ściśle kontrolujący listę pasażerów.

Kierowca, którego nie było

Istotnie, przedsierpniowa opozycja była nieliczna – liczbę stale aktywnych uczestników można szacować na kilka tysięcy osób (co zresztą zaprzecza jednej z propagowanych obecnie legend: że oprócz garstki zdeprawowanych przez marksizm inteligentów wszyscy Polacy sprzeciwiali się komunizmowi).

Do niebezpiecznej i żmudnej opozycyjnej roboty żadne tłumy się nie pchały. Ani w ruchu korowskim, ani w ROPCiO czy KPN tłoku nie było.

Grupy te gromadziły się wokół spraw (np. akcja pomocy robotnikom w 1976/77 r.), pism lub idei oraz wokół naturalnych liderów, ludzi legitymujących się wieloletnią kontestacją systemu, doświadczonych więzieniem, aktywnych, gotowych do ryzyka, słowem takich jak Jacek Kuroń, Bogdan Borusewicz, Andrzej Czuma czy Leszek Moczulski.

Nie był to ruch budowany odgórnie, ze sterującym wszystkim kierowcą, jak to sobie wyobraża autor Oczami bezpieki. Przeciwnie, opozycja lat siedemdziesiątych była głęboko spluralizowana i zdecentralizowana. W gruncie rzeczy nikt nią nie kierował, jej strategia rodziła się w dyskusjach i sporach. Kto chciał podejmował się kolejnych zadań, niekontrolowany przez żaden centralny ośrodek.

Taką samodzielną, oddolną inicjatywą były też Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, które jednak nie przetrwałyby bez ludzkiej, politycznej i materialnej pomocy KSS KOR.

Przeciwstawianie inteligenckich kontestatorów systemu jego robotniczym przeciwnikom – co czyni Sławomir Cenckiewicz – nie ma sensu. Fenomenem opozycji i Solidarności była dobra współpraca osób z obu tych środowisk.

Klasowa interpretacja różnic, których w opozycji było naturalnie niemało, niczego nie wyjaśnia. Wbrew sugestiom autora, robotniczych i inteligenckich przeciwników systemu nie dzieliło podejście do strategii walki o prawa obywatelskie.

Strajkujący nie ulegli radykalnym głosom

Umiarkowana, ewolucyjna linia wypracowana w środowisku KSS KOR, której sednem było tworzenie instytucji samoobrony społecznej w postaci niezależnych wydawnictw, stowarzyszeń, związków zawodowych, organizacji samokształcenia itp., była powszechnie aprobowana.

Najlepszym przykładem tej strategii i walki bez użycia przemocy był strajk sierpniowy. Robotnicy podjęli okupację zakładów, nie wychodząc na ulicę, dokonali instytucjonalizacji protestu, powołując Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, ogłosili program (21 postulatów), uruchomili własne medium: Biuletyn Informacyjny „Solidarność” (redagowany przez dwoje członków KOR z Warszawy Ewę Milewicz i Konrada Bielińskiego oraz Krzysztofa Wyszkowskiego).

Strajkujący nie ulegli radykalnym głosom, zachęcającym do "pójścia na komitet!”, odrzucili skrajne żądania wolnych wyborów i likwidacji cenzury (które wyszły nie od stoczniowców, lecz od inteligenta z ROPCiO Tadeusza Szczudłowskiego) i podjęli negocjacje z władzą komunistyczną, na końcu podpisując z nią porozumienie.

Było to przeciwieństwem opcji „palenia komitetów” i żądania niepodległości od jutra, która według autora Wałęsy. Człowieka z teczki dominowała w postawach strajkujących robotników w odróżnieniu od chwiejnych i skłonnych do ugody (jeśli nie do zdrady) inteligentów.

Inteligenckiej opozycji Sławomir Cenckiewicz zarzuca – w stylu, którego nie powstydziłaby by się „Trybuna Ludu” – społeczne wyobcowanie i pasożytniczy tryb życia. „Elita przedsierpniowa w większości nigdzie nie pracowała, a więc nie była zakotwiczona wśród załóg pracowniczych” – twierdzi.

Kuroń, Michnik, Borusewicz i inni byli „zawodowymi politykami, świetnie ustosunkowani na Zachodzie, wspierani przez Smolarów, lewicę europejską, środowisko »Kultury«, Radio Wolna Europa, rzadziej przez agendy rządu RP na uchodźstwie. Zawodowo nie pracowali” - mówi Cenckiewicz.

Nie dodaje wszelako, że wyrzucenie z pracy lub uniemożliwienie jej podjęcia było jedną z najczęściej stosowanych represji wobec niepokornych. Jednym z pierwszych dotkniętych tą praktyką członków KOR był Antoni Macierewicz, którego nazwisko jednak nie pada w tekście, choć bez wątpienia należał do przedsierpniowej elity opozycyjnej.

Fałszywy obraz sporu

Nigdzie nie pracującej, „opozycyjno-dysydenckiej »warszawce«” wiceszef Kolegium IPN przeciwstawia robotniczy (w domyśle: zdrowy) nurt Wolnych Związków Zawodowych. „WZZ-ty z samej swej istoty zrywały z ideą »opozycji autobusowej«, gdyż oddziaływały na masy robotnicze, starając się uruchomić społeczny bunt przeciwko komunistom i stworzyć niezależny od PZPR ruch związkowy” – wyrokuje prof. Cenckiewicz.

Liczy chyba na niewiedzę czytelników, gdyż przecież sam świetnie wie, że „idea opozycji autobusowej” funkcjonowała jedynie w kręgach KC KPZR i KC PZPR.

Oddziaływanie na społeczeństwo stanowiło sedno strategii opozycji KOR-owskiej (inne grupy powielały tę formułę), która wartości obywatelskie i współdziałanie z ludźmi postawiła w centrum swej aktywności w odróżnieniu od poprzednich modeli opozycyjności, które zwracały się przede wszystkim do władz.

Sednem tego programu było tworzenie niezależnych od państwa komunistycznego instytucji, takich jak niezależny ruch związkowy, który przybrał formę Wolnych Związków Zawodowych.

Odmalowany w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” obraz rzekomego ideowego czy programowego sporu między WZZ-tami a opozycją inteligencką jest fałszywy.

Wystarczy przypomnieć, że deklarację założycielską Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża z 1978 roku napisał z Krzysztofem Wyszkowskim Jan Lityński z KSS KOR (obaj bez wątpienia inteligenci), a wśród jej trzech sygnatariuszy był obok Wyszkowskiego jeszcze jeden inteligent – Andrzej Gwiazda.

Dokument wydrukowano w KOR-owskim „Robotniku”, który wspierał gdańską inicjatywę organizacyjnie i merytorycznie. Bez funduszów przekazywanych przez KSS KOR, bez zaangażowania Bogdana Borusewicza (którego Cenckiewicz w ogóle nie wymienia w tym kontekście), Henryka Wujca, Jacka Kuronia i całej redakcji „Robotnika”, bez wsparcia takich opozycyjnych inteligentów jak Lech Kaczyński, odważna inicjatywa Wybrzeża miałaby znacznie mniejsze szanse powodzenia.

Co w żadnej mierze nie umniejsza roli robotniczych działaczy WZZ: Anny Walentynowicz, Lecha Wałęsy, Bogdana Lisa, Andrzeja Kołodzieja i innych, których mądrość i determinacja doprowadziła do wielkiego sukcesu strajku, osiągniętego bez przelewu krwi i ofiar.

Szczególną niechęcią Cenckiewicz darzy Kuronia, który w jego wersji historii miał się obawiać „groźnego dla niego samego egalitaryzmu” wolnych związków (sic!).

„Gdyby robotnicy wzięli sobie rady Kuronia do serca, Solidarność nigdy by nie powstała, bo nie byłoby postulatu nr 1 z listy 21 żądań Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego” – snuje dalej swoją historical fiction szef WBH.

Trudno o większą manipulację. Kuroń i inni warszawscy opozycjoniści jeszcze w lipcu uważali, że bardziej realną formą robotniczej emancypacji są niezależne komisje zakładowe. Jednocześnie jednak w pełni zaangażowali się po stronie strajkujących.

To Kuroń ze swymi współpracownikami z KSS KOR (jak Ewa Kulik) przez cały lipiec i sierpień (aż do chwili aresztowania) przekazywał światowym mediom, a za ich pośrednictwem polskim słuchaczom Radia Wolna Europa, informacje o strajkujących zakładach, w tym wiadomości o wybuchu strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, o powstaniu MKS i 21 postulatach.

Bez funkcjonującej w mieszkaniu Gai i Jacka Kuroniów centrali informacyjnej byłoby dużo trudniej zmobilizować inne regiony Polski do wsparcia gdańskiego protestu, co przecież zadecydowało o jego końcowym sukcesie.

To wszystko są rzeczy od dawna opisane – trzeba je jednak uporczywie powtarzać w obliczu podejmowanych z coraz większą siłą prób fałszowania historii.

Narracja Cenckiewicza, czyli prymitywny schemat

Porozumienie gdańskie, zawierające zgodę władz na powoływanie niezależnych samorządnych związków zawodowych, zostało powitane z entuzjazmem w gronie opozycji. Wyjątkową bzdurą jest twierdzenie wiceszefa Kolegium IPN, że „Kuroń przystał na NSZZ Solidarność” dopiero 17 września 1980 roku, podczas zjazdu komitetów założycielskich nowych związków.

Opory przeciwko tworzeniu jednego ogólnopolskiego związku mieli przede wszystkim gdańszczanie z WZZ, obawiający się machinacji bezpieki.

Były to wszakże spory naturalne. Sierpniowe zwycięstwo przerosło oczekiwania wszystkich, żadnego planu działania nie było, o lepsze walczyły więc różne koncepcje i projekty. Wbrew opowieści Sławomira Cenckiewicza, także ludzie WZZ-tów nie rozpoczynali strajku w Sierpniu z myślą o powstaniu "Solidarności". Stawianie dziś zarzutów ludziom, którzy nie byli od razu przekonani do idei jednolitego ogólnokrajowego związku zawodowego, z historyka czyni prokuratora.

Zarzuty współautora biografii Lecha Kaczyńskiego pod adresem innych historyków, którzy jakoby ograniczają się do ubierania w naukowy kostium „opowieści rodem z pamiętników Kuronia i Wałęsy”, pominę, gdyż nie są warte polemiki.

Czytelników paszkwilu prof. Cenckiewicza warto jednak poinformować, że jedyna książka, jaką on chwali – rozmowy Janiny Jankowskiej z twórcami Solidarności pt. Portrety niedokończone – ukazała się w 2003 roku nakładem Biblioteki „Więzi”, macierzystej instytucji Tadeusza Mazowieckiego, ze wstępem i w opracowaniu Andrzeja Friszke.

To prof. Friszke w fundamentalnej pracy Rewolucja Solidarności 1980-1981 (Kraków 2014) przedstawił wnikliwy obraz debat i sporów w gronie przywódców „S”, nie kryjąc dzielących ich różnic, ale nie sprowadzając tej politycznej rywalizacji do brutalnej walki o wpływy w związku, jak prezentuje to w „Rzeczpospolitej” autor Oczami bezpieki.

Narracja Sławomira Cenckiewicza posługuje się dość prymitywnym schematem. Role są w niej z góry rozdane.

Wałęsa, Mazowiecki, Kuroń i Michnik mają w tym scenariuszu zarezerwowane na trwałe miejsca czarnych charakterów.

Grupie bohaterów pozytywnych przewodzą Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda, którzy „ponieśli wysoko sztandar Sierpnia '80 i Solidarności, ostatecznie ratując go przed całkowitym ośmieszeniem i hańbą”.

Pozostaje tajemnicą szefa Wojskowego Biura Historycznego co było ośmieszeniem i hańbą „S”. Ani Walentynowicz, ani Gwiazda, których wspaniała postawa w Sierpniu 1980 może budzić tylko ogromny szacunek, po stanie wojennym nie odegrali w podziemiu solidarnościowego istotnej roli. Bojkotowali Lecha Wałęsę i najważniejsze instytucje zdelegalizowanego związku, dzięki którym Solidarność przetrwała lata represji i powróciła na scenę publiczną w 1989 roku.

Zwalczali politykę kompromisu z władzami i rozmowy Okrągłego Stołu, które doprowadziły do relegalizacji NSZZ Solidarność i do wyborów czerwcowych, co z kolei otworzyło Polsce drogę do wolności i demokracji. Takie są fakty, reszta jest legendą.

Jan Skórzyński ­– historyk i politolog, profesor Collegium Civitas. Napisał m.in.: "Zadra. Biografia Lecha Wałęsy", "Siła bezsilnych. Historia Komitetu Obrony Robotników", "Krótka historia Solidarności 1980-1989", "Rewolucja Okrągłego Stołu", "Nie ma chleba bez wolności. Polski sprzeciw wobec komunizmu 1956-1980". Autor cotygodniowej kroniki wydarzeń w OKO.press, wydanej pt. "Polska PiS. Kronika lat 2015-2019"

Udostępnij:

Jan Skórzyński

Historyk i politolog, wykładowca Collegium Civitas. W PRL uczestnik ruchu opozycyjnego, jeden z założycieli Samorządu Studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Członek Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Pracował w redakcjach „Przeglądu Katolickiego”, „Tygodnika Solidarność”, „Spotkań”, był zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” i szefem dodatku „Plus-Minus” (2000-2006). Jest redaktorem naczelnym pisma naukowego „Wolność i Solidarność”. Napisał m.in. „Rewolucję Okrągłego Stołu”, biografię Lecha Wałęsy, historię Komitetu Obrony Robotników, „Krótką historię Solidarności 1980-1989”. Ostatnio wydał „Nie ma chleba bez wolności. Polski sprzeciw wobec komunizmu 1956-1980”. Jego książki były trzykrotnie nominowane do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne