„Przyjechałam do Polski z jedną dużą paką dla konia” – opowiada Olga Safronowa – „i z walizką letnich ubrań dla siebie. Zadzwoniłam do męża. Powiedział: zostań w Polsce, będziemy coś wymyślać”.
W 2025 roku najlepszą lekkoatletką Polski oraz najlepszym sportowcem województwa podlaskiego została Białorusinka Maria Żodzik (na zdjęciu u góry). Nie jest jedyną zawodniczką, która po protestach przeciwko reżimowi Łukaszenki w 2020 roku opuściła ojczyznę i dziś zdobywa medale dla Polski. Kilkudziesięcioro Białorusinów i Białorusinek startuje w zawodach lub trenuje polskich podopiecznych w różnych dyscyplinach – od łucznictwa i jeździectwa, przez biegi i żeglarstwo, po sporty walki, pływanie, gimnastykę artystyczną i piłkę nożną.
Jaki wkład Białorusini wnoszą w rozwój polskiego sportu? Dlaczego niektórzy z nich, by wrócić do zawodu, musieli pracować w Żabce? Jakie konflikty zdarzają się z polskimi kolegami z branży?
Aleją w Mińsku idzie wielotysięczny tłum z biało-czerwono-białymi flagami. Na czele kolumny niesiona jest duża biała płachta z czerwonym napisem: „Sportowcy z narodem”. Ludzie biją brawo zawodnikom za odwagę, a wszyscy razem skandują jedno z najczęściej powtarzanych w sierpniu 2020 roku haseł: „Odejdź!”.
Sport na Białorusi przez lata funkcjonował jako przestrzeń „poza polityką”. Publiczna krytyka władz ze strony białoruskich atletów była praktycznie nie do pomyślenia.
W sierpniu 2020 roku wszystko się jednak zmieniło: brutalne działania milicji wobec protestujących wstrząsnęły wieloma osobami, także sportowcami.
Już w pierwszych dniach demonstracji potępienie przemocy wyrażali m.in. mistrz świata w boksie Ivan Baranchyk, mistrzyni świata w gimnastyce artystycznej Melitina Staniouta, piłkarz i dziennikarz sportowy Aliaksandr Ivulin oraz wielu innych. Najważniejsze białoruskie medium sportowe – Tribuna – od pierwszego dnia aktywnie relacjonowało wydarzenia w kraju.
16 sierpnia opublikowano otwarty list sportowców domagających się uczciwych wyborów i sprzeciwiających się przemocy. Do końca 2020 roku podpisało go ponad dwa tysiące osób; część z nich padła później ofiarą represji i zastraszania.
Aby wesprzeć prześladowanych zawodników, 23 sierpnia powołano Białoruską Fundację Solidarności Sportowej (BSSF). U jej podstaw stała białoruska wicemistrzyni olimpijska w pływaniu Aliaksandra Herasimenia oraz piłkarz ręczny i menedżer sportowy Aliaksandr Apeikin, który do dziś kieruje organizacją.
Oboje aktywiści – podobnie jak setki innych sportowców – opuścili Białoruś po stłumieniu protestów i nasileniu represji. W 2022 roku zostali zaocznie skazani na 12 lat pozbawienia wolności.
„Fundacja działa do dziś” – mówiApeikin – „choć nie na taką skalę jak w latach 2020–2022. Obecnie pracuje u nas sześć osób. Przede wszystkim udzielamy sportowcom pomocy prawnej w uzyskaniu ochrony międzynarodowej w Polsce i innych krajach”.
Według kierownika BSSF po 2020 roku do Polski wyjechało około 200 białoruskich sportowców, trenerów i pracowników branży. Tylko 30–40 z nich kontynuowało jednak karierę zawodową.
Powody są różne, ale najważniejsze to trudności finansowe i problemy z legalizacją pobytu. Rozwiązując te kwestie, sportowiec – jeśli nie chce stracić formy i umiejętności – musi jednocześnie trenować. Dlatego wielu decyduje się ostatecznie odejść ze sportu: pracują na budowie, w kawiarniach, jeżdżą taksówką, zatrudniają się w firmach albo zakładają własny biznes.
Są jednak przykłady powrotów po takich przerwach. Łuczniczka Karina Kozłowska, która uciekła z Białorusi w 2022 roku, przez długi czas pracowała jako sprzedawczyni w Żabce, równolegle trenując. Mimo to w 2025 roku wygrała mistrzostwa Polski, otrzymała polskie obywatelstwo, trafiła do reprezentacji kraju i uzyskała wsparcie finansowe firmy InPost. Dziś w pełni koncentruje się na sporcie.
Podobną drogę przeszła najlepsza lekkoatletka Polski, Maria Żodzik. W 2021 roku skoczkini wzwyż miała wystartować na igrzyskach olimpijskich w Tokio, ale nie została dopuszczona do zawodów z powodu niewystarczającej liczby pobranych na Białorusi próbek antydopingowych.
Po wybuchu wojny w Ukrainie Żodzik potępiła rosyjską agresję i wyjechała do Polski. Z powodu problemów finansowych łączyła treningi z pracą w McDonald’s.
W pewnym momencie, stojąc nad frytkownicą, zrozumiała, że mimo wszystko chce w pełni poświęcić się sportowi.
W 2025 roku zdobyła dla Polski srebrny medal mistrzostw świata w Tokio.
„W Polsce nie ma tak, że ktoś przyjeżdża i mówi: jestem wielkim atletą, więc stwórzcie mi warunki. Jesteśmy w warunkach rynkowych. Głośne nazwisko i wcześniejsze sukcesy niczego nie gwarantują. Trzeba wszystko udowadniać od nowa, budować siebie od nowa” – mówi Aliaksandr Apeikin.
Polski sport funkcjonuje inaczej niż białoruski. W Polsce obowiązuje model klubowy: zawodnik trenuje w prywatnym klubie, podpisując z nim kontrakt. Istnieje też system stypendiów i dotacji państwowych oraz gminnych, a także wsparcie ze strony biznesu.
Na Białorusi sportowcy zawierają umowy o pracę z republikańskimi centrami przygotowań olimpijskich, ministerstwem sportu, obrony, spraw wewnętrznych i innymi instytucjami państwowymi. To właśnie państwo wypłaca im pensje, zapewnia sprzęt i dostęp do infrastruktury sportowej.
Taki system pozwala władzom kontrolować zawodników i wywierać na nich presję. Przykładem jest historia amazonki, dwukrotnej mistrzyni Białorusi Olgi Safronowej. W 2021 roku – z powodu jej poglądów politycznych – białoruscy działacze sportowi nie dopuścili jej prywatnego konia Sandro D Amour do startu w igrzyskach olimpijskich w Tokio, tłumacząc decyzję rzekomą kulawizną zwierzęcia.
Zawodniczka wyjechała do Polski i przeprowadziła niezależne badanie, które wykazało, że koń jest zdrowy. Olga naiwnie zakładała, że to otworzy jej drogę na igrzyska. Wkrótce jednak skontaktowano się z nią z Białorusi i przekazano, że powrót do kraju jest niebezpieczny. Jak wspomina, przeżyła wtedy szok i nie wiedziała, co dalej.
„Przyjechałam do Polski z jedną dużą paką dla konia” – opowiada – „i z walizką letnich ubrań dla siebie. Zadzwoniłam do męża. Powiedział: zostań w Polsce, będziemy coś wymyślać”.
Przez pewien czas Olga mieszkała w hotelu, potem u przyjaciółki w Warszawie. W tym czasie Sandro D Amour wychodził na spacery na łąkę przy klinice weterynaryjnej. Zawodniczka – bez kontaktów i znajomości – szukała stajni dla swoich trzech koni, dwa pozostałe wciąż znajdowały się na Białorusi.
Aliaksandr Apeikin podkreśla, że sportowcy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji, mogli liczyć na wsparcie białoruskich organizacji działających na emigracji – nie tylko BSSF, lecz także na przykład fundacji BYSOL.
Olga nie zwracała się o pomoc do fundacji. Mówi, że byli ludzie, którzy potrzebowali jej bardziej. Wiedziała, czym chce się zajmować – już po kilku miesiącach znalazła pracę i wróciła do treningów. Finansowo wspierał ją także mąż.
Jak dla wielu migrantów, kluczową kwestią okazała się legalizacja pobytu. W tym celu wraz z mężem musiała wyjechać do Ukrainy, by w polskiej ambasadzie uzyskać wizę humanitarną. Następnie rozpoczęła procedurę zmiany obywatelstwa.
„Można go uzyskać, jeśli ma się osiągnięcia sportowe” – mówi. – „Z adwokatem złożyliśmy kilkaset stron dokumentów. Były tam wszystkie moje starty, nagrody, medale, puchary, miejsca, zdjęcia z ceremonii dekoracji”.
Na decyzję czekała rok. We wrześniu 2022 roku otrzymała pozytywną odpowiedź, w grudniu – dokumenty. Nadal jednak nie mogła startować w zawodach międzynarodowych z powodu stanowiska białoruskiej federacji jeździeckiej, która nie wyrażała zgody na jej przejście do reprezentacji innego kraju.
W efekcie Olga musiała przejść tzw. kwarantannę sportową – dwuletni zakaz startów międzynarodowych liczony od ostatniego występu. Takie okresy mają zapobiegać zbyt częstym zmianom barw narodowych przez zawodników.
To nie jedyny przypadek, gdy białoruskie władze sportowe próbowały utrudniać życie sportowcom, którzy wyjechali z kraju. Żeglarka Anastasiya Valkevich nie wystartowała na igrzyskach olimpijskich w 2024 roku jako zawodniczka neutralna, ponieważ Narodowy Komitet Olimpijski Białorusi nie wyraził na to zgody.
Kwarantanna Olgi zakończyła się w połowie 2023 roku. Jeszcze wcześniej zdobyła srebrny medal mistrzostw Polski. O swoim pierwszym zwycięstwie w zawodach międzynarodowych i emocjach podczas dekoracji do dziś mówi z drżeniem w głosie.
„Przeżyłam uczucia, których nie potrafię opisać ani zrozumieć” – wspomina.
„Patrzysz na ogromny ekran z polską flagą, słyszysz zupełnie nie swój hymn.
Wstyd się przyznać, ale wtedy nie znałam nawet jego słów, poza pierwszymi wersami. A jednocześnie jesteś z siebie dumna. Zalewają cię niewiarygodnie silne emocje”.
Olga jest przekonana, że polski sport jeździecki jest zorganizowany znacznie lepiej niż białoruski – także pod względem finansowym. Choć w Polsce nie otrzymuje stałego stypendium ani pensji, zarabia więcej niż w ojczyźnie.
Na Białorusi miała etatowy kontrakt z ministerstwem sportu. Wynagrodzenie było niewielkie – 800 rubli (około 1180 złotych według kursu z maja 2021 roku). Jednocześnie nie miała prawa podejmować innej pracy ani prowadzić działalności gospodarczej. Każdego dnia w stajni musiała wypełniać dziennik: o której przyszła do pracy, o której wyszła, ile czasu trenowała, jakie elementy wykonywała.
„Codziennie zapisujesz całe tomy tych dokumentów” – wspomina.
W Polsce Olga nie ma stałej pensji (poza niewielkim wsparciem finansowym z federacji jeździeckiej kilka razy w roku) ani obowiązku prowadzenia takich dzienników. Trenować może, kiedy i gdzie chce. W Ameryce, na Księżycu, w nocy czy raz w miesiącu, mówi Białorusinka. Liczy się rezultat. Jeśli spełnisz normy, trafiasz do kadry. Jeśli nie – nie trafiasz. To, jak do tego doszedłeś, jest twoją sprawą.
Większa swoboda dotyczy także finansów – można trenować innych, prowadzić działalność gospodarczą, zawierać umowy ambasadorskie z firmami. Olga mówi, że jej miesięczny dochód sięga kilku tysięcy euro.
Dodaje jednak, że niemal wszystkie pieniądze przeznacza na konie – ma ich już cztery. Nie oszczędza na ich zdrowiu: regularnie korzystają z opieki weterynarzy i dietetyków, a osteopata przylatuje z Danii.
„Mąż już przywykł do zasady: najpierw koń, potem my. W domowym budżecie są tylko wydatki na konie” – śmieje się zawodniczka.
Olga jest przekonana, że to właśnie system klubowy w Polsce pozwala jeźdźcom utrzymywać konie w dobrych warunkach. Państwowy system na Białorusi jest według niej daleki od standardów.
Podkreśla, że w jej ojczyźnie nie ma ani jednej kliniki, gdzie koniom można wykonać nawet prostą operację w narkozie, brakuje wielu specjalistów, w tym tych zajmujących się kowalstwem ortopedycznym czy doborem siodeł. W stajniach nie ma wentylacji, sufity są niskie, a kurz powoduje astmę u zwierząt.
„Dlatego wielu zawodników jeździeckich, nie mogąc walczyć z systemem, wyjeżdża z Białorusi: do Emiratów, USA, Europy, a nawet do Rosji” – mówi.
Zawodnicy z innych dyscyplin też wyjeżdżają. Ci, którzy wybierają Polskę, wzmacniają sport i motywują polskich sportowców. Olga przytacza przykład białoruskiej karateczki. Kseniya Dronchanka opuściła ojczyznę z powodu groźby prześladowań politycznych. Dla Polski już dwukrotnie zdobyła złote medale na młodzieżowych mistrzostwach Europy. Polski trener karateczki określał ją jako „najlepszą trenującą w kraju, a być może i na świecie”.
O medalach myśli również Olga. Obecnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich w 2028 roku. Będzie to jej trzecia próba wystąpienia na nich i druga w barwach polskiej reprezentacji. W 2024 roku została włączona do kadry jako pierwsza rezerwowa, ale w ostatniej chwili trener zmienił decyzję. Zawodniczka przyznaje, że do dziś nie rozumie przyczyny.
„Było mi przykro – wspomina – bo główny koń w drużynie okazał się chory, i to ja miałam go zastąpić”.
Dodaje jednak, że te uczucia szybko minęły – tak funkcjonuje jej psychika i charakter. Białorusinka postanowiła przygotować się do kolejnych startów olimpijskich jeszcze lepiej, aby tym razem na pewno znaleźć się w drużynie.
„Za trzecim razem nie dopuścimy do takiej sytuacji” – śmieje się.
Nowy dom w Polsce znaleźli nie tylko aktywni sportowcy, lecz także ci, którzy już zakończyli karierę. Niektórzy z nich trenują polskie dzieci – jedni w istniejących klubach, inni zakładają własne.
Aliaksandr Apeikin zwraca uwagę na mistrza Białorusi w karate, Vitala Raka, który opuścił ojczyznę po tym, jak władze zamknęły jego klub sztuk walki Volat. W 2023 roku klub otwarto ponownie – w Warszawie. Trenują w nim dzieci białoruskich migrantów, a także Ukraińcy i Polacy.
W Polsce swój klub boksu i muay thai założył też wielokrotny mistrz świata i Europy Yury Bulat. A białoruski strażak i wicemistrz Europy Vasyl Vaitsiakhovich popularyzuje w kraju rzadko spotykaną dyscyplinę walki – sambo.
Białoruscy trenerzy z tytułami i medalami uczą w Polsce różnych dyscyplin, w tym biegania, pływania, a także gimnastyki artystycznej, w której Polska nie odnosi znaczących sukcesów. Jedną z nich jest wicemistrzyni olimpijska Nataliya Leshchyk, która opuściła Białoruś po wybuchu wojny w Ukrainie.
Z partnerem przyjechała do Polski, lecz niemal od razu ją opuściła – mieszkania w pierwszych miesiącach wojny były bardzo drogie. Przez pewien czas mieszkała w tańszej Czarnogórze i Albanii, a także u przyjaciółki w Finlandii.
„Ostatecznie wróciliśmy do Polski” – mówi – „to było nieuniknione, ponieważ nasze dokumenty legalizacyjne były polskie”.
Jak w przypadku praktycznie wszystkich migrantów, Natalyi w pierwszym czasie sprawiały trudność język, finanse oraz znalezienie pracy w zawodzie. W tym ostatnim pomogła jej przyjaciółka z Białegostoku, oferując miejsce w lokalnym klubie gimnastyki artystycznej.
Po pewnym czasie Nataliya, kilkoro jej współpracowników oraz część uczennic odeszli, by otworzyć własny klub. W decyzji tej wpłynął także konflikt z kierownictwem. Białorusinka nie chce wchodzić w szczegóły, mówi jedynie, że „wszyscy stracili cierpliwość”.
„Całkowite niezrozumienie ze strony kierownictwa, brak chęci wysłuchania swoich pracowników, długotrwałe i uporczywe ignorowanie problemów” – wyjaśnia w skrócie dziewczyna.
Klub Nataliyi działa od około roku. Ma kilka lokalizacji i w sumie trenuje w nim około 150 uczniów w różnym wieku – od 4 do 18 lat. Jedni ćwiczą dla siebie, inni rekreacyjnie. Około 20 dzieci, głównie Polaków, należy do grupy „Sport”. Trenują codziennie i liczą na wejście do krajowej elity sportowej.
Startują w mistrzostwach Polski i zdobywają miejsca na podium w występach grupowych. Nataliya uważa, że mogą osiągnąć wielkie wyniki.
Zauważa jednak, że często dzieci obdarzone naturalnymi predyspozycjami do gimnastyki, które w pierwszych latach osiągają sukcesy bez wysiłku, w momencie trudniejszych treningów tracą zainteresowanie.
„Dlatego zawsze patrzę na chęci dzieci” – podkreśla. – „Uważam, że sama nie miałam dobrych predyspozycji, a mimo to coś udało się osiągnąć. Mamy tych, którzy ćwiczą z prawdziwą pasją”.
Są też trudności formalne. Od tego roku dzieci bez polskiego obywatelstwa nie mogą brać udziału w indywidualnych konkurencjach na mistrzostwach Polski, a w grupowych przynajmniej jeden uczestnik musi mieć obywatelstwo. W niektórych innych dyscyplinach takie ograniczenia obowiązują od dawna.
O takich przeszkodach mówi również Aliaksandr Apeikin. Dodaje, że istnieją też przepisy skierowane wprost do Białorusinów. Podaje przykład Polskiego Związku Tenisowego, który wymaga od białoruskich rodziców zaświadczenia, że nie są powiązani z reżimem Łukaszenki ani z popieraniem rosyjskiej agresji w Ukrainie. Weryfikacji tej dokonuje BSSF.
Apeikin podkreśla, że białoruskie dzieci uprawiają praktycznie wszystkie dyscypliny sportu: od piłki nożnej, przez gimnastykę, karate, po kick-boxing.
„Myślę, że za pięć–dziesięć lat zobaczymy wiele białoruskich nazwisk w polskich reprezentacjach” – zapewnia.
Zawodniczki z Białorusi i innych krajów byłego ZSRR już startują w mistrzostwach Polski w gimnastyce artystycznej. Jak mówi Nataliya, zwiększa to konkurencję.
Dziewczyna jest przekonana, że białoruscy trenerzy i zawodniczki mają wiele do zaoferowania polskiej gimnastyce artystycznej, ponieważ na Białorusi wykształciła się własna szkoła oparta na silnej tradycji radzieckiej.
Państwowy system ma swoje plusy i minusy. Na przykład na Białorusi istnieje jednolity plan treningowy, a cała kadra trenuje w jednym miejscu. Natomiast w Polsce system klubowy zakłada, że kluby są rozsiane po całym kraju i prowadzą treningi według własnych programów.
Polskie kluby nie otrzymują wsparcia państwowego – same muszą decydować, jak utrzymać się finansowo. W efekcie kierownictwo często koncentruje się nie tylko na sporcie, lecz także na rozwoju pobocznych działalności komercyjnych.
Z tego powodu Nataliyi trudno wprowadzić do treningów jedno z najbardziej charakterystycznych elementów białoruskiej szkoły – choreografię. Gimnastyczka wspomina, że podczas treningów na Białorusi zajęcia te trwały półtorej godziny dziennie.
„Tutaj w ogóle nie mamy choreografii” – mówi. „Sale, które wynajmujemy, są bardzo oblegane. Wykorzystuje się je również do treningów innych dyscyplin. Mamy więc tylko trzy godziny dziennie i w tym czasie trzeba zdążyć ze wszystkim. Na choreografię nie zostaje czasu”.
Białoruski sport, ze wszystkimi wadami i zaletami systemu państwowego, dawał sportowcom szansę realizacji. Wszystko zaczęło się zmieniać po stłumieniu protestów w 2020 roku, sytuacja radykalnie pogorszyła się wraz z początkiem wojny w Ukrainie, kiedy Białorusinom zakazano udziału w zawodach międzynarodowych, w tym w igrzyskach olimpijskich. To szczególnie skłoniło sportowców do szukania swojej drogi za granicą.
Jednak większość zawodników wciąż pozostaje na Białorusi, odcięta od międzynarodowych startów. Aliaksandr Apeikin zauważa, że w środowisku sportowym panuje dziś apatia i dezorientacja.
„Kiedy te zakazy dopiero się pojawiały, wszyscy myśleli, że nie potrwa to długo i wystarczy przeczekać rok–półtora. Takie opinie słyszałem bardzo często” – dzieli się.
Zakaz trwa już jednak cztery lata. Brak zawodów na wysokim poziomie odbija się na przygotowaniu sportowców. Apeikin podkreśla, że na poziomie krajowych mistrzostw nie da się robić postępów – rozwój możliwy jest jedynie dzięki startom międzynarodowym.
Można śmiało powiedzieć, że wypadło całe pokolenie sportowców, kontynuuje.
Zawodnicy „w najdojrzalszym, najlepszym dla sportu wieku” nie mogli pokazać się na arenie międzynarodowej.
Na poziom białoruskiego sportu wpłynęły również represje, których szczyt przypadał na lata 2020–2021. Apeikin mówi, że polityczne czystki usunęły z systemu wiele wartościowych kadr – mocno uderzyły zarówno w odnoszących sukcesy sportowców, jak i w trenerów oraz działaczy. W efekcie spora grupa wykwalifikowanych osób wypadła ze sportu.
„Obecnie sytuacja w białoruskim sporcie jest taka, że jedni idą drogą zmiany obywatelstwa sportowego, a inni nie widzą już sensu w sporcie i wybierają zwykłą pracę lub naukę nowych zawodów” – podsumowuje.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Komentarze