0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Źródło: NACŹródło: NAC

O czwartej nad ranem wieś Krzywe w powiecie brzeżańskim województwa tarnopolskiego została otoczona przez 75 uzbrojonych w broń długą policjantów. Próby ucieczki mieszkańców powstrzymywane były strzałami w powietrze i pałkami.

Następnie do wsi wkroczyła grupa funkcjonariuszy. W pierwszej kolejności skierowali się do miejscowej czytelni. Po wyważeniu drzwi zaczęli metodycznie niszczyć wiszące na jej ścianach obrazy i księgozbiór. 1100 książek – bo akurat tyle udało się zgromadzić mieszkańcom wsi Krzywe – zostało zamienionych bagnetami w makulaturę. Policjanci bagnetami „wykłuwali” oczy postaciom przedstawionym na portretach wiszących na ścianach czytelni.

W dalszej kolejności policjanci opróżnili miejscowy sklep – towary spożywcze zostały rzucone na kupę i zalane octem i naftą (również pochodzącymi ze sklepowych półek).

Dopiero potem rozpoczęły się rewizje w domach mieszkańców Krzywego. W ich trakcie zdzierano w chłopskich chatach podłogi, rozbijano piece, rozpruwano dachy i rozrzucano stogi z sianem. Konfiskowano broń (przede wszystkim myśliwską, czasem zaś zebraną z pól bitew I wojny światowej), ale także ukraińską literaturę i prasę, czasem też rodzinne pamiątki.

Konwejer z II RP

Był 21 września 1930 roku. Sceny podobne do tych z Krzywego odbywały się tego lata w około 450 wsiach, co oznaczało, że objęto nimi ponad 200 tysięcy ukraińskich obywateli II RP.

W większości z takich operacji oprócz polskiej policji uczestniczyło też polskie wojsko – przede wszystkim stacjonujące na wschodzie Polski jednostki kawaleryjskie, na przykład 14. Pułk Ułanów. Była to tak zwana pacyfikacja Małopolski Wschodniej – wymierzona w będącą obywatelami RP ukraińską ludność Zakarpacia (samo określenie Małopolska Wschodnia obejmujące tereny daleko na wschód od Lwowa i niemające zupełnie nic wspólnego z Małopolską jako regionem historycznym i geograficznym to element świadomej polityki narodowościowej prowadzonej przez II RP).

Wróćmy do września 1930 roku i wsi Krzywe. Po rewizjach gospodarze zostali spędzeni do budynku kancelarii gminnej. Tam rozpoczęło się to, co kilkanaście lat później nazywano konwejerem.

„Nocami przeprowadzili policjanci przesłuchania oskarżonych. W czasie tych przesłuchań bili w straszny sposób aresztowanych, o czym świadczą w dalszym ciągu opisy przejść złożone przez aresztowanych i wysłane w formie zażaleń do »p. Ministra Spraw Wewnętrznych«".

„Aresztowanego I. Wołoszczuka pytali wywiadowcy, czy należy do U.[kraińskiej] W.[ojskowej] O.[rganizacji], a gdy ten zaprzeczył, przyskoczył do niego wywiadowca Majewski i zaczął go bić po twarzy, a następnie kopnął go. Gdy ten zaczął krzyczeć, wtedy przyskoczyli do niego i inni policjanci i zaczęli go bić po całym ciele, a zrzuciwszy mu z nóg obuwie, deptali po palcach, bili głową o ścianę, a następnie trącali nim w ten sposób, że rzucano go od jednego posterunkowego do drugiego tak długo, że aż stracił przytomność. Gdy Wołoszczuk przyszedł do siebie, bicie powtórzono ponownie. Po jakich trzech godzinach bicia kazali mu podpisać jakiś protokół, a gdy ten nie chciał tego uczynić, bili go dalej, po czym odprowadzili do aresztu. Tegoż Wołoszczuka przesłuchiwano w podobny sposób przez 6 dni, przy czym bito go w czasie przesłuchiwań jeszcze trzy razy”.

„W czasie przesłuchania M. Hałasy wywiadowca Wróbel rzucił się na niego i zaczął go bić pięściami po twarzy, następnie pokazując mu jakieś protokoły, radził mu przyznać się do winy, a gdy Hałasa winie zaprzeczył, wtedy bili go wywiadowca Majewski i post. 62/3/6 [tak w tekście – red.] po głowie, twarzy oraz piersi i kopał go nogami, tak że puściła mu się krew z ust, nosa i uszu, skutkiem czego ten zemdlał. Gdy Hałasa przyszedł do siebie, gdyż posterunkowi lali na niego wodę, wtedy posterunkowi zaczęli dalej go bić, krzycząc: »Masz, kabanie, Ukrainę, my zdrowie ci odbierzemy« itp.”.

"W podobny sposób maltretowano Wasyla Orlaka, skutkiem czego choruje on do dziś; następnie studenta filozofii Piotra Kościowa i jego brata Mychajła Kościowa, którego zwolniono, zaś Petra Kościowa, Stefana Wołoszczuka, Wasyla Orlaka i Mychajła Hałasę odstawiono po 6 dniach policyjnego śledztwa połączonego z biciem do więzienia sądu okręgowego w Brzeżanach”.

1300 kur i trzykrotne omdlenie

Wydarzenia we wsi Krzywe zostały szczególnie dobrze udokumentowane – cytat powyżej pochodzi w całości z interpelacji ukraińskich posłów do Sejmu złożonej w roku 1931.

Akcja pacyfikacyjna rozpoczęła się we wrześniu 1930 roku i trwała mniej więcej dwa miesiące. Obecność policjantów i żołnierzy w ukraińskich wsiach trwała dłużej. W Krzywem przebywali do zimy, spożywając w tym czasie z zasobów mieszkańców wsi „1300 kur, 750 bochenków chleba białego, 30 kg masła, 80 kg sera, 10 kg cebuli, 10 kg pietruszki i 700 litrów mleka, a ponadto gospodarze dopłacili do każdego bochenka chleba po 50 gr" (bo policjanci nie chcieli jeść „twardego chleba” wiejskiego – przyp. red).

Były również i takie wsie, w których po kilku-kilkunastu gospodarzy podejrzewanych o kontakty z OUN karano publiczną chłostą – całkowicie wbrew obowiązującemu w Rzeczypospolitej Polskiej prawu.

„Między aresztowanymi znalazł się również emerytowany urzędnik Aleksander Nakonecznyj, który mieszkając w polu, przyszedł do wsi za robotnikami i został przyaresztowany. Gdy żona jego Nakoneczna, Polka, dowiedziała się o aresztowaniu męża, przyszła, by odwiedzić męża, i chciała tegoż pocałować, wtedy jeden z policjantów rozdzielając ich chciał uderzyć laską Nakonecznego, a gdy ten uchylił się, tenże uderzył wywiadowcę Wróbla. Policjanci zobaczywszy swą omyłkę, rzucili się na p. Nakoneczną, twierdząc że to ona uderzyła Wróbla i zbili ją w niemiłosierny sposób, tak że trzy razy zemdlała w czasie bicia. Dnia następnego odstawiono ją do więzienia sądu okręgowego w Brzeżanach, gdzie ta czując się chorą z powodu pobicia, spowiadała się na śmierć przed księdzem rzymskokatolickim. Sąd okręgowy w Brzeżanach zwolnił ją po kilku dniach, a p. Nakoneczna, będąc chorą, udała się do szpitala, gdzie przeleżała czas dłuższy” – to jeszcze jeden obrazek z Krzywego.

Przeczytaj także:

Pieracki po raz pierwszy

Operacja została przeprowadzona na rozkaz wydany osobiście przez rządzącego Polską od 1926 roku raz z przedniego, raz z tylnego fotela marszałka Józefa Piłsudskiego. A jej architektem był Bronisław Pieracki, ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych.

Pieracki za swoje zasługi w pacyfikowaniu Ukraińców został doceniony. Od 1931 roku pełnił już funkcję ministra spraw wewnętrznych. A później – choć nie z własnej woli – miał odegrać wielką rolę w polityce historycznej II RP. O tym jednak za moment.

Rzecz jasna, tak zwana pacyfikacja Małopolski Wschodniej miała swoje pragmatyczne uzasadnienie. Była to odpowiedź na zintensyfikowane w 1930 roku działania sabotażowe Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Działania na dużą skalę, dotkliwe i nadwątlające autorytet polskiego państwa, w dodatku szybko eskalujące, bo o ile w sierpniu odnotowano ich około 50, o tyle we wrześniu już ponad 100.

Zarówno akcje sabotażowe, jak i późniejsza akcja pacyfikacyjna miały miejsce w województwach lwowskim, stanisławowskim i tarnopolskim.

Tymczasem na Wołyniu (czyli w województwie wołyńskim) wtedy, w 1930 roku, było spokojnie. Miało to bezpośredni związek z tym, że region ten był traktowany przez II RP w sposób specjalny niemal od zarania.

Osadnictwo na ziemiach wrogich

Jeszcze w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, by poprawić bardzo kiepskie morale w armii (mówimy o sytuacji jeszcze sprzed Bitwy Warszawskiej i kontrofensywy znad Wieprza), Sejm uchwalił ustawę przyznającą żołnierzom pierwszeństwo w otrzymaniu ziemi pochodzącej z parcelacji wielkich majątków, a także będącej wcześniej własnością państw zaborczych. W grudniu 1920 uchwalono kolejne dwie ustawy, które razem stanowiły podstawę prawną systemowego programu osadnictwa wojskowego na Kresach.

Do tego programu wyznaczono ledwie niewiele ponad 20 powiatów – kilka na Wileńszczyźnie, większość zaś właśnie na Wołyniu, gdzie wybrano powiaty, w których zdecydowana większość ludności mówiła po ukraińsku. Dotyczyło to ostatnie zresztą całego Wołynia – którego 75 procent mieszkańców posługiwało się właśnie językiem ukraińskim (Polaków było tam łącznie około 15 proc.). W niektórych powiatach województwa wołyńskiego Polacy byli dopiero trzecią z kolei pod względem liczebności grupą etniczną, miejsce drugie przypadało bowiem Żydom lub Białorusinom.

W ramach programu byli żołnierze chętni do osiedlania się na wschodzie otrzymywali spore przydziały ziemi, do tego konie i tabor z demobilu, 80 metrów sześciennych materiału budowlanego na gospodarstwo oraz 2 miliardy marek polskich (szalała wtedy hiperinflacja) w postaci preferencyjnych kredytów.

W Weteranówce było lepiej niż we wsiach dookoła

W ten sposób już na starcie pozycja ekonomiczna była znacznie lepsza niż ta miejscowej ludności. Początkowo program szedł wolniej, niż się spodziewano, z czasem jednak osadników wojskowych było coraz więcej. W 1931 roku zajmowali oni na Wołyniu już ponad 3 tysiące działek, co przekładało się na kilkanaście tysięcy osób.

Osadnicy tworzyli własne osady – często o barwnych i zarazem znaczących nazwach jak np. Weteranówka czy Wola Piłsudskiego. Byli lepiej wykształceni, mieli kontakty w innych częściach kraju i stałą pomoc państwa (w budowie polskich placówek edukacyjnych i kulturalnych, wspieraniu większych wspólnotowych inwestycji a czasem i idącą dalej – jak na przykład wielka operacja oddłużania osadników po Wielkim Kryzysie przeprowadzona w połowie lat 30.). To osadnicy byli na Wołyniu obywatelami pierwszej kategorii. Za nimi długo, długo nic.

Relacje osadników z ludnością Ukraińców były więc, mówiąc eufemistycznie, niełatwe. Ale też im bardziej osadnicy rośli w siłę i z im większego – także siłowego – wsparcia polskiego państwa korzystali, tym bardziej Wołyń różnił się od pozostałych województw II RP, w których większość stanowili Ukraińcy. Pod tym względem program osadnictwa okazał się wyjątkowo skuteczny – choć do dziś nie rozumiemy skali resentymentu, który rodził. Bo między innymi to ten resentyment ujawniał się w 1943 roku, gdy wojskowych osadników na Wołyniu prawie już nie było. Tuż po zajęciu wschodniej części Polski Sowieci przesiedlili bowiem większość z nich w głąb ZSRR. Ci zaś, którzy zdołali pozostać, po układzie Sikorski-Majski w większości wstąpili do formowanych na Wschodzie jednostek polskiej armii.

Wielkie zwycięstwo pułkowników i Moczara

O relacjach Polaków i Ukraińców w II RP oraz w trakcie okupacji sowieckiej i niemieckiej rozmawiamy do dziś językiem zgodnie konstruowanym przez politykę historyczną przedwojennej Polski i PRL, a po 1989 roku formowanym głównie przez prawicę. W tym także tę skrajnie nacjonalistyczną o nastawieniu prorosyjskim.

To wielkie zwycięstwo „Łun w Bieszczadach”, „tygrysków” o utrwalaniu władzy ludowej i IPN-owskich broszurek pisanych przez propagandystów z dyplomami historyków. Zwycięstwo widoczne nie tylko w retoryce prezydenta kraju i publicystycznych klaunów z YouTube’a, ale też w języku lewicowych posłanek i liberalnych ministrów.

Skutkiem tego zwycięstwa jest skrajna infantylizacja historii relacji Polaków i Ukraińców, zamiana jej w naiwną opowieść o tych krystalicznie dobrych z sercami na dłoni i tych z gruntu złych z toporem za plecami.

Z perspektywy państwa niemal homogenicznego etnicznie, jakim była Polska od lat powojennych aż do całkiem niedawna, próbujemy opowiadać sobie historię kraju, w którym Ukraińcy, będąc mniejszością w skali państwa, byli zarazem większością na własnej ziemi. Był to zaś naród, który coraz bardziej konsekwentnie i uparcie dążył do swej emancypacji i niepodległości.

Tej samej niepodległości, której bezprecedensowej obronie przyglądamy się z bezpiecznego oddalenia już piąty rok.

Druga Rzeczpospolita była państwem tyleż wielonarodowym, co w dłuższej perspektywie raczej niemożliwym do bezkrwawego utrzymania w swej formie i w swych granicach. Pod tym względem II RP bliżej niż do współczesnej Polski było do byłej Jugosławii lub współczesnego Izraela. Ze wszystkimi tego zarówno tylko potencjalnymi, jak i spełnionymi konsekwencjami.

Czy Wołyń wydarzył się w próżni?

Powstanie Warszawskie miało miejsce w województwie warszawskim okupowanej Rzeczypospolitej Polskiej.

Rzeź Wołynia miała miejsce w województwie wołyńskim okupowanej Rzeczypospolitej Polskiej.

Pierwsze zdanie, całkowicie obiektywne, zgodne z obowiązującym zarówno w okresie II wojny światowej, jak i dzisiaj prawem międzynarodowym oraz oddające historyczne realia, nie budzi żadnych kontrowersji. Choć jego wartość poznawcza jest bliska zeru, mogłoby się znaleźć w podręczniku szkolnym, zresztą podobnie brzmiące zdania się w nich znajdują.

Drugie zdanie, całkowicie obiektywne, zgodne z obowiązującym zarówno w okresie II wojny światowej, jak i dzisiaj prawem międzynarodowym oraz oddające historyczne realia, kontrowersje jak najbardziej budzi, przynajmniej w części polskiej opinii publicznej. Teoretycznie jego wartość poznawcza również jest bliska zeru – bo cóż to za odkrycie. Ale mamy z tym w Polsce problem. I to gruby, wielopoziomowy. I tego ani podobnie brzmiącego zdania nie znajdziemy w żadnym podręczniku szkolnym.

To nie jest szczególnie łatwa ani przyjemna prawda.

Bo tak jak niemal wszyscy uczestnicy Powstania Warszawskiego byli pełnoprawnymi obywatelami Polski, tak też byli nimi niemal wszyscy sprawcy rzezi Wołynia, nie tylko jej ofiary.

Nasz główny problem z historią relacji Polaków i Ukraińców polega w dużej mierze na tym, że podczas gdy uczestnicy Powstania Warszawskiego byli obywatelami Polski z urodzenia, z własnej woli, a nawet w gruncie rzeczy bezwiednie, bo było to dla nich zupełnie naturalne, że jako Polacy i warszawiacy są obywatelami Polski, o tyle sprawcy rzezi Wołynia w nieznanej w gruncie rzeczy do dziś części raczej nie byli ze swego obywatelstwa szczególnie zadowoleni.

Między usprawiedliwieniem a wyjaśnieniem

Teraz kilka fraz, które się tu znaleźć muszą, choć ich funkcja jest przede wszystkim rytualna. Bo zdania i akapity podobne do nich jak najbardziej znajdują się w podręcznikach szkolnych. Tak, tych polskich.

A więc to nie jest próba rozgrzeszenia zbrodniarzy z UPA, którzy mordowali na Wołyniu swych polskich sąsiadów.

Tak, nie ma żadnych wątpliwości, rzeź Wołynia była jedną z największych (oczywiście z wyłączeniem Holocaustu i zagłady sowieckich cywili jeńców wojennych) czystek etnicznych okresu II wojny światowej. Niezbyt wprawdzie mądre, ale dopuszczalne są więc spory dotyczące tego, czy należy uznać ją za akt ludobójstwa.

To też również czysta historyczna prawda – żywiołowe okrucieństwo zbrodniarzy z Wołynia opisane w źródłach budzi do dziś prawdziwą zgrozę.

Nikt tu niczego nie usprawiedliwia. Właśnie, może spróbujmy przez chwilę w ten sposób:

Pewnie zgodzimy się z tym, że spór o liczbę posłów, która miałaby w II RP reprezentować ludność ukraińską i o stopień jej ewentualnej autonomii nie uzasadniały odpowiednio przejścia przez OUN do akcji sabotażowych i zbrojnych prowadzonych przeciwko polskiemu państwu.

Zgodzimy się zapewne także, że akcje sabotażowe prowadzone przez OUN we wschodnich województwach przedwojennej Polski nie były wystarczającym usprawiedliwieniem dla poniżającej i bolesnej (także fizycznie) akcji pacyfikacyjnej, która objęła kilkaset tysięcy obywateli RP pochodzenia ukraińskiego.

Podobnież większość z nas zgodzi się z tym, że ani akcja pacyfikacyjna, ani system osadnictwa wojskowego, ani nawet inne formy represji i szykan skierowanych wobec Ukraińców, nigdy nie były i nie będą wystarczającym usprawiedliwieniem dla Rzezi Wołynia.

Część z nas zgodzi się nawet z tym, że ani rzeź Wołynia, ani uznana przez komunistów za zbrodnię nad zbrodniami śmierć generała Karola Świerczewskiego w zasadzce, za którą miała stać UPA, nie były wystarczającym motywem dla powojennej akcji „Wisła”, polegającej na brutalnym wysiedleniu setek tysięcy Ukraińców, Łemków i Bojków z ich miejsc zamieszkania i wysłaniu ich w różne rejony tzw. Ziem Odzyskanych.

Byliśmy Jugosławią, Izraelem i Rwandą

Mniejsza przemoc nie usprawiedliwia większej przemocy, a wielka przemoc nie usprawiedliwia przemocy na ogromną skalę.

Niemniej między poszczególnymi aktami przemocy i kolejnymi etapami jej eskalacji istniały związki i łańcuchy przyczynowo-skutkowe. Całkiem podobne do tych, o których czytamy w książkach o wojnie w byłej Jugosławii, Rwandzie czy Myanmie.

II RP była krajem targanym etnicznymi konfliktami, żyjącym w wiecznym napięciu między swymi grupami narodowymi i klasowymi, rozdartym między kilka różnych nacjonalizmów, w tym nawet żydowski. Była krajem, w którym gdzieś między akcjami pacyfikacyjnymi, brutalnym tłumieniem strajków chłopów i robotników, gettem ławkowym i projektami madagarskimi, ujawniała się i dojrzewała przemoc etnicznej i klasowej czystki.

II wojna światowa i dwie okupacje – niemiecka i sowiecka – były katalizatorem tej przemocy.

Autoryzowane przez Niemców pogromy Żydów dokonywane przez Polaków w Jedwabnem, Radziłkowie, Tykocinie i dziesiątkach innych miejsc, motywowane ideologicznie szmalcownictwo Polaków, Ukraińców, Białorusinów i Litwinów, gigantyczne pogromy we Lwowie i Kijowie, zbrodnie partyzantów każdej z tych nacji na pozostałych nacjach, to wszystko są części dokładnie tej samej historii, której częścią jest również Rzeź Wołynia.

A jest to historia, w której swoje miejsce obok głównych państwowych aktorów – czyli Trzeciej Rzeszy i Związku Sowieckiego, ma swoje skromne miejsce również II RP.

Pieracki powraca z pośmiertnym prezentem

My zaś możemy na chwilę wrócić do Bronisława Pierackiego.

15 czerwca 1934 roku pełniący już funkcję ministra spraw wewnętrznych Pieracki został zastrzelony przed lokalem Klubu Towarzyskiego przy ulicy Foksal w Warszawie przez członka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Hryhorija Maciejkę. Sprawcy udało się zbiec, nie został początkowo zidentyfikowany.

Wieść o zamachu bardzo rozdrażniła schorowanego, przebywającego w szpitalu Józefa Piłsudskiego. Marszałek się wściekł. Pewien problem polegał tylko na tym, że Piłsudski – podobnie jak całe jego otoczenie – był na tym etapie święcie przekonany, że za zabójstwem Pierackiego stoją polscy nacjonaliści z ONR.

Dwa dni po zamachu w jego szpitalnej sali pojawił się premier Leon Kozłowski z gotowym projektem rozporządzenia powołującego do życia obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej i pozwalającego zsyłać do niego „osoby, których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego” na podstawie zwykłej decyzji administracyjnej, bez sądu.

„Ja nic nie mam przeciw tej waszej czerezwyczajce, ja się na tę waszą czerezwyczajkę na rok zgodziłem”

– wygłosił wtedy swe słynne do dziś zdanie Piłsudski, dając zielone światło projektowi.

Obóz funkcjonował do wybuchu II wojny światowej, przetrzymywano, bito i szykanowano w nim licznych przeciwników politycznych sanacji – od nacjonalistów z ONR po polityków ruchu ludowego. W zdecydowanej większości byli to nieprzychylni władzy lub uważani przez nią za takich Polacy – na łącznie około 3 tysięcy osadzonych w Berezie tylko kilkuset było Ukraińcami, w zdecydowanej większości związanymi z OUN.

Całe nieporozumienie ze sprawstwem zamachu na Pierackiego wyjaśniło się dopiero w toku śledztwa. Proces w sprawie zamachu toczył się dopiero na przełomie 1935 i 1936 roku. Skazano w nim 12 osób z kierownictwa OUN. Trzech z nich – w tym Stepana Banderę skazano na śmierć, wyrok został jednak w ramach amnestii zamieniony na dożywocie. Bandera został wypuszczony z więzienia w trakcie kampanii wrześniowej – najpierw współpracował z Niemcami na rzecz przyszłego niepodległego państwa ukraińskiego, następnie się przeciwko z nim zbuntował, proklamując we Lwowie deklarację niepodległości Ukrainy.

Razem z całym swoim otoczeniem został aresztowany przez Niemców i umieszczony najpierw w więzieniu Spandau, a potem w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Po wojnie przebywał w Monachium, współpracował z alianckimi wywiadami, a następnie z zachodnioniemieckim BND, sam zaś był manipulowany przez wywiad sowiecki. Zginął w 1959 roku zabity przez agenta KGB za pomocą specjalnego pistoletu rozpylającego cyjanek. Agent – Bohdan Staszyński – został za to odznaczony Orderem Lenina.

Bereza Kartuska natomiast, do której Bandera trafił tylko na chwilę, tuż przed procesem, bo później trzymano go w najcięższych więzieniach w Świętym Krzyżu i Wronkach, to był taki nasz specyficzny spadek po Pierackim.

Kawaler Orła Białego

Ale było tego spadku po Pierackim więcej.

Po Pierackim ogłoszono żałobę narodową – we wszystkich instytucjach państwa obowiązywała przez osiem dni, w MSW i podległych jej służbach (w tym policji) aż 28.

Imieniem Pierackiego nazwano ulicę Foksal. Zastrzelony minister został również odznaczony Orderem Orła Białego – stanowiącym w II RP podobnie jak dzisiaj najwyższe cywilne odznaczenie państwowe.

Na tym nie koniec, ogłoszono bowiem, że imieniem Pierackiego nazwane zostaną ulice w każdym (sic!) mieście w trzech położonych na wschodzie Polski województwach. Pieracki miał stać się obiektem narodowego kultu – w tym celu zresztą wybudowano mu w rodzinnym Nowym Sączu mauzoleum, przed którym w każdą rocznicę jego śmierci biskupi odprawiali okraszone patriotycznymi mowami modły.

Kult Pierackiego – pogromcy zbuntowanych województw – nie przetrwał epoki kultu utrwalaczy władzy ludowej, opartego zresztą na całkiem zbliżonym micie założycielskim związanym ze śmiercią Karola Świerczewskiego w zasadzce UPA. Świerczewski został zamieniony przez propagandę Polski Ludowej w kogoś w rodzaju komunistycznego świętego. W tej religii nie było jednak miejsca dla Pierackiego – oficjalnego męczennika sanacyjnej II RP.

Ulica Foksal wróciła więc w okresie PRL do swojej historycznej nazwy. Po roku 1989 nikt nie próbował przywracać jej imienia Pierackiego. Dokładnie to samo działo się w dziesiątkach (sic!) miast, które po wojnie pozostały w polskich granicach, a w których na fali pozamachowego wzmożenia całkiem już spontanicznie zmieniano nazwy ulic.

We Lwowie dawna ulica Pierackiego nazywa się Kolejowa, a w Iwanofrankowsku, dawnym Stanisławowie – nosi imię Szewczenki.

Orderu Orła Białego nikt Pierackiemu nigdy nie odebrał, podobnie zresztą jak nikt nie odebrał Orderu Lenina Bohdanowi Staszyńskiemu.

Na zdjęciu głównym: Uroczystości przy mauzoleum Bronisława Pierackiego w trzecią rocznicę jego śmierci. Nowy Sącz, czerwiec 1936. Źródło: NAC

Na zdjęciu Witold Głowacki
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta, rocznik 1978. Pracowałem w "Dzienniku Polska Europa Świat" (obecnie „Dziennik Gazeta Prawna”) i w "Polsce The Times" wydawanej przez Polska Press. W „Dzienniku” prowadziłem dział opinii. W „Polsce The Times” byłem analitykiem i komentatorem procesów politycznych, wydawałem też miesięcznik „Nasza Historia”. Współprowadziłem realizowany we współpracy z amerykańską fundacją Democracy Council i Departamentem Stanu USA cykl szkoleniowy „Media kontra fake news”, w ramach którego ok 700 dziennikarzy mediów lokalnych z całej Polski zostało przeszkolonych w zakresie identyfikacji narracji dezinformacyjnych i przeciwdziałania im. Wydawnictwo Polska Press opuściłem po przejęciu koncernu przez kontrolowany przez rząd PiS państwowy koncern paliwowy Orlen. Wtedy też, w 2021 roku, wszedłem w skład zespołu OKO.press. W OKO.press kieruję działem politycznym, piszę też materiały o polityce krajowej i międzynarodowej oraz obronności. Stworzyłem i prowadziłem poświęcony wojnie w Ukrainie cykl „Sytuacja na froncie” obecnie kontynuowany przez płk Piotra Lewandowskiego.

Komentarze