Palestyńskie eksklawy na Zachodnim Brzegu znajdują się pod stałą presją żydowskich osadników. W odpowiedzi na represje palestyńscy, żydowscy i europejscy aktywiści organizują wyjazdy do atakowanych wsi w ramach tzw. obecności ochronnej. Relacja Kacpra Maxa Lubiewski z jednego z takich wyjazdów
Z Jerozolimy do Strefy C Zachodniego Brzegu wyjechaliśmy wczesnym popołudniem: ja, moja przyjaciółka Alma i Matan [imię zmienione] koordynator sieci aktywistycznej w strefie.
Jako najbardziej doświadczony z nas wszystkich i mający instytucjonalne zaplecze organizacji Rabbis for Human Rights, Matan był naszym kierowcą i głównym decydentem w sprawie tego, które miejscowości odwiedzimy. W ostatniej chwili dołączył do nas jeszcze Elad: rosły sześćdziesięciolatek o doświadczeniu najbardziej odmiennym od naszego.
Matan pracuje w humanitarnym NGO-sie, Alma definiuje się jako anarchistka, ja jestem dziennikarzem. Eladowi, emerytowanemu żołnierzowi i członkowi organizacji Achim le-Neszek [hebr. Bracia Broni – red.], która zrzesza rezerwistów sprzeciwiających się polityce wewnętrznej premiera Benjamina Netanjahu, najdalej było do antysyjonizmu czy lewicowych wrażliwości.
„Jestem tutaj, bo ci osadnicy-chuligani zaprzeczają temu, czym naprawdę jest Izrael” — ogłosił dumnie, gdy wyjeżdżaliśmy z Jerozolimy.
Alma rzuciła tylko pod nosem, że wybór jego koszulki był nie na miejscu. Faktycznie, T-shirt z dużym napisem „BRACIA BRONI”, kałasznikowem i izraelską flagą jest dosyć odważną decyzją na Zachodnim Brzegu. Sam Elad wyczuł tę niestosowność, bo choć nie mógł usłyszeć Almy siedzącej z tyłu samochodu, uznał, że musi się usprawiedliwić: — Jestem tak ubrany, bo nie mam innych koszulek.
Matan w międzyczasie przedstawił nam trasę naszego wyjazdu: najpierw osady Abu Abdullah i Abu Dżihad. Noc spędzimy w rejonie Al-Chatrora, a poranek następnego dnia — w kolejnej osadzie Nechila. Wszystkie te społeczności znajdują się w środkowej części Zachodniego Brzegu, mniej więcej godzinę lub dwie drogi na wschód od Jerozolimy.
Powodem, dla którego jedziemy do Palestyny, jest znaczny wzrost liczby ataków żydowskich osadników na Palestyńczyków. Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych w marcu 2026 roku dochodziło do średnio sześciu ataków dziennie.
Osadnicy nachodzą Palestyńczyków w ich domach i poza nimi: grożą, niszczą mienie lub wprost atakują.
Tylko od stycznia do kwietnia tego roku ośmiu Palestyńczyków zostało zamordowanych przez osadników, a 360 odniosło obrażenia. Mamy nadzieję, że dzięki naszej obecności mieszkańcy czterech wiosek na naszej trasie będą przez dwa kolejne dni spokojni o swoje bezpieczeństwo.
To nie megalomania. Protective presence (ang. ochronna obecność) jest praktyką aktywistyczną, która polega na towarzyszeniu Palestyńczykom w ich codziennych czynnościach: odprowadzaniu dzieci do szkoły, pracy w polu czy gotowaniu posiłków. Pomoc jest dwutorowa. Po pierwsze, osadnicy są mniej skłonni zaatakować Palestyńczyka, gdy ten jest w towarzystwie osoby z zagranicznym paszportem, która mówi po angielsku lub hebrajsku. Równie istotna jest płaszczyzna medialna: aktywiści dokumentują i upubliczniają przemoc osadników. Po drugie, obecność aktywistów w praktyce oznacza też wsparcie psychologiczne i zapobiega poczuciu beznadziei wśród Palestyńczyków. Nawet jeśli dojdzie do ataku, jego ofiary nie będą musiały przeżywać go same.
Co ważne, protective presence jest zupełnie legalna — turyści, podobnie jak obywatele Izraela, mogą zgodnie z prawem przebywać w Strefie C Zachodniego Brzegu, kontrolowanej przez Izrael. Strefa C stanowi większość obszaru Zachodniego Brzegu – strefy A i B to „palestyński archipelag”, czyli odizolowane eksklawy pod kontrolą Autonomii Palestyńskiej.
Gdy dojechaliśmy do wioski Abu Abdullah, nazwanej tak na cześć najstarszego mężczyzny i przywódcy wioski, przywitał nas Mohammed, który ze strony społeczności utrzymuje kontakt z aktywistami.
— Są tutaj — powiedział poważnym głosem, prowadząc nas w kierunku, z którego, jak się dowiedzieliśmy, osadnicy zazwyczaj wchodzą do wioski. Szliśmy około piętnastu minut, zatrzymując się co jakiś czas i podziwiając zapierające dech w piersiach widoki okolicy. Żółto-zielone wzgórza, bezchmurne niebo oraz krzewy i niskie drzewa uparcie rosnące wbrew słońcu — bez wątpienia znaleźliśmy się w miejscu, o które warto walczyć.
W oddali zobaczyliśmy dwóch osadników: jeden z nich jechał na ośle, drugi poganiał stado owiec. Spokojnym, pewnym siebie krokiem zbliżali się do wioski. Dopiero z bliska zobaczyliśmy, że obaj są tak naprawdę dziećmi – nie mieli więcej niż 15 lat. Szli w naszą stronę w ciszy.
— Jesteście świadomi, że to teren Palestyńczyków? Dlaczego tu jesteście? — zapytał Matan, nagrywając chłopców telefonem komórkowym. — Pasiemy owce — rzucił ten na ośle, z dłuższymi włosami. Nie byli agresywni, ale kilkukrotnie starali się nas sprowokować. Podchodzili blisko do naszych twarzy, nagrywając nas i machając nam przed oczami batem, którym poganiali osła. W pewnym momencie Elad złapał kij i prawdopodobnie wyrwałby go z ręki chłopaka, gdyby nie Matan, który zainterweniował i przypomniał „Bratu Broni”, że naszym zadaniem jest jedynie dokumentacja.
Po chwili starszy chłopak skierował osła w naszą stronę i zaczął zataczać na nim coraz węższe kręgi wokół nas. Wyglądało to dość groteskowo: chłopak nawet na ośle był zaledwie mojego wzrostu, nie miał broni i swoim zachowaniem przypominał raczej nadąsane dziecko niż potencjalnego przestępcę. Z drugiej strony był śmiertelnie poważny i aktywnie starał się doprowadzić do sytuacji, w której musiałbym użyć siły, żeby go od siebie odsunąć.
Spędziliśmy z nimi mniej więcej dwie godziny. Czasem zaczepiali nas, czasem próbowali iść w stronę osady. Wtedy blokowaliśmy ich, patrząc na siebie w ciszy. Matan mówił do nich poważnym tonem: chciał wiedzieć, jak się nazywają, dlaczego nachodzą Palestyńczyków i czy zdają sobie sprawę z bezprawia, jakiego się dopuszczają. Elad przyjął rolę dobrego dziadka upominającego niegrzeczne dzieci.
Chłopcy reagowali na obydwu podobnie: wyzywali, wyśmiewali i usilnie prowokowali. W pewnym momencie zawrócili w stronę, z której przyszli, usiedli na kamieniu i zapalili papierosy. Uznaliśmy, że to znak, że nie będą już dzisiaj sprawiać kłopotów. Gdy od nich odeszliśmy, krzyknęli tylko jeszcze:
— Wracajcie do swojego gejowskiego Tel Awiwu!
Czyżby osadnicy nienawidzili Tel Awiwu jeszcze bardziej niż Ramallah [siedziby władz Autonomii Palestyńskiej – red.]? Liberalni, świeccy i kosmopolityczni Żydzi nie mają przecież miejsca w państwie kahanistów [zwolenników żydowskiego odłamu faszyzmu – przyp. red.].
Powrót do Abu Abdullah minął nam w ożywionej atmosferze. Elad nazwał osadniczych chłopaków „degeneratami”, którzy powinni „dawno siedzieć w poprawczaku”. — Nie możesz zapominać, że oni też są dziećmi. Robią źle, ale też są ofiarami tej sytuacji. Potrzebują psychologa, pracownika socjalnego i dobrego nauczyciela. To dorośli doprowadzili ich do tego stanu — kontrowała Alma.
W wiosce przywitała nas grupa młodych chłopców i dziewczynek, którzy skakali nam na ręce i zapraszali do zabawy. W pewnym momencie jedna dziewczynka, na oko siedmiolatka, pokazała palcem na Elada i zapytała: — Jahud [Żyd – red.]? Gdy Elad skinął głową, dziewczynka podniosła prawą stopę i splunęła na nią w geście, który z grubsza można porównać do zachodniego środkowego palca. Najprawdopodobniej jedynym Żydem, którego kiedykolwiek spotkały te dzieci, był osadnik, który nękał ich rodziców.
Gdy Alma skarciła dziewczynkę, ta spojrzała na nią i zapytała: — Falastin? Israil?” [Palestyna? Izrael? – red.]. Gdy Alma wybrała tę drugą opcję, dzieci zaczęły głośno kontrować: — Falastin! Falastin!.
Na chwilę usiedliśmy jeszcze z mieszkańcami wioski. Przynieśli kawę i herbatę, daktyle i czekoladę. Alma dołączyła do kobiet w osobnym namiocie.
— Osadnicy przychodzą codziennie i nie wiadomo, co z nimi zrobić, niektórzy to przecież dzieci. Ale straszą nasze zwierzęta, niszczą nasze domy i kradną karmę dla naszych owiec. Chcą, żeby puściły nam nerwy i żebyśmy ich zatrzymali — mówił Abu Abdullah. — Wtedy dzwonią na policję, która zawsze bierze ich stronę. Rozmawiają między sobą po hebrajsku, po czym zatrzymują nas na kilka godzin — dodał.
Mężczyźni, z którymi zjedliśmy podwieczorek, jeszcze raz podziękowali za naszą obecność. Pożegnaliśmy dzieci, a następnie wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do pobliskiej wioski, która także nazywa się na cześć lokalnego nestora — Abu Dżihada. Tutaj też zostaliśmy powitani herbatą i słodyczami.
Na niewielkim dziedzińcu wioski rozmawiał z nami sam Abu Dżihad. W tle słyszeliśmy grające w piłkę nożną dzieci i kobiety gotujące kolację. — Cieszę się, że przyjechaliście. Nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć — mówił z uśmiechem.
Mogłoby się wydawać, że spokojny wieczór oznacza, iż obecność aktywistów jest niepotrzebna. Naszym zdaniem to dowód, że protective presence działa. Jednak Matan, który pracuje na Zachodnim Brzegu już od lat, studzi nasz entuzjazm. — Obronna obecność to w pewien sposób już przeszłość. Dzisiaj wierzę bardziej w obecność solidarnościową. Nawet jeśli nie możemy zatrzymać przemocy ze strony osadników lub wojska, to Palestyńczykom łatwiej ją znosić, gdy nie są sami — tłumaczy.
Celem odwiedzin społeczności jest utrzymanie relacji międzyludzkich, a czasem nawet kontaktu ze światem zewnętrznym. Żeby aktywiści byli skuteczni w swojej pracy, Palestyńczycy muszą też im zaufać i pozwolić im wejść do swoich domów i społeczności.
Późnym wieczorem pożegnaliśmy Abu Dżihada i pojechaliśmy do osady bez nazwy, znajdującej się w regionie Al-Chatrora. Ta społeczność, podobnie jak poprzednie, cierpi z powodu niedostatku podstawowej infrastruktury. Domy są zbudowane z blachy, nie ma bieżącej wody, grunt jest nierówny i kamienisty, żywności jest mało — podobnie jak paliwa czy zasięgu internetowego. Większość domów ma plakietkę z logo Unii Europejskiej, co oznacza, że zostały zakupione dzięki wsparciu Europejczyków.
Zostajemy na noc, bo coraz częściej do ataków osadników dochodzi także w porze spoczynku. Śpimy w gościńcu – na Zachodnim Brzegu niektóre miejscowości mają przestrzeń, gdzie mogą zatrzymać się aktywiści i dziennikarze. W środku jest kuchnia z warzywami i kawą, a w rogu kilka materacy i koców. Wieczór spędzamy w ciszy: Elad gotował kolację; z Almą rozegrałem kilka partii tryktraka. Nie spotkaliśmy Palestyńczyków – o tej porze rodzice kładli dzieci do snu. Po niecałej godzinie też już spaliśmy.
Noc minęła spokojnie: do wioski nie przyszedł żaden osadnik ani nie przyjechało wojsko. Wsiadając do samochodu, widzieliśmy grupę dzieci idących do szkoły. To przywilej, którego doświadcza coraz mniej młodych Palestyńczyków. Niedawno głośnym echem odbiła się historia uczniów w Umm Al-Khair na południe od Hebronu, którzy od tygodnia nie chodzą do szkoły, bo osadnicy położyli na drodze drut kolczasty.
Nechila, do której dojeżdżamy na końcu, ma podobne problemy. Odkąd Becalel Smotricz, skrajnie prawicowy minister bezpieczeństwa narodowego Izraela, zablokował znaczną część funduszy dla palestyńskich szkół w Strefie C Zachodniego Brzegu, dzieci z Nechili chodzą do szkoły tylko raz w tygodniu.
W wiosce wita nas grupa 15 dziewczynek i chłopców. Najstarsze z nich ma nie więcej niż 12 lat, najmłodsza skończyła niedawno trzy lata. Przywieźliśmy ze sobą piłkę, papier, kredki i czekoladę — takim zestawem szybko przekonaliśmy do siebie wszystkie dzieci. — Knafeh! — krzyknęła na mój widok Hanani, jedna z dziewczynek. Inne dzieci dopowiadają, że moje rude włosy przypominają im kunafę, pomarańczowe arabskie ciasto serowe.
Na południu Zachodniego Brzegu są wioski, które współpracują z Izraelczykami w ramach protective presence od dekad. Jednak ze społecznością w Nechili aktywiści dopiero budują relację. Tutejsi Palestyńczycy pierwszy raz zwrócili się o pomoc zaledwie kilka miesięcy temu po ataku uzbrojonego osadnika, który zamordował jednego z mieszkańców. Strata sąsiada i członka rodziny przekonała społeczność Nechili do zaufania aktywistom oferującym pomoc.
Nagle Hanani zawołała głośno: — Osadnicy!
Miała rację: przed nami stanęli dwaj mężczyźni ze stadem kilkudziesięciu owiec. Dzieci wiedzą, jak reagować na wtargnięcie osadników: starsze rodzeństwo łapie za ręce młodszych i ukrywa się w domu. Osadnicy nie byli agresywni i praktycznie nie zwracali na nas uwagi. W ich nonszalancji była jednak pewna wyższość: po prostu weszli do wioski i wprowadzili zwierzęta na pole należące do Palestyńczyków.
Trudnym zadaniem było znalezienie odpowiedniego dystansu: powinniśmy podejść na tyle blisko, żeby móc zrobić zdjęcia ich twarzy, ale trzymać się wystarczająco daleko, żeby ich nie prowokować. Chęć skonfrontowania ich lub usunięcia z terenu wioski jest silna, ale Palestyńczycy rzadko proszą o taką interwencję; dobrze wiedzą, że to tylko eskaluje sytuację i służy jako wymówka do dalszej przemocy.
Mężczyźni opuścili wioskę po pół godziny, tak samo nagle jak do niej weszli. Dzieci powoli wyszły z domów, gdy przekonaliśmy je, że mogą bezpiecznie wrócić do zabaw z piłką. Razem z Almą staramy się zrobić cokolwiek, żeby nadrobić czas stracony poza szkołą, ale oczywiście nie jest to łatwe zadanie. Nie jesteśmy przecież nauczycielami i nie mówimy po arabsku; nasze szczere chęci w praktyce sprowadzają się do krótkiej lekcji języka angielskiego i hebrajskiego, zajęć fizycznych i wspólnego malowania farbami.
Gdy wybiła trzynasta, Matan ogłosił koniec naszej zmiany. Niedługo do wioski mają przyjechać inni aktywiści związani z żydowsko-palestyńskim ruchem pokojowym Standing Together. Przybiliśmy z dziećmi ostatnie piątki i pożegnaliśmy dorosłych. Przed nami jeszcze godzina drogi do Jerozolimy, ale już w aucie Matan pyta o dostępność moją, Almy i Elada w najbliższym czasie. Na Zachodni Brzeg aktywiści wrócą jeszcze w tym miesiącu.
Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.
Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.
Komentarze