01 października 2021

Irakijczyk opowiada, jak przedarł się przez zasieki w Białorusi i Polsce. I jak ruszył dalej...

Cztery dni ukrywania się w lesie na granicy, ręce pokaleczone od drutu żyletkowego, przechwycenie przez Straż Graniczną i ucieczka do Niemiec. Oto historia jednej z grup, które przekroczyły polską granicę. Opowieść, jakiej jeszcze nie było

Majid* mówi, że drugi raz nie wybrałby tej drogi. Trasa przez Białoruś i Polskę miała być krótsza i prostsza niż przez Grecję czy Bułgarię. Okazała się koszmarem.

Z Majidem rozmawiam jeszcze w Polsce, w trakcie jego eskapady, parę dni po tym, jak pokonał granicę. Robię zdjęcie jego dłoni, ze śladami przedzierania się przez zasieki z drutu kolczastego. Nie portretuję twarzy. Specjalnie nie podaję innych okoliczności, ani miejsca rozmowy, by nie naprowadzać na ślad Majida, który okazał mi zaufanie.

Nie chodziło o to, by dostać się do Polski

W internecie bez problemu można trafić na infografiki po kurdyjsku zachęcające do wyjazdu do Białorusi. Wiza, którą Majid wykupił w Iraku, kosztowała 2 150 dolarów (ok. 8,5 tys. zł). Poza opłatą nie było żadnej rozmowy z celnikiem czy pytania o motywację ich podróży.

Majid chce dołączyć do rodziny, która dobrze prosperuje w zachodniej Europie, wziął ze sobą kumpla. Przypadkowo poznali w drodze trzeciego towarzysza, który marz, by dostać pracę i „normalnie zarabiać”, nieważne w jakim kraju.

Taksówką z Mińska pod granicę

W Mińsku Majida zaczepił recepcjonista hotelu, mówiąc, że „wyglądają na takich, którzy potrzebują pomocy w dostaniu się pod granicę z Polską”. Dwa dni później pod hotelem pojawiła się taksówka, która zawiozła ich pod granicę. Kurs na odległość ok. 300 km kosztował 100 dolarów (ok. 400 zł) od łebka.

Po drodze zatrzymała ich białoruska milicja. Majid twierdzi, że funkcjonariusz ostrzegł ich przed niebezpieczeństwem czekającej ich podróży i że wręcz nalegał na to, żeby zawrócili. Byli jednak zdeterminowani, a milicjant nie mógł wiele więcej zrobić – byli na terenie Białorusi legalnie, mieli wizę.

Coraz bardziej poddenerwowany w miarę zbliżania się do Polski kierowca zostawił ich jednak „stosunkowo daleko” od granicy i kazał iść przed siebie.

Głodni, przemarznięci, ale niewykryci

Na terenie Białorusi drut żyletkowy rozwinięty jest w trzech pasach, a więc zanim dotarli do granicy z Polską, musieli przekroczyć go trzykrotnie. Majid opowiada, że wiele godzin spędzili w miejscu, które nazywa „strefą pomiędzy dwoma granicami” (ang. in-beetween two borders), ukrywając się przed strażnikami granicznymi obu krajów.

Drugiego dnia w lesie, przed ostatnim płotem z drutu żyletkowego, tym, który oddzielał ich od Polski, zdecydowali się nie czekać na kolejny zmrok. Majid był tak głodny i wyziębiony, że było mu już wszystko jedno, czy go złapią, czy nie. Po czterech godzinach kolejnego wyczekiwania postanowili ruszyć przed siebie.

W końcu udało im się przedostać na polską stronę. Tu postanowili już przeczekać dzień ukryci w lesie. Pozostali nieruchomo przez kolejne 9 godzin, byli przemarznięci, wciąż głodni i spragnieni. Gdy zapadł zmrok, zdecydowali się znów ruszyć przed siebie, minęli „jakąś wioskę”.

Tak spragnieni, że pili wodę w kałuży

Majid nie zna punktu w Białorusi, gdzie wysadził ich taksówkarz, ani nazwy wsi, które mijali po polskiej stronie. Starali się trzymać z dala od jakichkolwiek zabudowań. Z białoruskiego lasu pamięta tylko tory kolejowe (czyli mogli być w okolicach Brześcia).

Ruszyli w głąb Polski, szli kolejne cztery godziny. Trafili na grupę Kurdów, w fatalnym stanie, wymęczonych i wyziębionych. Jeden z nich kaszlał krwią i był tak spragniony, że pił wodę z kałuży. Majid i jego grupa chcieli im jakoś pomóc, ale nie mieli nic do zaoferowania.

Napotkani Kurdowie wyruszyli z Iraku zaledwie dzień przed nimi. Mieli mniej szczęścia, trafili na straż białoruską i polską kilkukrotnie, za każdym razem byli wypychani.

Halucynacje, pomocny kierowca i fiasko

Majid opowiada, że brak snu i jedzenia doprowadził do tego, że zaczynał mieć halucynacje.

„Cokolwiek, co teraz możesz sobie wyobrazić, ja to widziałem. Czwarta noc - myślałem, że już nie żyję, fuck that, wychodzę na ulicę szukać pomocy, nieważne co się stanie, nie damy rady dłużej”.

Kierowcy, który się zatrzymał, próbował na migi pokazać, żeby wpuścił ich do środka i włączył ogrzewanie. Udało im się dogadać i przejechali wspólnie dalsze cztery godziny w stronę granicy z Niemcami.

Plan na chwilę wrócił na właściwy tor, jednak przypadkowa kontrola drogowa policji pozbawiła grupę nadziei na wyjazd z Polski. Trafili do placówki Straży Granicznej, gdzie spędzili dwie doby. Zarekwirowano im paszporty i telefony.

Pogranicznicy radzą jechać do Warszawy

Majid nie wspomina źle interakcji z funkcjonariuszami straży - zabrali ich do sklepu, gdzie kupili czyste ubrania, polecili fundacje, które pomogą im przejść przez biurokrację związaną z aplikacją o azyl.

Majid opuścił placówkę Straży z obowiązkiem stawienia się ponownie za dwa tygodnie. Pogranicznicy doradzili mu, żeby w tym czasie ruszył w stronę Warszawy, bo tam będzie miał możliwość trafienia na „więcej przychylnych ludzi” oraz instytucje, które mogą mu doraźnie pomóc.

Jednak 25 września 2021 Majid zaczepił w pociągu osobę, która przez telefon rozmawiała po arabsku. Miał już w głowie ułożony plan. Następnego ranka w Polsce pozostał po nim tylko zdeponowany paszport i telefon.

* Imię bohatera zmieniliśmy dla jego bezpieczeństwa; nie podajemy informacji pozwalających na jego identyfikację. Nie opisujemy, na czym polegał plan Majida wyjazdu z Polski i jak przebiegał ostatni etap jego podróży.

Autor tekstu Antek Mantorski jest fotografem, autorem zdjęcia ilustrującego powyższą relację.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne